niedziela, 29 marca 2009

BRAINTICKET

COTTONWOODHILL 1971



1. Black Sand
2. Places Of Light
3. Brainticket Pt. 1
4. Brainticket Pt. 1 (Conclusion)
5. Brainticket Pt. 2


Skład -

Joël Vandroogenbroeck - Organ, Flute
Ron Bryer - Guitar
Werni Frohlich - Bass Guitar
Cosimo Lampis - Drums
Wolfgang Paap - Tabla
Dawn Muir - Voice
Hellmuth Kolbe - Potentiometers, Generators And Sound Effects


OPIS ZMIENIONY - 15.01.2018

Chaotyczna, acz na swój sposób frapująca muzyka.
Brainticket na pierwszej płycie zaproponował trzyczęściowy kolaż dźwiękowy, na który składały się - monotonny, motoryczny motyw obudowany pomysłowo wplecionymi naturalistycznymi efektami dźwiękowymi oraz nad wyraz emocjonalny, krzykliwy monolog wokalistki Dawn Muir.
Muszę pochwalić zespół za interesujące opracowanie tego dość nużącego utworu.

Ponad to na płycie znalazły się dwa zwięzłe nagrania bliższe tradycyjnie pojmowanej estetyce rocka, posiadające cechy dość swobodnych improwizacji.
W pierwszym z nich pojawiają się ostre gitarowe partie wzbogacone efektem wah-wah, a także mocne, wyraziste organy Hammonda. Z kolei nagranie 'Places Of Light' zostało wzbogacone partią fletu punktowaną dynamicznymi organowymi wejściami. Całość uzupełnia zniekształcony kobiecy głos wokalistki Dawn Muir.

Nie jestem zwolennikiem takiej muzyki, muszę jednak przyznać, że płyta Brainticket przypadła mi do gustu, jest to materiał brzmiący nowocześnie, na swój pokrętny sposób oryginalnie. Zespół wyszedł poza paradygmat ówczesnych norm przyjętych na rockowej scenie, za to choćby warto przyjrzeć się płycie 'Cottonwoodhill'.

czwartek, 26 marca 2009

FELT 1971

Kolejny nieznany zespół, tym razem z Alabamy.

Do zakupu tej płyty zbierałem się stosunkowo długo, zaintrygowany jaki rodzaj muzyki może skrywać się pod oszczędną, utrzymaną w beżowej tonacji okładką. Pantomimiczna kobieca postać skrywająca twarz pod makijażem dodatkowo pobudzała wyobraźnię.
Po cichu liczyłem, że będzie to jakiś surowy, ostry blues-rock. Okazało się, że jednak trochę się pomyliłem. Oczywiście cenię blues-rocka, jest on na płycie Felt obecny, jednak zaskoczenie polegało przede wszystkim na tym, że otrzymałem od młodych Amerykanów muzykę nawiązującą do osiągnięć ówczesnego brytyjskiego rocka.





1. Look At The Sun
2. Now She's Gone
3. Weepin' Mama Blues
4. World
5. The Change
6. Destination


Liderem grupy, głównym kompozytorem, gitarzystą i wokalistą w jednej osobie był siedemnastoletni Myke Jackson. Trudno uwierzyć, że tak młody chłopak był w stanie skomponować muzykę tak dojrzałą, operując przy tym bardzo przekonującym, jakby zmęczonym głosem.

Na albumie znalazło się tylko sześć nagrań.
Co uderza przy pierwszym przesłuchaniu, to momentami nieco Beatlesowska melodyka utworów. Takie wrażenie można odnieść słuchając romantycznego, poruszającego 'Look At The Sun', na początku zagranego tylko z akompaniamentem fortepianu i zaśpiewanego niemal zbolałym głos.

Potem pojawił się jazzujący, zagrany w dość szybkim tempie 'Now She's Gone'. W środkowej części następuje nagłe spowolnienie. Zachwyca umiejętność tworzenia przez grupę różnorodnych barwy i nastrojów.
'Weepin' Mama Blues' był kolejnym utworem, który zdradzał fascynację dorobkiem The Beatles. Grany z namaszczeniem motyw nasuwa skojarzenia z 'I Want You' z płyty 'Abbey Road' popularnego kwartetu. Całość natomiast ma bluesowe zabarwienie.
Pomysłowy wstęp do nagrania 'World' przypomina raczej zakończenie, muzyka sprawia wrażenie dobiegającej końca, następuje krótka pauza, po czym wchodzi cały zespół. Utwór oparty był na kontrastach. Raz było spokojnie, refleksyjnie. Za chwilę ostro, niemal agresywnie, zaś głos wokalisty stawał się krzykliwy, niemal wściekły.
Jestem pod dużym wrażeniem tych kompozycji, ich spójności, pomysłowości i znakomitych, przebojowych melodii, emocjonalnego ich wykonania. Nie ma tu cienia rutyny, wykalkulowania, z każdego dźwięku bije szczerość i autentyzm. To jest właśnie domena klasycznego rocka.

Najważniejsza na płycie wydaje się być rozbudowana kompozycja 'The Change'. Można ją uznać za podsumowanie całej płyty Felt, jak w soczewce skupia bowiem wszystko to, co na albumie najlepsze. Spokojny, natchniony główny temat, następnie naturalne przejście do nieco żywszego motywu, po czym nagle pozostaje tylko sama gitara powtarzająca jeden dźwięk, po chwili pojawia się organowe tło, dołączają pozostałe instrumenty i muzyka nabiera rozpędu. Ten fragment bardzo przypomina mi 'New Yorker', motyw z kompozycji 'Flight' pochodzącej z płyty 'As Your Mind Flies By' grupy Rare Bird.
Chociaż dzieje się tutaj dużo, muszę przyznać, że utwór ma przemyślany kształt. Łatwo wyodrębnić poszczególne epizody

Kończący płytę 'Destination' ma nieco jazzowy koloryt. Ponownie całość uszyta jest z odrobiny melancholii i dla kontrastu agresywnych wejść gitary i organów, które punktują ten utwór.





Trudno się od tej muzyki oderwać. Zapada w pamięć. W dodatku całość spowija delikatna psychodeliczna mgiełka. Szkoda, że tylko tyle grupa Felt pozostawiła po sobie, bo jak na ówczesną amerykańską rockową muzykę, jest to dokonanie z innej bajki, wówczas takie poczynania odchodziły do lamusa.

Oryginalny LP został wydany przez malutką wytwórnię Nasco i dzisiaj jest potwornie trudny do zdobycia. W stanie idealnym osiąga ceny oscylujące w granicach 500-600 dolarów.

środa, 25 marca 2009

HARSH REALITY

HEAVEN AND HELL 1969

Wysoce cenię ten album. To moje wielkie odkrycie ostatnich miesięcy.

Rok 1969 to był moment w historii muzyki popularnej, gdy epoka psychodelicznego rocka powoli przemijała, a jej miejsce zastępowało ambitniejsze podejście do komponowania. Nowe dokonania cechowała większa dojrzałość. Psychodeliczne naleciałości były nadal słyszalne, unosiły się nad niemal każdym dźwiękiem, jednak kompozycje stawały się coraz bardziej wyszukane.

Ten okres - przez wielu uznawany za najciekawszy w muzyce młodych - obfitował w wielu interesujących wykonawców, nawet jeśli wciąż jeszcze tkwiących jedną nogą w epoce psychodelicznego rocka, to powoli definiujących kształtujący się właśnie rock progresywny.

Najwcześniejszy moment takiego podejścia do muzyki jest szczególnie ciekawy. Dużo tu odważnych eksperymentów dźwiękowych, prób wyjścia poza typową formę piosenki. Każdy zespół miał do zaoferowania coś od siebie. Trudno uwierzyć, jakie pomysły były wówczas w stanie zaoferować rockowe zespoły - często przy użyciu wciąż dość prymitywnych technik nagraniowych, przy czym nie było mowy o spędzaniu w studiach długich miesięcy, tak jak ma to miejsce obecnie. Co bardzo ważne - wtedy progresywny rock był rzeczywiście progresywny.

Lubię to naturalne, żywe brzmienie, które udawało się w tamtym czasie uzyskiwać. Już wkrótce miało ulec to degradacji, zaś z każdym kolejnym rokiem produkcja płyt stawała się coraz bardziej wycyzelowana. Niemal każda grupa miała swój styl, nawet jeśli jedni inspirowali się drugimi, a niektórzy byli epigonami, to ostateczny efekt był zawsze frapujący. Już nigdy później tak nie było.





1. When I Move
2. Tobacco Ash Sunday
3. Mary Roberta (Part One)
4. Praying For Reprieve
5. How Do You Feel
6. Heaven And Hell
7. Quickenut - Devil's Daughter
8. Mary Roberta (Part Two)
9. Melancholy Lady
10. Don't Shoot Me Down
11. Girl Of My Dreams
12. Mary Roberta (Part Three)


Skład -

Mark Griffiths - Guitar
Dave Jenkins - Guitar
Alan Greed - Lead Vocals And Organ
Roger Swallow - Drums
Steve Miller - Bass Guitar And Backing Vocals



W tym całym natłoku zdarzeń pojawiła się, wydana przez wytwórnię Philips, płyta brytyjskiej grupy Harsh Reality 'Heaven And Hell'. Można 'Heaven And Hell' postawić w jednym szeregu obok płyt takich grup jak Velvett Fogg, Andwella's Dream, Woody Kern, Pesky Gee, Arcadium czy Writing On The Wall. To były płyty przełomu czasów.
Jedyny album Harsh Reality to dzieło rzeczywiście zasługujące na uwagę. Mogę o nim pisać w samych superlatywach.

Postaram się uporządkować swoje myśli.
Na płycie zamieszczono dwanaście stosunkowo krótkich nagrań, w których kwintetowi udało się uzyskać posępną, niemal cmentarną atmosferę, ale także pewnego rodzaju melancholijny nastrój. Czasami muzyka staje się ciężka. Mówiąc krótko, jest tu wszystko co najlepsze, w dodatku zagrane w przekonywujący sposób.

Słychać pewne wpływy Procol Harum i Traffic. Zapewne sprawiają to ciężkie dźwięki organów Hammonda, obok dwóch gitar dominujące w aranżacjach, ale też głos wokalisty przypomina barwą śpiew Gary Brookera i Steve Winwooda.

Co odróżnia Harsh Reality od tamtych zespołów, to zdecydowanie bardziej wyeksponowane owe dwie gitary. Brzmienie jest ostrzejsze i bardziej dynamiczne. Trzeba przyznać, że panowie Mark Griffiths i Dave Jenkins grają z wyczuciem i smakiem. Utwory są zróżnicowane, chociaż tworzą spójną, jednorodną całość. Tak właśnie powinien brzmieć prawdziwy rock progresywny.

Pomiędzy piosenki wpleciono powracającą trzy razy miniaturę 'Mary Roberta'. Za każdym razem był to inny utwór. Pierwsza część, to akustyczna impresja na gitarze akustycznej z dyskretnym towarzyszeniem sekcji rytmicznej. Druga i trzecia część mają już charakter atonalny. 'Mary Roberta Part Two' zaczyna się od akustycznej partii z poprzedniego fragmentu, tym razem z towarzyszeniem fortepianu. Jednak za chwilę gitara zanika, a pojawia się krótki kobiecy monolog na tle dźwięków fortepianu i różnych odgłosów. Natomiast ostatnia część, to już wyłącznie różne kakofoniczne efekty dźwiękowe - rozmowy, krzyki, kobieca wokaliza, pogrywający coś nieskładnie fortepian oraz szarpanie strun gitary. Wszystko to urywa nagłe pojedyncze uderzenie perkusji. Nawiedzony fragment.
Może to wydawać się bardzo proste, ale odpowiednio skomponowane i wstawione we właściwe miejsce robi wrażenie. Jak z sennego koszmaru lub horroru. Chociaż wiem, że to dość banalne porównanie i spore uproszczenie.





Każda z piosenek zasługuje na uznanie.

Album charakteryzuje się przestrzennym, potężnym brzmieniem.
W dwóch pierwszych nagraniach słychać wpływ bluesa. Otwierający płytę rytmiczny 'When I Move' ozdobiono partią harmonijki ustnej, w środkowej części zawiera sola gitary oraz organów Hammonda.

Czwarty z kolei 'Praying For Reprieve' to zagrany w wolnym tempie główny temat i składające się z  pojedynczych dźwięków partie gitary elektrycznej, prowadzącej rodzaj dialogu z pełnym dramatyzmu śpiewem wokalisty. Środkowa i końcowa część posiadała odmienny charakter, nabierała tempa, przeistaczając się w przesycone dramatyzmem improwizacje.

Tytułowy 'Heaven And Hell' bliższy był bezpretensjonalnej piosence pop, zwłaszcza za sprawą urokliwych chórków pojawiających się na wysokości refrenu. Właśnie to nagranie sprawiło, że ta płyta zwróciła moją uwagę. Natomiast 'Melancholy Lady' jest - co sugeruje już tytuł - melancholijny i rzeczywiście poruszający, jak cała płyta - zagrana z wdziękiem piosenka w środkowej części zawiera lekko swingującą część instrumentalną.

Znalazło się jeszcze miejsce na rhythm and bluesowy 'Don't Shoot Me Down' czy porywający 'Devil's Daughter', gdzie w instrumentalnej części rozgrzane do czerwoności dwie gitary i organy Hammonda niemal prowadziły ze sobą zaciętą rywalizację.





Nie ma co opisywać wszystkich nagrań. Płyta zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem i zawsze zaskakuje czymś nowym. Gdy słucham takich płyt jestem zadowolony, że poznaję takie dokonania, uważam wówczas, że odkrywanie tych wszystkich zapomnianych zespołów ma sens.
Niestety, z niezrozumiałych dla mnie powodów ta udana płyty nie sprzedawała się wcale i obecnie jest sporym rarytasem - oryginalne brytyjskie - niestety nie było innych - tłoczenie osiąga cenę ponad 400 funtów.

Być może się powtarzam w swoich opisach. Być może popadam w banał pisząc o muzyce. Ale to są tylko moje odczucia, które staram się przenieść na ekran monitora.

Na koniec spostrzeżenie.
Od dawna rock progresywny stał się strasznie jałowy i na dobrą sprawę termin PROGRESYWNY nic już nie oznacza. Stał się pustym określeniem na coś, co rzekomo jest ambitne i przełamuje pewne konwencje przyjęte w muzyce, młodym zespołom wydaje się zaś, że taka propozycja musi być pretensjonalna, poważna i plastikowa. Czyli dużo syntetycznych brzmień i niemal sterylna gra gitary, basu i perkusji. I do tego jakiś ponury głoś śpiewający o otaczającym nas okrutnym świecie. Coś strasznego.

Tymczasem zupełnie nie o to chodzi. Nie wiedzieć czemu dzisiejsi wykonawcy za wzór progresywnego rocka obrali sobie wykonawców takich jak Marillion, Camel, Yes czy późniejszy Genesis. Przy czym pozbawiając swoje poczynania odrobiny dystansu i humoru, brakuje w tym polotu i wyobraźni, czyli tego, co w progresywnej muzyce najważniejsze. Gdzie u tych młodych zespołów blues, folk czy jazz? Gdzie próba wprowadzenia jakiegoś innego, mniej typowego instrumentu? Nie ma nic z tych rzeczy. Jedynie syntetyki i sztuczna oprawa. Nie rozumiem tego i nawet mnie to odrobinę złości.

Koniec.

wtorek, 17 marca 2009

HUMAN BEAST

VOLUME ONE 1970

Swój jedyny album to szkockie trio nagrało w ciągu dwunastu godzin dla wytwórni Decca.

W tamtych czasach Decca to była jedna z największych wytwórni, prawdziwy potentat na rynku muzycznym. To dla nich nagrywała grupa Rolling Stones. Pod koniec dekady Decca, próbując nadążyć za przemianami, podpisywała kontrakty z kim się dało, jednocześnie nie dbając zupełnie o promocję czy opiekę artystyczną nad swoimi wykonawcami. W rezultacie niemal każdy zespół, który nagrywał dla tej wielkiej wytwórni, z góry skazany był na porażkę - klinicznym przykładem jest początkujący wówczas zespół Genesis.

Nie inaczej było z Human Beast. Niedoświadczeni muzycy, dla których nagrywanie płyty było zupełnie nowym wyzwaniem, nie dość, że dostali tak mało czasu na nagrania, to jeszcze musieli walczyć z przydzielonym im przez Decca producentem. Ray Horrics produkował wówczas muzykę z Eurowizji oraz trochę wcześniej kilka płyt folkowego gitarzysty Davy Grahama. Tak więc, jak wynika ze wspomnień lidera Human Beast, Gilliesa Buchana, producent próbował raczej złagodzić brzmienie heavy-rockowego tria, co na całe szczęście mu się nie udało, chociaż zespół zgodnie dzisiaj twierdzi, że nagrany materiał bardzo ich rozczarował.

Bez odpowiedniego wsparcia i zainteresowania ze strony publiczności, niedługo potem Human Beast zawiesił działalność. Możliwe, że grupie młodych muzyków po nagraniu płyty również zabrakło zapału, ale faktem jest, że tak spaprać sprawę tylko Decca potrafiła. Z drugiej strony, dobrze, że w ogóle wydawali te wszystkie kapitalne tytuły nawet w minimalnym nakładzie, dzięki temu do dzisiaj pozostało świadectwo działalności tych interesujących wykonawców, a kolejne pokolenia mogą zapoznawać się z tymi albumami za sprawą reedycji.





1. Mystic Man
2. Appearance Is Everything, Style Is A Way Of Living
3. Brush With The Midnight Butterfly
4. Maybe Someday
5. Reality Presented As An Alternative
6. Naked Breakfast
7. Circle Of The Night


Muzyka schowana za intrygującą okładką ma w sobie coś turpistycznego, zimnego. Ta posępna atmosfera nie wydaje się być wykalkulowana. Odnoszę wrażenie jakby wytworzenie jej przyszło grupie w sposób naturalny. Ciekawe, jak kiedyś grupy rockowe potrafiły bez nadymania się i udawania, tworzyć odpowiednią atmosferę swej muzyki. Mnie kompozycje z 'Volume One' nasuwają skojarzenia z obrazem piekła jako miejscem przepełnionym zimną, martwą pustką.

Mała dygresja. Jaka szkoda, że płyta trwa ledwie 34 minuty. Chociaż jest to również zaleta starych płyt. Na winylu umieszczano tyle muzyki, ile był w stanie pomieścić czarny krążek, teraz zespoły pakują na CD po 50-70 minut materiału i jeśli choćby minutę z tego daje się słuchać, to jest już wielkie osiągnięcie.

Wracając do tematu.
We wszystkich utworach słychać echa wygasłego już rocka psychodelicznego podanego jednak w sposób znacznie ostrzejszy i brudniejszy, pozornie tylko bałaganiarski, niezgrabny, nieokiełznany. Jeśli jednak przysłuchać się muzyce uważnie, to okazuje się, że opracowana została w sposób bardzo precyzyjny, przemyślany. Grupa bez wątpienia wypracowała swój styl, swoje indywidualne podejście do kompozycji. Tak więc muzykę Human Beast można chyba określić jako własny wariant nowego heavy-rocka.

Dominują tutaj kombinowane, bardzo ciekawie pomyślane tematy z wyeksponowaną gitarą z efektem wah-wah oraz wyrazistymi partiami gitary basowej. Zwraca uwagę sekcja rytmiczna wybijająca natarczywe rytmy.
Czasem trio dochodzi do brzmień, jakie wiele lat później będą domeną grup grających metal.





Skład


Gillies Buchan - Guitar, Vocals
Edward Jones - Bass Guitar, Vocals
John Ramsey - Drums


Nie będę opisywał poszczególnych kompozycji, wszystkie są udane, ale mnie do gustu przypadły zwłaszcza dwa ostatnie nagrania.

Instrumentalny 'Naked Breakfast' to przykład budowania napięcia w muzyce. Na początku mamy więc zagrany w szybkim tempie główny temat, który jednak nagle zwalnia, a muzyka staje się spokojniejsza. Sekcja rytmiczna powoli usuwa się w cień, natomiast na plan pierwszy wysuwa się gitara solo. Grane przez gitarę dźwięki narastają aż do chwili, gdy dołączają pozostali dwaj muzycy. Bardzo lubię ten moment.
Pozwolę sobie na skojarzenie - gdy tego słucham, przed oczami mam zapadający zmierzch - sine niebo z domieszką płonącego słońca, które znika za chmurami.

Zamykający płytę 'Circle Of The Night' to kolejne udane nagranie, zawierające majestatyczną melodię wykonaną w pełny niepokoju sposób, zwłaszcza w refrenie, gdzie gitara mocno wybijając akordy, akcentuje śpiewany natchnionym głosem motyw. Proszę także zwrócić uwagę na przesterowaną, brzęczącą w tle gitarę basową.
Ponoć wykonując tę piosenkę, Gillies Buchan po całodniowej sesji miał już mocno zmęczony głos. Jeśli tak, to wcale tego nie słychać. Wręcz przeciwnie, gitarzysta śpiewa tutaj jak nawiedzony, co tylko potęguje efekt niesamowitości.
Autorem tekstu tej kompozycji był zaprzyjaźniony z grupą - i również nagrywający dla Decca - David McNiven - lider Bread Love and Dreams. Wersję 'Circle Of The Night' w interpretacji tej folk-rockowej grupy można znaleźć na płycie 'Amaryllis'.

Oczywiście ten wybitny album przepadł na rynku i zespół szybko zakończył swój żywot. W chwili gdy płyta się ukazała, sprzedawała się bardzo marnie i dzisiaj jest ogromnym rarytasem. Za oryginalne brytyjskie tłoczenie w stanie idealnym trzeba zapłacić nawet około 1000 funtów. Natomiast równie rzadkie tłoczenie niemieckie osiąga na Ebayu cenę 300-400 Euro.

poniedziałek, 16 marca 2009

DEVIANTS

PTOOFF 1967

Niewiele jestem w stanie napisać o tej grupie. Jedynie tyle, że Deviants to klasyka brytyjskiego podziemia. Liderem zespołu był Mick Farren. Ich debiutancki album 'Ptooff' został zaś nagrany dzięki wsparciu finansowemu 21-letniego syna milionera. Oryginalne brytyjskie tłoczenie LP wydało undergroundowe pismo 'International Times'.





1. Opening
2. I'm Coming Home
3. Child Of The Sky
4. Charlie
5. Nothing Man
6. Garbage
7. Bun
8. Deviation Street


Repertuar płyty to cała palata muzycznej anarchii, ale jednocześnie zespół różnicuje swoją ofertę. Tak więc na początek otrzymujemy ostry - jak na 1967 rok - wyrastający z bluesa 'I'm Coming Home' z wokalem w stylu Erica Burdona i Micka Jaggera, hałaśliwa gitarowa kompozycja epatuje niezwykłą intensywnością wykonania. Nawet dzisiaj ten utwór robi duże wrażenie. W dodatku ta powoli narastająca melodia...Odlot.

Dwie kompozycje - akustyczny 'Child Of The Sky' i instrumentalny 'Bun' spowija tajemnicza aura. Trzeba przyznać, że w każdej odsłonie grupa wypada przekonująco, ma swój styl. Nawet w tych spokojniejszych fragmentach dominuje żywa atmosfera rodem z występów klubowych. Znalazło się miejsce na typowy blues 'Charlie', na muzyczne kolaże 'Nothing Man', 'Garbage' i 'Deviation Street', w których pojawiają się przeróżne efekty dźwiękowe, odgłosy rozmów, krzyki, strzały z karabinu, wymioty.
Nawet w obrębie tych nagrań można dopatrzeć się czytelnej myśli muzycznej wywiedzionej z reguły ze zwykłych piosenek, chociaż ilość nagromadzonych eksperymentów momentami czyni tę muzykę chaotyczną.

Mimo wszystkich wad, uważam, że ta płyta dobrze zniosła próbę czasu i jeszcze długo się nie zestarzeje. Przy czym 'Ptooff' umiejętnie oddaje ducha tamtej epoki, zmieniającej się kultury i muzyki*, atmosferę przesiąkniętych nowymi dźwiękami i zjawiskami klubów takich jak Marquee, UFO czy Middle Earth, w których grali niemal wszyscy ważni wykonawcy.

Nachodzi mnie taka refleksja - wiele dzisiejszych grup deklaruje się, że w swoich dokonaniach nawiązują do rockowych osiągnięć lat sześćdziesiątych, w czym wtórują im media. Bardzo ciekawe, bo ja w tej współczesnej - britpopowej i podobnej - papce nie słyszę nic z tamtej muzyki. W każdym razie lata sześćdziesiąte, które ja znam nie są tak słabe i nudne, nie są tak anemiczne, wyprane z inwencji i pomysłów. Na czym więc polega to nawiązywanie i zapożyczanie? Chyba się nie dowiem.

Deviants nagrali jeszcze dwie płyty - 'Disposable' (1968) i 'The Deviants' (1969). Zaraz potem grupa przestała istnieć. Mike Farren w 1970 roku nagrał solowy album 'Mona – The Carnivorous Circus', natomiast pozostali trzej muzycy utworzyli Pink Fairies.


*22.02.2018 - Dziś już wiem, że chodziło o burzenie prawdziwej kultury, obyczajów, wszelkich wartości i zastępowanie ich antykulturą oraz umysłową patologią, tak, by ludzie się prymitywizowali, co udało się doskonale.

sobota, 14 marca 2009

STEAMHAMMER

MOUNTAINS 1970

Steamhammer to jedna z najlepszych blues-rockowych grup, jakie pojawiły się w Wielkiej Brytanii. Jednak w odróżnieniu od zespołów takich jak Fleetwood Mac, Savoy Brown czy Groundhogs Steamhammer nie odnieśli sukcesu i w rezultacie pozostawili po sobie tylko cztery nagrane w latach 1969-1972 albumy. Każda z tych płyt jest nad wyraz udana, a trzy pierwsze tytuły to dziś kanon blues-rocka. Trzeba też zauważyć, że każda płyta była inna. Te cztery albumy świadczyły o rozwoju grupy oraz ukazywała ich nieszablonowe podejście do blues-rockowej tradycji. Słuchając tych płyt mam uczucie, że blues-rocka trudno zagrać lepiej.

Grupę doceniłem od pierwszego przesłuchania, czyli od momentu, w którym usłyszałem trzecią w ich dorobku płytę 'Mountains'. W mojej ocenie jest to największe osiągnięcie tego zespołu.

W tym czasie ukonstytuował się najlepszy skład grupy - Kieran White, Martin Pugh, Steve Davy, Mick Bradley. Kwartet momentami grał znacznie ciężej niż na wcześniejszych dwóch tytułach, muzyka stała się bardziej dojrzała, co najistotniejsze - na 'Mountains' znalazły się połączone ze sobą dwie kompozycje - przeróbka bluesa 'Riding On The L&N' i własny 'Hold That Train', nagrane podczas występu na żywo stanowią jedno z najlepszych dokonań w swoim gatunku.





I Wouldn't Have Thought (Gophers Song)
Levinia
Henry Lane
Walking Down The Road
Mountains
Leader Of The Ring
Riding On The L&N
Hold That Train


Skład


Kieran White - Lead Vocals, Acoustic And Rhythm Guitar, Harmonica
Martin Pugh - Lead, Acoustic And Slide Guitars
Steve Davy - Bass Guitar, Backing Vocals, Organ
Mick Bradley - Drums, Percussion


Okraszona piękną okładką trzecia płyta zawierała osiem nagrań i każde z nich było bardzo udane.

Na 'Mountains' muzycy Steamhammer tworzy monolit, słychać to zwłaszcza we wspomnianych 'Riding On The L&N - Hold That Train'.
Obie improwizowane, oparte na bluesie, porywające kompozycje zachwycają wielością motywów, zmienną dynamiką, pełnym polotu wykonaniem, błyszczą zaś wszyscy instrumentaliści. Jest tu miejsce na hałaśliwe, ostre partie gitary, jak i na nagłe wyciszenia, zwolnienia toku narracji. Całość ani na moment nie nuży, muzyka prze do przodu, z każdą sekundą zespół zaskakuje coraz to nowymi pomysłami i swobodą interpretacji, nie tracąc przy tym nawet przez chwilę wyczucia rockowej estetyki.

'Mountains' to także zróżnicowane, krótkie piosenki. Na plan pierwszy jako kompozytor wysunął się tutaj utalentowany wokalista i gitarzysta Kieran White, to jego dziełem były wszystkie studyjne nagrania.

Otwierający płytę energiczny, zagrany w umiarkowanym tempie 'I Wouldn't Have Thought'. Ten niemal przebojowy, oparty na wyrazistym motywie utwór w środkowej części zawierał nagłe zwolnienie i długie solo gitary Martina Pugha.
Przy okazji, uważam, że Martin Pugh to jeden z ciekawszych gitarzystów tamtej epoki, znakomity  muzyk. Jaka szkoda, że nigdy nie został należycie doceniony, bo bez wątpienia zasługuje na miejsce wśród tych wszystkich sławnych gitarowych ikon.

Wspomnę jeszcze tylko o akustycznym, dostojnym, urzekającym refleksyjną aurą 'Leader Of The Ring'. Tytułowy 'Mountains' to natomiast powolny, zaśpiewany w podniosły sposób, tchnący optymizmem utwór ze świetną partią gitary Martina Pugha.
Dość tych mętnych skojarzeń. Wiem, że moje wywody mogą wydawać się chaotyczne i niejasne, ale czasem naprawdę trudno przelać swoje muzyczne uczucia na ekran monitora.

Niestety, płyta, tak jak dwa poprzednie tytuły, przepadła na rynku i wkrótce potem zespół opuścił jego lider Kieran White. Muzyk dał o sobie znać jeszcze tylko w 1975 roku jedyną solową płytą 'Open Door'. Zmarł na raka w 1995 roku.

Dodam jeszcze, że wersja CD wytwórni Repertoire jest odpowiednikiem niemieckiego tłoczenia LP, czyli zawiera inny układ nagrań oraz wykasowaną zapowiedź przed 'Riding On The L&N', która występuje w wydaniu brytyjskim.

wtorek, 3 marca 2009

FAIRPORT CONVENTION

FAIRPORT CONVENTION 1968

Jednym z istotniejszych elementów, który wpłynął na moją potrzebę poznawania nieznanego rocka, była książka Jacka Leśniewskiego 'Brytyjski Rock w latach 1961 - 1979'.
Uważam, że 'Brytyjski Rock' to ewenement na naszym rynku wydawniczym. Ewenement na niwie literatury dotyczącej rocka wydawanej w Polsce. Nikt wcześniej nie napisał czegoś tak interesującego. Szkoda, że tak rzadko (a właściwie to wcale) podobne rzeczy pojawiają się na półkach księgarń naszego kraju.

Przyznam też, że trochę liczyłem, że ów przewodnik będzie jak kamyk, który poruszy lawinę i może w końcu takich tytułów pojawi się więcej. Niestety nic takiego się nie wydarzyło. Jest to jeszcze jeden dowód, że klasyczny rock nie cieszy się u nas wielką popularnością. Nie ma zapotrzebowania na tego typu rzeczy. Dziwne o tyle, że 'specjalistów' i wszystko wiedzących osobników u nas nie brakuje.

Ale to akurat jest temat na osobne rozważania.

Co jest bardzo ważne w przewodniku Leśniewskiego, to fakt, że można bliżej zaznajomić się z wykonawcami, o których albo nie wie się zupełnie nic, albo wie bardzo niewiele. To właśnie dzięki tej książce przyjrzałem się bliżej pewnej grupie, która okazała się być jednym z moich największych odkryć ostatnich lat. Prawdziwym objawieniem.
Jestem niemal pewien, że już wcześniej zetknąłem się z samą nazwą zespołu. Nie pamiętam jakie odczucia u mnie wywołała. Najpewniej pomyślałem, że to jakiś amerykański psychodeliczny zespół, jeszcze jedna grupa ze Wschodniego Wybrzeża.

Nazwa Fairport Convention, bo o tej fenomenalnej grupie, będę się dzisiaj produkował, faktycznie kojarzy się z amerykańską sceną muzyczną. Jednak, jak się okazało, to Brytyjczycy. W dodatku jest to grupa bardzo popularna w rodzinnym kraju. Ich pierwsze płyty (zwłaszcza trzy albumy z 1969 roku) miały ogromny wpływ na rozwój rocka w Wielkiej Brytanii. Uważam, że jak na młody wiek muzyków, to grupa prezentowała niebywale wysoki poziom. W dodatku rozwój muzyczny następował w niebywałym wręcz tempie. W ciągu dwóch lat nagrali aż 5 płyt i wszystkie uważane są za klasykę. Późniejsze dokonania niestety wciąż pozostają mi obce.
Na pierwszej płycie zespół pozostawał jeszcze pod wpływem grup ze Stanów Zjednoczonych, takich jak Jefferson Airplane, ale z każdym kolejnym albumem kształtowali styl, którego w Anglii mieli okazać się prekursorami, a który ostateczny kształt otrzymał na płycie 'Liege And Lief' - mowa o folk rocku.

Pierwszy singiel 'If I Had A Ribbon Bow' nieodparcie mi się kojarzy (w dużej mierze ze względu na głos wokalistki) z muzyką wodewilową. Dostojny nastrój, ale też lekkość i wdzięk. Całość ozdobiono dźwiękami wibrafonu, a w środkowej części pojawił się zupełnie kontrastowy, lekko odrealniony, niemal psychodeliczny motyw. Świetna piosenka.

Na debiutanckiej płycie słychać, że zespół dopiero poszukuje własnego stylu i, o czym wspomniałem, był wpatrzony w wykonawców zza Oceanu.




1. Time Will Show the Wiser
2. I Don't Know Where I Stand
3. If (Stomp)
4. Decameron
5. Jack O'Diamonds
6. Portfolio
7. Chelsea Morning
8. Sun Shade
9. The Lobster
10. It's Alright Ma, It's Only Witchcraft
11. One Sure Thing
12. M1 Breakdown


Na płycie znalazło się kilka przeróbek. Jednak, co od razu słychać, zespół miał niezwykły wręcz dar do wydobywania z tych piosenek wszystkiego co najlepsze, najpiękniejsze, czyniąc takie nagrania jak 'I Don't Know Where I Stand' czy 'Chelsea Morning' (oba autorstwa Joni Mitchell) niezwykle przejmującymi. Grupa nigdy natomiast nie popadała w banał. Fairport Convention potrafili wyważyć proporcje. Także kompozycje własne dowodziły wielkiego talentu twórczego i wykonawczego. Na tej płycie dzieje się bardzo dużo, style (folk, jazz, rock, psychodelia) w magiczny sposób przenikają się. Każda piosenka jest inna.
Uważam również, że pierwsza wokalistka, Judy Dyble, wykonała tutaj kawał świetnej roboty i zaprezentowała się od jak najlepszej strony. Chociaż, jeśli idzie o śpiew, to osobą pierwszoplanową na tej płycie był Ian Matthews. Uwielbiam jego niemal anielski głos, coś przepięknego. Chociaż w dwóch piosenkach 'Time Will Show The Wiser' i 'Jack O'Diamonds' ukazał zupełnie inne oblicze. Zwłaszcza w drugiej z nich (autorstwa Boba Dylana, chociaż możliwe, że wywiedzionej z tradycyjnej folkowej kompozycji) zaśpiewał bardziej zadziornie.

Do wersji CD dołączono 4 bonusy.
Przeróbkę 'Suzanne' Leonarda Cohena - zaśpiewaną wyłącznie przez Matthewsa (prawdopodobnie utwór zarejestrowano po odejściu Judy Dyble,a przed dołączeniem do zespołu Sandy Denny).
Singlowy 'If I Had A Ribbon Bow'. Swoją drogą, gdzie się podziała strona B tego singla, czyli If (Stomp) - inna wersja tej piosenki pojawiła się na debiucie.

Natomiast dwa ostatnie utwory zostały nagrane podczas występu w francuskiej telewizji (brakuje tylko 'Time Will Show The Wiser') w kwietniu 1968 roku. Przyznam, że wersja 'Morning Glory' Tima Buckleya w interpretacji Fairport Convention i z cudownym, przejmującym wokalem Ian Matthewsa zawsze przyprawia mnie o gęsią skórkę. Nie pierwszy i nie ostatni raz zespół przebił autora pierwowzoru.
Z kolei 'Reno Nevada' Richarda Farina ukazuje nam grupę w wersji, jaka wkrótce poszła w odstawkę. To po prostu czysty rockowy dynamit. Środkowa, improwizowana gitarowa kanonada, to coś genialnego. Przyznam, że nigdy później nie słyszałem już takiego wymiatania na gitarach panów Richarda Thompsona i Simona Nicola. Rewelacja.




Dodam jeszcze, że producentem płyty, oraz kolejnych czterech albumów, był Joe Boyd. Prawdopodobnie bez jego osoby Fairport Convention nie osiągnęli by aż tak wysokiego poziomu, a ich płyty nie brzmiały by tak magicznie.
Chwała mu za to.

poniedziałek, 2 marca 2009

PUSSY

PUSSY PLAYS 1969

Płyta 'Tommy' ma dla mnie nie tylko znaczenie ze względów muzycznych, otworzyła mi oczy na wiele niuansów, z których nie zdawałem sobie sprawy. Dzięki The Who nastąpił pewien istotny punkt zwrotny w podejściu do poznawania tego co nieznane. Myślę także, że wiele innych zdarzeń przyczyniło się do tego, że zdecydowałem się na rekonesans po muzycznych terytoriach o istnieniu których dotychczas nie wiedziałem.

O ile mnie pamięć nie myli, wcześniej raczej nie przejawiałem chęci poznawania nieznanych wykonawców działających w latach sześćdziesiątych. Po prostu nie było tematu. Może tkwiło to we mnie od zawsze, ale zostało rozbudzone dopiero tamtego pamiętnego dnia. Do tego momentu wystarczali mi wykonawcy, których kojarzył każdy, jak Pink Floyd, King Crimson, Genesis czy Yes.

Nie chcę się specjalnie uzewnętrzniać, więc dodam tylko, że od tamtej pory przeszedłem sporą przemianę w postrzeganiu rockowej muzyki.

Wiem jedno, psychodelicznego rocka odkryłem dla siebie już w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy to całkiem przypadkiem usłyszałem piosenkę 'Arnold Layne' grupy Pink Floyd. Poczułem, że to coś w sam raz dla mnie. Jednak na spenetrowanie zakamarków tego gatunku musiałem poczekać jeszcze prawie dziesięć lat. Wśród niezwykłych nabytków, na jakie trafiłem, znalazła się płyta grupy Pussy - Pussy Plays.





1. Come Back June
2. All Of My Life
3. We Built The Sun
4. Comets
5. Tragedy In F Minor
6. The Open Ground
7. Everybody's Song
8. G.E.A.B.


Płyta została wydana w 1969 roku przez malutką wytwórnię Morgan Blue Town i prawdopodobnie to sprawiło, że LP przepadł na rynku. Dzisiaj album uznawany jest za jedno z najważniejszych dokonań brytyjskiego psychodelicznego rocka, noszące już wyraźne cechy nowego progresywnego rocka. Muzyka od początku do końca jest porywająca, pomysłowo opracowana, a przy tym - co w tamtych czasach stanowiło normę - melodyjna.

W kompozycjach zawartych na 'Pussy Plays' dominuje posępny nastrój, zwłaszcza za sprawą rozpływających się dźwięków organów Hammonda. Gitara zaś raz gra delikatnie, tajemniczo, innym razem dynamicznie, niemal złowrogo.

Otwierający płytę przebojowy 'Come Back June' to prosta, dynamiczna piosenka, ale nasycona niepokojącym pierwiastkiem. Dodatkowo zespół udatnie operuje grupowymi partiami wokalnymi, czym przydaje niektórym kompozycjom dodatkowego blasku.
Ważną rolę odgrywa także fortepian, który ton nadaje w niemal żałobnym, instrumentalnym, zagranym w wolnym tempie 'Tragedy In F Minor' ozdobionym dźwiękami gitary klasycznej, która równolegle prowadzi drugą melodię.

Zbudowany na bazie brzmienia organów i gitary 'We Built The Sun' uwodzi słuchacza złowieszczą aurą wytwarzaną za sprawą pogrywających w tle kotłów perkusji oraz lekko odrealnionych grupowych partii wokalnych. W czerpiącym z muzyki awangardowej 'Comets' mamy do czynienia ze spreparowanymi, zniekształconymi dźwiękami na tle żywiołowego, niemal hard rockowego, instrumentalnego podkładu.

W kilku momentach słychać pewne echa muzyki klasycznej. Całość zaś nawet przez moment nie traci rockowej werwy.

Zwieńczeniem płyty jest trzecia instrumentalna kompozycja 'G.E.A.B.'. Kolejna porcja dialogu gitary zniekształconej przy pomocy wah-wah i organów Hammonda wspartych przez pojawiające się okazjonalnie mocne akordy fortepianu. We wstępie wprowadzono partię fletu poprzecznego.

Moja ulubiona piosenka to 'The Open Ground', utrzymana w duchu najwcześniejszego Soft Machine - z Kevinem Ayersem w składzie - i Pink Floyd z Sydem Barrettem. Deklamowana poważnym głosem zwrotka na tle swobodnych dźwięków gitary z wah-wah i dynamiczny, chwytliwy, zaśpiewany natchnionym głosem refren oraz krótkie wejścia ostrej gitary. Proste, ale doskonale pomyślane i zagrane.

Pussy - Pussy Plays zachwyca mozaiką przeróżnych pomysłów. Niestety zespół nigdy więcej już nic nie nagrał.

Dodam jeszcze, że inżynierem dźwięku na płycie grupy Pussy był niejaki Mike Bobak, którego nieliczni mogą kojarzyć z płyty Bobak Jones Malone - Motherlight, również wydanej przez Morgan Blue Town. Z tego co się orientuję towarzystwo było związane z innym zapomnianym zespołem - Red Dirt.

Natomiast Will Malone, który prawdopodobnie miał swój udział w powstawaniu płyty Pussy, wcześniej związany był z grupą The Orange Bicycle, wymienionym okładce 'Pussy Plays', a także nagrał solową płytę 'Will Malone'. Natomiast prawdziwy moment chwały nastał dla niego w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy to został producentem i aranżerem takich grup jak Simple Minds, Massive Attack oraz The Verve i przede wszystkim, co zapewniło mu chyba największą popularność wśród bardziej rockowo zorientowanej publiczności, debiutu Iron Maiden.