niedziela, 29 marca 2009

BRAINTICKET

COTTONWOODHILL 1971



1. Black Sand
2. Places Of Light
3. Brainticket Pt. 1
4. Brainticket Pt. 1 (Conclusion)
5. Brainticket Pt. 2


Skład -

Joël Vandroogenbroeck - Organ, Flute
Ron Bryer - Guitar
Werni Frohlich - Bass Guitar
Cosimo Lampis - Drums
Wolfgang Paap - Tabla
Dawn Muir - Voice
Hellmuth Kolbe - Potentiometers, Generators And Sound Effects


Wydany przez Bellaphon pierwszy album szwajcarskiej grupy Brainticket, to jedna z najbardziej frapujących płyt w dziejach europejskiego rocka. Czy można tę płytę nazwać psychodeliczną? Teoretycznie tak. Chociaż muszę przyznać, że od klasycznych psychodelicznych płyt z Anglii czy Ameryki dzielą 'Cottonwoodhill' niemal lata świetlne. To jakby inny wymiar. Inne podejście do tematu. No cóż, czasy też się nieco zmieniły. W muzyce pojawiło się więcej elektroniki. I chociaż nie jestem zagorzałym zwolennikiem takich brzmień, to jednak płyta Brainticket zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Ale ta muzyka ma w sobie coś tak niesamowitego, że wręcz trudno to sobie wyobrazić.

Muszę przede wszystkim pochwalić zespół za pomysłowe wplecenie w fakturę dźwiękową różnorodnych naturalistycznych efektów, które doskonale współgrają i uzupełniają motoryczną muzykę.

Niezwykłe jest to, że grupie udało się przy pomocy muzyki dość monotonnej i oszczędnej uzyskać efekt tak bogaty w pomysły. Uczucie jest takie, jakby słuchacz penetrował umysł człowieka będącego pod wpływem LSD lub innego narkotyku. Albo też brzmi to tak, jakby Brainticket odkrywali przed człowiekiem całą złożoność jego natury, a także prawdziwy obraz dnia codziennego. Tylko wszystko to widziane jest przez mocno narkotyczny pryzmat. Niemal czuje się detale każdego dźwięku, które wpływają na podświadomość.

Niby psychodelia, niby krautrock, ale nowocześniej brzmiące. Wszystkie utwory opierają się na niemal funkowych rytmach. Chociaż w pierwszej kompozycji pojawiają się drobne gitarowe improwizacje (jest nawet wah-wah) i ostre, ciężko brzmiące organy Hammonda. Z kolei nagranie 'Places Of Light' zostało wzbogacone partią fletu i świetnymi dynamicznymi wejściami organów. Jest nawet zniekształcony kobiecy głos wokalistki Dawn Muir.

Właśnie - Dawn Muir. Jej nacechowane zmiennymi nastrojami monologi stanowią w ogromnej mierze o wyjątkowości tej płyty.
Słychać to w szczególności w składającym się z trzech części 'Brainticket'. Ogrom nagromadzonych tutaj efektów jest wręcz przytłaczający. Całość za podstawę ma, grany jak w transie, prosty funkowy rytm. Jest on jednak jedynie tłem dla całej orgii dźwięków. Brzęk tłuczonego szkła, wycie syren policyjnych, odgłos przejeżdżającego pociągu, wrzeszczący tłum ludzi itd.
I ten głos. Wokalistka nie śpiewa. Nie ma tutaj miejsca na śpiew. Ona wyrzuca z siebie wszystkie skrywane uczucia i emocje. Raz jest to szept. Innym razem krzyk. Zaraz potem ekstaza. Głos raz jest poważny. Za chwilę staje się niemal drwiący. Kobieta mówi jak w amoku. Słychać radość. Słychać przerażenie. Słychać strach.
Dawn Muir fascynuje. Wciąga słuchacza w tę niezwykłą podróż. Wrażenie jest porażające. I dzięki temu na prawdę trudno zapomnieć o tej wyjątkowej płycie.

Trzeba też przyznać, że jak na album, który powstał 38 lat temu, to brzmi on nadal bardzo świeżo i nowocześnie.

W całym tym szaleństwie znalazło się miejsce dla słynnego motywu z 5. Symfonii Ludwiga Van Beethovena.

czwartek, 26 marca 2009

FELT 1971

Kolejny nieznany zespół, tym razem z Alabamy.

Do zakupu tej płyty zbierałem się stosunkowo długo. Byłem strasznie zaintrygowany jaki rodzaj muzyki może skrywać się pod oszczędną (utrzymaną w szarej tonacji) okładką. Pantomimiczna kobieca postać skrywająca twarz pod makijażem dodatkowo pobudzała wyobraźnię.
Po cichu liczyłem, że zapewne będzie to jakiś surowy, ostry blues-rock. Okazało się, że jednak trochę się pomyliłem. W dodatku pozytywnie. Oczywiście kocham blues-rock i jest on na płycie Felt obecny. Jednak zaskoczenie polegało przede wszystkim na tym, że otrzymałem od młodych Amerykanów muzykę mocno nawiązującą do brytyjskiego progresywnego rocka.




1. Look At The Sun
2. Now She's Gone
3. Weepin' Mama Blues
4. World
5. The Change
6. Destination


Liderem grupy, głównym kompozytorem, gitarzystą i wokalistą w jednej osobie był 17-letni Myke Jackson. Aż trudno uwierzyć, że tak młody chłopak był w stanie skomponować muzykę tak dojrzałą. W dodatku operując bardzo przekonującym, jakby zmęczonym głosem.

Na albumie znalazło się tylko sześć nagrań.
Co uderza przy pierwszym przesłuchaniu, to momentami niemal Beatlesowska melodyka utworów. Takie wrażenie na pewno można odnieść słuchając przepięknego 'Look At The Sun'. Na początku tylko fortepian, niemal zbolały głos i poruszająca (romantyczna) melodia. Wchodzi reszta grupy i chciałoby się, aby takie piosenki trwały wiecznie. Takich nagrań można słuchać bez końca.

Potem pojawił się jazzujący, zagrany w dość szybkim tempie 'Now She's Gone'. W środkowej części następowało nagłe spowolnienie. Rewelacyjny fragment. Zespół tworzył tutaj cudowne barwy, nastroje.
'Weepin' Mama Blues' był kolejnym utworem, który zdradzał fascynację dorobkiem The Beatles. Grany z namaszczeniem motyw nasuwa skojarzenia z 'I Want You' z płyty 'Abbey Road' popularnego kwartetu. Całość natomiast ma ewidentnie bluesowe zabarwienie.
Pomysłowy wstęp do nagrania 'World' przypominał raczej zakończenie, muzyka jakby właśnie się kończyła. Moment cieszy, po czym nagle zespół wchodził jak huragan. Utwór oparty był na kontrastach. Raz było spokojnie, refleksyjnie. Za chwilę ostro, niemal agresywnie, zaś głos wokalisty stawał się krzykliwy, niemal wściekły.
Na prawdę jestem pod ogromnym wrażeniem tych kompozycji. Ich spójności, pomysłowości i rzeczywiście genialnych melodii. Niezwykle emocjonalnego wykonania. Nie ma tu cienia rutyny, wykalkulowania. Z każdego dźwięku bije szczerość i autentyzm. To jest właśnie domena klasycznego rocka.

Najważniejsza na płycie wydaje się być jednak rozbudowana kompozycja 'The Change'. Można ją uznać za podsumowanie całej płyty Felt. Jak w soczewce skupia bowiem wszystko to, co na albumie najlepsze. Spokojny, natchniony główny temat. Następnie naturalne przejście do nieco żywszego motywu, po czym nagle pozostaje tylko sama gitara powtarzająca jeden dźwięk. Po chwili pojawia się organowe tło, dołączają pozostałe instrumenty i muzyka nabiera rozpędu. Niemal płynąc w powietrzu. Ten fragment bardzo przypomina mi 'New Yorker', motyw z kompozycji 'Flight' pochodzącej z płyty 'As Your Mind Flies By' grupy Rare Bird.
Tutaj naprawdę dzieje się niezmiernie dużo. Chociaż muszę dodać, że utwór ma bardzo przemyślany kształt. Łatwo wyodrębnić poszczególne epizody. Prawdziwy geniusz zaklęty w dziesięciominutowej formie.

Kończący płytę 'Destination' ma nieco jazzowy koloryt. Ponownie całość uszyta jest z odrobiny melancholii i dla kontrastu agresywnych wejść gitary i organów, które fenomenalnie punktują ten utwór.





Trudno się od tej muzyki oderwać. Zapada w pamięć. W dodatku całość spowija delikatna psychodeliczna mgiełka. Jaka szkoda, że tylko tyle grupa Felt pozostawiła po sobie, bo jak na ówczesną amerykańską rockową muzykę, jest to granie jakby z innej bajki, które wtedy powoli odchodziło do lamusa.

Oryginalny LP został wydany przez malutką wytwórnię Nasco i dzisiaj jest potwornie trudny do zdobycia. W stanie idealnym osiąga ceny oscylujące w granicach 500-600 dolarów.

środa, 25 marca 2009

HARSH REALITY

HEAVEN AND HELL 1969

KOCHAM ten album. To moje wielkie odkrycie ostatnich miesięcy.

Rok 1969 to był niezwykły moment w historii muzyki. Epoka psychodelicznego rocka powoli przemijała, a jej miejsce zastępowało coraz ambitniejsze podejście do tworzenia. Dokonania cechowało pewniejsze poruszanie się po różnorodnych płaszczyznach muzycznych. Oczywiście psychodeliczne naleciałości były nadal słyszalne, unosiły się nad niemal każdym dźwiękiem. Jednak kompozycje stawały się coraz bardziej wyrafinowane, dojrzalsze.

Ten wspaniały okres (przez wielu uważany za najlepszy w historii muzyki popularnej) obfitował w wiele autentycznie interesujących grup, nawet jeśli wciąż jeszcze tkwiących jedną nogą w epoce psychodelicznego rocka, to powoli definiujących kształtujący się właśnie rock progresywny.

Ten najwcześniejszy moment progresywnego grania był rzeczywiście niezwykły. Porywający i wielowymiarowy. Pełen odważnych eksperymentów w obrębie dźwięku, formy i podejścia do wykonywania kompozycji. Każdy zespół miał do zaoferowania coś od siebie. Aż trudno uwierzyć jakie rzeczy były wówczas w stanie wygenerować rockowe zespoły - w dodatku przy użyciu wciąż dość prymitywnych technik nagraniowych (to akurat był ogromny plus). Nie było mowy o spędzaniu w studiach długich miesięcy (tak jak ma to miejsce obecnie). I co bardzo ważne - wtedy progresywny rock był rzeczywiście progresywny.

Bardzo lubię to naturalne, żywe brzmienie, które wciąż udawało się uzyskiwać (wkrótce potem miało ulec to degradacji i z każdym kolejnym rokiem produkcja płyt stawała się coraz bardziej wylizana). Niemal każda grupa miała swój styl. Nawet jeśli jedni inspirowali się drugimi (a niektórzy po prostu zapożyczali), to ostateczny efekt był zawsze ciekawy. Już nigdy później nie było tak wspaniale.




1. When I Move
2. Tobacco Ash Sunday
3. Mary Roberta (Part One)
4. Praying For Reprieve
5. How Do You Feel
6. Heaven And Hell
7. Quickenut - Devil's Daughter
8. Mary Roberta (Part Two)
9. Melancholy Lady
10. Don't Shoot Me Down
11. Girl Of My Dreams
12. Mary Roberta (Part Three)


Skład -

Mark Griffiths - Guitar
Dave Jenkins - Guitar
Alan Greed - Lead Vocals And Organ
Roger Swallow - Drums
Steve Miller - Bass Guitar And Backing Vocals



W tym całym natłoku zdarzeń pojawiła się, wydana przez wytwórnię Philips, płyta brytyjskiej grupy Harsh Reality 'Heaven And Hell'. Dokonanie będące kolejnym arcydziełem końca lat sześćdziesiątych. To jest jeden z tych albumów, które upamiętniają moment narodzin progresywnego rocka. Można 'Heaven And Hell' śmiało postawić w jednym szeregu obok płyt takich grup jak Velvett Fogg, Andwella's Dream, Woody Kern, Pesky Gee, Arcadium czy Writing On The Wall. To były płyty przełomu czasów.
Jedyny album Harsh Reality to dzieło absolutnie fantastyczne. Mogę o nim pisać wyłącznie w samych superlatywach.

Postaram się uporządkować swoje myśli.
Zespół zamieścił na płycie dwanaście stosunkowo krótkich kompozycji, które spowija bardzo specyficzna tajemnicza aura. Momentami panuje niemal cmentarna atmosfera. Ale także pewnego rodzaju melancholijny nastrój. Czasami granie staje się dosyć ciężkie. Mówiąc krótko, jest tu wszystko co najlepsze i w dodatku zagrane w najlepszy z możliwych sposobów. Wprost uwielbiam takie klimaty.

Słychać pewne wpływy Procol Harum i Traffic. Zapewne sprawiają to ciężkie dźwięki organów Hammonda, obok dwóch gitar dominujące w aranżacjach, ale też głos wokalisty kojarzy się trochę ze śpiewem Gary Brookera i Steve Winwooda.

Jednak co odróżnia Harsh Reality od tamtych zespołów, to zdecydowanie bardziej wyeksponowane owe dwie gitary. Brzmienie jest ostrzejsze i bardziej dynamiczne, posępne. Trzeba przyznać, że panowie Mark Griffiths i Dave Jenkins grają z wyczuciem i smakiem. Utwory są dość zróżnicowane, chociaż tworzą spójną, jednorodną całość. Mnie ta muzyka zahipnotyzowała. Tak właśnie powinno brzmieć prawdziwe progresywne granie.

Pomiędzy piosenki wpleciono powracającą trzy razy miniaturę 'Mary Roberta'. Za każdym razem był to inny utwór. Pierwsza część, to akustyczna impresja na gitarze akustycznej z dyskretnym towarzyszeniem sekcji rytmicznej. Druga i trzecia część mają już charakter atonalny. 'Mary Roberta Part Two' zaczyna się od akustycznej partii z poprzedniego fragmentu (tym razem z towarzyszeniem fortepianu). Jednak za chwilę gitara zanika, a pojawia się krótki kobiecy monolog na tle dźwięków fortepianu i różnych niepokojących odgłosów. Natomiast ostatnia część, to już wyłącznie różne kakofoniczne efekty dźwiękowe - rozmowy, krzyki, kobieca wokaliza, pogrywający coś nieskładnie fortepian oraz szarpanie strun gitary. Wszystko to urywa nagłe pojedyncze uderzenie perkusji. Mocno nawiedzony fragment.
Może to wydawać się bardzo proste, ale odpowiednio skomponowane i wstawione we właściwe miejsce robi piorunujące wrażenie. Jak z sennego koszmaru lub horroru. Chociaż wiem, że to dość banalne porównanie i spore uproszczenie.





Każda z piosenek to było trafienie. Każda zasługuje na uznanie i każda odznaczała się nieopisanym wręcz pięknem. To jest ewidentnie najwyższa półka. Zespół w jakiś cudowny sposób stworzył te niewymuszone nagrania i wykonał je tak, że czasem aż ciarki przechodzą po całym ciele. Nie wiem czy jestem w stanie opisać wszystkie niuanse, które pojawiają się w poszczególnych utworach. Czy jestem w stanie przełożyć na litery emocje, które biją z tej muzyki.

Album charakteryzuje się dosyć przestrzennym, potężnym brzmieniem.
W dwóch pierwszych nagraniach słychać pewne wpływy bluesa. Otwierający płytę rytmiczny 'When I Move' ozdobiono partią harmonijki ustnej. W środkowej części zawiera świetne sola gitary oraz organów Hammonda. Doskonały początek zwiastujący nastrój całej płyty.
A potem działo się jeszcze więcej.

Czwarty z kolei 'Praying For Reprieve' to zagrany w wolnym tempie główny temat. Składające się z  pojedynczych dźwięków partie gitary elektrycznej, prowadzącej rodzaj dialogu z pełnym dramatyzmu śpiewem wokalisty. W środkowej i końcowej części utwór nabiera tempa i przeistacza się w pełne desperacji i narastających emocji granie. Zespół daje się ponieść szaleństwu. Bajeczne, wyjątkowe nagranie.

Tytułowy 'Heaven And Hell' to taka mroczna i zdecydowanie psychodeliczna odmiana muzyki pop. Od razu wpada w ucho. Zwłaszcza fajne chórki pojawiające się na wysokości refrenu. Przyznam, że właśnie to nagranie sprawiło, że ta płyta zwróciła moją uwagę. Natomiast 'Melancholy Lady' jest (co sugeruje już sam tytuł) do bólu melancholijny. Po prostu przepiękny i poruszający, jak cała płyta - zagrana z wdziękiem piosenka w środkowej części zawiera lekko swingującą część instrumentalną.

Znalazło się jeszcze miejsce na rhythm and bluesowy 'Don't Shoot Me Down' czy porywający 'Devil's Daughter', gdzie w instrumentalnej części rozgrzane do czerwoności dwie gitary i organy Hammonda niemal prowadziły ze sobą zaciętą rywalizację.





Nie ma co opisywać wszystkich nagrań. Płyta zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem i zawsze zaskakuje czymś nowym. Takie albumy jak 'Heaven And Hell' mają jedną okropną cechę - uzależniają. Po wysłuchaniu takiej muzyki po prostu trudno przejść do słuchania czegokolwiek innego. Ogarnia mnie prawdziwa duma, że poznaję dzieła tak wyjątkowe. Uważam wówczas, że odkrywanie tych wszystkich zapomnianych zespołów ma sens.
Niestety z niezrozumiałych dla mnie powodów ta wspaniała płyty nie sprzedawała się wcale i obecnie jest wielkim rarytasem. Oryginalne brytyjskie (niestety nie było innych) tłoczenie osiąga cenę ponad 400 funtów.

Być może się powtarzam w swoich opisach. Być może popadam w banał pisząc o muzyce. Ale to są tylko i wyłącznie moje odczucia, które siedzą głęboko we mnie.

Na koniec spostrzeżenie.
Od dawna rock progresywny stał się strasznie jałowy i tak na prawdę termin 'progresja' nic już nie oznacza. Stał się pustym określeniem na coś, co niby jest ambitne i przełamuje bariery. Młodym zespołom wydaje się, że taka muzyka musi być pretensjonalna, poważna i do bólu plastikowa. Czyli dużo syntetycznych brzmień i niemal sterylna gra gitary, basu i perkusji. I do tego jakiś ponury głoś śpiewający o otaczającym nas okrutnym świecie. Coś strasznego.

Tymczasem zupełnie nie o to chodzi. Nie wiedzieć czemu dzisiejsi wykonawcy za wzór progresywnego grania obrali sobie wykonawców takich jak Marillion, Camel, Yes czy późniejszy Genesis. Przy czym pozbawiając swoją muzykę odrobiny dystansu i humoru. Brakuje w niej polotu i wyobraźni, czyli tego co w progresywnej muzyce najważniejsze. Gdzie u tych młodych zespołów blues, folk czy jazz? Gdzie próba wprowadzenia jakiegoś innego, mniej typowego instrumentu? Nie ma nic z tych rzeczy. Jedynie syntetyki i sztuczna oprawa. Ja tego nie rozumiem i nawet mnie to odrobinę złości.
Koniec.

wtorek, 17 marca 2009

HUMAN BEAST

VOLUME ONE 1970

Swój jedyny album to szkockie trio nagrało w ciągu 12 godzin dla wytwórni Decca.

Wtedy, w latach sześćdziesiątych, Decca to była jedna z największych wytwórni, prawdziwy potentat na rynku muzycznym. To dla nich nagrywała grupa Rolling Stones. Niestety pod koniec dekady Decca próbując nadążyć za przemianami, podpisywała kontrakty z kim się dało, jednocześnie nie dbając zupełnie o promocję czy opiekę artystyczną nad swoimi wykonawcami. W rezultacie niemal każdy zespół, który nagrywał dla tej wielkiej wytwórni, z góry skazany był na porażkę (klinicznym przykładem jest początkujący wówczas zespół Genesis).

Nie inaczej było z Human Beast. Niedoświadczeni muzycy, dla których nagrywanie płyty było zupełnie nowym wyzwaniem, nie dość, że dostali tak mało czasu na nagrania, to jeszcze musieli walczyć z przydzielonym im przez Decca producentem. Ray Horrics produkował wówczas muzykę z Eurowizji oraz trochę wcześniej kilka płyt folkowego gitarzysty Davy Grahama. Tak więc, jak wynika ze wspomnień lidera Human Beast, Gilliesa Buchana, producent próbował raczej złagodzić brzmienie heavy-rockowego tria, co na całe szczęście mu się nie udało.

Chociaż zespół zgodnie dzisiaj twierdzi, że nagrany materiał bardzo ich rozczarował.
Bez odpowiedniego wsparcia i zainteresowania ze strony publiczności, niedługo potem Human Beast zawiesił działalność. Ok, możliwe, że grupie młodych muzyków po nagraniu płyty również zabrakło zapału, ale faktem jest, że tak spaprać sprawę, to tylko Decca potrafiła. Z drugiej strony, dobrze, że w ogóle wydawali te wszystkie kapitalne tytuły (często w minimalnym nakładzie). Dzięki temu do dzisiaj pozostało świadectwo działalności tych wspaniałych wykonawców. A kolejne pokolenia mogą delektować się tymi albumami za sprawą różnego rodzaju reedycji.




1. Mystic Man
2. Appearance Is Everything, Style Is A Way Of Living
3. Brush With The Midnight Butterfly
4. Maybe Someday
5. Reality Presented As An Alternative
6. Naked Breakfast
7. Circle Of The Night


Muzyka schowana za tą niezwykle intrygującą okładką ma w sobie coś turpistycznego. Jest niewyobrażalnie mroczna. Tylko, że ta posępna atmosfera nie jest wykalkulowana, wyliczona na efekt. Odnoszę wrażenie jakby wytworzenie jej przyszło grupie w sposób wręcz naturalny. Niesamowite jak kiedyś grupy rockowe potrafiły bez nadymania się i zbędnego udawania, tworzyć tak mroczną atmosferę. Coś niewyobrażalnego. Mnie kompozycje z 'Volume One' nasuwają skojarzenia z obrazem piekła jako miejscem przepełnionym zimną, martwą pustką.
Jaka szkoda, że płyta trwa 'ledwie' 34 minuty. Ale to jest również zaleta starych płyt. Na winylu umieszczano tyle muzyki, ile był w stanie pomieścić czarny krążek.

Teraz zespoły pakują na CD po 50-70 minut grania i jeśli choćby minutę z tego dało się słuchać, to jest już wielkie osiągnięcie. To była tylko taka mała dygresja.

Wracając do tematu.
We wszystkich utworach słychać echa wygasłej już psychodelii podanej jednak w sposób znacznie ostrzejszy i brudniejszy. Pozornie tylko bałaganiarski, jakby niezgrabny, nieokiełznany. Jeśli jednak przysłuchać się muzyce uważnie, to okazuje się, że zagrana została w sposób bardzo precyzyjny, przemyślany. Grupa bez wątpienia wypracowała swój własny styl, swoje indywidualne podejście do kompozycji. Tak więc muzykę Human Beast można śmiało określić jako fuzję heavy-rocka z psychodelicznym graniem.

Dominują tutaj mocno kombinowane, bardzo ciekawie pomyślane tematy z wyeksponowaną gitarą z efektem wah-wah oraz wyrazistymi partiami gitary basowej. Gitarzysta, Gillies Buchan, wydaje dźwięki wręcz zniewalające. Natomiast sekcja rytmiczna wybijająca nieszablonowe rytmy jest cudownie natarczywa.
Czasem trio dochodzi do brzmień jakie wiele lat później będą domeną grup grających metal.




Skład


Gilles Buchan - Guitar, Vocals
Edward Jones - Bass Guitar, Vocals
John Ramsey - Drums


Nie będę opisywał poszczególnych kompozycji, wszystkie są autentycznie wspaniałe, ale największym mistrzostwem świata są dla mnie dwa ostatnie nagrania.
Instrumentalny 'Naked Breakfast' to absolutnie genialny przykład budowania napięcia w muzyce. Na początku mamy więc zagrany w szybkim tempie, jakby rozpędzony, główny temat, który jednak nagle zwalnia. Muzyka staje się spokojniejsza. Sekcja rytmiczna powoli usuwa się w cień, natomiast na plan pierwszy wysuwa się gitara, która wytwarza jakąś trudną do opisania złowróżbną, tajemniczą atmosferę. Grane przez gitarę dźwięki narastają aż do chwili, gdy nagle cały zespół uderza, niczym nóż wbijający się w serce. Rany, jak ja uwielbiam ten moment. Gdy tego słucham, przed oczami mam zapadający zmierz - sine niebo z domieszką płonącego słońca, które znika za chmurami.
Wiem, piszę jak obłąkany. Ale inaczej nie potrafię wyrazić swoich odczuć co do takich dźwięków.
Rewelacja. Tego po prostu trzeba posłuchać przy odpowiedniej oprawie.

Zamykający płytę 'Circle Of The Night' to kolejny majstersztyk rockowego grania. Wspaniała melodia została zagrana w majestatyczny, dostojny sposób. Całość spowija niepokojąca siła. Zwłaszcza w refrenie, gdzie gitara mocno wybijając akordy, akcentuje śpiewany natchnionym głosem motyw. Proszę także zwrócić uwagę na przesterowaną, brzęczącą w tle gitarę basową. Ze wszech miar wspaniałe.
Ponoć wykonując tę piosenkę, Gillies Buchan po całodniowej sesji miał już mocno zmęczony głos. Jeśli tak, to wcale tego nie słychać. Wręcz przeciwnie, gitarzysta śpiewa tutaj jak nawiedzony, co tylko potęguje efekt niesamowitości.
Autorem tekstu tej kompozycji był zaprzyjaźniony z grupą (i również nagrywający dla Decca) David McNiven - lider Bread Love and Dreams. Wersję 'Circle Of The Night' w interpretacji tej folk-rockowej grupy można znaleźć na płycie 'Amaryllis'.

Oczywiście ten wybitny album przepadł na rynku i zespół szybko zakończył swój żywot. W chwili gdy płyta się ukazała, sprzedawała się bardzo marnie i dzisiaj jest ogromnym rarytasem. Za oryginalne brytyjskie tłoczenie w stanie idealnym trzeba zapłacić nawet około 1000 funtów. Natomiast równie rzadkie tłoczenie niemieckie osiąga na Ebayu cenę 300-400 Euro.

poniedziałek, 16 marca 2009

DEVIANTS

PTOOFF 1967

Niewiele jestem w stanie napisać o tej grupie. Jedynie tyle, że Deviants to legenda brytyjskiego podziemia. Liderem zespołu był Mick Farren. Ich debiutancki album 'Ptooff' został zaś nagrany dzięki wsparciu finansowemu 21-letniego syna milionera. Oryginalne brytyjskie tłoczenie LP wydało undergroundowe pismo 'International Times'.




1. Opening
2. I'm Coming Home
3. Child Of The Sky
4. Charlie
5. Nothing Man
6. Garbage
7. Bun
8. Deviation Street


Ta płyta to czysta psychodeliczna orgia. Ale jednocześnie zespół różnicuje nastroje. Tak więc na początek otrzymujemy bardzo ostry (jak na 1967 rok), wyrastający z bluesa 'I'm Coming Home' ze świetnym wokalem w stylu Erica Burdona i Micka Jaggera. Istne gitarowe grzanie (że użyję takiego określenia), momentami można odnieść wrażenie, że niedługo eksplodują wzmacniacze. Na prawdę nawet dzisiaj ten utwór robi piorunujące wrażenie. W dodatku ta powoli narastająca melodia...Odlot.

Czego tu nie ma? Dwie kompozycje - akustyczny 'Child Of The Sky' i instrumentalny 'Bun' spowija jakaś tajemnicza aura. Trzeba przyznać, że w każdej odsłonie grupa wypada przekonująco. Ewidentnie ma swój styl. Nawet w tych spokojniejszych fragmentach dominuje psychodeliczna atmosfera. Jest niemal typowy blues 'Charlie'. Są w końcu muzyczne kolaże 'Nothing Man', 'Garbage' i 'Deviation Street', w których pojawiają się przeróżne efekty dźwiękowe, odgłosy rozmów, krzyki, strzały z karabinu, wymioty itd. Ale nawet w obrębie tych nagrań pojawia się jak najbardziej psychodeliczne, mocno odjechane granie. Słowem - istne szaleństwo, które jednak zawiera w sobie tyle świetnej muzyki, że w żaden sposób nie można tych wszystkich nagromadzonych eksperymentów uznać za chybione.
Wręcz przeciwnie - na swój sposób album prezentuje bardzo wysoki poziom.
Po za tym uważam, że ta płyta świetnie zniosła próbę czasu i jeszcze długo się nie zestarzeje. Przy czym 'Ptooff' doskonale oddaje ducha tamtej epoki. Zmieniającej się kultury i muzyki. Atmosferę przesiąkniętych nowymi dźwiękami i zjawiskami klubów takich jak Marquee, UFO czy Middle Earth, w których grali niemal wszyscy ważni wykonawcy. Gdzie niemożliwe stawało się możliwe.

Nachodzi mnie taka refleksja - wiele dzisiejszych grup deklaruje się, że w swoich dokonaniach nawiązują do rockowego grania lat sześćdziesiątych (wtórują im media). Bardzo ciekawe, bo ja w tej współczesnej (britpopowej i temu podobnej) papce nie słyszę nic z tamtej muzyki. W każdym razie lata sześćdziesiąte, które ja znam nie są tak słabe i nudne. Nie są tak anemiczne, wyprane z inwencji i pomysłów. Na czym więc polega to nawiązywanie i zapożyczanie? Chyba się nie dowiem.

Deviants nagrali jeszcze dwie płyty - 'Disposable' (1968) i 'The Deviants' (1969). Zaraz potem grupa przestała istnieć. Mike Farren w 1970 roku nagrał solowy album 'Mona – The Carnivorous Circus', natomiast pozostali trzej muzycy utworzyli Pink Fairies.

sobota, 14 marca 2009

STEAMHAMMER

MOUNTAINS 1970

Steamhammer to bezwzględnie jedna z najlepszych blues-rockowych grup, jakie kiedykolwiek pojawiły się w Wielkiej Brytanii. Niestety, w odróżnieniu od zespołów takich jak Fleetwood Mac, Savoy Brown czy Groundhogs, Steamhammer nie odnieśli sukcesu i w rezultacie pozostawili po sobie jedynie cztery, nagrane w latach 1969-1972 albumy. Każda z tych płyt jest rewelacyjna, a trzy pierwsze tytuły to absolutny kanon blues-rockowego grania. Trzeba też zauważyć, że każda płyta była inna. Te cztery albumy świadczyły o niezwykłym rozwoju grupy oraz ukazywała ich nowatorskie podejście do blues-rockowej tradycji. Słuchając tych płyt mam uczucie, że blues-rocka trudno zagrać lepiej.

Właściwie to zakochałem się w tej grupie od pierwszego przesłuchania. Czyli od momentu, w którym usłyszałem trzecią w ich dorobku płytę 'Mountains'. Moim zdaniem jest to największe osiągnięcie tego wspaniałego zespołu.

To na tej płycie ukonstytuował się najlepszy skład grupy - Kieran White, Martin Pugh, Steve Davy, Mick Bradley. To tutaj grupa momentami grała znacznie ciężej niż na wcześniejszych dwóch tytułach. Tutaj muzyka stała się bardziej progresywna. I w końcu, co najistotniejsze - to na 'Mountains' znalazło się najważniejsze w dorobku Steamhammer i jedno z najlepszych nagrań w swoim gatunku - zarejestrowane na żywo 'Riding On The L&N' połączone z 'Hold That Train'.




1. I Wouldn't Have Thought
2. Riding On The L&N (Live)
3. Hold That Train
4. Levinia
5. Henry Lane
6. Leader Of The Ring
7. Walking Down The Road
8. Mountains


Okraszona piękną okładką trzecia płyta zawierała osiem nagrań i każde z nich to był strzał w dziesiątkę. Płyta od początku do końca genialna. Skończone arcydzieło.

Na 'Mountains' Steamhammer to monolit. Słychać to zwłaszcza we wspomnianym 'Riding On The L&N - Hold That Train' (dla mnie te dwa nagrania są nierozerwalne). Prawdziwa blues-rockowa torpeda. To jest właśnie rockowe granie. Najlepsze, najwspanialsze, najbardziej naturalne i pełne niewyobrażalnych wręcz emocji i uczuć jakie muzycy wkładają w wykonywaną przez siebie muzykę. Jaka szkoda, że zespół nie wydał wtedy całego koncertu jako osobną płytę.
W tej mocno improwizowanej kompozycji błyszczą wszyscy instrumentaliści. Jest tu miejsce na dynamiczne, ostre partie, jak i na nagłe zwolnienia toku narracji. Jednak całość ani na moment nie nuży, muzyka prze do przodu, a z każdą sekundą zespół zaskakuje coraz to nowymi pomysłami, niezwykłym wręcz polotem wykonawczym i lekkością z jaką traktuje opartą na bluesie rozbudowaną kompozycję. Ileż tu niuansów - nie sposób opisać. Biorąc pod uwagę, że nagranie zarejestrowano podczas koncertu, było to prawdziwe mistrzostwo świata.

'Mountains' to także świetne, bardzo zróżnicowane piosenki. Na plan pierwszy jako kompozytor wysunął się tutaj bardzo utalentowany wokalista i gitarzysta Kieran White i to jego dziełem były wszystkie studyjne nagrania.

Otwierający płytę genialny, dynamiczny, ale jednocześnie zagrany w umiarkowanym tempie 'I Wouldn't Have Thought'. Ten niemal przebojowy, oparty na wyrazistym motywie utwór w środkowej części zawierał nagłe zwolnienie i wspaniałe, przeszywające zmysły solo gitary Martina Pugha. Rewelacja.
Przy okazji, uważam, że Martin Pugh to jeden z ciekawszych gitarzystów przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Rewelacyjny muzyk. Jaka szkoda, że nigdy nie został należycie doceniony, bo bez wątpienia zasługuje na miejsce w panteonie u boku tych wszystkich sławnych gitarowych ikon.

Wspomnę jeszcze tylko o akustycznym i po prostu przepięknym 'Leader Of The Ring'. Ileż w nim zadumy i niewymuszonej refleksji. Ileż tworzonej za pomocą dźwięków przestrzeni. Cudowny fragment. Tytułowy 'Mountains' to natomiast powolny, zaśpiewany w podniosły sposób i pełen optymizmu utwór ze świetną partią gitary Martina Pugha.
No ale dość tych mętnych skojarzeń. Wiem, że pewno moje wywody mogą wydawać się chaotyczne i niejasne, ale czasem na prawdę trudno przelać swoje muzyczne uczucia na ekran monitora. Takiej muzyki trzeba posłuchać samemu.

Słuchając takich płyt jak 'Mountains' jestem dumny i szczęśliwy, że poznaję muzykę tak wspaniałą i wyjątkową. Steamhammer to był i jest wielki zespół. Niestety płyta (tak jak dwie poprzednie) przepadła na rynku i wkrótce potem zespół opuścił jego lider - Kieran White. Ten bardzo utalentowany muzyk dał o sobie znać jeszcze tylko w 1975 roku jedyną solową płytą 'Open Door'. Zmarł na raka w 1995 roku.

Dodam jeszcze, że wersja CD wytwórni Repertoire jest odpowiednikiem niemieckiego tłoczenia LP, czyli zawiera inny układ nagrań oraz wykasowaną zapowiedź przed 'Riding On The L&N', która występuje w wydaniu brytyjskim.

wtorek, 3 marca 2009

FAIRPORT CONVENTION

FAIRPORT CONVENTION 1968

Jednym z istotniejszych elementów, który wpłynął na moją potrzebę poznawania nieznanego rocka, była książka Jacka Leśniewskiego 'Brytyjski Rock w latach 1961 - 1979'.
Uważam, że 'Brytyjski Rock' to ewenement na naszym rynku wydawniczym. Ewenement na niwie literatury dotyczącej rocka wydawanej w Polsce. Nikt wcześniej nie napisał czegoś tak interesującego. Szkoda, że tak rzadko (a właściwie to wcale) podobne rzeczy pojawiają się na półkach księgarń naszego kraju.

Przyznam też, że trochę liczyłem, że ów przewodnik będzie jak kamyk, który poruszy lawinę i może w końcu takich tytułów pojawi się więcej. Niestety nic takiego się nie wydarzyło. Jest to jeszcze jeden dowód, że klasyczny rock nie cieszy się u nas wielką popularnością. Nie ma zapotrzebowania na tego typu rzeczy. Dziwne o tyle, że 'specjalistów' i wszystko wiedzących osobników u nas nie brakuje.

Ale to akurat jest temat na osobne rozważania.

Co jest bardzo ważne w przewodniku Leśniewskiego, to fakt, że można bliżej zaznajomić się z wykonawcami, o których albo nie wie się zupełnie nic, albo wie bardzo niewiele. To właśnie dzięki tej książce przyjrzałem się bliżej pewnej grupie, która okazała się być jednym z moich największych odkryć ostatnich lat. Prawdziwym objawieniem.
Jestem niemal pewien, że już wcześniej zetknąłem się z samą nazwą zespołu. Nie pamiętam jakie odczucia u mnie wywołała. Najpewniej pomyślałem, że to jakiś amerykański psychodeliczny zespół, jeszcze jedna grupa ze Wschodniego Wybrzeża.

Nazwa Fairport Convention, bo o tej fenomenalnej grupie, będę się dzisiaj produkował, faktycznie kojarzy się z amerykańską sceną muzyczną. Jednak, jak się okazało, to Brytyjczycy. W dodatku jest to grupa bardzo popularna w rodzinnym kraju. Ich pierwsze płyty (zwłaszcza trzy albumy z 1969 roku) miały ogromny wpływ na rozwój rocka w Wielkiej Brytanii. Uważam, że jak na młody wiek muzyków, to grupa prezentowała niebywale wysoki poziom. W dodatku rozwój muzyczny następował w niebywałym wręcz tempie. W ciągu dwóch lat nagrali aż 5 płyt i wszystkie uważane są za klasykę. Późniejsze dokonania niestety wciąż pozostają mi obce.
Na pierwszej płycie zespół pozostawał jeszcze pod wpływem grup ze Stanów Zjednoczonych, takich jak Jefferson Airplane, ale z każdym kolejnym albumem kształtowali styl, którego w Anglii mieli okazać się prekursorami, a który ostateczny kształt otrzymał na płycie 'Liege And Lief' - mowa o folk rocku.

Pierwszy singiel 'If I Had A Ribbon Bow' nieodparcie mi się kojarzy (w dużej mierze ze względu na głos wokalistki) z muzyką wodewilową. Dostojny nastrój, ale też lekkość i wdzięk. Całość ozdobiono dźwiękami wibrafonu, a w środkowej części pojawił się zupełnie kontrastowy, lekko odrealniony, niemal psychodeliczny motyw. Świetna piosenka.

Na debiutanckiej płycie słychać, że zespół dopiero poszukuje własnego stylu i, o czym wspomniałem, był wpatrzony w wykonawców zza Oceanu.




1. Time Will Show the Wiser
2. I Don't Know Where I Stand
3. If (Stomp)
4. Decameron
5. Jack O'Diamonds
6. Portfolio
7. Chelsea Morning
8. Sun Shade
9. The Lobster
10. It's Alright Ma, It's Only Witchcraft
11. One Sure Thing
12. M1 Breakdown


Na płycie znalazło się kilka przeróbek. Jednak, co od razu słychać, zespół miał niezwykły wręcz dar do wydobywania z tych piosenek wszystkiego co najlepsze, najpiękniejsze, czyniąc takie nagrania jak 'I Don't Know Where I Stand' czy 'Chelsea Morning' (oba autorstwa Joni Mitchell) niezwykle przejmującymi. Grupa nigdy natomiast nie popadała w banał. Fairport Convention potrafili wyważyć proporcje. Także kompozycje własne dowodziły wielkiego talentu twórczego i wykonawczego. Na tej płycie dzieje się bardzo dużo, style (folk, jazz, rock, psychodelia) w magiczny sposób przenikają się. Każda piosenka jest inna.
Uważam również, że pierwsza wokalistka, Judy Dyble, wykonała tutaj kawał świetnej roboty i zaprezentowała się od jak najlepszej strony. Chociaż, jeśli idzie o śpiew, to osobą pierwszoplanową na tej płycie był Ian Matthews. Uwielbiam jego niemal anielski głos, coś przepięknego. Chociaż w dwóch piosenkach 'Time Will Show The Wiser' i 'Jack O'Diamonds' ukazał zupełnie inne oblicze. Zwłaszcza w drugiej z nich (autorstwa Boba Dylana, chociaż możliwe, że wywiedzionej z tradycyjnej folkowej kompozycji) zaśpiewał bardziej zadziornie.

Do wersji CD dołączono 4 bonusy.
Przeróbkę 'Suzanne' Leonarda Cohena - zaśpiewaną wyłącznie przez Matthewsa (prawdopodobnie utwór zarejestrowano po odejściu Judy Dyble,a przed dołączeniem do zespołu Sandy Denny).
Singlowy 'If I Had A Ribbon Bow'. Swoją drogą, gdzie się podziała strona B tego singla, czyli If (Stomp) - inna wersja tej piosenki pojawiła się na debiucie.

Natomiast dwa ostatnie utwory zostały nagrane podczas występu w francuskiej telewizji (brakuje tylko 'Time Will Show The Wiser') w kwietniu 1968 roku. Przyznam, że wersja 'Morning Glory' Tima Buckleya w interpretacji Fairport Convention i z cudownym, przejmującym wokalem Ian Matthewsa zawsze przyprawia mnie o gęsią skórkę. Nie pierwszy i nie ostatni raz zespół przebił autora pierwowzoru.
Z kolei 'Reno Nevada' Richarda Farina ukazuje nam grupę w wersji, jaka wkrótce poszła w odstawkę. To po prostu czysty rockowy dynamit. Środkowa, improwizowana gitarowa kanonada, to coś genialnego. Przyznam, że nigdy później nie słyszałem już takiego wymiatania na gitarach panów Richarda Thompsona i Simona Nicola. Rewelacja.




Dodam jeszcze, że producentem płyty, oraz kolejnych czterech albumów, był Joe Boyd. Prawdopodobnie bez jego osoby Fairport Convention nie osiągnęli by aż tak wysokiego poziomu, a ich płyty nie brzmiały by tak magicznie.
Chwała mu za to.

poniedziałek, 2 marca 2009

PUSSY

PUSSY PLAYS 1969

Płyta 'Tommy' ma dla mnie nie tylko znaczenie ze względów muzycznych (otworzyła mi oczy na wiele niuansów, z których nie zdawałem sobie sprawy). Dzięki The Who nastąpił pewien istotny punkt zwrotny w podejściu do poznawania tego co nieznane. Myślę także, że wiele innych zdarzeń przyczyniło się do tego, że zdecydowałem się na rekonesans po muzycznych terytoriach o istnieniu których dotychczas nie wiedziałem.

O ile mnie pamięć nie myli, wcześniej raczej nie przejawiałem chęci poznawania nieznanych wykonawców działających w latach sześćdziesiątych. Po prostu nie było tematu. Może tkwiło to we mnie od zawsze, ale zostało rozbudzone dopiero tamtego pamiętnego dnia. Do tego momentu wystarczali mi wykonawcy, których kojarzył każdy, tacy jak Pink Floyd, King Crimson, Genesis czy Yes.

Nie chcę się specjalnie uzewnętrzniać, więc dodam tylko, że od tamtej pory przeszedłem sporą przemianę w postrzeganiu rockowego grania.

Wiem jedno, psychodelicznego rocka odkryłem dla siebie już w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy to całkiem przypadkiem usłyszałem piosenkę 'Arnold Layne' grupy Pink Floyd. Poczułem, że to coś w sam raz dla mnie. Jednak na spenetrowanie zakamarków tego gatunku musiałem poczekać jeszcze prawie dziesięć lat. Wśród niezwykłych nabytków, na jakie trafiłem, znalazła się płyta grupy Pussy - Pussy Plays.




1. Come Back June
2. All Of My Life
3. We Built The Sun
4. Comets
5. Tragedy In F Minor
6. The Open Ground
7. Everybody's Song
8. G.E.A.B.


Płyta została wydana w 1969 roku przez malutką wytwórnię Morgan Blue Town i prawdopodobnie to sprawiło, że ten świetny LP przepadł na rynku. Dzisiaj album uznawany jest za jedno z najważniejszych dokonań brytyjskiej psychodelii noszącej już wyraźne cechy nowego progresywnego rocka. Muzyka od początku do końca jest niesamowita, porywająca, pomysłowo opracowana, a przy tym (co w tamtych czasach było właściwie normą) do bólu melodyjna. Całość wpada w ucho przy pierwszym przesłuchaniu i jak dla mnie, trudno się od zawartych tutaj dźwięków oderwać.

Na 'Pussy Plays' panuje niezwykły wręcz nastrój. Przeważnie dość posępny. Uwielbiam te rozpływające się dźwięki organów Hammonda. Gitara zaś jest pierwszej próby - raz gra delikatnie, tajemniczo, innym razem dynamicznie, niemal złowrogo.

Świetny jest już chociażby otwierający płytę 'Come Back June'. Niby prosta, dynamiczna psychodeliczna piosenka, ale nasycona tym nieopisanym mrocznym pierwiastkiem. Dodatkowo zespół perfekcyjnie operuje grupowymi partiami wokalnymi, co przydaje niektórym kompozycjom dodatkowego blasku.
Ważną rolę odgrywa także fortepian, który ton nadaje w niemal żałobnym, instrumentalnym, zagranym w wolnym tempie 'Tragedy In F Minor'. Jako kontrapunkt wprowadzono tutaj dźwięki gitary klasycznej, która równolegle prowadzi drugą melodię.

Zbudowany na bazie brzmienia organów i gitary 'We Built The Sun' uwodzi słuchacza tą złowieszczą aurą wspomaganą za sprawą pogrywających w tle kotłów perkusji oraz lekko odrealnionych grupowych partii wokalnych. Rany, ile w tej muzyce się dzieje. Prawdziwe psychodeliczne niebo i istna mozaika przeróżnych pomysłów. W czerpiącym z muzyki awangardowej 'Comets' mamy do czynienia ze spreparowanymi, zniekształconymi dźwiękami na tle dynamicznego, niemal hard rockowego, instrumentalnego podkładu. Istne ekstremum.

W kilku momentach słychać pewne echa muzyki klasycznej. Całość zaś nawet przez moment nie traci rockowej werwy. Ile w tej muzyce jest uczucia, trudno opisać - trzeba posłuchać.

Świetnym zwieńczeniem płyty jest trzecia instrumentalna kompozycja 'G.E.A.B.'. Kolejna porcja dialogu gitary zniekształconej przy pomocy wah-wah i organów Hammonda wspartych przez pojawiające się okazjonalnie mocne akordy fortepianu. We wstępie wprowadzono partię fletu poprzecznego.

Moim absolutnym numerem jeden pozostaje 'The Open Ground'. Absolutna rewelacja w duchu najwcześniejszego Soft Machine - z Kevinem Ayersem w składzie - i Pink Floyd z Sydem Barrettem. Deklamowana poważnym głosem zwrotka na tle swobodnych dźwięków gitary z wah-wah i dynamiczny, chwytliwy, zaśpiewany natchnionym głosem refren oraz dla odmiany kapitalne krótkie wejścia ostrej gitary. Niby proste, ale jak genialnie pomyślane i zagrane.

Na prawdę jestem szczęśliwy mogąc odkrywać takie wspaniałe tytuły. Pussy - Pussy Plays, to bez dwóch zdań najwyższa półka.
Niestety zespół nigdy więcej już nic nie nagrał.

Dodam jeszcze, że inżynierem dźwięku na płycie grupy Pussy był niejaki Mike Bobak, którego nieliczni mogą kojarzyć z płyty Bobak Jones Malone - Motherlight (również wydaną przez Morgan Blue Town). Z tego co się orientuję, to towarzystwo było w jakiś sposób związane z inną zapomnianą potęgą, czyli grupą Red Dirt.
Natomiast Will Malone, który prawdopodobnie miał swój udział w powstawaniu płyty Pussy (to tylko przypuszczenie), wcześniej związany był z grupą The Orange Bicycle (są wymienieni na okładce 'Pussy Plays'), a także nagrał solową płytę 'Will Malone'. Natomiast prawdziwy moment chwały nastał dla niego w latach osiemdziesiątych i dziewićdziesiątych, kiedy to został producentem i aranżerem takich grup jak Simple Minds, Massive Attack oraz The Verve i przede wszystkim (co zapewniło mu chyba największą sławę wśród bardziej rockowo zorientowanej publiczności) debiutu Iron Maiden.