poniedziałek, 24 stycznia 2011

TITUS GROAN 1970

GRANNIE 1971

Ten bardzo interesujący album powstał w 1971 roku jako PRYWATNE TŁOCZENIE wydane przez firmę S.R.T. (Sound Recording Technology) założoną ponoć przez muzyków Jethro Tull oraz inżyniera dźwięku Dave'a Richardsona, który to jedyne dokonanie Grannie wyprodukował.
W chwili odkrycia tego białego kruka przez kolekcjonerów, zespół Grannie pozostawał enigmę. Dwadzieścia lat później, gdy tytuł został wznowiony jako CD przez wydawnictwo Wooden Hill, udało się w znacznym stopniu odsłonić tajemnicę związaną z krótkim istnieniem zagadkowej formacji.

Liderem zespołu i głównym kompozytorem był, zmarły młodo, gitarzysta Phil Newton. Na perkusji grał John Clark. Basistą był Dave Holland. Natomiast na moment przed sesją nagraniową - w celu wzbogacenia brzmienia - do zespołu dołączył, grający na organach Hammonda John Stevenson. Personalia wokalisty pozostały nieznane. Także niezidentyfikowana pozostała dziewczyna, która kilka kompozycji ozdobiła partiami fletu poprzecznego.

Album wytłoczono w nakładzie DZIEWIĘĆDZIESIĘCIU DZIEWIĘCIU egzemplarzy, których jednak zespół nie rozsyłał do wytwórni płytowych w celu zainteresowania swoją muzyką oraz nie sprzedawał podczas występów, częścią nakładu członkowie kwintetu obdarowali natomiast najbliższych oraz osoby, które miały udział przy powstawaniu płyty. Ze wspomnień perkusisty można wywnioskować, że zamiarem grupy wcale nie było podjęcie długotrwałej działalności.



Oryginalna okładka (wznowienie CD Wooden Hill)


1. Leaving
2. Romany Return
3. Tomorrow Today
4. Saga Of The Sad Jester
5. Dawn
6. Coloured Armageddon


Całość brzmi zaskakująco dobrze. Tak od strony wykonawczej, jak i produkcyjnej, mamy do czynienia z solidną robotą. Pewne niedociągnięcia brzmieniowe, wynikające z niedostatków studia, w którym materiał został zarejestrowany, tylko dodają płycie uroku oraz aury tajemniczości. Zwraca uwagę umiejętność komponowania ciekawych, chwytliwych melodii oraz wyczucie rockowej stylistyki. Jedno też trzeba przyznać - zespół nie silił się na wirtuozerię.

Grupa zaproponowała repertuar mocno osadzony w tradycji hard rocka bliskiego stylistycznie dokonaniom Wishbone Ash, ale nie stroniąc przy tym od balladowych i folkowych wpływów.
Wystarczy wspomnieć rozpoczynający płytę utwór 'Leaving' z nastrojową, wyrazistą partią gitary. Ewidentnie folkowe korzenie posiadał zagrany z akompaniamentem gitary akustycznej 'Dawn', który w niektórych momentach pobrzmiewał echami muzyki dawnej.
Elementy ballady i ciężkiego rocka asymilował w sobie 'Romany Return'. We wszystkich trzech wymienionych nagraniach mniej lub bardziej istotną rolę odgrywały eteryczne dźwięki fletu poprzecznego, dodające muzyce Grannie baśniowego klimatu.

Posiadający bardzo melodyjne zwrotki 'Saga Of The Sad Jester' przerywany był zdecydowanie ciężkimi, ostrymi riffami gitary, aby w końcówce przeobrazić się w dynamiczne hard rockowe granie. Podobny charakter nosił 'Tomorrow Return' w znacznym stopniu oparty na ciężkich improwizacjach i wzbogacony grupowymi harmoniami wokalnymi.

Najbardziej rozbudowany 'Coloured Armageddon' również prezentował Grannie jako grupę ciążącą ku estetyce ciężkiego rocka i nie stroniącą od długich, instrumentalnych motywów. Utwór zyskał na mocy za sprawą organów Hammonda.
Niekiedy można jedynie odnieść wrażenie, że zespół trochę błądził wśród tych nieco karkołomnych improwizacji, nie bardzo miał pomysł na ich rozwinięcie oraz w jakim kierunku winien podążyć. Nie jest to zarzut, wszak trzeba pamiętać, że te nagrania są na dobrą sprawę szkicami muzycznymi, stanowią wstęp do tego, czym ta muzyka mogłaby się stać, gdyby zespół zarejestrował całość w profesjonalnym studiu i nadał kompozycjom kształt ostateczny.

Dla wielu miłośników starego rocka jest to najlepszy tytuł wydany jako PRYWATNE TŁOCZENIE w Wielkiej Brytanii i osiąga cenę blisko DWÓCH TYSIĘCY funtów.

Warto dodać, że oryginalna okładka została wykonana własnoręcznie z ilustracją - przedstawiającą starszą damę trzymającą model gitary elektrycznej Gibson Les Paul - naklejoną na front.



Zmieniona okładka (wydanie CD HMP)

MOSES

CHANGES 1971

środa, 12 stycznia 2011

KLEPTOMANIA 1971

Tym razem pozwoliłem sobie na pewną dowolność twórczą. Otóż zamieszczona przeze mnie okładka nie do końca jest oryginalna. Z pewnych powodów musiałem zrobić zgrabną replikę białego frontu z nazwą zespołu, ponieważ właśnie w takiej ascetycznej kopercie ukazała się w 2006 roku oficjalna edycja płyty zespołu rodem z Belgii.

Właśnie. To jedyne w dorobku Belgów dzieło sprawia mi tyle samo kłopotów, co przyjemności. Na przykład nie do końca wiem kiedy pierwotnie płyta się ukazała.

Funkcjonują dwie daty - 1971 lub 1972. Pierwotnie ponoć album wydała jako prywatne tłoczenie wytwórnia Flame. Chociaż widnieje też rocznik 1979, ale być może ta data odnosi się do nieoficjalnego (pirackiego) wznowienia zatytułowanego 'Elephants Lost'. Zupełnie zgłupiałem.
Niemiecka edycja firmy Amber Soundroom, którą posiadam, również zatytułowana jest 'Elephants Lost'. Tylko, że tym razem jest to wydanie podwójne. Na pierwszej płycie zamieszczono najpewniej ów materiał z oryginalnej płyty, na drugiej zaś znalazła się kompilacja głównie singlowych nagrań dokonanych w latach 1969-1975.
Ciekawe.




DISC 1

1. Intro
2. Improve
3. Moonchild
4. Stop
5. Eligie
6. Thema
7. Cadens
8. Travel
9. Intrude
10. Visit For Above

DISC 2

1. Divertimentos
2. Kept Woman
3. Out Of A Nightmare
4. I've Got My Woman By My Side
5. Lovely Day
6. Mean Old Man
7. Back To The Country
8. Rock And Roll
9. Don't Tell Lies
10. Time Is Money
11. Just A Little Minute To Go


W każdym razie posiadana przeze mnie dwupłytowa wersja jest właśnie tą pierwszą oficjalną reedycją. Ja skoncentruję się na pierwszym dysku zawierającym materiał wręcz sensacyjny, który był podstawą wydanego przed laty prywatnego tłoczenia. Drugi dysk to zbiór nagrań singlowych, według mnie już nie tak powalających, dlatego tym zajmę się być może przy innej okazji.

Na dysku pierwszym rządzi ciężkie, improwizowane granie bez wątpienia wyrosłe z fascynacji dokonaniami Black Sabbath. Mnie te dźwięki hipnotyzują od początku do końca. Jest to absolutnie fenomenalna muzyka i prawdopodobnie najbardziej zmarnowany zespół tamtejszej sceny. Belgijski rock był wtedy bardzo płodny - żeby wspomnieć Waterloo czy Irish Coffee. Ale tym formacjom udało się przynajmniej nagrać po jednej pełnoprawnej płycie.

Spróbuję wybrnąć jakoś z tego chaosu i napisać co nieco na temat muzyki.
Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności i czasy kiedy działał zespół, to powstało dzieło autentycznie zaskakujące swoją dojrzałością. Muzyka zachwyca spontaniczną atmosferą oraz niewymuszoną melodyką. Całość zaś opiera się przede wszystkim na gitarowych, niekiedy wielowątkowych improwizacjach. Muszę przyznać, że w swojej klasie album jest jednym z ciekawszych tego typu dokonań. Naprawdę.
W większości przypadków mamy do czynienia z ewidentnie instrumentalnymi szaleństwami, gdzie jedynie chyba w trzech nagraniach wprowadzono dosyć przekonujący śpiew.
W kliku miejscach brzmienie wzbogacono dźwiękami organów Hammonda niekiedy pełniącymi funkcje solowe.

Podoba mi się, jak zespół potrafił przejść od dość swobodnych partii do naprawdę ostrych, miażdżących motywów, jak choćby w 'Stop' gdzie w krótkich zwrotkach wokaliście towarzyszy jedynie perkusja, ale potem dołącza reszta zespołu eksponując brzmienie dwóch gitar, z których jedna wybija dość prosty riff, druga zaś pieści uszy cudownymi partami solowymi.
Jeszcze bardziej potężny i agresywny zdaje się być w całości instrumentalny 'Eligie'. Również zbudowany na kapitalnym, choć niewyszukanym riffie gitary, który jest tłem dla improwizacji drugiej gitary. Można by jeszcze dodać, że wszystkie te utwory przesiąknięte są mocno psychodeliczną aurą, ale to by było zbyt trywialne stwierdzenie.

Dla odmiany delikatna 'Thema' to pełna ulotnego wdzięku, niezwykle atmosferyczna impresja, gdzie formacja prezentuje swe bardziej szlachetne oblicze, zwłaszcza cudownie się przenikających gitar. Dość krótki 'Cadens' to już powrót na wcześniej upatrzone pozycje, czyli granie bliskie twórczości Black Sabbath. Znowu nasze uszy atakuje toporny riff gitary i ponownie całość ozdobiono dzikimi popisami drugiego gitarzysty.

Na sam koniec Kleptomania zaproponowała wprost REWELACYJNY 'Visit For Above'. Była to pełna optymizmu piosenka wprowadzająca nawet harmonie wokalne oraz urozmaicona dwiema dygresjami - na przykład krótkie interludium na organach Hammonda oraz pełnym ekspresji, żywiołowym finałem. Tak trudno to wszystko opisać nie popadając przy tym w banał. Uważam, że takie piosenki powinny stawać się przebojami. Tylko że jest jeden problem - takie piosenki nigdy nie zostają przebojami.

Podsumowując.
Jest to dzieło absolutnie czarujące. Czasem odnoszę tylko wrażenie, że niektóre kompozycje jakby nagle się urywały albo brakło pomysłów na ich zamknięcie. Ale wcale nie rzuca się to w oczy (czy raczej uszy). Możliwe też, że to tylko moje imaginacje.
Dodam jeszcze, że cały wstęp do tego opisu to wyłącznie domysły oparte na wszelkich możliwych informacjach zdobytych w internecie i nie będę się przy nich szczególnie upierał.

środa, 5 stycznia 2011

THE WHO

A QUICK ONE 1966

Obok płyty 'Revolver' The Beatles bez dwóch zdań jest to najlepszy album 1966 roku. Muzyka jest tutaj równie barwna jak nawiązująca do pop-artu ilustracja autorstwa Alana Aldridge'a umieszczona na okładce. Niestety The Rolling Stones ze swoim 'Aftermath' mogli się schować.

Drugą płytę The Who wypełnił materiał bardzo zróżnicowany. Zaskakujący świeżymi pomysłami. Zachwycający dynamicznym, ostrym brzmieniem. Był to przecież moment narodzin rocka psychodelicznego. Jednocześnie poszczególne utwory zdradzały duże poczucie humoru muzyków The Who. Wszystko to komasowało się w rozbudowanej kompozycji tytułowej będącej rodzajem żartobliwej mini-opery. Wówczas w muzyce popularnej było to absolutne novum. Trwający blisko dziesięć minut 'A Quick One While He's Away' składał się z rozpisanych na role, kilku epizodów muzycznych powiązanych w całość i opisujących historię zdrady małżeńskiej.

Warto zauważyć, że pod względem doboru kompozycji na płycie, było to chyba najbardziej zespołowe dzieło w całej dyskografii The Who.




1. Run Run Run
2. Boris The Spider
3. I Need You
4. Whiskey Man
5. Heat Wave
6. Cobwebs And Strange
7. Don't Look Away
8. See My Way
9. So Sad About Us
10. A Quick One While He's Away


Skład


Roger Daltrey – Vocals
John Entwistle – Bass Guitar, Horns, Vocals
Pete Townshend – Guitar, Keyboards, Vocals
Keith Moon – Drums, Percussion, Vocals


Pete Townshend zaproponował piosenki tak różnorodne jak zadziorny 'Run Run Run' oparty na fantastycznych, mocno wybijanych akordach ostro tnącej gitary. Był to freak-beat w najczystszej postaci. Do osiągnięć amerykańskiej grupy The Byrds gitarzysta nawiązał w 'Don't Look Away'. 'So Sad About Us' dowodził niezwykłego talentu autora w tworzeniu nagrań dojrzałych pod względem melodycznym i harmonicznym. Przy czym ta wyjątkowo minorowa piosenka została wykonana z iście rockową ekspresją. Wyróżniało się zwłaszcza ciężkie brzmienie gitary basowej oraz wyjątkowo misterne grupowe partie wokalne.
Także dziełem gitarzysty był wspomniany już rewolucyjny 'A Quick One While He's Away', który przez długi czas był żelaznym punktem występów formacji.

John Entwistle przygotował dwie kompozycje.
Chyba najpopularniejszy na płycie, powolny 'Boris The Spider', który za podstawę miał mosiężny riff gitary basowej. W refrenie zaś pojawiał się charakterystyczny demoniczny głos będący znakiem firmowym autora. Natomiast dla odmiany zagrana w szybkim tempie kompozycja 'Whiskey Man' został ozdobiona dźwiękami waltorni. Warto zauważyć, że we wstępie tego nagrania pojawia się kilka taktów parę lat później wykorzystanych przez autora w nieco przetworzonej formie w kompozycji 'Heaven And Hell'.

Perkusista skomponował 'I Need You'. Kapitalna, zaśpiewana pełnym słodyczy głosem przez samego Keitha Moona piosenka przykuwa uwagę rewelacyjną, zdecydowanie rockową grą na perkusji. Nikt tak wtedy nie grał. To była nowa jakość w muzyce popularnej. Dlatego ciekawym rozwiązaniem było wprowadzenie w formie kontrastu partii klawesynu, co nadało muzyce delikatnie barokowego kolorytu.
Instrumentalny 'Cobwebs And Strange' był czymś w rodzaju muzycznej wizytówki perkusisty. Zwariowany, przesycony jarmarczną czy wręcz cyrkową atmosferą utwór serwował porażające wręcz popisy Keitha Moona na perkusji.




Roger Daltrey podpisał się pod 'See My Way', uroczą stylizacją wodewilową zaaranżowaną na rockowe instrumentarium. Całości dopełniała garażowa przeróbka 'Heat Wave' z repertuaru Martha And The Vandellas. Trwającą niespełna dwie minuty piosenkę rozsadzała od środka chropowata energia - używając uproszczeń - pełna gitarowego brudu. Dynamit.
W amerykańskiej wersji LP zatytułowanej 'Happy Jack' tę właśnie piosenkę, wydaną w Wielkiej Brytanii wyłącznie na singlu, umieszczono w miejsce 'Heat Wave'.

Do wydania CD dołączono - tak jak w przypadku innych kompaktowych reedycji wczesnych płyt The Who - całą masę bonusów. Przede wszystkim cztery nagrania (pominięto tylko 'Circles') pochodzące z fantastycznej EP 'Ready Steady Who'.

wtorek, 4 stycznia 2011

CZAR 1970

Ocenianie opisywanych zespołów przez pryzmat osiągnięć innych wykonawców posiada niestety sporo wad. Chociaż wiem, że sam dosyć często padam ofiarą owej maniery przy recenzowaniu płyt zamieszczanych na tym blogu, to jednak staram się tego unikać jak ognia.

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że porównywanie odbiera artyście jego oryginalność. Drugą zaś, świadomość, że przecież nie każdy czytający recenzję musi znać grupy, do których autor przyrównuje opisywaną formację. Wtedy takie zestawienie muzyki danego zespołu z dokonaniami innych grup kompletnie traci sens, gdyż czytelnikom nic to nie mówi.
Następna sprawa, to wątpliwa trafność takowych porównań. Ktoś może stwierdzić, że muzyka omawianego wykonawcy wcale nie jest podobna do muzyki zespołu czy solisty, do którego się odnosimy.




1. Tread Softly On My Dreams
2. Cecelia
3. Follow Me
4. Dawning Of A New Day
5. Beyond The Moon
6. Today
7. A Day In September


Skład


Del Gough - Drums
Bob Hodges - Keyboards, Vocals
Paul Kendrick - Bass Guitar, Vocals
Mick Ware - Guitar, Vocals


Dlaczego jednak o tym wspominam?
Ponieważ muzyka grupy Czar nieodparcie nasuwa - podejrzewam, że nie tylko mnie - skojarzenia z dokonaniami takich tuzów gatunku jak King Crimson i The Moody Blues. Tylko, według mnie, jedyny album tego całkowicie zapomnianego kwartetu jest na znacznie niższym poziomie. Co wcale nie jest takie oczywiste, ponieważ zdarzały się genialne wyjątki, kiedy to epigoni osiągali poziom równy lub nawet wyższy od swoich artystycznych wzorców.

Niestety, nie tym razem.
Brzmienie płyty Czar jest po prostu strasznie toporne. Może i same kompozycje nie są najgorsze, trudno odmówić im pewnego uroku, jednak pomimo starań muzyków, wszystkie nagrania odznaczają się wyjątkowo przyciężkim wykonaniem. Braknie im finezji, lekkości. Nie wiem, czy to wina zespoły czy może producenta płyty. Na plus można wskazać, że najpewniej przez przypadek, udało się wykreować ciekawy, zdehumanizowany klimat całości.
Drażni mnie natomiast maniera wokalisty, który sprawia wrażenie jakby przechodził mutację głosu. Nie wiem czy jest to efekt jakiegoś zabiegu studyjnego, czy też on po prostu tak śpiewa.

Co do samego meritum.
Pierwsza kompozycja na płycie 'Tread Softly On My Dreams' bez wątpienia odwołuje się do tradycji '21st Century Schizoid Man' dla niepoznaki okraszonej potężnym brzmieniem melotronu zamiast dziką partią saksofonu. Wystarczy jednak posłuchać zwrotki, aby dostrzec podobieństwo z nagraniem King Crimson - mam na myśli charakterystyczne pauzy.
W środkowej części następuje krótka zmiana muzycznej narracji, jakby żywcem wzięta z improwizowanej, instrumentalnej sekwencji wspomnianego nagrania słynnego zespołu. Jako rodzaj spoiwa wprowadzono romantyczny, nastrojowy refren.

Zdecydowanie ciekawsza i - na swój pokrętny sposób - intrygująca była dynamiczna i cudownie hałaśliwa 'Cecelia' ze świetnym ekstatycznym wstępem (kapitalne organy Hammonda) oraz powolną melodią, ponownie opracowaną z użyciem melotronu. Godna uwagi jest długa instrumentalna część z doskonałymi partiami gitary elektrycznej oraz klawesynu.

Ciekawie prezentuje się przebojowy 'Follow Me'.
Krótka, chwytliwa piosenka ponownie odznaczająca się względnie ostrym brzmieniem, prostym rytmem i chóralnym, pogodnym refrenem. Jedynie co nie jest mnie w stanie przekonać, to śpiew, który skutecznie psuje wszystkie nagrania zawarte na tej płycie.

Niestety dobre wrażenie po poprzednich nagraniach psują kompozycje takie jak nijaki i za długi 'Dawning Of A New Day' czy 'Beyond The Moon'. Drugi z tych utworów był w warstwie rytmicznej i melodycznej czymś na kształt walca i został zwieńczony monotonną grupową partią wokalną będącą czymś na wzór kołysanki.

Na koniec Czar zaproponowali chyba najlepszy w zestawie 'A Day In September'. W przeważającej części instrumentalny i ozdobiony sporą ilością swobodnych, oszczędnych improwizacji utwór, w warstwie rytmicznej miał w sobie coś z marszu. Moją uwagę przykuwają wyrastające z bluesa zagrywki gitary elektrycznej. Ale ucztą dla uszu są także te wszystkie potężne akordy wygrywane na organach Hammonda. Zespół osiągnął w tym nagraniu szczyt swoich możliwości. Niepotrzebnie tylko we wstępie i w zakończeniu wprowadzono zupełnie chaotyczny zespołowy śpiew. W formie kody pojawiła się katarynkowa melodyjka rodem z wesołego miasteczka.

Nie jest to płyta zła. Nie jest to płyta dobra. Po prostu jest i tyle. Aż tyle. Trzeba wziąć pod uwagę, że bardzo rzadkie oryginalne egzemplarze LP wydanego przez Fontana Records wyłącznie w Wielkiej Brytanii osiągają cenę od 1000 do 1200 funtów. Moim zdaniem jest to dokonanie wybitnie kolekcjonerskie, ponieważ pod względem muzycznym nie jest to satysfakcjonujące osiągnięcie.

Zastanawiam się, po co pisałem na temat płyty, która nie wzbudza we mnie w pełni pozytywnych odczuć. Ale stwierdzam na koniec, że raz na jakiś czas trzeba napisać coś bardziej krytycznego. Nie można wciąż wychwalać pod niebiosa. No i wypadało na nieszczęsny zespół Czar.

AARDVARK 1970

Lubię tę uroczą i nieco naiwną płytę.

Na albumie Aardvark mamy kawałek miłego dla ucha, starego progresywnego grania. Grupa inspirowała się dokonaniami takich tuzów gatunku jak Deep Purple i Atomic Rooster oraz The Nice. Problem jednak polega na tym, że płyta kwartetu, to jedno z tych dokonań, którego lepiej się słucha, gdy się ma rzeczywiście odpowiedni nastrój do takiej muzyki.




1. Copper Sunset
2. Very Nice Of You To Call
3. Many Things To Do
4. The Greencap
5. I Can't Stop
6. The Outing - Yes
7. Once Upon A Hill
8. Put That In Your Pipe And Smoke It


Skład


Stan Aldous - Bass Guitar, Celesta, Vibraphone, Marimba, Recorder
Steve Milliner - Organ, Piano
Frank Clark - Percussion
David Skillin - Vocals




Według mnie silną stroną zespołu były nagrania spokojniejsze, łączące progresywną estetyką z delikatnymi wpływami jazzu, jak choćby w skocznym 'Very Nice Of You To Call', gdzie na pierwszy plan wysunięte zostały jazzowe partie fortepianu ozdobione rytmicznym klaskaniem. Niby nie jest to jakieś szczególnie skomplikowane, ale słucha się wybornie.

Ale już dla odmiany 'The Greencap' razi zupełnie niepotrzebnie zdeformowanym głosem wokalisty - pomysł najprawdopodobniej zainspirowany przez '21st Century Schizoid Man' King Crimson. Kompozycja dla odmiany zawiera ciekawą, chociaż niezbyt wyszukaną improwizację organów Hammonda wspartych dźwiękami wibrafonu. Całości dopełniało dość banalne canto refrenu. Muszę tutaj nadmienić, że bardzo cenię sobie owe nieco oniryczne brzmienie uzyskiwane przy pomocy organów Hammonda, które dominuje na płycie.

Szalenie nastrojowe preludium w 'I Can't Stop' przeistacza się w rozpędzony, ponownie dość prosty utwór zwieńczony szaloną organową kodą. Inna sprawa, że to właśnie organy Hammonda są na tej płycie instrumentem wiodącym, co zapewne wiązało się z całkowitym brakiem gitary elektrycznej w składzie formacji.

'The Outing - Yes' w pierwszej części zawiera mocno rozczarowującą skandowaną, dynamiczną piosenką. Natomiast w części drugiej przeistacza się w atonalną, kakofoniczną i dosyć długą improwizację jakby żywcem wyjętą ze wstępu 'A Saucerful Of Secrets' grupy Pink Floyd. Bardzo psychodeliczny fragment, ale jednocześnie bardzo nieoryginalny.
Utwór bezpośrednio przechodzi w utrzymany w baśniowej atmosferze, delikatny 'Once Upon A Hill'. Ten z kolei płynnie łączył się z ostatnim na płycie 'Put That In Your Pipe And Smoke It'. Kolejne nagranie zdominowane przez dźwięki organów Hammonda. Trzeba uczciwie przyznać, że ten pełen szalonych improwizacji i zagrany w szybkim tempie utwór robi duże wrażenie.

Program płyty uzupełniał hard-rockowy 'Copper Sunset' zagrany na ostro przesterowanych organach Hammonda oraz ponownie zaaranżowany z pomocą fortepianu 'Many Things To Do' z fajną, katarynkową partią organów Hammonda w środkowej części i kilkoma zmianami rytmu. W przypadku pierwszego nagrania słychać było wpływ zespołu Deep Purple. Drugi zaś pobrzmiewał echem dokonań tria Atomic Rooster.

Tak więc, nie jest to płyta grzesząca oryginalnością i może stanowić przykry dowód na to, że zapomniane zespoły nie miały zbyt wiele do zaproponowania po za powielaniem patentów innych wykonawców. Mimo to, dokonanie Aardvark posiada wiele niewymuszonego wdzięku i kilka świetnych momentów i choćby dlatego warto zapoznać się z tą muzyką.

Co by jednak nie pisać, to zdjęcie zdobiące okładkę jest autentycznie przepiękne.