piątek, 26 lipca 2013

DONOVAN

SUNSHINE SUPERMAN 1966



 

piątek, 28 czerwca 2013

MARK FRY

DREAMING WITH ALICE (1972)

Uznanie dla psychodelicznej odmiany folku wśród miłośników starego rocka jest bardzo duże. Rzeczywiście, powstało w tym gatunku sporo interesujących, znakomitych tytułów. Jednym z nich jest wręcz wzorcowe i stanowiące wielkie osiągnięcie jedyne dokonanie młodego muzyka z Wielkiej Brytanii. Wówczas dwudziestoletni gitarzysta Mark Fry - z pomocą grupy szkockich muzyków sesyjnych - podczas pobytu we Włoszech zarejestrował materiał, który ukazał się wyłącznie na tamtejszym rynku pod tytułem 'Dreaming With Alice'.

Uwielbiam ten album, mimo że tak naprawdę artysta nie odkrywa tutaj nic nowego. Ale bajkowy klimat utkany z balladowych kompozycji nie ma sobie równych. Całość sprawia wrażenie owianego psychodeliczną mgiełką, natomiast dosyć uboga, chropowata produkcja pozwala odczuć w sposób niemal namacalny atmosferę rodem z jakiegoś zadymionego klubu.
 




1. Dreaming With Alice (Verse 1)
2. The Witch
3. Dreaming With Alice (Verse 2)
4. Song For Wilde
5. Dreaming With Alice (Verse 3)
6. Roses For Columbus
7. A Norman Soldier
8. Dreaming With Alice (Verse 4)
9. Dreaming With Alice (Verse 5)
10. Lute And Flute
11. Dreaming With Alice (Verse 6)
12. Down Narrow Streets
13. Dreaming With Alice (Verse 7)
14. Mandolin Man
15. Dreaming With Alice (Verses 8-9)
16. Rehtorb Ym No Hcram


Sensacją jest tutaj rozpoczynający płytę 'The Witch'.
Ten zagrany w szybkim tempie i nasycony pierwiastkami muzyki Wschodu utwór zniewala hipnotycznym rytmem - nabijanym przez pulsującą gitarę basową - oraz wręcz natrętnymi, przeszywającymi zmysły partiami sitaru napędzanymi dźwiękami gitary akustycznej. To wszystko jest przeplatane tu i ówdzie przez brzmienie fletu poprzecznego.
Prosty pomysł, ale zagrany z taką brawurą, że aż dech zapiera.

Zupełnie wyjątkowa piosenka.
Resztę repertuaru stanowiły akustyczne piosenki wyrastające - jak już wspomniałem - z folku, ale posiadające bardziej psychodeliczny odcień. Wszystkie one czarowały urodziwymi, niewymuszonymi melodiami. Zaśpiewane zostały przez autora delikatnym, sennym głosem przy akompaniamencie gitary akustycznej, czasem zaś z subtelnym wsparciem zaproszonych do studia muzyków.

Większość nagrań stanowiły natchnione, wyciszone ballady w rodzaju 'Song For Wilde' czy autentycznie przepięknej 'Roses For Columbus' posiadające cudowny odrealniony nastrój. Druga z tych piosenek ponownie została wzbogacona subtelnymi zagrywkami fletu poprzecznego. Instrument ten stał się ozdobą kompozycji bardziej pogodnej 'Lute And Flute'.

Ale znalazło się miejsce także dla piosenek bardziej żywiołowych, takich jak 'Mandolin Man' czy 'A Norman Soldier' - obok 'The Witch' były to kompozycje chyba najbliższe estetyce rocka. 'Mandolin Man' jako jedyny utwór na płycie został zagrany z użyciem perkusji, a do aranżacji wprowadzono nawet ostro przesterowaną gitarę elektryczną. Kodę zaś stanowiła tutaj dosyć dziwna folkowa, a po części nieco jazzowa mantra.

Warto zwrócić uwagę, że we wszystkich utworach towarzyszący liderowi muzycy udzielali się w chórkach. Idealnym tego przykładem romantyczny 'Down Narrow Streets' czy wspomniany już 'Lute And Flute'.

Jako spoiwo łączące poszczególne fragmenty tej historii - zainspirowanej przez 'Alicję w Krainie Czarów' Lewisa Carrolla, wówczas, ze względu na surrealistyczną tematykę, niezwykle popularną w kręgach muzyków grających rocka - wprowadzono powracający temat przewijający się między piosenkami - była to miniatura zagrana na gitarze akustycznej i zaśpiewana z lekkim pogłosem.

Oryginalny LP wydała włoska filia wytwórni RCA Records - IT Dischi. Obecnie płyta jest prawdziwym białym krukiem wartym blisko 4000 dolarów - dokładnie 4061 dolarów jakiś kolekcjoner zapłacił za egzemplarz tego tytułu w maju tego roku na aukcji internetowej Ebay.

wtorek, 11 czerwca 2013

środa, 8 maja 2013

środa, 1 maja 2013

SAM GOPAL

ESCALATOR 1969




1. Cold Embrace
2. The Dark Lord
3. The Sky Is Burning
4. You're Alone Now
5. Grass
6. It's Only Love
7. Escalator
8. Angry Faces
9. Midsummer Night's Dream
10. Season Of The Witch
11. Yesterlove


Skład


Sam Gopal - Tabla, Percussion
Ian Willis - Vocals, Rhythm Guitar
Roger D'Elia - Guitar
Phil Duke - Bass Guitar

DAVID BOWIE

THE MAN WHO SOLD THE WORLD 1971

piątek, 19 kwietnia 2013

BLOOD CEREMONY (2008)




1. Master Of Confusion
2. I’m Coming With You
3. Into The Coven
4. A Wine Of Wizardry
5. The Rare Lord
6. Return To Forever
7. Hop Toad
8. Children Of The Future
9. Hymn To Pan


Skład


Alia O’Brien - Vocals, Flute, Organ
Sean Kennedy - Guitar
Lucas Gadke - Bass Guitar
Michael Carrillo - Drums


Płyta, która co prawda nie powstała w przedziale czasowym, któremu poświęcony jest ten blog, ale brzmi tak jakby została żywcem wyjęta z tamtej epoki, a konkretnie z wczesnych lat siedemdziesiątych. Dlatego wyjątkowo postanowiłem przybliżyć ten wydany w 2008 roku przez Rise Above Records tytuł, ponieważ naprawdę na to zasługuje i bezsprzecznie jest hołdem złożonym tym wszystkim wspaniałym pionierskim wykonawcom, których także i niżej podpisany uwielbia.

Do momentu, w którym usłyszałem Blood Ceremony uważałem, że grupy imitujące klasyczne rockowe dokonania to kompletny niewypał. To, co do tej pory miałem możność poznać nie dawało się słuchać. Owszem, brzmiało po staremu, jednak od strony muzycznej była to zwykła dłubanina bez pomysłu.
Na całe szczęście Blood Ceremony zmąciła ten obraz.

Debiutancki album zespołu z Kanady to urzekający dla ucha mariaż brzmień spod znaku wczesnego Black Sabbath i Jethro Tull. Fascynację pierwszą z wymienionych grup oddawały ciężkie riffy gitary oraz mocna sekcja rytmiczna niemal wyjęte z pierwszych trzech płyt kwartetu. Ducha twórczości Jethro Tull przywoływały dynamiczne partie fletu poprzecznego, które dodawały muzyce folkowego odcienia.
Grupa starała się oddać atmosferę starego rockowego grania jak najwierniej poprzez wprowadzenie do instrumentarium także organów.

Trzeba też mocno podkreślić - to nie jest jedynie bierne naśladownictwo pionierów gatunku, ale udana próba odświeżenia tego, co w muzyce rockowej najlepsze, jednocześnie kompletnie pozbawiona komercyjnego charakteru tak nachalnie epatującego z niemal wszystkich przedsięwzięć, które pojawiają się na rynku.

Mimo, że nie jest to muzyka jakoś szczególnie oryginalna pod względem melodycznym, a same kompozycje są do siebie dosyć podobne, to jednak słucha się tego wybornie, utwory zostały wykonane z prawdziwą pasją i posiadają wzorcowo zbudowany klimat.
Muszę przyznać, że w ciągu tygodnia przesłuchałem ten album kilka razy. Bez cienia zmuszania się, bez znużenia.
Może jedynie głos wokalistki Alia O’Brien nie do końca przekonuje, ale na szczęście wykonawstwo jest tak mocne, że nie wpływa to ujemnie na odbiór.

Uważam, że jest to jedno z najciekawszych wydarzeń, jakie na rockowej scenie pojawiło się w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat. To jest właśnie alternatywa dla tej całej miernej masówki, która od dłuższego czasu zalewa nas ze wszystkich stron. Alternatywa, przy której ta, wychwalana przez środowiska młodych, wykształconych z dużych miast, wydaje się jakimś kiepskim dowcipem niczym nie różniącym się od dzisiejszego głównego nurtu.