1. Guts
2. Everything In My Heart
3. The Author
4. Nude Disintegrating Parachutist Woman
5. Rape Of The Locks
6. All Night Petrol
7. You And I
8. Homicidal Suicidal
Pierwsza płyta jest dokonaniem
wspaniałym. Specyficznym, dość dziwnym, jednak porywającym. Zawiera
znakomite melodie. Zadziwia dojrzałym wykonaniem, co, jak na bardzo
młodych i niedoświadczonych muzyków, stanowi spore zaskoczenie.
Kompozycje są pomysłowe i świadczą o dużym talencie zespołu.
Niestety jest też kilka mniej lub bardziej istotnych mankamentów.
Pierwszy i najważniejszy mankament to fatalna produkcja.
TAKA muzyka zasługiwała na zdecydowanie lepsze potraktowanie niż
prosta, toporna realizacja. Gdyby nie to, że sam zespół dawał swoją
grą niezbędny ciężar brzmieniu, wówczas, to, co wygenerował tutaj
Rodger Bain jako producent, sprawiałoby raczej mizerne wrażenie.
Przede wszystkim brakuje elementu środka, czegoś, co wypełniałoby
przestrzeń między dźwiękami. Oczywiście, dzięki tej prostocie,
słuchacz może odnieść wrażenie, że siedzi w studiu, w którym
materiał na płytę był nagrywany. Wszystko jest naturalne aż do bólu.
Czasami muzyka sprawia, że powietrze dosłownie drży. Jednak zabrakło
odrobiny produkcyjnej finezji, która dodawałaby tej muzyce i samym
kompozycjom ostatecznego szlifu, a nawet dostojeństwa. Jak na ironię
- żywa produkcja jest kompletnie bez życia.
Druga wada to te nieprzystające do całości króciutkie akustyczne
ballady. 'Everything In My Heart' oraz 'You And I' to piękne
ballady, dlatego szkoda, że sprawiają wrażenie niedokończonych.
Wielu wykonawców mogłoby pozazdrościć triu takiego talentu do
komponowania tak przejmujących, tajemniczych motywów, jednak czy
rzeczywiście te miniatury - zwłaszcza w stosunku do pozostałych
rozbudowanych hard-rockowych kompozycji - nie tworzą z resztą
materiału dysonansu? Nie zaburzają całości? Szkoda, że zespół nie
popracował nad tymi kompozycjami i nie nadał im bardziej
przemyślanego charakteru.
Co najciekawsze, melancholijna ballada 'You And I' to chyba
najlepiej brzmiący fragment płyty.
Trzecia i najmniej istotna wada to okładka. O ile front jest świetny
i przykuwa uwagę, o tyle tył został zrobiony niedbale. Naprawdę TEN
zespół zasługiwał na bardziej efektowny projekt. Na bardziej
efektowne zdjęcie zdobiące tył. Zwłaszcza w czasach, gdy tylna
strona okładek płyt była tak samo ważna jak front, aż prosiło się o
coś bardziej intrygującego.
Tak więc ciekawa muzyka został opakowana dość nieciekawie - tak od
strony produkcyjnej, jak i graficznej. Tłumaczę to sobie niskim
budżetem, jaki został przeznaczony na wydanie płyty nikomu
nieznanego zespołu.
Wydaje mi się, że samej muzyki nie potrzeba opisywać ponieważ chyba
każdy miłośnik rocka w Polsce zetknął się z dokonaniami tej grupy.
Napiszę tylko, że opierając się na dokonaniach Led Zeppelin i Black
Sabbath, a poniekąd również Deep Purple, zespół potrafił stworzyć
własny język wypowiedzi.
Wprawdzie tu i ówdzie słychać wyraźne odniesienia do twórczości
wspomnianych trzech prekursorów hard-rocka - by wspomnieć unisono
głosu i gitary elektrycznej w 'Nude Disintegrating Parachutist
Woman' zainspirowane zapewne przez 'Dazed And Confused' wspomnianego
Led Zeppelin - jednak Budgie już na tym debiutanckim LP poszło w
kierunku bardziej kombinowanej odmiany gatunku.
Nagłe i niespodziewane zmiany tempa i dynamiki stały się znakiem
rozpoznawczym grupy na najbliższe lata. Wystarczy wskazać utwór
'The Author' z rozmarzonym, nastrojowym wstępem - zakłócanym
krótkimi zespołowymi uderzeniami - który niespodziewanie przechodzi
w ciężkie granie utrzymane w średnim tempie. Centralnym punktem płyty wydaje się być
najbardziej rozbudowany utwór 'Nude Disintegrating Parachutist
Woman', który jak w soczewce skupia wszystko to, co zespół miał do
zaproponowania, czyli właśnie zaskakujące zwroty akcji w muzycznej
narracji.
Dominują ciężkie, dość powolne riffy wsparte mocną perkusją. Basista Burke Shelley śpiewa raz to może niezbyt czysto swym wysokim głosem, lekko zawodząc, innym razem potrafi trafić w odpowiedni ton, niekiedy śpiewając z wielką pasją, nadając niemal agresywny charakter swym wokalnym interpretacjom - wystarczy wskazać desperacki 'Homicidal Suicidal'.
Brawa należą się zwłaszcza gitarzyście Tony'emu Bourge'owi, na
którego barkach spoczywała odpowiedzialność za wszelkie partie
solowe oraz główne wątki melodyczne. Muzyk pokazał klasę i wielki
talent.
Czasem niepotrzebnie starał się imitować brzmienie swoich wybitnych
kolegów z Deep Purple i Black
Sabbath, były to jednak zapożyczenia nieliczne. Tony Bourge posiadał
tę biegłość w posługiwaniu się sześcioma strunami, która czyniła jego
grę naprawdę absorbującą i fantazyjną, przede wszystkim dzięki niemu muzyka Budgie nie nudzi nawet przez moment.
Wystrzałowy debiut.