Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1971. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1971. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 sierpnia 2016

BUDGIE 1971




1. Guts
2. Everything In My Heart
3. The Author
4. Nude Disintegrating Parachutist Woman
5. Rape Of The Locks
6. All Night Petrol
7. You And I
8. Homicidal Suicidal


Pierwsza płyta jest dokonaniem wspaniałym. Specyficznym, dość dziwnym, jednak porywającym. Zawiera znakomite melodie. Zadziwia dojrzałym wykonaniem, co, jak na bardzo młodych i niedoświadczonych muzyków, stanowi spore zaskoczenie. Kompozycje są pomysłowe i świadczą o dużym talencie zespołu. Niestety jest też kilka mniej lub bardziej istotnych mankamentów.

Pierwszy i najważniejszy mankament to fatalna produkcja.
TAKA muzyka zasługiwała na zdecydowanie lepsze potraktowanie niż prosta, toporna realizacja. Gdyby nie to, że sam zespół dawał swoją grą niezbędny ciężar brzmieniu, wówczas, to, co wygenerował tutaj Rodger Bain jako producent, sprawiałoby raczej mizerne wrażenie. Przede wszystkim brakuje elementu środka, czegoś, co wypełniałoby przestrzeń między dźwiękami. Oczywiście, dzięki tej prostocie, słuchacz może odnieść wrażenie, że siedzi w studiu, w którym materiał na płytę był nagrywany. Wszystko jest naturalne aż do bólu. Czasami muzyka sprawia, że powietrze dosłownie drży. Jednak zabrakło odrobiny produkcyjnej finezji, która dodawałaby tej muzyce i samym kompozycjom ostatecznego szlifu, a nawet dostojeństwa. Jak na ironię - żywa produkcja jest kompletnie bez życia.

Druga wada to te nieprzystające do całości króciutkie akustyczne ballady. 'Everything In My Heart' oraz 'You And I' to piękne ballady, dlatego szkoda, że sprawiają wrażenie niedokończonych. Wielu wykonawców mogłoby pozazdrościć triu takiego talentu do komponowania tak przejmujących, tajemniczych motywów, jednak czy rzeczywiście te miniatury - zwłaszcza w stosunku do pozostałych rozbudowanych hard-rockowych kompozycji - nie tworzą z resztą materiału dysonansu? Nie zaburzają całości? Szkoda, że zespół nie popracował nad tymi kompozycjami i nie nadał im bardziej przemyślanego charakteru.
Co najciekawsze, melancholijna ballada 'You And I' to chyba najlepiej brzmiący fragment płyty.

Trzecia i najmniej istotna wada to okładka. O ile front jest świetny i przykuwa uwagę, o tyle tył został zrobiony niedbale. Naprawdę TEN zespół zasługiwał na bardziej efektowny projekt. Na bardziej efektowne zdjęcie zdobiące tył. Zwłaszcza w czasach, gdy tylna strona okładek płyt była tak samo ważna jak front, aż prosiło się o coś bardziej intrygującego.

Tak więc ciekawa muzyka został opakowana dość nieciekawie - tak od strony produkcyjnej, jak i graficznej. Tłumaczę to sobie niskim budżetem, jaki został przeznaczony na wydanie płyty nikomu nieznanego zespołu.

Wydaje mi się, że samej muzyki nie potrzeba opisywać ponieważ chyba każdy miłośnik rocka w Polsce zetknął się z dokonaniami tej grupy. Napiszę tylko, że opierając się na dokonaniach Led Zeppelin i Black Sabbath, a poniekąd również Deep Purple, zespół potrafił stworzyć własny język wypowiedzi.
Wprawdzie tu i ówdzie słychać wyraźne odniesienia do twórczości wspomnianych trzech prekursorów hard-rocka - by wspomnieć unisono głosu i gitary elektrycznej w 'Nude Disintegrating Parachutist Woman' zainspirowane zapewne przez 'Dazed And Confused' wspomnianego Led Zeppelin - jednak Budgie już na tym debiutanckim LP poszło w kierunku bardziej kombinowanej odmiany gatunku.

Nagłe i niespodziewane zmiany tempa i dynamiki stały się znakiem rozpoznawczym grupy na najbliższe lata. Wystarczy wskazać utwór 'The Author' z rozmarzonym, nastrojowym wstępem - zakłócanym krótkimi zespołowymi uderzeniami - który niespodziewanie przechodzi w ciężkie granie utrzymane w średnim tempie. Centralnym punktem płyty wydaje się być najbardziej rozbudowany utwór 'Nude Disintegrating Parachutist Woman', który jak w soczewce skupia wszystko to, co zespół miał do zaproponowania, czyli właśnie zaskakujące zwroty akcji w muzycznej narracji.

Dominują ciężkie, dość powolne riffy wsparte mocną perkusją. Basista Burke Shelley śpiewa raz to może niezbyt czysto swym wysokim głosem, lekko zawodząc, innym razem potrafi trafić w odpowiedni ton, niekiedy śpiewając z wielką pasją, nadając niemal agresywny charakter swym wokalnym interpretacjom - wystarczy wskazać desperacki 'Homicidal Suicidal'.

Brawa należą się zwłaszcza gitarzyście Tony'emu Bourge'owi, na którego barkach spoczywała odpowiedzialność za wszelkie partie solowe oraz główne wątki melodyczne. Muzyk pokazał klasę i wielki talent.
Czasem niepotrzebnie starał się imitować brzmienie swoich wybitnych kolegów z Deep Purple i Black Sabbath, były to jednak zapożyczenia nieliczne. Tony Bourge posiadał tę biegłość w posługiwaniu się sześcioma strunami, która czyniła jego grę naprawdę absorbującą i fantazyjną, przede wszystkim dzięki niemu muzyka Budgie nie nudzi nawet przez moment.

Wystrzałowy debiut.

piątek, 12 kwietnia 2013

SHUTTAH

THE IMAGE MAKER (1971)

Ten fascynujący, koncepcyjny, nagrany w 1971 roku album przez długie lata nie wyszedł poza formę acetatu. Aż do roku 2002, kiedy to został zaprezentowany światu przez szacowną wytwórnię Shadoks Music.

Powstała muzyka posiadająca cechy kolażu dźwiękowego. Powiązane ze sobą piosenki tworzyły opowieść rozgrywającą się w czasie drugiej wojny światowej, zaś efekt dramaturgiczny pogłębiały przeróżne efekty dźwiękowe. Zespół nie stronił od eksperymentów - częstokroć nawiązujących do muzyki awangardowej. Starał się wzbogacić aranżacje poprzez wprowadzenie instrumentów dętych.

Niekiedy też kładł spory nacisk na grupowe harmonie wokalne.
Materiał - nagrany przez nikomu nieznanych muzyków w profesjonalnym studiu - budzi duży podziw autentycznie udanymi melodiami oraz znakomitą produkcją. Niebywałe zjawisko.
Znalazło się tutaj miejsce na tematy stonowane, spokojne, ale też na repertuar stricte rockowy, posiadający niemal hard-rockową intensywność, przytłaczający posępną, niepokojącą atmosferą. Wiele kompozycji ujawniało zamiłowanie zespołu do funku. Całość zdradzała jednak wpływy i ambicje rocka progresywnego.





1. Image Maker
2. Bull Run
3. Cry My Little Darling
4. Lady Smith
5. Village Green
6. The Crimp
7. Christmas 1914
8. The Fens
9. Guernica
10. World War II
11. Concrete
12. Imjin
13. She's A Bad Girl
14. The Wizard
15. Tell Me Why
16. Conclusion


Cóż więc tu mamy?
Tytułowa, nieco funkowa piosenka kontrastowała z powolnym, mrocznym 'Bull Run' opartym na ciężkich tonach mocno przesterowanych, niemal rzężących organów Hammonda oraz dźwiękach natarczywej i również przesterowanej gitary elektrycznej. Muzyczna tkanka nagrania obudowana została różnego rodzaju naturalistycznymi odgłosami wojny. Dodatkowo pojawiały się zniekształcone, agresywne dźwięki instrumentów dętych.
Utwór wieńczyła nastrojowa impresja zagrana przez trąbkę i fortepian.

'Cry My Little Darling' to z kolei krystalicznie czysta, szlachetna, dynamiczna piosenka cudownie oplatana dźwiękami elektrycznego klawesynu. 'Lady Smith' w początkowej fazie miał w sobie coś ze spokojnej twórczości Carlosa Santany, by w drugiej części powrócić do funkowych zapędów Shuttah.

W 'The Crimp' zwykła piosenka zostaje przerwana niespodziewanie kakofonią dźwięków. Po chwili następuje powrót do normalnego, w dużej mierze instrumentalnego grania mającego jazzowe zabarwienie - z partią trąbki i pełnym werwy solem gitary.

Rozpoczynający się od melodii pozytywki 'Christmas 1941' to najpiękniejszy fragment płyty. Jest to melancholijna, zagrana na wodewilową nutę miniatura zaśpiewana jedynie z akompaniamentem fortepianu, zaś w zwrotkach wspaniale zaaranżowana na głosy. Warto zatrzymać się przy tych właśnie chórkach ponieważ nieodparcie kojarzą mi się one z aranżacjami partii wokalnych w muzyce Yes, a także Queen.

'The Fens' we wstępie ozdobiony fortepianowym tematem był następnym powrotem na bardziej rockowe terytoria - z uwypuklonymi brzmieniami organów Hammonda na tle prostego, równomiernego podkładu sekcji rytmicznej. W środkowej części jako kontrapunkt pojawiły się zespołowe chórki.

Miniatura 'Guernica' to impresja na gitarze elektrycznej solo.

'World War II' to kolejna synteza funku i jazzu, w drugiej połowie wzbogacona efektami dźwiękowymi - syrenami alarmowymi, odgłosami wojny. Całość kończył zwiewny temat wokalny. Nie przepadam za funkiem, ale na tej płycie - jako element składowy w ramach rockowej konwencji - świetnie się broni.

W głównej części 'Imjin' rytm nadawał hi-hat punktowany przez pojedyncze uderzenia gitary elektrycznej. Następnie zespół przechodził do krótkiej instrumentalnej, dosyć swobodnej improwizacji z uwypuklonymi partiami perkusji - zwłaszcza talerza. Piosenkę wieńczył refleksyjny, wyciszony fragment oparty na grze gitary akustycznej i pobrzmiewających w drugim głosie organach Hammonda.

'The Wizard' to najpierw subtelny wokalny temat oraz tajemniczy szept na tle stonowanych, sugestywnych dźwięków organów Hammonda.
Po chwili jednak muzyka się ożywia i otrzymujemy porywającą, rockową improwizację wspomnianego wyżej instrumentu przeplataną przez ponownie funkującą gitarę. Całość zaś po raz kolejny wskazywała pewne wpływy twórczości Carlosa Santany, ale także miała w sobie coś z ówczesnych undergroundowych, progresywnych zespołów z Wielkiej Brytanii.

Płytę zamykał wielowątkowy i zróżnicowany - potężny organowy motyw skontrastowano z delikatną partią trąbki - 'Conclusion' na moje ucho będący czymś na kształt wariacji osnutej wokół 'Bull Run'. Kompozycję wieńczył niepokojący quasi chór.





Nie ma sensu drobiazgowego opisywania i rozkładania na czynniki pierwsze każdej kompozycji, zbyt wiele jest tu szczegółów. Najlepiej samemu posłuchać. Jest czego - ponieważ materiał ten stanowi wzorcowy przykład rockowego podziemia z tamtych czasów. Niemal każdy dźwięk jest przesiąknięty tym dziwnym klimatem, jaki panował tylko wtedy. Poza tym niektóre fragmenty naprawdę świdrują umysł, zaś moje opisy są zbyt uproszczone, aby oddać urodę wszystkich drobiazgów tutaj zawartych.
Ponad to jest to tytuł, który z każdym przesłuchaniem smakuje coraz lepiej.

W roku 2002 wydany przez Shadoks Music 'Image Maker' ukazał się jako podwójny LP w grubej, skórzanej okładce z wklejonymi czterema fotografiami oraz reprodukcjami winylowych nalepek studia IBC, gdzie materiał na ten album został zarejestrowany.
Dopiero w 2007 roku tytuł ukazał się na podwójnym CD.

niedziela, 5 lutego 2012

MASTER'S APPRENTICES

NICKELODEON (1971)



1. Future Of Our Nation
2. Evil Woman
3. Because I Love You
4. Light A Fire Within Yourself
5. When I've Got Your Soul
6. Fresh Air By The Ton


Skład


Jim Keays - Vocals
Doug Ford - Guitar, Vocals
Glen Wheatley - Bass Guitar, Vocals
Colin Burgess - Drums


Cóż za wspaniały album. Jedno z najczęściej przeze mnie słuchanych wydawnictw koncertowych. Muszę tutaj nadmienić, że nigdy nie byłem entuzjastą płyt nagranych na żywo przed publicznością. Korektę w tej kwestii wprowadziła grupa The Who i ich wybitna koncertowa płyta 'Live At Leeds'. Dla niżej podpisanego jest to najważniejszy koncert wszech czasów.

Gdyby mnie ktoś zapytał o inne interesujące dokonania upamiętniające rockowe występy, bez chwili zastanowienia wskazałbym LP 'Nickelodeon' pochodzącego z Australii kwartetu Master's Apprentices.

Co tu dużo pisać. To jest dopiero granie na żywo.
Normą było wówczas, że zespoły występując przed audytorium dostawały jakiś niespotykany zastrzyk energii. Utwory stawały się dłuższe, bardziej żywiołowe niż w studiu. Jeśli były to kompozycje znane z płyt długogrających - podlegały przeważnie dość swobodnej interpretacji i często znacznie różniły się od swoich studyjnych pierwowzorów.
Natomiast integralną część koncertowego repertuaru stanowiły utwory, których próżno było szukać w oficjalnej dyskografii, czy to przygotowane na koncerty dzieła własne, czy też będące przeróbkami cudzych dokonań, dostosowane do własnych muzycznych wizji. Tak więc wielbicieli idących na koncert czekała wielka niewiadoma. Wydaje mi się, że to również sami słuchacze wymuszali na artystach takie podejście do grania.

Nie inaczej jest z występem Master's Apprentices, zarejestrowanym w 1970 roku w Perth w Nickelodeon Theatre. Grupa była wówczas u szczytu popularności w Australii i ów album miał stanowić dowód uznania dla sukcesów grupy. Trzeba też dodać, że wydawnictwo ukazało się wyłącznie w tym kraju.

Tylko sześć nagrań, ale za to jakich.
Zestaw składał się w przytłaczającej większości z kompozycji premierowych, wyjątkiem jest przebojowa piosenka 'Because I Love You' pochodząca z LP 'Choice Cuts'. Począwszy od 'Future Of Our Nation', na 'Fresh Air By The Ton' skończywszy mamy do czynienia z muzyką ciężką, mocarną. Kompozycje przeważnie wykonane są w wolnych tempach, co tylko uwypukla niemal mosiężny charakter nagrań. Nieodparcie cisną się porównania z debiutanckim albumem Black Sabbath.
Bez wątpienia clou programu stanowi bardzo rozciągnięta w czasie wersja 'Evil Woman'. Ten utwór - znany chociażby z drugiej płyty brytyjskiego kwintetu Spooky Tooth - najeżony jest po same brzegi świetnymi, głównie gitarowymi improwizacjami. Od dynamicznych, ostrych zagrywek, po wyciszone, natchnione impresje.
Dlatego też dominuje tutaj granie instrumentalne, wokalista Jim Keays mógł sobie trochę odpocząć.

Całość należy do pierwszej kategorii muzyki rockowej. Błyszczą wszyscy. Nie tylko wspomniany gitarzysta, ale także tętniąca życiem, potężna sekcja rytmiczna. Od strony wokalnej wiele fragmentów opracowanych jest na głosy, jednak charakterystyczny, wysoki głos Jima Keaysa wybija się na plan pierwszy.
Ktoś mógłby za wadę uznać, że prawie nie słychać reakcji publiczności, a zapowiedzi między nagraniami zredukowane są do minimum. Mnie to nie razi, takie obowiązywały wtedy standardy. Najważniejsza była sama muzyka, a nie reakcja rozentuzjazmowanego tłumu. W każdym razie, liczy się, że produkcja i jakość nagrań jest wręcz wzorcowa, co, biorąc pod uwagę brak studyjnych ingerencji, budzi mój podziw.

Wcale bym się nie zdziwił gdyby się okazało, że nie jest to pełen zapis występu. Dlatego wierzę - chociaż są to płonne nadzieje - że może ktoś kiedyś wyda 'Nickelodeon' w wersji zawierającej pełną wersję koncertu. Tak jak postąpiono z 'Live At Leeds' The Who' i 'Made In Japan' Deep Purple.

Według mnie, obok 'Choice Cuts' 'Nickelodeon' stanowi największe osiągnięcie tego jakże niedocenionego zespołu.

piątek, 30 grudnia 2011

CAROLE KING

TAPESTRY (1971)


Na koniec roku będzie coś z zupełnie innej beczki.

Z okładką 'Tapestry' po raz pierwszy zetknąłem się ponad dwadzieścia lat temu, gdy w prezencie od ojca otrzymałem album z reprodukcjami okładek płyt pod tytułem 'The Face Of Rock And Roll - Images Of A Generation'. Jak się miało okazać, kilka z zamieszczonych w tym albumie ilustracji po wielu latach znalazło się na mojej półce, ale już w formie CD.

Płyta jest inna niż wszystkie do tej pory przeze mnie opisane ponieważ zawiera muzykę łagodną, kameralną i z tradycyjnie pojmowanym rockowym graniem jako takim teoretycznie niewiele ma wspólnego. Sama Carole King, zasłużona dla muzyki popularnej i wówczas już niezwykle ceniona, w latach sześćdziesiątych była współautorką, wraz z ówczesnym mężem Gerry Goffinem, takich wielkich przebojów jak 'Will You Love Me Tomorrow' czy 'Loco-Motion'. Gdy więc nagrywała swój drugi solowy album, cieszyła się już dużą estymą.
Jednocześnie trudno odmówić płycie odrobiny rockowej zadziorności czy wręcz poetyki, stąd też nie jest to z mojej strony aż tak rażące odejście od tematyki bloga. Poza tym życzyłbym sobie, żeby dzisiejsze zespoły rockowe nagrywały muzykę tak krystalicznie piękną jak to uczyniła Carole King na 'Tapestry'. Czy się to komuś bowiem podoba czy nie, emocje i uczucia ważniejsze są w muzyce rockowej w stopniu większym niż szarpanie strun i wrzeszczenie lub jęczenie do mikrofonu.

Omawiany tytuł jest chyba pierwszym na tym blogu albumem, który zyskał ogromną sławę i w rezultacie osiągnął nakład blisko trzydziestu milionów egzemplarzy. Bez wątpienia jest to jeden z największych bestsellerów w historii muzyki popularnej.
Podziwu godny jest także fakt, że za stworzenie całego materiału odpowiedzialna jest bohaterka tego wpisu, która nie tylko zaśpiewała wszystkie umieszczone na płycie piosenki, ale również zagrała na fortepianie, tworząc w ten sposób swego rodzaju archetyp dla późniejszych śpiewających pianistek, które już niebawem miały wręcz zasypać rynek muzyczny swoimi - nie zawsze najwyższych lotów - dokonaniami.




1. I Feel The Earth Move
2. So Far Away
3. It's Too Late
4. Home Again
5. Beautiful
6. Way Over Yonder
7. You've Got A Friend
8. Where You Lead
9. Will You Love Me Tomorrow
10. Smackwater Jack
11. Tapestry
12. (You Make Me Feel Like) A Natural Woman


Wciąż jednak mam wrażenie, że w Polsce niewiele osób zdaje sobie sprawę z istnienia 'Tapestry'. Natomiast w Stanach Zjednoczonych jest to bezapelacyjna potęga.
Trzeba sobie jasno powiedzieć - pomimo sławy jaką album zyskał, mamy do czynienia z kompozycjami odznaczającymi się skromnymi środkami wyrazu. Nie ma tu także żadnych produkcyjnych ekstrawagancji. Utwory oparte są na prostych melodiach i aranżacjach. Z perspektywy lat może zaskakiwać jak 'Tapestry' udało się narobić tyle zamieszania w muzycznym świecie. Nie od dzisiaj wszak wiadomo, że siła tkwi w prostocie.

Carole King zaproponowała sentymentalne, pełne ciepła, romantyczne utwory przy wykonaniu których akompaniowała sobie na fortepianie. Z towarzyszeniem wyłącznie tego instrumentu kompozytorka zaśpiewała przepiękny utwór tytułowy oraz '(You Make Me Feel Like) A Natural Woman'.
W pozostałych nagraniach wsparła autorkę niewielka grupa zaproszonych do studia muzyków. Znalazło się miejsce dla piosenek dynamicznych takich jak 'I Feel The Earth Move' czy 'It's Too Late' zagranych z udziałem tradycyjnego rockowego instrumentarium. Drugą z tych kompozycji wzbogacono brzmieniem saksofonu sopranowego.
Przytłaczająca większość utworów opracowana została z użyciem minimalnego zestawu instrumentów, na który składały się - fortepian, gitara akustyczna, gitara basowa lub kontrabas oraz perkusja. W kilku kompozycjach pojawiają się żeńskie chórki.

Właśnie w takiej ascetycznej wersji autorka przypomniała wspomniany wcześniej 'Will You Love Me Tomorrow'. Interpretacja dopasowana została do koncepcji całej płyty, przez co utwór niemal pozbawiony został przebojowego charakteru jaki nosiła oryginalna wersja wylansowana przez trio wokalne The Shirelles w 1961 roku. Trudno się jednak dziwić tej zmianie - na przestrzeni dziesięciu lat muzyka uległa ogromnej metamorfozie.
Słuchając tej płyty dostrzegam jedną istotną cechę. Mimo, że całość ukazała się pod koniec 1971 roku, w wielu fragmentach słychać, że to już są lata siedemdziesiąte w pełnej krasie. Momentami delikatnie zalatuje parkietem. Reminiscencje z poprzedniej dekady są nieliczne i ledwie dostrzegalne - jak choćby pojawiająca się na końcu 'So Far Away' nastrojowa partia fletu poprzecznego, mająca w sobie w coś z folkowych dokonań z lat sześćdziesiątych.
Ale może sukces albumu polegał na tym, że brzmiał tak świeżo, nie obarczony nad to ciężarem minionego dziesięciolecia.

Trudno jest opisać zawartość płyty, gdyż jest ona dosyć jednorodna. Większość piosenek spokojnie mogłaby pretendować do miana przebojów. Mnie najbardziej urzeka 'So Far Away', rzeczywiście ponadprzeciętny fragment będący esencją tej płyty. Już sam fortepianowy wstęp powoduje, że serce człowiekowi szybciej bije. Natomiast do słabszych momentów zaliczyłbym dość nijaki, hałaśliwy i psujący konfesyjny - tak dobrze zilustrowany przez okładkę LP - charakter całości 'Smackwater Jack'.

Uważam, że mimo wszystko jest to płyta, która zasługuję na swój status. Carole King objawiła się tutaj jako inteligentna kompozytorka i doskonała, pełna wyczucia instrumentalistka. Podejrzewam, że album wywołał wówczas spory rezonans i stał się drogowskazem dla wielu innych artystów.
Muszę przyznać, że sam się sobie dziwię, że mnie się to tak bardzo podoba. Przeważnie te milionowe tytuły są zdecydowanie przereklamowane i nie do słuchania. Z 'Tapestry' na szczęście jest inaczej. Szkoda tylko, że dzisiejsze śpiewające panie nie biorą sobie do serca tego, jak taka muzyka powinna się prezentować.

Żeby tradycji stało się za dość - na koniec muszę dodać, że producentem płyty był zasłużony Lou Adler znany ze współpracy z The Mamas And The Papas oraz cenionym przez miłośników klasycznego rocka Spirit. Natomiast wszystkie partie gitary akustycznej wykonał James Taylor, w Stanach Zjednoczonych prawdziwa muzyczna ikona.

czwartek, 14 kwietnia 2011

SPRING 1971

W ciągu ostatniego miesiąca napisałem chyba tylko dwa hasła. Czar i The Pretty Things.
Nadeszła wiosna, więc po przerwie powrócę opisem płyty zespołu, którego nazwa jak ulał pasuje do obecnej pory roku, w chwili, gdy piszę te słowa za oknem zrobiło się słonecznie. Zauważam jedną ważną rzecz - gdy układam sobie recenzje w myślach, wydaje mi się, że wymyśliłem coś ciekawego, interesującego. Niestety, gdy zasiadam do klawiatury komputera, nijak nie potrafię poskładać myśli i odtworzyć tego wszystkie, co wcześniej zrodziło się w mojej głowie. Taka udręka.

Co do płyty.
Jest to album, na którym wykorzystano bogate, często wręcz orkiestrowe brzmienie melotronu. W tym czasie był to instrument niezwykle popularny, rozsławiony dzięki płytom The Moody Blues, King Crimson czy Genesis. Tutaj muzyka dosłownie płynie na brzmieniu melotronu, jest niczym delikatny powiew wiosennego wiatru, jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi.

Melotron wiedzie tutaj prym i nadaje ton muzyce. Ważna jest również mocna, wyrazista perkusja. Nie mniejsze znaczenie posiada gitara elektryczna, czasem będąca podstawą aranżacji, czasem zaś subtelnie uzupełniająca muzyczne tło. Całość natomiast komentuje - na przemian delikatny, innym razem silny i zdecydowany - nieco nosowy głos wokalisty.
To wszystko razem tworzy czarujące, subtelne melodie o pastelowej kolorystyce.





1. The Prisoner (Eight By Ten)
2. Grail
3. Boats
4. Shipwrecked Soldier
5. Golden Fleece
6. Inside Out
7. Song To Absent Friends (The Island)
8. Gazing


Skład


Pat Moran - Vocal
Ray Martinez - Guitar
Kips Brown - Keyboards (Mellotron. Hammond Organ, Piano)
Pick Withers - Drums
Adrian Maloney - Bass





Rozkładana na trzy części okładka autorstwa Marcusa Keefa doskonale oddaje klimat muzyki zawartej na płycie Spring.
Zwłoki na pierwszym planie, krew sącząca się do strumyka, po drugiej stronie sam zespół. Widać uśmiech na twarzy jednego z muzyków. Sielski obrazek. To wszystko razem jakieś takie nierzeczywiste, przykryte dziwną mgiełką tajemnicy, jaką skrywa w sobie otaczająca człowieka natura. Można wręcz odnieść wrażenie jakby zwłoki policjanta roztapiając się, spływały do strumyka razem ze śniegiem topionym przez promienie słońca zwiastujące nadejście wiosny.
Taki pomysł - niby prosty, a jednak mający w sobie coś surrealistycznego - mógł zrodzić się tylko w głowie Marcusa Keefa, twórcy nielicznej, acz istotnej części projektów zdobiących klasyczne rockowe płyty.

Wracając do tematu.
Ilustracja na okładce dobrze oddaje klimat takich nagrań jak rozpoczynający płytę, refleksyjny 'The Prisoner (Eight By Ten)'. Wysokie dźwięki melotronu tworzą ową dziwną aurę. W drugim nagraniu pałeczkę przejmuje gitara elektryczna, przykuwa zaś uwagę podniosły refren.

W 'Shipwrecked Soldier' główny temat to rockowa piosenka z ostrą gitarą oraz wysuniętą na plan pierwszy perkusją, zaś we fragmentach instrumentalnych niemal wojskowy marsz z fanfarowymi partiami grającego w wysokich rejestrach melotronu.
Podobne rozwiązania aranżacyjne wprowadzono w następnym na płycie 'Golden Fleece'. Od delikatnych tonów tworzących strukturę kompozycji poprzez niemal fanfarowe brzmienia. W środkowej części pojawia się impresja grana na melotronie podparta delikatnymi dźwiękami gitary akustycznej. Znalazło się także miejsce na solowe popisy grane na organach Hammonda oraz na gitarze elektrycznej.

W świetnym, zdecydowanie rockowym i bardzo dynamicznym 'Inside Out' w formie dygresji wprowadzono krótki temat oparty na eterycznych dźwiękach cymbałków. W finale natomiast zespół zaproponował kapitalny motyw z organami Hammonda w roli głównej.

'Song To Absent Friends (The Island)' to przepiękna ballada zaśpiewana jedynie z akompaniamentem fortepianu.

Finałowy 'Gazing' to majestatyczny wstęp z melotronem o orkiestrowym brzmieniu, który swobodnie przechodzi w delikatną zwrotkę zaśpiewaną z towarzyszeniem gitary akustycznej i perkusji. Ten spokój mącą wejścia potężnego brzmienia melotronu w refrenie, w tle natomiast słychać oszczędne akordy organów Hammonda. W interludium otrzymujemy zaś solo gitary elektrycznej.
Warto zwrócić uwagę na ostatni, wydłużony dźwięk melotronu wieńczący 'Gazing'. Niemal identyczny pomysł wprowadziła w tym samym czasie grupa Genesis w kompozycji 'The Fountain Of Salmacis' na swojej trzeciej płycie 'Nursery Cryme'. Jedyna różnica polega na tym, że w utworze Genesis ten dźwięk jest bardziej narastający, czyli tak zwane crescendo.
Kto od kogo zapożyczył? Czy też zwykły zbieg okoliczności?

Pierwotnie LP ukazał się zarówno w Wielkiej Brytanii jak i w Niemczech wydany przez krótkotrwały oddział firmy RCA - Neon. Producentem płyty był Gus Dudgeon, wieloletni współpracownik i realizator nagrań na wczesnych płytach Eltona Johna. Natomiast perkusista Pick Withers po kilku latach muzycznej tułaczki zasilił szeregi Dire Straits, nagrywając z tym popularnym zespołem cztery pierwsze płyty.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

GRANNIE 1971

Ten bardzo interesujący album powstał w 1971 roku jako PRYWATNE TŁOCZENIE wydane przez firmę S.R.T. (Sound Recording Technology) założoną ponoć przez muzyków Jethro Tull oraz inżyniera dźwięku Dave'a Richardsona, który to jedyne dokonanie Grannie wyprodukował.
W chwili odkrycia tego białego kruka przez kolekcjonerów zespół Grannie pozostawał enigmą. Dwadzieścia lat później, gdy tytuł został wznowiony jako CD przez wydawnictwo Wooden Hill, udało się w znacznym stopniu odsłonić tajemnicę związaną z krótkim istnieniem zagadkowej formacji.

Liderem zespołu i głównym kompozytorem był, zmarły młodo, gitarzysta Phil Newton. Na perkusji grał John Clark. Basistą był Dave Holland. Natomiast na moment przed sesją nagraniową - w celu wzbogacenia brzmienia - do zespołu dołączył, grający na organach Hammonda John Stevenson. Personalia wokalisty pozostały nieznane. Także niezidentyfikowana pozostała dziewczyna, która kilka kompozycji ozdobiła partiami fletu poprzecznego.

Album wytłoczono w nakładzie DZIEWIĘĆDZIESIĘCIU DZIEWIĘCIU egzemplarzy, których jednak zespół nie rozsyłał do wytwórni płytowych w celu zainteresowania swoją muzyką oraz nie sprzedawał podczas występów, częścią nakładu członkowie kwintetu obdarowali natomiast najbliższych oraz osoby, które miały udział przy powstawaniu płyty. Ze wspomnień perkusisty można wywnioskować, że zamiarem grupy wcale nie było podjęcie długotrwałej działalności.



Oryginalna okładka (wznowienie CD Wooden Hill)


1. Leaving
2. Romany Return
3. Tomorrow Today
4. Saga Of The Sad Jester
5. Dawn
6. Coloured Armageddon


Całość brzmi zaskakująco dobrze. Tak od strony wykonawczej, jak i produkcyjnej mamy do czynienia z solidną robotą. Pewne niedociągnięcia brzmieniowe, wynikające z niedostatków studia, w którym materiał został zarejestrowany, tylko dodają płycie uroku. Zwraca uwagę umiejętność komponowania ciekawych, chwytliwych melodii oraz wyczucie rockowej stylistyki. Jedno też trzeba przyznać - zespół nie silił się na wirtuozerię.

Grupa zaproponowała repertuar mocno osadzony w tradycji hard rocka bliskiego dokonaniom Wishbone Ash, ale nie stroniąc przy tym od balladowych i folkowych wpływów.
Wystarczy wspomnieć rozpoczynający płytę utwór 'Leaving' z nastrojową, wyrazistą partią gitary. Folkowe korzenie posiadał zagrany z akompaniamentem gitary akustycznej 'Dawn', który w niektórych momentach pobrzmiewał echami muzyki dawnej.
Elementy ballady i ciężkiego rocka asymilował w sobie 'Romany Return'. We wszystkich trzech wymienionych nagraniach mniej lub bardziej istotną rolę odgrywały eteryczne dźwięki fletu poprzecznego, dodające muzyce Grannie baśniowego klimatu.

Posiadający bardzo melodyjne zwrotki 'Saga Of The Sad Jester' przerywany był zdecydowanie ciężkimi, ostrymi riffami gitary, zaś w finale kompozycje przybierała na dynamice. Podobny charakter nosił 'Tomorrow Return' w znacznym stopniu oparty na ciężkich improwizacjach i wzbogacony grupowymi harmoniami wokalnymi.

Najbardziej rozbudowany 'Coloured Armageddon' również prezentował Grannie jako grupę ciążącą ku estetyce ciężkiego rocka i nie stroniącą od długich, instrumentalnych motywów. Utwór zyskał na mocy za sprawą organów Hammonda.
Niekiedy można jedynie odnieść wrażenie, że zespół trochę błądził wśród tych nieco karkołomnych improwizacji, nie bardzo miał pomysł na ich rozwinięcie oraz w jakim kierunku winien podążyć. Nie jest to zarzut, wszak trzeba pamiętać, że te nagrania są na dobrą sprawę szkicami muzycznymi, stanowią wstęp do tego, czym ta muzyka mogłaby się stać, gdyby zespół zarejestrował całość w profesjonalnym studiu i nadał kompozycjom kształt ostateczny.

Dla wielu miłośników starego rocka jest to najlepszy tytuł wydany jako PRYWATNE TŁOCZENIE w Wielkiej Brytanii i osiąga cenę blisko DWÓCH TYSIĘCY funtów.

Warto dodać, że oryginalna okładka została wykonana własnoręcznie z ilustracją - przedstawiającą starszą damę trzymającą model gitary elektrycznej Gibson Les Paul - naklejoną na front.



Zmieniona okładka (wydanie CD HMP)

środa, 12 stycznia 2011

KLEPTOMANIA 1971

Tym razem pozwoliłem sobie na pewną dowolność twórczą. Otóż zamieszczona przeze mnie okładka nie do końca jest oryginalna. Z pewnych powodów musiałem zrobić zgrabną replikę białego frontu z nazwą zespołu, ponieważ właśnie w takiej ascetycznej kopercie ukazała się w 2006 roku oficjalna edycja płyty zespołu rodem z Belgii. Jedyne w dorobku Belgów dzieło sprawia mi tyle samo kłopotów, co przyjemności.

Na przykład nie bardzo wiem, kiedy pierwotnie płyta się ukazała. Podawane są dwie daty - 1971 lub 1972. Pierwotnie ponoć album wydała jako prywatne tłoczenie wytwórnia Flame. Chociaż widnieje też rocznik 1979, ale być może ta data odnosi się do nieoficjalnego (pirackiego) wznowienia zatytułowanego 'Elephants Lost'. Niemiecka edycja firmy Amber Soundroom, którą posiadam, również zatytułowana jest 'Elephants Lost', tylko, że tym razem jest to wydanie podwójne. Na pierwszej płycie zamieszczono najpewniej ów materiał z oryginalnej płyty, na drugiej zaś znalazła się kompilacja głównie singlowych nagrań dokonanych w latach 1969-1975.

 

 

DISC 1 

1. Intro
2. Improve
3. Moonchild
4. Stop
5. Eligie
6. Thema
7. Cadens
8. Travel
9. Intrude
10. Visit For Above

DISC 2 

1. Divertimentos
2. Kept Woman
3. Out Of A Nightmare
4. I've Got My Woman By My Side
5. Lovely Day
6. Mean Old Man
7. Back To The Country
8. Rock And Roll
9. Don't Tell Lies
10. Time Is Money
11. Just A Little Minute To Go

 

W każdym razie posiadana przeze mnie dwupłytowa wersja jest właśnie tą pierwszą oficjalną reedycją. Skoncentruję się zaś na pierwszym dysku zawierającym materiał wręcz sensacyjny, który był podstawą wydanego przed laty prywatnego tłoczenia. Drugi dysk to zbiór nagrań singlowych, według mnie już nie tak porywających, dlatego tym zajmę się być może przy innej okazji. Na dysku pierwszym dominuje ciężka, improwizowana i na swój sposób frapująca odmiana rocka, bez wątpienia wyrosła z fascynacji dokonaniami Black Sabbath. Belgijski rock był wtedy bardzo płodny - żeby wspomnieć Waterloo czy Irish Coffee, ale tym formacjom udało się przynajmniej nagrać po jednej pełnoprawnej płycie.

Spróbuję wybrnąć jakoś z tego chaosu i napisać co nieco na temat muzyki. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności i czasy kiedy działał zespół, to powstało dzieło zaskakujące swoją dojrzałością. Muzyka zachwyca spontaniczną atmosferą oraz niewymuszoną melodyką, całość zaś opiera się przede wszystkim na gitarowych, niekiedy wielowątkowych improwizacjach. Muszę przyznać, że w swojej klasie album jest jednym z ciekawszych tego typu dokonań.
 

W większości przypadków dominują tematy instrumentalne, jedynie chyba w trzech nagraniach wprowadzono dosyć przekonywający śpiew. W kliku miejscach brzmienie wzbogacono dźwiękami organów Hammonda, niekiedy pełniącymi funkcje solowe.

Podoba mi się, jak zespół potrafił przejść od dość swobodnych partii do ostrych motywów, jak choćby w 'Stop', gdzie w krótkich zwrotkach wokaliście towarzyszy jedynie perkusja, ale potem dołącza reszta zespołu eksponując brzmienie dwóch gitar, z których jedna wybija dość prosty riff, druga natomiast prowadzi partie solowe. Jeszcze bardziej potężny i agresywny zdaje się być w całości instrumentalny 'Eligie', zbudowany na niewyszukanym riffie gitary, który stanowi tło dla improwizacji drugiej gitary.

Dla odmiany delikatna 'Thema' to pełna ulotnego wdzięku, niezwykle atmosferyczna impresja, gdzie formacja prezentuje swe bardziej szlachetne oblicze, zwłaszcza cudownie się przenikających gitar. Dość krótki 'Cadens' to już powrót na wcześniej upatrzone pozycje, czyli dokonanie bliskie twórczości Black Sabbath, ponownie oparte na topornym riffie gitary i ponownie ozdobione popisami drugiego gitarzysty. Na sam koniec Kleptomania zaproponowała WSPANIAŁY 'Visit For Above'. Była to pełna optymizmu piosenka wprowadzająca nawet harmonie wokalne oraz urozmaicona dwiema dygresjami - na przykład krótkie interludium na organach Hammonda oraz pełnym ekspresji, żywiołowym finałem.
 

Podsumowując. Grupa pozostawiła po sobie dzieło czarujące, doskonale wykonane i zrealizowane czasem odnoszę tylko wrażenie, że niektóre kompozycje jakby nagle się urywały, albo brakło pomysłów na ich zamknięcie, jednak wcale nie rzuca się to w oczy. Możliwe też, że to tylko moje imaginacje.

Dodam jeszcze, że cały wstęp do tego opisu to wyłącznie domysły oparte na wszelkich możliwych informacjach zdobytych w internecie i nie będę się przy nich szczególnie upierał.

wtorek, 7 grudnia 2010

NORMAN HAINES BAND

DEN OF INIQUITY 1971

Ten jedyny album progresywnej grupy The Norman Haines Band jak do tej pory nie doczekał się oficjalnego wznowienia, a szkoda, gdyż jest to bardzo interesująca płyta. Inna sprawa, że problem nielegalnych reedycji dotyczy także kilku innych wykonawców, którzy zostali tutaj przeze mnie opisani. Tak się dziwnie składa, że rynek z klasycznym, zapomnianym rockiem zalewany jest przez całą masę różnej maści podróbek wartych niestety spore pieniądze.

Co zaś się tyczy płyty 'Den Of Iniquity', to mamy do czynienia z kliniczną wręcz wersją rocka progresywnego. Przy pierwszym przesłuchaniu można wręcz odnieść wrażenie, że niepodzielnie rządzą tutaj lekko zniekształcone lub przesterowane organy Hammonda nadające muzyce nieco zdehumanizowany charakter. Grał na nich, wcześniej związany z grupą Locomotive, Norman Haines. Jednak przy dokładnych oględzinach okazuje się, że równie ważna jest tutaj gitara. Szczęśliwie bowiem, grający na tym instrumencie Neil Clarke nie dał się zepchnąć na bocznicę i także jego umiejętnością płyta wiele zawdzięcza.




1. Den Of Iniquity
2. Finding My Way Home
3. Everything You See (Mr. Armageddon)
4. When I Come Down
5. Bourgeois
6. Rabbits
7. Life Is So Unkind


Skład


Norman Haines - Keyboards, Vocals
Neil Clarke - Guitar
Andy Hughes - Bass Guitar, Vocals
Jimmy Skidmore - Drums


Przede wszystkim to właśnie gitarzysta skomponował będący clou programu, rozbudowany 'Rabbits'.
Co w tamtych czasach było normą, utwór składał się jakoby z kilku części i każda z tych części zawierała dodatkowy podtytuł. Ale chyba poza muzykami formacji, nikt nie byłby w stanie tych poszczególnych części wyodrębnić ponieważ niemal cały utwór to gnająca przed siebie instrumentalna improwizacja. Tematy płynnie przechodziły jeden w drugi, co jakiś czas tempo ulegało zmianie. Muszę przyznać, że jest to jeden z przykładów, kiedy powtarzane wkoło motywy nie nużyły. Natomiast, w dosyć typowy sposób, we wstępie i w zakończeniu wprowadzono, jako rodzaj klamry, zwykłą, równie dynamiczną piosenkę.

Proszę nie myśleć, że piszę to bez entuzjazmu. Wprost przeciwnie. 'Rabbits' to absolutnie rewelacyjny przykład jak bez nadmiernej ekwilibrystyki i pseudo wirtuozerii można grać długo i w sposób absorbujący.

Album proponował mimo wszystko muzykę różnorodną.
Dla przykładu 'Finding My Way Home' to dosyć lekka i zwiewna piosenka ciążąca ku estetyce muzyki pop. Ukłonem w stronę folku, z naciskiem na twórczość Boba Dylana, był zagrany wyłącznie na gitarze akustycznej 'Bourgeois'. Z tym słynnym bardem to jest tylko moja opinia. Kto tak naprawdę wie, co autor miał na myśli?

Natomiast dla przeciwwagi The Norman Haines Band zaproponowali - modnie teraz zwane - heavy progresywne nagrania, jak choćby utwór tytułowy czy skomponowany kilka lat wcześniej - zaproponowany grupie Black Sabbath, lecz ostatecznie nie wykorzystany przez słynny kwartet z Birmingham - 'When I Come Down'.
Nawet trochę dziwi mnie fakt, że zespół odrzucił tę kompozycję, ponieważ w gruncie rzeczy mamy tu świetny riff, który w wykonaniu grupy Normana Hainesa zagrany został na gitarze i organach Hammonda z użyciem różnych przetworników dźwięku.
Ponoć Tony Iommi stwierdził po latach, że 'When I Come Down' nie pasował do muzyki wykonywanej przez Black Sabbath.

Lider wykonał także, na obowiązkowo zniekształconych brzmieniowo organach Hammonda, coś na kształt fugi w trochę za długim, ale za to posiadającym fajną, klaustrofobiczną aurę 'Life Is So Unkind'.

Program płyty uzupełniała zaś piosenka 'Everything You See' będąca nieco mniej efektowną wersją nagrania 'Mr. Armageddon' pochodzącego z płyty 'We Are Everything You See' wspomnianej już grupy Locomotive. Oryginalnie utwór ten zaaranżowany był na zespół rockowy i sekcję instrumentów dętych i odznaczał się nieopisaną wręcz dynamiką i ekspresją wykonania oraz niesamowicie mroczną i na swój sposób psychodeliczną atmosferą. Niestety wszystko to stracił tutaj, przez co nie zachwyca już tak bardzo.

Warto zwrócić uwagę na fantastyczną okładkę rodem z płyt zespołów grających metal. To właśnie ta ilustracja była sprawcą całego zamieszania, w efekcie którego wiele sklepów płytowych nie chciało przyjąć LP do sprzedaży. Dlatego dzisiaj za oryginalne pierwsze brytyjskie tłoczenie tego tytułu wydanego przez zasłużony Parlophone Records trzeba zapłacić od 1000 do 1500 funtów. Nieco tańsze jest natomiast wydanie francuskie, które kosztuje - bagatela - 500 euro.

Ktoś powie, że jestem rozchwiany emocjonalnie. Nie wiadomo czy zachwalam, czy krytykuję. Czy wskazuję mocne strony płyty, czy też wytykam błędy? Szczerze mówiąc, sam nie wiem. Wiem tylko, że mimo to bardzo lubię 'Den Of Iniquity'.

poniedziałek, 4 października 2010

MIGHTY BABY

A JUG OF LOVE 1971




1. Jug Of Love
2. The Happiest Man In The Carnival
3. Keep On Jugging
4. Virgin Spring
5. Tasting The Life
6. Slipstreams


Po długim czasie bezczynności mam nadzieję, że uda mi się ponownie ożywić bloga kilkoma wpisami.

Na 'A Jug Of Love' brak lokomotywy, która pociągnęłaby za sobą pozostałe wagoniki. Na debiucie takim mocnym akcentem był 'Egyptian Tomb', natomiast na drugiej i ostatniej płycie w dyskografii Mighty Baby można by w prawdzie wskazać na utwory tytułowy oraz 'Virgin Spring' jako coś wyjątkowego, jednak są one zdecydowanie za długie i właśnie to stanowi o słabości tego albumu - jego długość.

Pamiętam, że przy pierwszym przesłuchaniu wydawało mi się, że nagrania ciągną się w nieskończoność, dopiero przy którymś z kolei odsłuchu odkryłem urodę kompozycji zawartych na płycie. Zespół bardziej niż na debiutanckim albumie położył nacisk na wysublimowane aranżacje, dzięki czemu muzyka zyskała bardziej pastelowy odcień, jednak wciąż niezmienna pozostała moja opinia, że te utwory powinny trwać zdecydowanie krócej, wówczas byłby to albumu bardziej niż bardzo dobry, a tak powstała jedynie płyta czarująca wytrwałego słuchacza niezwykle refleksyjną aurą, ale nic ponad to.

Jak zespół przyznaje, inspiracją były dla nich dokonania amerykańskich wykonawców takich jak The Byrds oraz bardzo wtedy wpływowej grupy The Band, co słychać dość wyraźnie. Nad poszczególnymi utworami przez niemal cały czas unosi się duch muzyki folk oraz country - nasuwające skojarzenia z tym gatunkiem partie gitary - na przykład zastosowanie techniki slide we wspomnianej kompozycji tytułowej - oraz brzmienie fortepianu. Może właśnie niemożność przypisania zawartości 'A Jug Of Love' do jakiejś kategorii stanowi o sile tej płyty? Czy zawsze trzeba wszystko szufladkować? Jedno jest pewne, muzyka zamieszczona na LP przeważnie daleka jest od typowej rockowej stylistyki.

Pozwolę sobie na pewne spostrzeżenie.
Uważam, że zespół nie do końca trafnie wybrał utwory na płytę. Okazuje się bowiem, że na albumie zabrakło wspaniałego, niemal mistycznego 'Ancient Traveller' ozdobionego przepiękną partią fletu. Utwór czekał dwadzieścia lat na pierwszą oficjalną publikację, kiedy to został dołączony jako bonus do reedycji drugiej płyty. Warto było czekać, gdyż dla mnie to jest właśnie kwintesencja stylu Mighty Baby.

Przyznam, że po jakimś czasie ta muzyka zaczyna zapadać w pamięć. Nie da się ukryć, że na melodie zwracam szczególną uwagę, dla mnie to podstawowa sprawa, chyba nikt nie lubi słuchać muzyki, której nijak nie daje się przyswoić. Tak więc 'A Jug Of Love' to płyta idealna na taką jesienną pogodę, stonowana, momentami oparta na żywszym rytmie, momentami zaś wyciszona, ale zawsze pełna zadumy i ulotnego wdzięku. Dla tego też najlepszym momentem płyty jest długa instrumentalna koda wspomnianego 'Virgin Spring', olśniewająca wysuniętymi na plan pierwszy improwizacjami mandoliny i fortepianu, jest to jednocześnie jedna z tych piosenek, których słucham nieprzyzwoicie często.

Album wyprodukował Mike Vernon, zaś płytę wydała wyłącznie na terenie Wielkiej Brytanii należąca do niego wytwórnia Blue Horizon. Był to schyłkowy okres tej zasłużonej - szczególnie dla bluesa - wytwórni. Płyta przepadła na rynku i teraz jest nie tylko bardzo rzadka, zwłaszcza w stanie idealnym, ale przede wszystkim bardzo kosztowna.

czwartek, 21 stycznia 2010

MASTER'S APPRENTICES

CHOICE CUTS (1971)
A TOAST TO PANAMA RED (1972)

Studio Abbey Road zdobyło rozgłos dzięki grupie The Beatles, to tutaj większość swoich płyt nagrał zespół Pink Floyd. Przez Abbey Road przewinęło się przez lata mnóstwo mniej lub bardziej popularnych wykonawców, którzy w mniejszym lub większym stopniu pomogli stworzyć renomę studia. Bez wątpienia kiedyś było to ważne miejsce dla muzyki popularnej, w którym kreowano nowe dźwięki. Bez wątpienia również atmosfera tego miejsca zadziałała podczas pracy grupy Master's Apprentices nad płytami 'Choice Cuts' oraz 'A Toast To Panama Red'.
Jednocześnie zespół z Australii poszerzył grono wykonawców, którym nie udało się zaistnieć w świadomości szerszego kręgu odbiorców, a szkoda, bo uważam, że 'Choice Cuts' to udana płyta, może nie wnosząca niczego nowego, nie wytyczająca nowych szlaków w muzyce rockowej, ale jednak porywająca, niezwykle świeżo brzmiąca i świetnie zagrana.





Trzecia w dorobku Masters Apprentices płyta 'Choice Cuts' to zbiór dość krótkich, gitarowych piosenek. Dominowały wpadające w ucho melodie przeważnie oparte na dosyć ciężkich riffach gitary, jednocześnie wszystkie zawarte tutaj kompozycje cechował swoisty liryzm. Zespół nawet w przypadku delikatnej ballady 'Because I Love You' nie wpada w sztampę. Natomiast ostrzejsze motywy wykonane są z finezją i wyczuciem rockowej stylistyki, nie ma nudy i nie ma banałów.

Wystarczy wskazać pierwsze dwa nagrania.
Opatrzony porywającym, nasyconym latynoskimi wpływami wstępem - ozdobiony zagrywkami gitary akustycznej w stylu flamenco - 'Rio De Camero' przechodzi w śpiewaną w dwugłosie część środkową - charakterystyczny wysoki głos wokalisty, to jeden ze znaków rozpoznawczych grupy - na końcu zaś następuje zmiana muzycznej narracji na nieco ostrzejszą. To wszystko w niespełna trzyminutowej kompozycji.
Kolejna piosenka 'Michael' za podstawę ma delikatny, liryczny akustyczny temat, dla kontrastu przerywany ostrzejszymi wejściami gitary elektrycznej wspartej ciężką sekcją rytmiczną, zaś w  drugiej części kompozycja ma już charakter instrumentalny. Wydaje się proste, ale gdy tego słucham, to dostrzegam dużą inwencję muzyków Master's Apprentices, krótkie nagranie, a ile się dzieje.

Dobra, nie będę tym razem przynudzał. Dodam, że na koniec płyty otrzymujemy melancholijny, zagrany na gitarze akustycznej motyw, który jednak zostaje zburzony przez zagraną na luzie piosenkę w stylu country okraszoną zadziornym śpiewem wokalisty. Niby sympatyczne, ale chyba jest to najsłabszy moment tej świetnej płyty.





Na płycie 'A Toast To Panama Red' zespół poszedł jeszcze dalej. Tym razem uczynił swoją muzykę bardziej mroczną, przy czym zagrane głównie w powolnych tempach kompozycje układały się w bardziej przemyślaną formę. Pojawiło się kilka ciekawych rozwiązań aranżacyjnych.
Kolorytu dodawało wprowadzenie chóru ('Games We Play Part 1') i trąbki ('Love Is'), a w 'Games We Play Part 2' pojawiła się nawet melodeklamacja, muszę jednak nadmienić, że wciąż była to muzyka urzekająca swoją niewymuszoną melodyką, przemyślanym wykonaniem i operująca odpowiednim klimatem. Wszystkie poszczególne nagrania na 'A Toast To Panama Red' cechowała pewna niebanalna przebojowość.
Muszę przyznać, że tu i ówdzie niektóre motywy przywodziły na myśl 'Choice Cuts', ale jednocześnie dowodziły, że Master's Apprentices wciąż się rozwija, ewaluuje w stronę coraz ambitniejszych rejonów. Ciekawe, co zespół miałby do zaoferowania na kolejnych płytach, gdyby nie fakt, że po wydaniu czwartej w swoim dorobku płyty...przestał istnieć.

Ktoś powie, że Master's Apprentices to tylko echa muzyki grup takich jak Wishbone Ash czy Led Zeppelin, możliwe, że będzie miał rację, mimo to, uważam, że zespół wypracował swój własny styl, że miał do zaproponowania naprawdę porywającą i emanującą szczerym entuzjazmem syntezę wszystkiego tego, co w muzyce rockowej najlepsze.
Jak już nieraz wspominałem - nie potrafię fachowo pisać na temat muzyki, dlatego jak ktoś nie wierzy, niech najlepiej posłucha obu płyt i się przekona.

P.S. Czekam niecierpliwie kiedy wreszcie ktoś wyda wszystkie cztery płyty Master's Apprentices w pełnej glorii na pojedynczych CD. Jak na razie pojawił się debiut wznowiony przez Aztec Music. Jednak mając w pamięci co owa firma zrobiła z płytą Tamam Shud 'The Goolutionites And The Real People', boję się, że znowu mogłaby zawieść ich kontrola jakości.

czwartek, 15 października 2009

SWEET SLAG

TRACKING WITH CLOSE-UPS (1971)

Jedna z najbardziej intrygujących i specyficznych, i jednocześnie niemal całkowicie zapomnianych, płyt lat siedemdziesiątych.
Jeśli ktoś szuka mocno kombinowanych instrumentalnych i bardzo mrocznych partii, to 'Tracking With Close-Ups' jest płytą marzeniem. Tutaj znajduje się to wszystko za co lubię starą nieszablonową
muzykę.





1. Specific
2. Milk Train
3. Rain Again
4. Patience
5. Twisted Trip Woman
6. World Of Ice
7. Babyi Ar


Muzyka jest posępna, mroczna.
Na początku specyficzne brzmienie może sprawiać wrażenie przybrudzonego, odstręczającego, czy wręcz prymitywnego, tak jakby całość nagrano za jednym podejściem, w obskurnych warunkach. Nic bardziej mylnego. Z każdym kolejnym przesłuchaniem mam wrażenie, że kompozycje i ich struktura są przemyślane, ale nie pozbawione elementu szaleństwa i twórczej swobody.
Żywe brzmienie, to tylko wielka zaleta płyty.

Zawartość to przede wszystkim dość ciężkie jazz-rockowe improwizacje podane w prowokacyjnie zbrutalizowanej otoczce. Słowem - wczesny progresywny rock, tyle że nagrany dość późno, bo w 1971 roku, szalenie nastrojowy, klimatyczny.
Jedyne do czego mogę się przyczepić, to głos wokalisty. Trochę zbyt warczący, nachalny. Chociaż w 'Rain Again' śpiewa dla odmiany naprawdę delikatnie i nastrojowo.
Gdy zespół chce gra z ogromną desperacją i wściekłością, wręcz heavy-rockowo jak w 'Babyi Ar'. Innym razem bez problemu potrafi uwieść nastrojowymi, spokojniejszymi dźwiękami jak w 'World Of Ice', w którym odpowiednią atmosferę pomagają budować kotły perkusji oraz pojawiająca się w środkowej części partia trąbki.

Dodam jeszcze, że okładka, jaką posiada 'Tracking With Close-Ups' jest jedną z najpiękniejszych, jakie widziałem. Cóż za urzekający układ śmieci rozrzuconych pod ścianą jakiegoś zaułka. Jak te wszystkie odpadki wspaniale się komponują. Cudowne wysypisko. Nigdy nie mogę się napatrzeć na to dzieło.


niedziela, 29 marca 2009

BRAINTICKET

COTTONWOODHILL 1971



1. Black Sand
2. Places Of Light
3. Brainticket Pt. 1
4. Brainticket Pt. 1 (Conclusion)
5. Brainticket Pt. 2


Skład -

Joël Vandroogenbroeck - Organ, Flute
Ron Bryer - Guitar
Werni Frohlich - Bass Guitar
Cosimo Lampis - Drums
Wolfgang Paap - Tabla
Dawn Muir - Voice
Hellmuth Kolbe - Potentiometers, Generators And Sound Effects


OPIS ZMIENIONY - 15.01.2018

Chaotyczna, acz na swój sposób frapująca muzyka.
Brainticket na pierwszej płycie zaproponował trzyczęściowy kolaż dźwiękowy, na który składały się - monotonny, motoryczny motyw obudowany pomysłowo wplecionymi naturalistycznymi efektami dźwiękowymi oraz nad wyraz emocjonalny, krzykliwy monolog wokalistki Dawn Muir.
Muszę pochwalić zespół za interesujące opracowanie tego dość nużącego utworu.

Ponad to na płycie znalazły się dwa zwięzłe nagrania bliższe tradycyjnie pojmowanej estetyce rocka, posiadające cechy dość swobodnych improwizacji.
W pierwszym z nich pojawiają się ostre gitarowe partie wzbogacone efektem wah-wah, a także mocne, wyraziste organy Hammonda. Z kolei nagranie 'Places Of Light' zostało wzbogacone partią fletu punktowaną dynamicznymi organowymi wejściami. Całość uzupełnia zniekształcony kobiecy głos wokalistki Dawn Muir.

Nie jestem zwolennikiem takiej muzyki, muszę jednak przyznać, że płyta Brainticket przypadła mi do gustu, jest to materiał brzmiący nowocześnie, na swój pokrętny sposób oryginalnie. Zespół wyszedł poza paradygmat ówczesnych norm przyjętych na rockowej scenie, za to choćby warto przyjrzeć się płycie 'Cottonwoodhill'.

czwartek, 26 marca 2009

FELT 1971

Kolejny nieznany zespół, tym razem z Alabamy.

Do zakupu tej płyty zbierałem się stosunkowo długo, zaintrygowany jaki rodzaj muzyki może skrywać się pod oszczędną, utrzymaną w beżowej tonacji okładką. Pantomimiczna kobieca postać skrywająca twarz pod makijażem dodatkowo pobudzała wyobraźnię.
Po cichu liczyłem, że będzie to jakiś surowy, ostry blues-rock. Okazało się, że jednak trochę się pomyliłem. Oczywiście cenię blues-rocka, jest on na płycie Felt obecny, jednak zaskoczenie polegało przede wszystkim na tym, że otrzymałem od młodych Amerykanów muzykę nawiązującą do osiągnięć ówczesnego brytyjskiego rocka.





1. Look At The Sun
2. Now She's Gone
3. Weepin' Mama Blues
4. World
5. The Change
6. Destination


Liderem grupy, głównym kompozytorem, gitarzystą i wokalistą w jednej osobie był siedemnastoletni Myke Jackson. Trudno uwierzyć, że tak młody chłopak był w stanie skomponować muzykę tak dojrzałą, operując przy tym bardzo przekonującym, jakby zmęczonym głosem.

Na albumie znalazło się tylko sześć nagrań.
Co uderza przy pierwszym przesłuchaniu, to momentami nieco Beatlesowska melodyka utworów. Takie wrażenie można odnieść słuchając romantycznego, poruszającego 'Look At The Sun', na początku zagranego tylko z akompaniamentem fortepianu i zaśpiewanego niemal zbolałym głos.

Potem pojawił się jazzujący, zagrany w dość szybkim tempie 'Now She's Gone'. W środkowej części następuje nagłe spowolnienie. Zachwyca umiejętność tworzenia przez grupę różnorodnych barwy i nastrojów.
'Weepin' Mama Blues' był kolejnym utworem, który zdradzał fascynację dorobkiem The Beatles. Grany z namaszczeniem motyw nasuwa skojarzenia z 'I Want You' z płyty 'Abbey Road' popularnego kwartetu. Całość natomiast ma bluesowe zabarwienie.
Pomysłowy wstęp do nagrania 'World' przypomina raczej zakończenie, muzyka sprawia wrażenie dobiegającej końca, następuje krótka pauza, po czym wchodzi cały zespół. Utwór oparty był na kontrastach. Raz było spokojnie, refleksyjnie. Za chwilę ostro, niemal agresywnie, zaś głos wokalisty stawał się krzykliwy, niemal wściekły.
Jestem pod dużym wrażeniem tych kompozycji, ich spójności, pomysłowości i znakomitych, przebojowych melodii, emocjonalnego ich wykonania. Nie ma tu cienia rutyny, wykalkulowania, z każdego dźwięku bije szczerość i autentyzm. To jest właśnie domena klasycznego rocka.

Najważniejsza na płycie wydaje się być rozbudowana kompozycja 'The Change'. Można ją uznać za podsumowanie całej płyty Felt, jak w soczewce skupia bowiem wszystko to, co na albumie najlepsze. Spokojny, natchniony główny temat, następnie naturalne przejście do nieco żywszego motywu, po czym nagle pozostaje tylko sama gitara powtarzająca jeden dźwięk, po chwili pojawia się organowe tło, dołączają pozostałe instrumenty i muzyka nabiera rozpędu. Ten fragment bardzo przypomina mi 'New Yorker', motyw z kompozycji 'Flight' pochodzącej z płyty 'As Your Mind Flies By' grupy Rare Bird.
Chociaż dzieje się tutaj dużo, muszę przyznać, że utwór ma przemyślany kształt. Łatwo wyodrębnić poszczególne epizody

Kończący płytę 'Destination' ma nieco jazzowy koloryt. Ponownie całość uszyta jest z odrobiny melancholii i dla kontrastu agresywnych wejść gitary i organów, które punktują ten utwór.





Trudno się od tej muzyki oderwać. Zapada w pamięć. W dodatku całość spowija delikatna psychodeliczna mgiełka. Szkoda, że tylko tyle grupa Felt pozostawiła po sobie, bo jak na ówczesną amerykańską rockową muzykę, jest to dokonanie z innej bajki, wówczas takie poczynania odchodziły do lamusa.

Oryginalny LP został wydany przez malutką wytwórnię Nasco i dzisiaj jest potwornie trudny do zdobycia. W stanie idealnym osiąga ceny oscylujące w granicach 500-600 dolarów.