poniedziałek, 18 stycznia 2010

KOOBAS (1969)

Mariaż  popowych piosenek z objawiającym się wówczas bardziej ambitnym, wyszukanym podejściem do muzyki młodzieżowej. Grupa Koobas potrafiła zmyślnie wyważyć proporcje, dlatego płyta aż kipi od młodzieńczej energii oraz dosyć świeżych, jak na moment powstania płyty, rozwiązań formalnych i aranżacyjnych. Szkoda, że album nie ukazał się w roku, w którym został nagrany, wówczas być może wywołałby jako taki rezonans wśród słuchaczy, w tamtych czasach natomiast kilka miesięcy zwłoki oznaczały rynkową śmierć.





1. Royston Rose
2. Where Are The Friends?
3. Constantly Changing
4. Here's A Day
5. Fade Forever
6. Barricades
7. Little Piece Of My Heart
8. Gold Leaf Tree
9. Mr. Claire
10. Circus

Skład

Stuart Leatherwood - Guitar, Vocals
Roy Morris - Guitar
Keith Ellis - Bass Guitar
Tony O'Reilly - Drums


Przy pierwszym przesłuchaniu odniosłem wrażenie, że album serwuje niemodne, nudne kompozycje, sprawiające wrażenie przegadanych i nijakich. Tymczasem przy bliższym poznaniu okazało się to nieprawdą.
Płyta nawiązuje do takich dokonań jak 'The Who Sell Out' The Who, 'Ogdens' Nut Gone Flake' Small Faces czy 'We Are Ever So Clean' Blossom Toes oraz 'With Their New Face On' Spencer Davis Group, czyli pełne wdzięku piosenki sąsiadujące z nieco bardziej poważnymi wstawkami, tutaj dominującymi w większości nagrań. W odróżnieniu od wymienionych tytułów, jedyny album Koobas jest więc dużym krokiem w kierunku nowego rocka.

Album zarejestrowano w 1968 roku. W aranżacjach położony został nacisk na brzmienie przesterowanych gitar, wprowadzono także melotron i organy Hammonda, całość zaś została ubarwiona różnymi wycieczkami muzycznymi i kontrastami oraz mającymi humorystyczny charakter przerywnikami. Każda piosenka zachwyca oryginalnymi melodiami i starannym wykonaniem, prawdziwy muzyczny kalejdoskop. Dostrzegam tutaj wpływ The Beatles i Procol Harum czy Moody Blues oraz pokrewieństwo z grupami takimi jak July czy Fox.

Żeby jednak nie być gołosłownym przytoczę kilka cenionych przeze mnie momentów tej płyty. Na pierwszym miejscu stawiam pełen dramatyzmu 'Where Are The Friends?'. Poprzedzona krótkim pastiszem muzyki wodewilowej piosenka we wstępie zaśpiewana z akompaniamentem gitary klasycznej przeradza się w marszowy utwór zaaranżowany na głosy i z uwypukloną linią basu oraz nadającym rytm werblem.
Potem mroczny 'Constantly Changing' z ciekawą wokalizą na tle niemal kościelnych brzmień organów Hammonda. Cechą szczególną tej płyty są owe misterne aranżacje partii wokalnych.
Słychać to chociażby w zróżnicowanym 'Gold Leaf Tree', który za podstawę miał delikatną balladę zaśpiewaną z towarzyszeniem fortepianu i gitary basowej, aby w refrenie na moment przeistoczyć się w monumentalny marsz. Jako ornament wprowadzono krótką zagrywkę fletu poprzecznego.

Jak dla mnie płyta niemal idealna.

Grupa nie miała szczęścia. Ozdobiony niezbyt efektowną okładką album, mimo że wydany przez wytwórnię EMI Columbia, nie zdobył uznania słuchaczy. I pomyśleć, że grupa kilka lat wcześniej poprzedzała na koncertach The Beatles podczas ich ostatniej trasy po Wielkiej Brytanii. Nawiasem mówiąc Koobas również pochodzili z Liverpoolu. Niestety nic to nie pomogło. Zespół uległ rozpadowi zanim jeszcze LP ujrzał światło dzienne.

Warto nadmienić, że jednym z głównych twórców repertuaru był basista Keith Ellis, który zaraz potem pojawił się w Van Der Graaf Generator i nagrał z zespołem debiutancki album 'Aerosol Grey Machine'.
Natomiast pod znakomitym, ozdobionym efektami dźwiękowymi nagraniem 'Barricades' jako jeden z kompozytorów podpisał się Tony Stratton-Smith, późniejszy twórca wytwórni Charisma Records, która pod swoimi skrzydłami skupiała takie grupy jak Rare Bird, Van Der Graaf Generator, The Nice i Genesis.

A już tak definitywnie na koniec - na okładce oryginalnego LP można znaleźć dwa numery katalogowe SX 6271 oraz SCX 6271. Pierwszy numer sugeruje jakoby album miał swoją wersję monofoniczną. Podejrzewam jednak, że jest to typowy błąd, który wówczas popełniały firmy drukujące koperty płyt. Takie same nieprawdziwe informacje widnieją na okładkach debiutu Procol Harum czy Human Beast.
Jedyna istniejąca wersja stereo jest koszmarnie rzadka i w stanie bliskim ideału jest cenowym kosmosem dochodzącym nawet do dwóch tysięcy dolarów.

piątek, 15 stycznia 2010

JULY 1968




1. My Clown
2. Dandelion Seeds
3. Jolly Mary
4. Hallo To Me
5. You Missed It All
6. The Way
7. To Be Free
8. Move On Sweet Flower
9. Crying Is For Writers
10. I See
11. Friendly Man
12. A Bird Lived


Tym razem postanowiłem się streszczać, chociaż opisywany album jest na prawdę wart uwagi. Ponownie muszę przyznać, że jest to kolejna płyta, do której dojrzewałem dosyć długo. Pewne symptomy zauroczenia pojawiły się latem minionego roku. Od razu pragnę dodać, że bynajmniej nie jest to tytuł trudny w odbiorze, skomplikowany, nie, po prostu niektórym muzycznym dokonaniom trzeba dać trochę czasu.

Aż dziw mnie bierze, że jedyna płyta grupy July nie dotarła do mojej świadomości znaczniej szybciej, przecież mamy tutaj do czynienia z syntezą wszystkiego co w ówczesnym brytyjskim rocku najlepsze. Płyta na pewno bliska dokonaniom Pink Floyd z okresu 'Piper At The Gates Of Dawn' lub Hollies na płycie 'Butterfly', ale można też wskazać na pokrewieństwo z innymi zapomnianymi klasykami gatunku jak - Kaleidoscope, The End czy Tomorrow.

Co więc możemy znaleźć na płycie? Dwanaście krótkich, chwytliwych - częstokroć sprawiających wrażenie beztroskich - piosenek pełnych przeróżnych efektów dźwiękowych i zniekształceń - elementem charakterystycznym jest pojawiający się w kilku nagraniach efekt kompresji partii wokalnych. Zgodnie z ówczesną modą nie mogło zabraknąć elementów muzyki Wschodu reprezentowanych przez sitar i tablę.
Pomimo, że na pierwszy rzut ucha możne wydawać się, że kompozycje tutaj zawarte są bezpretensjonalne, niemal każda z nich jest na swój, trudny do opisania, sposób wielowymiarowa, co momentami czyni tę muzykę autentycznie intrygującą.

Warto zwrócić uwagę na kompozycję 'Dandelion Seeds', która za podstawę miała temat wysnuty z utworu 'Blue Train' autorstwa Johna Coltrane'a.

To jest jedna z najlepszych płyt tego typu. Jak dla mnie, nie ma tutaj wyczuwalnej koniunktury, częstokroć pojawiającej się u niektórych wykonawców próbujących się podłączyć pod panującą muzyczną modę, ale może nie powinienem tego pisać, bo w końcu mam wychwalać wyjątkowość lat sześćdziesiątych.

Kończąc - mimo, że July nie do końca byli oryginalni, to jednak potrafili stworzyć muzykę inteligentną, przemyślaną, wykonaną z polotem i odrobiną humoru oraz - co najważniejsze - przykuwającą uwagę i intrygującą. Natomiast otwierający płytę 'My Clown' to jedno ze szczytowych osiągnięć tamtej epoki, piosenka od początku do końca znakomita.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

T2

IT'LL ALL WORK OUT IN BOOMLAND (1970)

CIRCUS (1969)

Od kilku miesięcy jest to najczęściej słuchany przeze mnie album. Pochodząca z Wielkiej Brytanii grupa Circus trafiła w mój gust wprost idealnie. Jestem tą płytą oczarowany. Być może nie jest to arcydzieło, ale na pewno dokonanie na bardzo wysokim poziomie i nawet na swój sposób oryginalne.

Przy pierwszym przesłuchaniu odniosłem wrażenie pewnej dziwnej przypadkowości doboru nagrań. Obok naprawdę ciężkich fragmentów pojawiają się tutaj bowiem kompozycje delikatne i zwiewne, niemal banalne piosenki.
Jednak przy każdym kolejnym wsłuchiwaniu się w muzykę zawartą na płycie, wszystko to przestało mieć znaczenie. Wszystko to, co wydawało się brakiem spójności, okazywało się wielką zaletą. Wręcz przemyślaną myślą muzyczną. Bez wątpienia muzycy dobrze wiedzieli co chcą osiągnąć i potrafili to przełożyć na dźwięki. A dźwięki płynące z głośników są tutaj doprawdy ujmujące. Subtelne. Nic tu nie jest wymuszone. Każda nuta zagrana jest ze spokojem i uczuciem. Nawet ostrzejsze momenty są niesamowicie klarowne.
Za wyjątkiem fenomenalnej interpretacji piosenki The Beatles 'Norwegian Wood' i instrumentalnego 'II BS' autorstwa Charlesa Mingusa, całość osnuta jest jakąś senną mgiełką.

Właśnie. Co w tamtych czasach było normą - także na LP Circus pojawiły się przeróbki. Cztery utwory skomponował Mel Collins, zaś cztery pozostałe to właśnie kompozycje cudze. I co również było wówczas normą, zespół potraktował owe cudze nagrania ze swobodą. Nadając im własny sznyt.




1. Norwegian Wood
2. Pleasures Of A Lifetime
3. St. Thomas
4. Goodnight John Morgan
5. Father Of My Daughter
6. II BS
7. Monday Monday
8. Don't Make Promises


W przypadku 'Norwegian Wood' w drugiej improwizowanej części utworu mamy do czynienia z taką kanonadą dźwięków, że aż dech zapiera. Fantastyczne granie. Nawet jeśli jest to jazz-rock, to zdecydowanie bardzo ciężki. Tak wtedy chyba nikt nie grał. Najlepszej próby heavy-progressive.

Następna kompozycja 'Pleasures Of A Lifetime' odsłaniała inne oblicze zespołu. Tutaj błyszczał zwłaszcza gitarzysta Ian Jelfs. Delikatna i niesamowicie atmosferyczna introdukcja na gitarze (wspieranej dyskretnie przez dobiegający jakby z oddali saksofon) to jeden z najpiękniejszych muzycznych fragmentów jakie słyszałem. Potem pojawiał się ten melancholijny, pełen uczucia głos...Cudowny utwór. Również sekcja rytmiczna z wyczuciem budowała atmosferę. W środkowej części następowało przyśpieszenie po czym wyłaniał się kolejny przepiękny motyw - tym razem z eteryczną partią fletu w roli głównej.
Jak trudno opisać swoje odczucia w stosunku do takich nagrań jak 'Pleasures Of A Lifetime'.

'St. Thomas' to najbardziej relaksacyjny fragment płyty. Zagrany z lekkością i swadą. Może trochę zbyt skoczny i przez to jakby najmniej porywający. Ale wciąż posiadający ten nieodparty zwiewny urok charakterystyczny dla muzyki Circus.

Kolejny utwór, czyli krótki instrumentalny 'Goodnight John Morgan' był jakby nawiązaniem do 'Pleasures Of A Lifetime'. Prosty i delikatny jazzowy temat i ponownie wspaniała partia saksofonu Mela Collinsa. Jak ja uwielbiam takie klimaty. Tego rodzaju refleksyjne dźwięki mają na mnie jakiś dziwny wpływ, pobudzają moją wyobraźnię.

Na pierwszy rzut oka banalny, ale melodyjny 'Father Of My Daughter' to mój cichy faworyt. Bardzo lubię ten rodzaj melodyki. Z lekka senny, odrealniony nastrój spotęgowany dźwiękami fletu poprzecznego oraz tabli, a całość spowita folkową mgiełką. Momentami nasuwają się skojarzenia z dokonaniami grupy The Beatles. W dodatku ten kojący wszelkie nerwy pastelowy głos. Mogę tej piosenki słuchać bez końca. Naprawdę.

Przeróbka kompozycji Charlesa Mingusa 'II BS' to z kolei kapitalna partia basu i dynamiczne brzmienie saksofonu. Ale przede wszystkim rewelacyjny popis perkusisty. Chris Burrows grzmiał tutaj niczym tornado. Bez problemu przebijał przereklamowanego do bólu Johna Bonhama. Jego atomowa gra na bębnach w 'Norwegian Wood' i 'II BS' to temat na osobne rozważania. Padam do stóp tego pana.

Ogólnie rzecz ujmując - bez wątpienia płyta Circus była dziełem udanym i wiele obiecującym na przyszłość. Grający tutaj muzycy sprawiali wrażenie doskonale zgranych. Każdy z nich miał możliwość zaprezentowania swoich wybornych umiejętności. Muszę nadmienić, że nie było mowy o jakichkolwiek bezproduktywnych popisach. Wszystkie partie instrumentalne są przemyślane i stanowią integralną część poszczególnych kompozycji. To jest wciąż stara dobra szkoła kładąca nacisk przede wszystkim na melodię i klimat.
Straszna szkoda, że za wyjątkiem Mela Collinsa, żaden z nich nic już później nie osiągnął na muzycznym polu. Jest to kliniczny przykład zmarnowanych talentów.
Osobiście stawiam album Circus na najwyższej półce.

P.S. Na okładce widnieje skład zespołu jeszcze z perkusistą Alanem Bunnem, który w rzeczywistości na płycie nie grał. Po prostu sesja zdjęciowa został wykonana jeszcze zanim grupa przystąpiła do nagrywania płyty.

A BOLHA

UM PASSO A FRENTE (1973)

środa, 6 stycznia 2010

THE SPENCER DAVIS GROUP

WITH THEIR NEW FACE ON (1968)



Spencer Davis to dziwna postać. Nie wiem, czy więcej miał szczęścia czy talentu? Na pewno zaś odkrył dla świata nieprzeciętnie utalentowanego Steve Winwooda i w gruncie rzeczy to chyba dzięki nastoletniemu muzykowi Spencer Davis Group przez kilka pierwszych lat działalności święcili tryumfy na światowych listach przebojów. Wówczas muzyka grupy osadzona była w rhythm and bluesowej stylistyce.

Jak wiadomo w 1967 roku Steve Winwood opuścił zespół, aby utworzyć Traffic. Na jego miejsce Spancer Davis zaangażował równie zdolnego Eddie Hardina. Także tym razem okazał się to trafny wybór.

Nowe oblicze grupy prezentowało jednak już nieco inny styl. Pod względem komercyjnym nie powtórzyło już sukcesu poprzedniego wcielenia grupy. Ale za to muzyka stała się barwniejsza.
Dla mnie ten cudowny album to majstersztyk. Dzieło absolutnie wybitne. Wspaniałe. I moim zdaniem właśnie taki stan rzeczy zawdzięczać należy utalentowanemu Eddiemu Hardinowi. Ależ ten Spencer Davis miał wyczucie do wynajdywania takich młodych, nieprzeciętnie zdolnych muzyków. Oczywiście patrząc na okładkę zarówno wersji amerykańskiej, którą zamieściłem powyżej, jak i odmiennej brytyjskiej, można pomyśleć, że to właśnie lider zespołu jest tutaj głównym bohaterem, postacią wiodącą. Otóż nie - uważam, że bezdyskusyjnym bohaterem 'With Their New Face On' jest właśnie grający na organach Hammonda i fortepianie Eddie Hardin, który przyjął także obowiązki głównego wokalisty.

C.D.N.

sobota, 2 stycznia 2010

LOVE SCULPTURE

FORMS AND FEELINGS (1969)

Ze wstydem muszę przyznać, że tytuł ten odkryłem dla siebie kilka dni temu, mimo że płytę grupy Love Sculpture 'Forms And Feelings' znam od blisko roku. Inna sprawa, że to nie pierwszy i zapewne nie ostatni przypadek, gdy muzyka dociera do mnie ze sporym opóźnieniem. Chyba jednak tak musi być. Nie żebym narzekał, bo dzięki temu pozostaje szczęśliwa świadomość, że jeszcze wiele przede mną do odkrycia, że jeszcze wiele czeka mnie muzycznych niespodzianek i ekscytacji na długie miesiące.

Co do samej muzyki - drugi i jednocześnie ostatni w dorobku Love Sculpture LP to bardzo wysoka półka. Dave Edmunds jawi się tutaj jako gitarowy wirtuoz, natomiast słuchając sekcji rytmicznej mam uczucie, że gra z niebywałą fantazją, chociaż dosyć oszczędnie i bez zbędnego kombinowania. Tak więc mamy do czynienia z idealnie zgranym triem.





1. In The Land Of The Few
2. Seagull
3. Nobody's Talking
4. Why (How Now)
5. Farandole
6. You Can't Catch Me
7. People People
8. Mars
9. Sabre Dance


Na płycie zespół zaproponował sporo przeróbek. Jest tutaj utrzymana w rytmie walca trochę żewna i pretensjonalna ballada 'Seagull' Paula Kordy. Jest 'You Can't Catch Me' Chucka Berry'ego.
Znajdują się kompozycje klasyczne - 'Farandole' Georges Bizeta, 'Mars' z suity 'Planety' - nota bene utwór, który wyjątkowo upodobali sobie wykonawcy rockowi, oraz najważniejszy i najpopularniejszy na albumie 'Sabre Dance' czyli 'Taniec z Szablami' Arama Chaczaturiana.
'Sabre Dance' jest jedną z najsłynniejszych kompozycji w historii muzyki, Love Sculpture nie odchodząc daleko od oryginału, nadali mu cechy hard-rockowego zgiełku. Efekt jest oszałamiający. Można to wykonanie postawić obok 'Rondo' grupy The Nice.
Nie dziwne, że utwór odniósł duży sukces i uczynił z grupy na bardzo krótko gwiazdę.

Także kompozycje oryginalne, przeważnie autorstwa współproducentów płyty, są nad wyraz udane. Mamy więc takie ciekawostki jak otwierający płytę przebojowy 'In The Land Of The Few' z chwytliwym refrenem, poprzedzony krótką introdukcją na klawesynie. Potem ciężki i mroczny 'Nobody's Talking'. Tak samo jak w 'In The Land Of The Few' tak i tutaj głos wokalisty jest lekko przetworzony. Następnie powolny 'Why (How Now)' w drugiej części przeradzający się w instrumentalną mantrę, w tle pojawiają się dochodzące jakby z oddali wokalizy.

'Forms And Feelings' to płyta bogata w pomysły, wielobarwna, trudno się nudzić przy takiej muzyce, to przecież tylko trzech młodych muzyków, a całość brzmi bogato i potężnie.
Dave Edmunds tworzy na gitarze dźwięki, które wówczas mogły zaskakiwać i budzić podziw. Wystarczy posłuchać złowróżebnego 'Mars'. Dla odmiany w 'You Can't Catch Me' zespół nawiązuje do stylistyki Ten Years After. W 'People People' słychać echa muzyki z pierwszej połowy lat sześćdziesiątych, szczególny nacisk położono tutaj na tak charakterystyczne dla tamtego okresu harmonie wokalne.
Pomimo tak różnej biegunowości 'Forms And Feelings' jest płytą spójną i przemyślaną.

Do wydania CD dodano między innymi singlową, zupełnie inną wersję 'Sabre Dance' oraz drugą stronę tegoż singla 'Think Of Love' - piosenkę niepublikowaną na LP. Ciekawostką jest fakt, że na oryginalnym brytyjskim LP brak kompozycji 'Mars', która dostępna jest w wersji amerykańskiej 'Forms And Feelings'. Na szczęście wytwórnia Esoteric uwzględniła ten istotny drobiazg i kompakt jest odpowiednikiem amerykańskiego LP.

Po raz nie wiem który ciśnie mi się na usta pytanie - dlaczego dzisiaj nikt nie gra tak wspaniale? Z taką finezją, wyobraźnią i tak oryginalnie. Dlaczego obecnie w muzyce brakuje elementu ryzyka i chociażby odrobiny szaleństwa, jak to było kiedyś? Co się stało z muzyką popularną przez ostatnie czterdzieści lat?