Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychodelia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychodelia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 października 2018

ACTION

ROLLED GOLD 1967



Na przełomie lipca i sierpnia tego roku wznowiony został przez wydawnictwo Guerssen Records od dawna już niedostępny album grupy Action "Rolled Gold". Ponieważ płytę opisałem już jakiś czas temu, dodam jedynie, że obecnie tytuł dostępny jest tylko jako LP ozdobiony bardzo ładną, pojedynczą okładką, więc prezentuje się nieco skromniej niż poprzednia wersja, wydana w okładce rozkładanej, ale jednocześnie bliższa jest wydawnictwom z Wielkiej Brytanii z lat sześćdziesiątych.

Bez wątpienia wytwórnia stanęła na wysokości zadania, dzięki czemu znowu można sięgnąć po to wyjątkowe dokonanie, do czego zachęcam zwłaszcza tych, którzy nie zdołali nabyć poprzednich wydań tej płyty. To jest pozycja podstawowa.


piątek, 21 grudnia 2012

C.A. QUINTET

TRIP THRU HELL 1969

Pochodzący z Minneapolis zespół C.A. Quintet nagrał ten jeden album, na który złożyło się siedem piosenek spowitych mroczną, niepokojącą atmosferą. Wydany przez mikroskopijną wytwórnię Candy Floss tytuł obecnie należy do czołówki najbardziej poszukiwanych nieznanych rockowych płyt, w stanie idealnym oryginalne egzemplarze osiągają cenę TRZECH TYSIĘCY PIĘCIUSET dolarów.
Chociaż osobną kwestię może stanowić, czy jest to dokonanie warte takich pieniędzy, to jednak nie można odmówić 'Trip Thru Hell' pewnego uroku. Natomiast za sprawą mocno nawiedzonego nastroju muzyka, która wypełniła album może intrygować także dzisiaj, chociaż bez wątpienia wymaga kilku przesłuchań i pewnej dozy zainteresowania starym rockiem.

Głównym twórcą repertuaru składającego się na LP był Ken Erwin - wokalista i trębacz w jednej osobie, całość zaś opracowano z użyciem tradycyjnego wówczas instrumentarium.

Główny nacisk położono na partie organów Vox Continental, bez wątpienia wzorowane na dokonaniach grupy The Doors - charakterystyczny nieco falujący lub dla odmiany metaliczny, piskliwy dźwięk. Wyeksponowano także brzmienie gitary elektrycznej, przeważnie grającej delikatne melodie i wybijającej proste akordy, ale niekiedy prowokacyjnie wręcz jazgotliwej, najeżonej różnego rodzaju dysonansami, jak chociażby w długiej improwizacji w 'Underground Music', czy w jednym z motywów 'Trip Thru Hell (Part 1)' oraz w niesamowicie wręcz obłąkanym, pełnym niepokoju 'Cold Spider'.
Ważną funkcję pełniła wysunięta na pierwszy plan pierwszy gitara basowa, nie tyle będąca instrumentem rytmu, co raczej instrumentem odpowiedzialnym za prowadzenie melodii.





1. Trip Thru Hell (Part 1)
2. Colorado Mourning
3. Cold Spider
4. Underground Music
5. Sleepy Hollow Lane
6. Smooth As Silk
7. Trip Thru Hell (Part 2)


Aranżację wzbogacono poprzez wprowadzenie do niektórych utworów trąbki.
Aby powiązać piosenki w całość i nadać im bardziej przemyślany, spójny charakter, pomiędzy nagraniami umieszczono - nadającą całości aurę niesamowitości - krótką kobiecą wokalizę wziętą z głównego tematu kompozycji tytułowej, która to z kolei została podzielona na dwie części rozpoczynając i wieńcząc 'Trip Thru Hell'.

Wielowątkowy utwór tytułowy był dla grupy okazją do wykorzystania różnych środków wyrazu - quasi awangardowych, na przykład w przetworzonym solo perkusji w pierwszej części kompozycji. Z kolei finalna część 'Trip Thru Hell (Part 2)' posiadała cechy kontrolowanego chaosu - wrzaskom wokalisty towarzyszyła kakofonia dźwięków, chociażby uderzenia dzwonu wieńczące płytę.
Także w drugiej części przewijały się różne krótkie, kontrastowe tematy - marszowy rytm z fanfarowymi trąbkami przechodził w odrealniony temat wokalny, aby za moment powrócić do kobiecej wokalizy z pierwszej części nagrania.

Właściwie wszystkie utwory zasługują na wyróżnienie.
Przed wszystkim, rozpoczynający się od krótkiego dźwięku gongu, 'Smooth As Silk'. Piosenka przykuwała uwagę niemal mistyczną aurą, nawiązującą do muzyki orientalnej partią organów i chwytliwym, narastającym refrenem, a także zdecydowanie rockową dynamiką wykonania. Piosenkę ozdobiono - dodającą latynoskiego kolorytu - partią trąbki.

Równie znakomity był posępny 'Colorado Mourning' - oparty na rytmicznie wybijanych akordach gitary elektrycznej i zagrany w szybkim tempie, czarował zaś tajemniczą, senną, narkotyczną atmosferą uzyskaną dzięki rozpływającym się dźwiękom organów oraz niepokojącym zagrywkom trąbki. Trudno to opisać, mimo że to prosta muzyka.

We wspomnianym 'Cold Spider' wyprany z emocji głos wokalisty bardziej przypominał monolog niż śpiew, w dodatku każdą zwrotkę wieńczył konwulsyjny krzyk. Cała środkowa, instrumentalna część należała zaś do gitarzysty, który, na tle jednostajnego podkładu, wydobywał ze swojego instrumentu przeróżne ostro przesterowane, zgrzytliwe dźwięki.

Przy pierwszym przesłuchaniu można odnieść wrażenie wielkiego bezładu zawartego tutaj repertuaru, ale zapewne taki był też zamysł twórców, aby ukazać wszelkie ludzkie lęki i fobie, żeby za pomocą muzyki zilustrować piekło, które jest w nas samych. W jakimś stopniu zapewne się powiodło, chociaż trudno też uznać, by efekt końcowy był w pełni satysfakcjonujący.
Mimo to, dla mnie jest to kawałek znakomitej, dawno zapomnianej muzyki z amerykańskiego muzycznego undergroundu.

Do kompaktowej edycji firmy Sundazed Music dołączono aż dwanaście nagrań dodatkowych, z których kilka było do tej pory niepublikowanych i spokojnie mogłyby stanowić materiał na kolejny LP. Jak chociażby świetny 'Fortune Teller's Lie' w stylu ówczesnych poczynań The Who, czy 'Sadie Lavone', ale też zagrany z akompaniamentem gitary akustycznej i bongosów 'Bury Me In A Marijuana Field'. Jaka szkoda, że nie wydano tego jako osobnego materiału.

poniedziałek, 26 marca 2012

FOX

FOR FOX SAKE (1970)

Przepiękna muzyka.
Wyjątkowej urody epitafium dla psychodelicznego rocka i jednocześnie kolejna odsłona nowego rocka progresywnego. Być może zabrzmi to trywialnie, ale jest to zapomniany klejnot muzyki rockowej.

Zespół wcale nie starał się podążać za modami - nie ma tutaj ani taniej wirtuozerii, ani wyszukanej produkcji. Fox byli wierni dźwiękom, które powoli przechodziły do historii. Brzmienie jest przestrzenne i klarowne, pozbawione różnych sztuczek studyjnych, suche - dzięki temu całość momentami przywodzi atmosferę występu na żywo.

Kompozycje zdominowane przez partie organów Hammonda i gitary elektrycznej - chociaż znalazło się miejsce dla instrumentów akustycznych - czarują ulotnym wdziękiem. Zachwycają urodziwymi, chwytliwymi melodiami. Zaskakują tonem refleksji i zadumy.





1. Secondhand Love
2. Lovely Day
3. As She Walks Away
4. Glad I Could
5. Butterfly
6. Look In The Sky
7. Goodtime Music
8. Mr. Blank
9. Man In A Fast Car
10. Birthday Card
11. Madame Magical

Skład

Steve Brayne - Lead Guitar
Winston Weatherwill - Lead Guitar And Sitar
Alex Lane - Hammond Organ And Piano
David Windross - Bass Guitar And Piano
Tim Reeves - Drums





Wzorcowym przykładem jest ukochany przeze mnie, podzielony na dwie części, 'As She Walks Away'.
Długie instrumentalny preludium to delikatna impresja grana na gitarze elektrycznej, ozdobiona szelestem talerzy, na których perkusista grał miękko zakończonymi pałeczkami do kotłów. Jako kolejny głos dołączają po chwili wysokie tony organów. Kompozycja nabiera wigoru, dramaturgii. Następuje spiętrzenie dźwięków. Szybko jednak muzyka zwalnia i przychodzi ukojenie. Wówczas rozpoczyna się część druga - nieco rozmarzona piosenka.

Podobnym wydźwięk miały - podniosły 'Secondhand Love' i 'Look In The Sky'.
Co do piosenki 'Secondhand Love' to przywodzi mi na myśl 'With A Little Help From My Friends' w interpretacji Joe Cockera - tylko bez żeńskich chórków i w nieco szybszym tempie zagrana. Obok zagrywek gitary elektrycznej zdobiącej to nagranie, istotną rolę pełnił, schowany na drugim planie, fortepian.
W zaaranżowanym na dwie gitary akustyczne i zagranym bez perkusji 'Butterfly' dzięki wprowadzeniu w środkowej części sitaru całość pobrzmiewała elementami muzyki orientalnej.

Znalazło się miejsce dla pełnych werwy piosenek w rodzaju 'Mr. Blank' czy 'Man In A Fast Car'.
Pierwsza - zagrana w szybkim tempie - została oparta na marszowym rytmie i odznaczała się wyjątkową intensywnością, by nie rzec nerwowością. Warto tutaj zauważyć, że grany unisono główny motyw tego nagrania przypomina ten, na którym zbudowano nagraną w 1979 roku piosenkę 'London Calling' The Clash.

Najbardziej rozbudowany utwór 'Madame Magical' - we wstępie ozdobiony odgłosami wesołego miasteczka - to instrumentalna, jednostajna improwizacja. We wstępie wprowadzono zwykłą piosenkę, której refren  - powtórzony także na końcu - zagrany został w rytmie walca. Kompozycja jest wzorcowo nasycona psychodelicznym pierwiastkiem. Wbrew pewnej prostocie wykonawczej jest to autentycznie porywający fragment płyty.

Odmienny charakter posiadał 'Goodtime Music' z knajpianym pianinem w roli głównej. Ta żywiołowa piosenka miała w sobie coś z ducha klasycznego rock and rolla.

To jest płyta jak ze snu dla miłośników rocka z lat sześćdziesiątych. Nad każdym dźwiękiem unosi się ta przymglona, psychodeliczna aura uzyskiwana zwłaszcza dzięki świdrującym dźwiękom organów Hammonda. Najbliżej tej muzyce zaś do ówczesnego dorobku Procol Harum.

Oryginalny LP ukazał się w Wielkiej Brytanii dzięki staraniom wytwórni Fontana Records. Niestety nie był to najlepszy czas dla takiej muzyki i 'For Fox Sake' poniósł komercyjną porażkę. Obecnie egzemplarze tego wydania są bardzo rzadkie i na aukcjach internetowych osiągają kwotę blisko czterystu funtów.
Amerykańska wersja - wydana przez firmę Crewe - nie dość, że posiadała odmienną ilustrację, to jeszcze została wydana w nieporęcznej, rozkładanej okładce, którą można było przerobić na plakat. Zaletą jest fakt, że ta wersja jest łatwa do zdobycia i wciąż bardzo tania.

Jednym z inżynierów dźwięku był Roy Thomas Baker, już wkrótce światowej sławy producent współodpowiedzialny za sukces pierwszych płyt Queen. Być może to właśnie on wpadł na pomysł, aby w piosence 'Brighton Rock' pochodzącej z płyty 'Sheer Heart Attack' wykorzystać te same odgłosy wesołego miasteczka, które pojawiają się w 'Madame Magical'.

Przy okazji - czy tylko mnie końcówka ogona lisa kojarzy się z pewną częścią ciała?


wtorek, 12 lipca 2011

BLONDE ON BLONDE

CONTRASTS (1969)

Już prawie zapomniałem, że prowadzę tego bloga. Mimo to, cały czas trzymam rękę na pulsie i słucham jak najwięcej to możliwe klasycznych rockowych płyt. Tylko makabryczna pogoda powoduje, że nie chce mi się wysilać mózgownicy oraz zasiadać do klawiatury komputera.

Nietrudno spostrzec, że na moim blogu dominującym rocznikiem jest rok 1969. Bynajmniej nie jest to jakieś perwersyjne założenie, że tak ma być, a jedynie przypadek spowodowany tym, że muzyka, która powstawała w tym konkretnym roku bardzo mi odpowiada i jest dość wdzięcznym tematem do różnych przemyśleń. Po za tym to w tym i w kolejnym roczniku jak w soczewce skupiło się wszystko to, co w muzyce popularnej najlepsze.

Przede wszystkim co się wówczas udawało, to łączenie różnych gatunków muzycznych w jedną spójną całość i nasycanie tego jakąś trudną do opisania tajemniczą aurą. Nieważne czy była to zwykła popowa piosenka czy też dynamiczny heavy-rockowy utwór. Niemal zawsze efekt był bardziej niż intrygujący.
Eksperymentowano wtedy ze wszystkim, co tylko możliwe. Z techniką nagraniową - na przykład odwoływanie się do twórczości awangardowej. Aranżacjami - różne odmiany muzyki i instrumentarium służyły przy opracowywaniu kompozycji. Formą - chociażby zmienność wątków melodycznych i rytmicznych. Te wszystkie patenty, które wówczas wprowadzono, dały zupełnie nową, oryginalną jakość i chyba później już tylko nieznacznie były modyfikowane.

Właśnie jedną z takich wzorcowych płyt z 1969 roku jest debiutancki LP grupy Blonde On Blonde 'Contrasts' wydany przez Pye Records.
Dla mnie jest to płyta idealna. Jedna z tych, które zauroczyły mnie od pierwszego przesłuchania, mimo że właściwie zespół nie zaproponował nic odkrywczego. Ale jak to jest cudownie zagrane. Dodatkowo klarowna produkcja uwypukla kolorystykę wszystkich nagrań, mimo że zaaranżowanych oszczędnie, to jednak posiadających niemal plastyczne bogactwo barw i odcieni. Wszystko to razem przepełnione jest tym delikatnym, psychodelicznym nastrojem, tak typowym dla ówczesnego brytyjskiego muzycznego undergroundu.





1. Ride With Captain Max
2. Spinning Wheel
3. No Sleep Blues
4. Goodbye
5. I Need My Friend
6. Mother Earth
7. Eleanor Rigby
8. Conversationally Making The Grade
9. Regency
10. Island On An Island
11. Don't Be Too Long
12. Jeanette Isabella


Skład


Ralph Denyer - Guitar, Vocals
Les Hicks - Drums, Percussion
Richard Hopkins - Bass Guitar, Organ, Piano, Harpsichord, Cornet, Celeste, Whistle
Gareth Johnson - Guitar, Sitar, Flute


Czego tu nie ma.
Od nieco folkowych piosenek w rodzaju 'Don't Be Too Long' czy też nawiązującego do muzyki dawnej 'Island On An Island'. Poprzez fragmenty nasycone elementami muzyki Wschodu jak 'Spinning Wheel'. Na cięższych brzmieniach kończąc.

Nie będę zbyt oryginalny jeśli stwierdzę, że najważniejszym utworem na tej fantastycznej płycie wydaje się być rozpoczynający album 'Ride With Captain Max'.
Utwór można podzielić na trzy segmenty. Wstęp i zakończenie - czyli dynamiczny, hard-rockowy motyw z wprost niesamowitymi gitarowymi popisami na tle równie doskonałego riffu. Dwa zaśpiewane z towarzyszeniem akustycznej gitary przerywniki. Natomiast w środkowej części zespół zaproponował porywające interludium, w którym pojawiały się organy Hammonda tworzące razem z ostrą gitarą elektryczną rodzaj dwugłosu. To wszystko w ciągu pięciu minut. ZAISTE GENIALNE.
Momentami tylko odnoszę wrażenie, że zespół tworząc 'Ride With Captain Max' był pod wpływem pierwszej części 'Oh Well' Fleetwood Mac. Sugeruje to rozmieszczenie części akustycznych i elektrycznych oraz ich sposób wykonywania. Ale może przesadzam?

Na debiutanckiej płycie długogrającej grupa dość często szukała natchnienia dla swojej twórczości w folku. Te wpływy słychać wyraźnie w kilku utworach zawartych na albumie.
Na przykład we wspomnianym 'Island On An Island' wzbogaconym dźwiękami fujarki. Ale także w zaśpiewanym jedynie z akompaniamentem gitary klasycznej 'Don't Be Too Long'. We wstępie tej piosnki wprowadzono zapowiedzi płynące z głośników portu lotnieczego. Także wieńcząca płytę przepiękna, hipnotyzująca cudowną melodyką rockowa ballada 'Jeanette Isabella' powstał z wyraźnej fascynacji sceną folkową.

Akustyczne brzmienia na 'Contrasts' wręcz dominują.
Na przykład - w zaskakującej wersji 'Eleanor Rigby' grupy The Beatles stylizowanej na muzykę hiszpańską. Zwraca uwagę, co oczywiste, gitara grająca flamenco oraz charakterystyczne partie trąbki. Jest w tej wersji coś rzeczywiście przejmującego, chociaż wiadomo - wybitnego oryginału najnormalniej w świecie nie można przebić. Ale grupie udało się wybrnąć z tego zadania na medal.

Także intrygujący i na swój sposób mroczny 'Mother Earth' to asymilacja niespokojnych, akustycznych klimatów z potężnymi wejściami organów Hammonda oraz ostrej gitary elektrycznej i pełnego dramatyzmu, podniosłego śpiewu. Tu już mamy ewidentnie progresywne zapędy.

Z kolei 'Spinning Wheel' to zagrana w szybkim tempie piosenka ozdobiona natarczywymi dźwiękami sitaru. Warto zwrócić uwagę, że zamiast zwyczajowej w tych okolicznościach tabli, rytm nabija perkusja. Kompozycję wzbogacono partią fletu poprzecznego.
Może nie do końca udana, chociaż przyznać trzeba sympatyczna, była przeróbka piosenki Incredible String Band 'No Sleep Blues' - pochodzącej z drugiego LP '5000 Spirits Or The Layers Of The Onion' - w interpretacji Blonde On Blonde nosząca cechy muzyki country. Skoczna i lekka zwrotka skontrastowana została z sennym, odrealnionym refrenem.

Bardzo dobrym przykładem popowej czy może pop-psychodelicznej piosenki był opracowany z pomocą klawesynu 'Goodbye'. Natomiast 'I Need My Friend' to już psychodeliczne granie na całego. Świetna ostro przesterowana gitara i mocno wybijany, prosty rytm plus schowane w tle dźwięki fortepianu. Wydaje się oczywiste, ale kwartet wytworzył tutaj ciekawą, posępną atmosferę.

Nie jestem znawcą muzyki klasycznej, ale w opracowanym na klawesyn i gitarę klasyczną 'Regency' słychać inspiracje twórczością Johanna Sebastiana Bacha.

Tak więc nie była to być może muzyka nowatorska, a nawet bym powiedział, że momentami można odnieść wrażenie, że lekko już nieaktualna, ale duch tego wszystkiego co się wtedy w muzyce rockowej działo powoduje, że otrzymaliśmy solidny i interesujący materiał. Ponad to słuchając tego dzieła stwierdzam, że w zbieraniu płyt kompaktowych jest sens i warto czasem poświęcić tych parę groszy, żeby móc z dumą postawić CD na półce.
Jako puentę dodam, że grupa po niewielkiej, jednak istotnej zmianie składu nagrała jeszcze dwie płyty, z których wydany już dla innej wytwórni 'Rebirth' z 1970 roku przez wielu uważany jest za najlepsze dokonanie kwartetu.

poniedziałek, 23 maja 2011

FLAT EARTH SOCIETY

WALEECO (1968)

Prędzej wieloryb przejdzie przez ucho igielne niźli sklecę jakiś nowy tekst. Łatwiej słuchać muzyki niż później o niej pisać. Dlatego spróbuję choć odrobinę wziąć się w garść.

Ten kompletnie zapomniany przez czas i ludzi zespół nagrał tylko ten jeden album.

Rzadko to robię, ale opis Flat Earth Society 'Waleeco' poprzedzę krótkim wstępem dotyczącym okoliczności ukazania się płyty.
Z tekstu zawartego w książeczce dołączonej do kompaktowej edycji tego tytułu wynika, że powstanie płyty było rezultatem akcji promocyjnej przeprowadzonej przez firmę produkującą batoniki Waleeco. Otóż F. B. Washburn Candy Company zatrudniła zespół w celu stworzenia tak zwanego jingla oraz płyty długogrającej, którą klienci mogliby otrzymać za cenę jednego dolara i pięćdziesięciu centów oraz sześciu opakowań po batonikach, które należało wysłać wraz z kuponem dołączanym do produktów Waleeco.

Brzmi zabawnie? Bez wątpienia jednak w tak niecodziennych okolicznościach powstała wspaniała i pełnowartościowa muzyka. Było to bowiem dokonanie nie gorsze niż dokonania z ówczesnej czołówki. Może nie do końca oryginalne, ale zagrane profesjonalnie przez zdolnych choć niedoświadczonych muzyków. Ponad to całość zarejestrowano w dosyć przeciętnym - należącym do małej wytwórni Fleetwood, która album wydała - studiu i w dodatku w niespełna tydzień. Niewiele więc było czasu na ogranie materiału, zespół zaś nie posiadał doświadczenia w pracy studyjnej.
Był to zatem typowy obrazek dla tamtych czasów. Należy więc tylko pogratulować firmie F. B. Washburn Candy Company pomysłu i dobrego wyboru, ponieważ powstało dokonanie nad wyraz udane.

Tak na marginesie - myślę sobie, że gdyby cała ta heca miała miejsce dzisiaj, to powstałby jakiś koszmarny gniot.





1. Feelin' Much Better
2. Midnight Hour
3. I'm So Happy
4. When You're There
5. Four And Twenty Miles
6. Prelude For The Town Monk
7. Shadows
8. Dark Street Downtown
9. Portrait in Grey
10. In My Window
11. Satori


Jak przyznają we wspomnieniach muzycy, którzy przed laty współtworzyli Flat Earth Society, zespół był pod dużym wpływem twórczości Jefferson Airplane i te inspiracje słychać wyraźnie w trzech piosenkach. 'Feelin' Much Better', 'Four And Twenty Miles' oraz 'In My Window' - wszystkie te kompozycje pomimo rozwiązań aranżacyjnych zaczerpniętych od popularnej grupy, zachwycają młodzieńczą werwą, ciekawymi melodiami i charakterystycznym dla formacji z Zachodniego Wybrzeża klimatem.
Przy dość oszczędnych aranżacjach i stosunkowo jednorodnym repertuarze Flat Earth Society potrafili wytworzyć niecodzienny nastrój w swoich utworach.

Przykładem chociażby jedyna na 'Waleeco' przeróbka, czyli atmosferyczna interpretacja soulowej piosenki 'In The Midnight Hour' Wilsona Picketta i Steve Croppera - na okładce opisana jako 'Midnight Hour'. Ta zupełnie odmienna od oryginału wersja należy do najczęściej przeze mnie słuchanych nagrań zamieszczonych na tej płycie. Powolny, leniwy rytm. Senne, grupowe partie wokalne. Niby nic niezwykłego, ale nigdy nie mogę się nacieszyć tym wykonaniem.

Na repertuar albumu ponad to składały się kompozycje takie jak pogodna wodewilowa stylizacja 'I'm So Happy'. Nawiązująca do dokonań duetu Simon And Garfunkel piosenka 'When You're There'.
Także w 'Prelude For The Town Monk' było dostrzegalne zafascynowanie kwintetu folk-rockiem. Ponownie była to prosta piosenka zaaranżowana z pomocą fortepianu i gitary elektrycznej, gdzie rytm nadawały uderzenia w obręcz werbla, ale zagrana z wielkim uczuciem.

Dla odmiany 'Shadows' posiadał bardziej chropowaty, surowy charakter. Piosenka wzbogacona została falującym brzmieniem organów, dzięki czemu piosenka zyskała oniryczną oprawę. Do tego wyrazisty rytm gitary basowej i perkusji plus delikatnie przetworzony - tak przynajmniej podejrzewam - śpiew. Czego więcej chcieć?

Duże wrażenie robi 'Dark Street Downtown' zaśpiewany z akompaniamentem fortepianu grającego w minorowej, bardzo posępnej tonacji. W drugim planie pobrzmiewało dyskretne organowe tło.
Wieńczący LP 'Satori' był quasi awangardową instrumentalną kompozycją opartą na efektach studyjnych, czyli puszczonej w odwrotnym kierunku i ze zmienioną prędkością taśmie. Całość natomiast wzbogacono brzmieniem sitaru.

Tak więc, jest to jeszcze jeden, dawno zapomniany klejnot w koronie rodzącego się wówczas rocka i trudno uwierzyć, że taki materiał zarejestrowali ludzie tak młodzi. Zawsze bowiem, gdy słucham tych wszystkich starych formacji, tworzonych przecież głównie przez nastolatków lub osoby niewiele ponad dwudziestoletnie, nie mogę się nadziwić, jak dojrzale wykonywana była ta muzyka. Zachwyca lekkość z jaką grano na wszelkiej maści instrumentach, wyobraźnia, świadomość, co chce się grać i co chce się osiągnąć. Niekłamany podziw budzą umiejętności instrumentalne. Interpretacje wokalne sprawiają wrażenie jakby pochodziły z gardła doświadczonego wokalisty, a nie młodzieńca, który dopiero co przechodził mutację głosu.

Na koniec muszę dopisać, że ilustracja na okładce nieodparcie kojarzy mi się ze sławetnym drzeworytem autorstwa francuskiego astronoma, Camille Flammariona, zdobiącym jego dzieło 'L'atmosphere - Météorologie Populaire'.

środa, 4 maja 2011

YARDBIRDS

YARDBIRDS (ROGER THE ENGINEER) 1966

Kanon muzyki rockowej i jedna z ważniejszych płyt ówczesnej dekady. Pod niepozorną, humorystyczną okładką kryła się porcja świeżych pomysłów, które były kamieniem milowym w kształtowaniu się gatunku.

Przypuszczam, że każdy zwolennik muzyki popularnej w tym kraju zetknął się z nazwą tej wybitnej i cenionej grupy, chociażby ze względu na fakt, że swoje kariery rozpoczynali tam kolejno trzej gitarzyści - Eric Clapton, Jeff Beck oraz Jimmy Page. Podejrzewam jednocześnie, że niewielu miłośników rocka w Polsce zaznajomiło się z samą muzyką Yardbirds.

To się może wydać dziwne, ale był to pierwszy i zarazem ostatni album studyjny wydany przez Yardbirds w rodzinnej Wielkiej Brytanii.
Dla mnie LP 'Yardbirds' - znany także jako ' Roger The Engineer' - obok takich płyt jak ‘Revolver’ The Beatles, ‘A Quick One’ The Who czy ‘Open' Brian Auger And The Trinity, to kwintesencja muzycznego pop-artu. Muzyka, która za sprawą dźwięków jest wręcz namacalną ilustracją wszystkiego tego, co wówczas działo się w Wielkiej Brytanii. Szczególnie przywodzi na myśl okres Swingującego Londynu z całym jego kolorytem. Namiastkę tego można zobaczyć w filmie Michelangelo Antonioni 'Powiększenie'.





1. Lost Woman
2. Over Under Sideways Down
3. The Nazz Are Blue
4. I Can't Make Your Way
5. Rack My Mind
6. Farewell
7. Hot House Of Omagarashid
8. Jeff's Boogie
9. He's Always There
10. Turn Into Earth
11. What Do You Want
12. Ever Since The World Began


Skład


Keith Relf – Lead Vocals, Harmonica
Jeff Beck – Lead Guitar
Chris Dreja – Rhythm Guitar, Vocals
Paul Samwell-Smith – Bass Guitar, Vocals
Jim McCarty – Drums, Percussion, Vocals



Płyta zaskakuje dużą rozpiętością stylistyczną oraz mnogością pomysłów, niekiedy posiadającymi cechy pastiszu.

Reinterpretacja klasycznej bluesowej kompozycji 'Someone To Love Me' - autorstwa mało znanego bluesmana Snooky Pryora - przemianowana na 'Lost Woman' i ze zmienionym tekstem była doskonałą prezentacją nowego gitarzysty.
Główna część piosenki to schematyczny blues oparty na rytmicznej linii basu i skromnym podkładzie perkusji, przerywany w refrenie nagłymi wejściami reszty zespołu. Natomiast to, co w tej kompozycji zespół zaproponował od siebie, to powoli się rozwijająca instrumentalna część środkowa - wzbogacona brzmieniem harmonijki ustnej i ponownie przykuwającą uwagę mocno wyeksponowaną partią gitary basowej - muzyka stopniowo nabiera tempa i dynamiki, aż do gitarowej, hałaśliwej kulminacji, która nagle się to urywa. Można przyjąć, że właśnie takie fragmenty stanowiły zwiastun heavy-rockowej estetyki.

Następnie trawestacja 'Guitar Boogie' Chucka Berry pod tytułem 'Jeff's Boogie'. Dynamiczny, rhythm and bluesowy 'Over Under Sideways Down', przerywany był przesyconym tajemniczą aurą wokalnym tematem, który kontrastował ze skocznym charakterem piosenki, szczególnie zaś ze skandowanym refrenem.
Nie mniej porywający 'What Do You Want' ponownie był zakorzeniony w bluesie, w finale zaś ozdobiony został ostrą, rockową partią gitary. Ponad to, wyjątkowo zaśpiewany przez Jeffa Becka, blues-rockowy 'The Nazz Are Blue'. Uroczy, mający w sobie coś z beztroskiej dziecięcej piosenki 'Farewell' zaśpiewany został z prostym akompaniamentem fortepianu. W 'Turn Into Earth' kwintet nawiązał do własnego przeboju 'Still I'm Sad' wprowadzając charakterystyczne grupowe partie wokalne imitujące chorały gregoriańskie.

Pastiszowy charakter nosił zaś 'Hot House Of Omagarashid' łączący w sobie - w warstwie wokalnej - coś na wzór hinduskiej mantry z instrumentalnym, typowym dla płyty, gitarowym podkładem wspartym różnego rodzaju humorystycznymi odgłosami, które stanowiły rytm dla tej wyjątkowo nieszablonowej piosenki. Piszę to wszystko z lekkim przekąsem i zastanowieniem, gdyż tak naprawdę sam dokładnie nie wiem, jakie elementy nosi w sobie ta kompozycja.
Kolejną, tylko bardziej bezpretensjonalną piosenką był 'I Can't Make Your Way' zaśpiewany, nieco knajpianą manierą, na głosy, które momentami nosiły nieco pijacki charakter.

We wstępie, będącego swoistym ukłonem dla przebojów doby rock and rolla, 'Ever Since The World Began' grupa dla zmyłki wprowadziła złowieszczy temat wystylizowany na coś w rodzaju czarnej mszy czy innego obrzędu.

Te wszystkie piosenki zawarte na 'Roger The Engineer' mogą sprawiać wrażenie - zwłaszcza przez opisy zamieszczone tutaj - jakiegoś bezładnego chaosu, lecz według mnie, jak na 1966 rok, płyta była jak z innej bajki. W czasach kiedy rock codziennie zmieniał swoje oblicze, zespoły z czołówki prześcigały się w pomysłach, grupa Yardbirds zaproponowała materiał urzekający swobodą i luźnym potraktowaniem dotychczasowego kanonu estetycznego muzyki młodzieżowej.

Płyta długogrająca ukazała się w kilku innych państwach, przeważnie przemianowana na 'Over Under Sideways Down' i posiadała różne okładki prezentujące odmienne, kapitalne zdjęcia zespołu. Dla przykładu w Kanadzie na froncie LP widniała fotografia kwintetu w składzie z Jimmy Pagem, którego rzecz jasna nie było w formacji, gdy materiał był rejestrowany. To były czasy.

ACTION

ROLLED GOLD 1967

Całkowicie zdefiniowany rockowy styl obowiązujący na dobrą sprawę do dnia dzisiejszego. Zaskakujące jest jednak to, że materiał zawarty na tej płycie, nagrany na przełomie 1967 i 1968 roku, na premierę musiał czekać blisko trzydzieści lat, cóż jednak, lepiej późno niż wcale. Taki los spotkał wielu innych wykonawców działających w tamtych specyficznych czasach. Czasach, gdy muzyka rockowa dopiero się kształtowała i jednocześnie osiągnęła twórcze apogeum.

Słuchając 'Rolled Gold' odnoszę wrażenie, że zespół znalazł złoty środek, jak taką muzykę należy tworzyć i grać. Chociaż na pozór jednolita, przy bliższym zapoznaniu się z albumem, zaczyna zachwycać bogatą paletą barw.

Zespół zaproponował CZTERNAŚCIE lirycznych piosenek, dosyć skromnych pod względem formy, ale posiadającymi urzekające, wpadające w ucho melodie. Przy pomocy niewielkiego instrumentarium grupie udało się uzyskać wyjątkowo plastyczne brzmienie, co tylko podkreśla urodę wykonywanych kompozycji.

Z jednej strony doskonale oddają one ducha ówczesnej epoki - hipnotyzująca partia fletu poprzecznego w ujawniającym jazzowe wpływy 'Love Is All' nadawała kompozycji orientalnego kolorytu oraz pozwalała niemal namacalnie odczuć atmosferę klubów ery Swingującego Londynu.
Z drugiej strony na swój sposób wybiegały daleko w przyszłość i na dobrą sprawę stanowią jeszcze jeden dowód, że na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat w muzyce popularnej nie zdołano wymyślić niczego nowego. Trzeba pamiętać, że wszystkie utwory były jedynie przymiarkami do nagrania właściwej płyty i jako takie nigdy nie otrzymały końcowego szlifu, tym bardziej podziw budzi - pomimo tych niedociągnięć - jak profesjonalnie brzmi ta muzyka.





1. Come Around
2. Something To Say
3. Love Is All
4. Icarus
5. Strange Roads
6. Things You Cannot See
7. Brain
8. Look At The View
9. Climbing Up The Wall
10. Really Doesn't Matter
11. I'm A Stranger
12. Little Boy
13. Follow Me
14. In My Dream


Skład


Reg King - Vocals
Alan King - Guitar, Vocals
Martin Stone - Guitar
Ian Whiteman - Keybords, Flute, Vocals
Mike Evans - Bass Guitar, Vocals
Roger Powell - Drums


Większość utworów oparta jest na wyrazistych akordach gitary elektrycznej. Dopiero tutaj można zrozumieć, jak wielkim wokalistą był Reg King, jego pełne pasji i młodzieńczej buty, ujawniające duże możliwości techniczne i niezwykle dojrzałe interpretacje wokalne są siłą przewodnią płyty. Wszystkie piosenki rozsadza duża energia wykonawcza, odznaczają się zaś interesującymi aranżacjami grupowych partii wokalnych.

Przykładem chociażby 'Something To Say', gdzie podstawę stanowią mocno akcentowane pojedynczo uderzane struny. Ponad to przykuwa uwagę ciężka gra sekcji rytmicznej oraz wprowadzona w końcowej części nagrania dobiegająca jakby z oddali wokaliza. Wszystko razem tworzy spójną, przemyślaną formę.

W poruszającym i zaśpiewanym na granicy krzyku 'Brain' dźwięki gitary elektrycznej przetworzono przy pomocy efektu wah-wah. Plan dźwiękowy wypełniała mocno wyeksponowana, dudniąca sekcja rytmiczna.
Nie dziwię się teraz dlaczego piosenka dała tytuł pierwotnej edycji tego albumu. Przy czym materiał wypełniający 'Brain (The Lost Recordings 1967/1968)' pochodził z jedynego istniejącego acetatu i posiadał bardzo słabą jakość dźwięku. Dopiero, gdy cudem odnaleziono oryginalne taśmy, całość ukazała się jako 'Rolled Gold'.

Tak więc gitara rządzi tutaj niepodzielnie, czy to w formie czystej, czy też przetworzonej przez wspomniany efekt wah-wah lub z pomocą fuzzbox, jak w 'Strange Roads' oraz 'Follow Me', ale także jako gitara akustyczna - nosząca spokojniejszy charakter i wprowadzająca moment wytchnienia, wyjątkowej urody ballada 'Things You Cannot See' zaśpiewana została wyłącznie z towarzyszeniem tegoż instrumentu.

Ważną rolę odgrywa także fortepian. W przypadku rozpoczynającego zestaw pogodnego i opracowanego na głosy 'Come Around' instrument ten został zharmonizowany z dźwiękami sześciu strun.

Ponad to grupa wzbogaciła wspomniany 'Love Is All' oraz w środkową część 'Climbing Up The Wall' partiami fletu poprzecznego, dając przedsmak stylu wypracowanego ostatecznie przez Mighty Baby.
Warto przy tej okazji odnotować, że tekst 'I'm A Stranger' - ponownie elektryzujący wstęp oparty na długo wybrzmiewających akordach gitary elektrycznej - został wykorzystany na debiutanckiej płycie tejże formacji w piosence 'House Without Windows'.

Dwie z piosenek, w innych aranżacjach, zaadoptował wokalista na swoją jedyną solową płytę wydaną w 1971 roku. Były to 'Little Boy' oraz 'In My Dream'. Przebojowy 'Little Boy' w wykonaniu sekstetu posiadał bardziej przytłaczające brzmienie, na co wpływ miały charakterystyczne ciężkie akordy wybijane przez gitarę, wolniejsze tempo wykonania. Całość zaś w środkowej części ozdobiono świetnym solem gitary - chyba jedynym na płycie - na tle jednostajnego dudnienia sekcji rytmicznej.

Powstała muzyka udana, tchnąca świeżością i pomysłowością opracowania. Stanowiąca swoistą zapowiedź stylu Mighty Baby. Słychać tutaj wszystko to, co od blisko dwudziestu lat z miernym skutkiem powielają hordy zespołów legitymujących się jako rockowe.
LEKTURA NADOBOWIĄZKOWA.

Przypomnę jeszcze, że po nagraniu opisywanego materiału z The Action rozstał się wokalista Reg King i już bez niego formacja nagrała pięć ujmujących, urzekających kompozycji autorstwa Iana Whitemana, które jak na ironię na wydanie musiały czekać aż do 1985 roku, kiedy to ukazały się jako EP 'Action Speaks Louder Than'. Natomiast od kilku lat dostępne są na debiutanckim CD Mighty Baby.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

KALEIDOSCOPE

TANGERINE DREAM 1967


W grupie pokładano spore nadzieje, których jednak kwartetowi nie udało się spełnić. Piosenki singlowe były często prezentowane przez stacje radiowe. Sam zespół zaliczył kilka sesji nagraniowych dla radia BBC. Prasa pisała entuzjastyczne recenzje ich płyt. Jednak to wszystko nie przyniosło oczekiwanego sukcesu. Dlaczego? Mogę tylko zgadywać.

Może zabrakło elementu zaskoczenia, czegoś oryginalnego? Kwartet tworzył będąc pod wpływem fascynacji twórczością Bee Gees i Pink Floyd, nie potrafił jednak wypracować własnego stylu. W dodatku często w nagraniach Kaleidoscope zanikał pierwiastek rocka, a nagrania stawały się zbyt delikatne, bajkowe. Ten argument nie jest może w pełni przekonywający, wszak wspomniany Bee Gees zasłynął dzięki muzyce częstokroć wyraźnie odchodzącej od rockowej stylistyki, pełnej dostojeństwa niezbyt kojarzącego się z muzyką adresowaną do młodego odbiorcy. Daleko tutaj było do zgiełku rodem z nagrań The Jimi Hendrix Experience czy Cream.
Inny bardziej prozaiczny powód to być może niezbyt atrakcyjne aparycje młodzieńców, którzy współtworzyli Kaleidoscope. To się może wydawać absurdalne, ale przecież nie od dzisiaj wiadomo, że ci którzy słuchają muzyki popularnej - czyli przede wszystkim młodzież - ogromną wagę przywiązuje do warstwy wizualnej.





1. Kaleidoscope
2. Please Excuse My Face
3. Dive Into Yesterday
4. Mr. Small, The Watch Repairer Man
5. Flight From Ashiya
6. The Murder Of Lewis Tollani
7. (Further Reflections) In The Room Of Percussion
8. Dear Nellie Goodrich
9. Holidaymaker
10. A Lesson Perhaps
11. The Sky Children


Skład


Eddie Pumer – Lead Guitar, Keyboards
Steve Clark – Bass Guitar, Flute
Danny Bridgman – Drums, Percussions
Peter Daltrey – Keyboards, Vocal


Dość tych mętnych wywodów.
Tytuł debiutanckiego LP zapewne dla wielu brzmi znajomo. Otóż nie wiadomo, czy to zbieg okoliczności, czy też słynna niemiecka grupa zetknęła się z tym albumem.

Na 'Tangerine Dream' nie ma nawet cienia muzyki elektronicznej, to muzyka z pogranicza ambitnego popu oraz eksperymentalnego rocka i z odrobiną wpływów folkowych. To wszystko razem spowite jest bajkową aurą.
Punktem centralnym jest tutaj moim zdaniem 'Flight From Ashiya'. Piosenka zaczyna się od potężnego akordu fortepianu, po czym pojawia się zagrywka gitary w wysokich rejestrach nadająca całości nieco orientalnego charakteru. Zagrany w powolnym rytmie utwór wzbogacono pojawiającą się w tle i potęgującą wrażenia niesamowitości wokalizą bez słów. Wydana na singlu 'Flight From Ashiya' i ozdobiona - co wtedy było rzadkością - piękną, kolorową okładką nie wzbudziła większego zainteresowania i piosenka przebojem się nie stała.

Nie będę opisywał wszystkich umieszczonych na płycie nagrań. Opiszę tylko te, które mnie najbardziej przypadły do gustu lub zwróciły moją uwagę.
Pierwszy na płycie 'Kaleidoscope' to potężny, rytmiczny utwór we wstępie wzbogacony prostymi dźwiękami fortepianu. Przez cały czas rolę wiodącą pełniła mocna perkusja. Przeciwieństwem był 'Please Excuse My Face' - wyciszony, akustyczny fragment mogący nasuwać skojarzenia z twórczością duetu Simon And Garfunkel.

Kolejnym ciekawym punktem płyty był 'Dive Into Yesterday', piosenka okraszona gitarowymi trylami oraz nagłymi spowolnieniami, którym rytm nadawały uderzenia w werbel. Zespół zacytował także kilka wersów z wcześniejszego nagrania 'Kaleidoscope'.
W 'The Murder Of Lewis Tollani' zwrotka to senne i niemal rozpływające się dźwięki. Refren zaś to zupełnie odmienny, chwytliwy krótki motyw.

Pełne słodyczy kompozycje jak refleksyjny 'Dear Nellie Goodrich' oraz pogodny 'Holidaymaker' ukazywały Kaleidoscope jako grupę skłonną do wycieczek w stronę zdecydowanie popowej odmiany rocka. W pierwszym z tych nagrań aranżację wzbogacono partiami pianina. Utwór ten zdradzał zauroczenie folkiem - czyli coś z pogranicza dokonań amerykańskiego kwartetu The Byrds oraz szkockiego barda Donovana. W 'Holidaymaker' wprowadzono naturalistyczny efekt dźwiękowy w postaci hałasów towarzyszących dziecięcym zabawom.

'A Lesson Perhaps' był rodzajem baśniowej opowieści z tłem gitary klasycznej.
Płytę kończył najdłuższy w zestawie, pełen optymizmu 'The Sky Children' ponownie ujawniający zamiłowanie grupy do łączenia folkowych melodii z popowymi aranżacjami. Zawsze, gdy tego słucham, odnoszę wrażenie, że utwór powstał pod wpływem sławetnego 'San Francisco (Be Sure To Wear Flowers In Your Hair)', którego autorem był John Phillips z The Mamas And The Papas.

Tak więc materiał na płycie posiada swój czar i wdzięk. Proste, melodyjne piosenki dość łatwo wpadają w ucho, a jednocześnie posiadają tę lekko eksperymentalną otoczkę. Całości brakuje jednak wyrazu i razi duża nijakość repertuaru, ponadto razić może ciążące nad nagraniami infantylizm i słodycz.

Mimo niepowodzenia 'Tangerine Dream' zespół pod szyldem Kaleidoscope nagrał w 1969 roku kolejny album długogrający zatytułowany 'Faintly Blowing'. Oba, powstałe dla wytwórni Fontana Records, wydawnictwa nie zdobyły uznania publiczności. Natomiast wydany w roku 1970 LP 'From Home To Home' został zarejestrowany pod nazwą Fairfield Parlour dla ambitnej wytwórni Vertigo Records. Również bez odzewu.
Wkrótce potem grupa nagrała własnym kosztem materiał na niewydany wówczas album 'White Faced Lady', ale z braku zainteresowania jakiejkolwiek wytwórni zakończyła działalność. Materiał ten czekał na oficjalną publikację aż do 1991 roku, kiedy to został zrealizowany przez należącą do muzyków zespołu firmę The Kaleidoscope Record Company. Po latach całość wydała także zasłużona niemiecka wytwórnia Repertoire Records.

środa, 5 stycznia 2011

THE WHO

A QUICK ONE 1966

Obok płyty 'Revolver' The Beatles jest to najciekawszy album 1966 roku. Muzyka jest tutaj równie barwna jak nawiązująca do pop-artu ilustracja autorstwa Alana Aldridge'a umieszczona na okładce.

Drugą płytę The Who wypełnił materiał zróżnicowany, zaskakujący świeżością pomysłów, zachwycający dynamicznym, ostrym brzmieniem. Poszczególne utwory zdradzały duże poczucie humoru muzyków The Who. Wszystko to komasowało się w rozbudowanej kompozycji tytułowej, będącej rodzajem żartobliwej mini-opery, świadczącej o rosnących ambicjach kwartetu, ukazującej także przemiany zachodzące w muzyce młodzieżowej. Trwający blisko dziesięć minut 'A Quick One While He's Away' składał się z rozpisanych na role kilku epizodów muzycznych powiązanych w całość i opisujących historię zdrady małżeńskiej.

Warto zauważyć, że, pod względem doboru kompozycji na płycie, było to chyba najbardziej zespołowe dzieło w całej dyskografii The Who.





1. Run Run Run
2. Boris The Spider
3. I Need You
4. Whiskey Man
5. Heat Wave
6. Cobwebs And Strange
7. Don't Look Away
8. See My Way
9. So Sad About Us
10. A Quick One While He's Away


Skład


Roger Daltrey – Vocals
John Entwistle – Bass Guitar, Horns, Vocals
Pete Townshend – Guitar, Keyboards, Vocals
Keith Moon – Drums, Percussion, Vocals


Pete Townshend zaproponował piosenki tak różnorodne jak zadziorny 'Run Run Run' oparty na mocno wybijanych akordach gitary. Do osiągnięć amerykańskiej grupy The Byrds gitarzysta nawiązał w 'Don't Look Away'. 'So Sad About Us' dowodził talentu autora w tworzeniu nagrań dojrzałych pod względem melodycznym i harmonicznym. Przy czym ta minorowa piosenka została wykonana z iście rockową ekspresją. Wyróżniały się zwłaszcza ciężkie brzmienie gitary basowej oraz grupowe partie wokalne.
Także dziełem gitarzysty był wspomniany już 'A Quick One While He's Away', który przez długi czas był żelaznym punktem występów formacji.

John Entwistle przygotował dwie kompozycje.
Chyba najpopularniejszy na płycie, powolny 'Boris The Spider', który za podstawę miał mosiężny riff gitary basowej, w refrenie zaś pojawiał się charakterystyczny, demoniczny głos będący znakiem firmowym autora. Dla odmiany zagrana w szybkim tempie kompozycja 'Whiskey Man' została ozdobiona dźwiękami waltorni. Warto zauważyć, że we wstępie tego nagrania pojawia się kilka taktów parę lat później wykorzystanych przez basistę, w nieco przetworzonej formie, w kompozycji 'Heaven And Hell'.

Perkusista skomponował 'I Need You'. Zaśpiewana pełnym słodyczy głosem przez samego Keitha Moona piosenka przykuwa uwagę zdecydowanie rockową grą na perkusji. Nikt tak wtedy nie grał, to była nowa jakość w muzyce popularnej, również ciekawym rozwiązaniem było wprowadzenie, w formie kontrastu, partii klawesynu, co nadało muzyce delikatnie barokowego kolorytu.
Instrumentalny 'Cobwebs And Strange' był czymś w rodzaju muzycznej wizytówki perkusisty. Zwariowany, przesycony jarmarczną, czy wręcz cyrkową atmosferą utwór serwował popisy Keitha Moona na perkusji.





Roger Daltrey podpisał się pod 'See My Way', uroczą stylizacją wodewilową zaaranżowaną na rockowe instrumentarium. Całości dopełniała żywiołowa, dynamiczna przeróbka 'Heat Wave' z repertuaru Martha And The Vandellas.
W amerykańskiej wersji LP zatytułowanej 'Happy Jack' tę właśnie piosenkę, wydaną w Wielkiej Brytanii wyłącznie na singlu, umieszczono w miejsce 'Heat Wave'.

Do wydania CD dołączono - tak jak w przypadku innych kompaktowych reedycji wczesnych płyt The Who - całą masę bonusów. Przede wszystkim cztery nagrania (pominięto tylko 'Circles') pochodzące ze znakomitej EP 'Ready Steady Who'.

piątek, 31 grudnia 2010

MOVING SIDEWALKS

FLASH 1968

Niemal każdy swój wpis zaczynam od lamentu nad moim bałaganiarstwem. Tym razem też tak będzie. Na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy dodałem dużą ilość okładek, jednak opisów wciąż brak. Mimo to mam nadzieję - dosyć płonną - że nadchodzący rok chociaż w niewielkim stopniu zmobilizuje mnie do większego wysiłku.




1. Flashback
2. Scoun Da Be
3. You Make Me Shake
4. You Don't Know The Life
5. Pluto - Sept 31st
6. No Good To Cry
7. Crimson Witch
8. Joe Blues
9. Eclipse
10. Reclipse


Jaką muzykę grał Billy Gibbons zanim utworzył ZZ Top i zapuścił brodę do pasa? Oczywiście był to blues. Ale jako że jedyna płyta jego pierwszej grupy Moving Sidewalks 'Flash' ukazała się w 1968 roku, to obowiązkowo musiała zawierać wyraźne pierwiastki psychodelicznego rocka. Trzeba jednak przyznać, że kwartet doskonale czuł tę stylistkę.
Muzyka tutaj zawarta była także ukłonem w stronę twórczości The Jimi Hendrix Experience.

Dowodem fascynacji bluesem był chociażby rozpoczynający album stosunkowo prosty 'Flashback' posiadający jednak zupełnie kontrastową kodę nawiązującą do muzyki orientalnej - partia gitary akustycznej imitowała brzmienie charakterystyczne dla takich instrumentów jak sitar.

Natomiast nawiązaniem do dorobku The Jimi Hendrix Experience były nagrania takie jak 'You Make Me Shake' czy w sposób jeszcze bardziej wyraźny 'Pluto - Sept 31st', którego główny temat niemal nawiązywał do piosenki 'Fire' z repertuaru tria. W drugiej z tych kompozycji zespół wprowadził zaś intrygujące interludium oparte na spreparowanych w studiu brzmieniach głosów ludzkich oraz różnego rodzaju efektach uzyskanych za pomocą zmiany przesuwu taśmy. Genialny fragment niemal jak z sennego koszmaru.

W dwóch ostatnich, połączonych w całość nagraniach 'Eclipse' oraz 'Reclipse' grupa posłużyła się w sposób frapujący techniką kolażu dźwiękowego.

Doskonałym przykładem asymilacji bluesowej stylistyki i rocka psychodelicznego był pełen wewnętrznej nerwowości 'Scoun Da Be' ze świetnymi, cudownie wibrującymi partiami organów Hammonda. Wyróżniała się także romantyczna, niepokojąca ballada 'You Don't Know The Life' ponownie z organami Hammonda w roli głównej, wspartymi dźwiękami gitary akustycznej i subtelną sekcją rytmiczną.

Muszę przyznać, że jak na kompozycje sprawiające wrażenie dosyć prostych, grupie udało się we wszystkich nagraniach wyzyskać iście tajemniczą atmosferę. Wszystkie składniki, których kwartet użył do budowania swojej muzyki stworzyły spójną, porywającą całość. Osobiście uważam 'Flash' za płytę doskonałą. Bez słabych punktów.
Warto zwrócić uwagę na ciekawe partie gitary Billy Gibbonsa, który na dodatek zachwycał bardzo przekonywującą interpretacją wokalną. Ten jego pełen żaru, chociaż czasem sprawiający wrażenie zmęczonego, lekko zachrypnięty głos stał się później wizytówką stylu ZZ Top. Trzeba pamiętać, że w chwili wydania 'Flash' gitarzysta miał ledwie dziewiętnaście lat.

Oryginalne tłoczenie płyty wydanej przez wytwórnię Tantara jest dzisiaj bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów. Za niemal idealnie utrzymany egzemplarz trzeba wysupłać nawet ponad 800 dolarów. Bez wątpienia ten legendarny album wart jest swojej ceny.

wtorek, 14 grudnia 2010

PESKY GEE

EXCLAMATION MARK 1969

Leniwy jestem i to okrutnie. Od dobrych kilku tygodni nie napisałem nawet jednego słowa na tym nieszczęsnym blogu. Nie mogę się na niczym dłużej skoncentrować. Przedwczesna zima dodatkowo pogłębia stan rozbicia psychicznego. Nawet zdarzyło się, że odsunąłem od siebie muzykę, ale na szczęście nie na długo. Od dwóch tygodni nieprzerwanie pada śnieg pokrywając cały kraj. W tych warunkach bardzo trudno zmobilizować się do czegokolwiek.





1. Another Country
2. Pigs Foots
3. Season Of The Witch
4. A Place Of Heartbreak
5. Where Is My Mind
6. Piece Of My Heart
7. Dharma For One
8. Peace Of Mind
9. Born To Be Wild

Skład

Kay Garret - Lead Vocals
Kip Trevor - Lead Vocals
Jim Gannon - Guitar
Bob Bond - Bass
Jess Taylor - Organ
Clive Jones - Saxophone
Clive Box - Drums And Percussion


Pesky Gee po nagraniu 'Exclamation Mark' przeistoczył się w popularny przez krótki moment Black Widow i nagrał kolejne trzy płyty, które mnie już aż tak nie zachwycają. Oczywiście, debiut Black Widow 'Sacrifice' to bardzo dobre, czy wręcz porywające dokonanie, jednak, jak dla mnie, to już nie to samo. Czegoś tam brakuje.

Na jedynej płycie septetu mamy zaś repertuar powstały pod wpływem fascynacji jazzem, spowity nieco senną atmosferą oraz doskonałe, plastyczne brzmienie uzyskane przy pomocy dość standardowego - jak na ówczesne normy - instrumentarium, czyli organów Hammonda, gitary elektrycznej, basu, perkusji i saksofonu.
Dość typowy dla tamtego okresu był wybór kompozycji wypełniających albumu, wśród których dominowały przeróbki cudzych kompozycji.

Esencjonalna jest tutaj znakomita interpretacja 'Season Of The Witch' autorstwa Donovana. Nasycona klimatem jazzu i doskonale zaśpiewana przez Kay Garrett leniwym - dla odmiany w refrenie cudownie krzykliwym - głosem, zwracała uwagę oszczędną partią gitary oraz dynamicznymi partiami organów Hammonda, które pierwszoplanową rolę wiodły w długiej instrumentalnej improwizacji, tworząc bogatą paletę barw i brzmień. Nie jest to szczególnie oryginalne, ale na pewno świetnie zagrane. Kay Garrett posiadała wprawdzie skromne możliwości, ale liczy się fakt, że potrafiła wpasować się w klimat muzyki, że jej głos był idealny do tego typu dźwięków.

Uważam, że wokalistka prezentowała ciekawszy sposób śpiewania niźli dominujący na płycie Kip Trevor. Doskonale wychodziły pani zwłaszcza wysokie tony. Mimo to 'Another Country' z wokalistą w roli głównej był następnym doskonałym punktem programu. Obowiązkowa jazzowa gitara i wiodące partie saksofonu, dynamiczna sekcja rytmiczna plus tajemniczy nastrój. Z główną częścią kontrastowało zagrane z lekkim swingiem instrumentalne interludium, z subtelną partią organów Hammonda, które jednak po chwili nabierało tempa i przeistaczało się w kapitalny pojedynek gitary elektrycznej i saksofonu.

Innym klejnotem była zagrana w średnim tempie i nieco paranoiczna przeróbka nagrania 'Where Is My Mind' amerykańskiego kwartetu Vanilla Fudge. W końcu od jak najlepszej strony zaprezentował się Kip Trevor śpiewając tym swoim zlęknionym głosem, a w refrenie wspomagany przez niemal obłąkaną Kay Garrett.
Bardzo dobry jest też instrumentalny 'Pigs Foots'. Na tle mocnej sekcji rytmicznej można posłuchać pełnych wigoru solowych partii saksofonu, ostrej gitary i organów Hammonda. Całość została oczywiście nasączona jazzowym kolorytem.

Ponad to Pesky Gee zaprezentował spopularyzowany przez Janis Joplin 'Piece Of My Heart' oraz własne wersje kompozycji popularnych w tym czasie zespołów - 'Peace Of Mind' z debiutanckiej płyty grupy Family 'Music In A Doll's House', instrumentalny 'Dharma For One' zespołu Jethro Tull z ich pierwszego albumu 'This Was' oraz 'Born To Be Wild' amerykańskiej formacji Steppenwolf.
'Exclamation Mark' trzymał równy, dosyć wysoki poziom i trudno znaleźć słabszy moment. Troszkę szkoda, że zabrakło kompozycji własnych, ale i tak jako całość jest to wymarzone dokonanie rodem z brytyjskiego muzycznego undergroundu.
Czegoż więcej chcieć?

Muszę koniecznie nadmienić, że wspomniany wcześniej debiut Black Widow 'Sacrifice' został pierwotnie zarejestrowany jeszcze pod nazwą Pesky Gee i z Kay Garrett jako wokalistką, ale ukazał się dopiero po latach jako 'Return To The Sabbath'. Ta wczesna wersja płyty była bliższa opisywanemu tutaj dokonaniu i przez to jakby ciut bardziej tajemnicza.

czwartek, 14 października 2010

CHOCOLATE WATCHBAND

THE INNER MYSTIQUE 1968

W mojej ocenie 'The Inner Mystique' to jedna z najciekawszych płyt dekady i bez wątpienia jedna z bardziej intrygujących płyt w całym gatunku. Zespół znacznie dojrzał i można powiedzieć, że drugi w dorobku album był dużym krokiem naprzód. Świadczył, że muzyka The Chocolate Watch Band ewoluowała w kierunku dokonań bardziej wyszukanych pod względem kompozytorskim i wyrafinowanych od strony brzmieniowej.

Można przyjąć, że styl nowej płyty zwiastował już utwór z debiutanckiego albumu 'Gone And Passed By', ale na 'The Inner Mystique' całość została potraktowana z większym pietyzmem i powagą, dojrzalej.





1. Voyage Of The Trieste
2. In The Past
3. Inner Mystique
4. I'm Not Like Everybody Else
5. Medication
6. Let's Go, Let's Go, Let's Go
7. It's All Over Now Baby Blue
8. I Ain't No Miracle Worker


Pierwsze trzy zawarte tutaj kompozycje roztaczają przed słuchaczami niemal mistyczną, orientalną aurę. Dwie instrumentalne impresje czarują swą tajemniczą atmosferą. Grupa posłużyła się tutaj takimi instrumentami jak sitar, gitara akustyczna, fortepian, flet poprzeczny, saksofon oraz różnego rodzaju instrumenty perkusyjne, w tym nawet chiński gong.

W 'Voyage Of The Trieste' pojawiają się hipnotyzujące wręcz improwizacje fletu i - nadającego nagraniu jazzowy koloryt - saksofonu.
Następnie piosenka 'In The Past' nawiązująca do tradycji 'Paint It Black' grupy The Rolling Stones, czyli dynamiczny rytm i partie sitaru, tutaj wzbogacone natchnionym, delikatnym śpiewem oraz dźwiękami kastanietów.
Natomiast utwór tytułowy 'The Inner Mystique' był przesiąknięty wpływami muzyki Wschodu. Przepiękna, bardzo swobodna partia fletu poprzecznego, delikatna, melancholijna gra gitary akustycznej i fortepianu oraz potęgujące wrażenie niesamowitości wejścia gongu i gitary elektrycznej. Całość zaś snuje się w cudowny wręcz sposób.

Muszę jednocześnie zauważyć, że owe trzy utwory niekoniecznie muszą być łatwe w odbiorze dla każdego słuchacza i raczej nie noszą cech komercyjnych.

Druga strona płyty, to już krótkie piosenki nawiązujące do stylu The Rolling Stones i The Kinks. Znalazło się tutaj miejsce na przeróbkę 'I'm Not Like Everybody Else' drugiej z tych grup. Ponadto zespół zaproponował urzekającą, chropowatą interpretację 'It's All Over Now Baby Blue' autorstwa Boba Dylana, tutaj pod tytułem 'Baby Blue' - z pobrzmiewającą w tle partią fletu poprzecznego.

Reasumując. Druga płyta, to materiał znakomity i w tym momencie The Chocolate Watch Band mogli śmiało konkurować z najpopularniejszymi wykonawcami ówczesnej epoki. Jaka szkoda, że formacja nagrała potem jeszcze tylko jedną płytę i zakończyła działalność.

piątek, 10 września 2010

LOOK AT THE SUN

PRECIOUS SECONDS THOUGHT GONE FROM THE BRITISH UNDERGROUND 1967 - 1970




1. ‘Saturday Club’ LP Of The Week’ Introduced By Keith Skues
Broadcast on ‘Saturday Club’, July 1968

2. The Murder Of Lewis Tollani – KALEIDOSCOPE
Recorded For ‘Top Gear’, 13th December 1967

3. Reactions Of A Young Man – ELMER GANTRY’S VELVET OPERA
Recorded For ‘Top Gear’, 3rd November 1967

4. Toymaker’s Shop – LOUISE
Acetate, Recorded 1967

5. A Kaleidoscope Of Colours – THE ONYX SET
From Tape Of Session Recorded At Bob Potter’s Studio, Late 1967

6. Faintly Blowing – KALEIDOSCOPE
Recorded For ‘Top Gear’, 13th December 1967

7. Does It Really Matter – THE GLASS OPENING
Plexium Label Single, Released July 1968

8. Look At The Sun – LOUISE
Acetate, Recorded 1967

9. The Fool – THE GLASS OPENING
Acetate, Recorded 1968

10. You’ve Gotta Be With Me – THE ONYX SET
From Tape Of Session Recorded At Bob Potter’s Studio, Late 1967

11. Without Her – COCONUT MUSHROOM
Emidisc Acetate, Recorded 1968

12. Flames – ELMER GANTRY’S VELVET OPERA
Recorded For ‘Saturday Club’, 16th January 1968

13. Dust My Blues – THE GLASS OPENING
Emidisc Acetate, Recorded 1968

14. Cross Cut Saw – THE FLEUR DE LYS
Recorded For ‘Top Gear’, 11th October 1967

15. Better By You, Better Than Me – GRADED GRAINS
Acetate Recorded In Paris, December 1969

16. Love’s Gone Bad – THE GLASS OPENING
Emidisc Acetate, Recorded 1968

17. Call Me Lightning – COCONUT MUSHROOM
Emidisc Acetate, Recorded 1969

18. Uptown And Downtown – THE ELASTIC BAND
Acetate Recorded At Deroy Sound Service studio, Early 1970

19. Highways – T2
Recorded For ‘Sounds Of The Seventies’, 14th October 1970

20. Careful Sam – T2
Recorded In The Marquee Club Studio And Broadcast On ‘Disco 2’, 31st October 1970


Wytwórnia Top Sounds Records jest naprawdę genialna. Rok temu wydała trzyczęściową serię pod wspólnym tytułem 'Shapes And Sounds' z nagraniami z drugiej połowy lat sześćdziesiątych dokonanymi przez BBC na potrzeby prezentacji radiowych i według mnie był to materiał więcej niż sensacyjny. Przede wszystkim wszystkie zespoły grały na żywo wykonując piosenki, których częstokroć nie umieszczały na płytach studyjnych, jeśli takowe udało się w ogóle stworzyć. Poza tym wszystkie formacje pochodziły z muzycznego podziemia, tak więc nie było tutaj popularnych nazw, a wyłącznie wykonawcy od dawna zapomniani, którymi obecnie fascynują się zazwyczaj miłośnicy klasycznego rocka. Najważniejszy zaś jest fakt, że owe nagrania w większości przypadków zostały oficjalnie opublikowane po raz pierwszy.
Jako suplement dodano kompilacyjny 'Alphabeat'. Tym razem materiał obejmował pochodzące z acetatów, do tej pory nie wydane, studyjne rarytasy przeróżnych, równie zapomnianych zespołów.
Właściwie to powinienem opisać te cztery płyty już dawno temu.

Tym razem wytwórnia Top Sounds Records postanowiła zaskoczyć wszystkich kolejnym zestawem rzadkich nagrań dla BBC oraz sporą ilością materiału pochodzącego z acetatów.

Muszę uczciwie przyznać, że wytwórnia wyjątkowo rozpieszcza melomanów. Tak jak poprzednio kompilacja ukazała się w dwóch wersjach - CD i LP. CD zawiera dwa nagrania więcej. Do LP dołączono singla z dwoma nagraniami T2. Całość obowiązkowo zawiera dużą kilkunastostronicową książkę z mnóstwem informacji, zdjęć oraz wycinków prasowych. Prawdziwa uczta dla oka.
Ponad to nalepki na płycie są reprodukcjami oryginalnych nalepek. Duża płyta zawiera nalepkę będącą odpowiednikiem brytyjskiego oddziału wytwórni MGM, zaś nalepka na singlu jest kopią nalepki, która zdobiła stare BBC Transcription, czyli płyty, które zawierały właśnie materiał przeznaczony do prezentacji radiowej. Takie płyty są obecnie bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów, gdyż wydawane były w nakładzie stu egzemplarzy, jeśli nie mniejszym.

Przytłaczająca większość zawartych tutaj utworów to istna rewelacja. Prawdziwą niespodzianką są dwa nagrania T2. Oba dotąd dostępne tylko na unikalnych płytach BBC Transcription. Po raz kolejny można usłyszeć i przekonać się, jaką stratą dla świata muzyki rockowej był rozpad tego fenomenalnego tria.
Uważam także, że wielu wykonawców w tych radiowych występach prezentowało się znacznie lepiej niż na studyjnych dokonaniach.

Ponieważ przez cały czas pisałem tylko peany pochwalne na cześć wytwórni Top Sounds Records,  czas najwyższy ich trochę zbesztać. Nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił. Mam na myśli mianowicie wkładki na płyty w wydaniu LP. Co za imbecyl wygenerował ze swojej głowy koncepcję wsuwania winylowych płyt do czegoś tak chropowatego i twardego? Przecież już przy pierwszej próbie wysunięcia płyty z tak sztywnej koperty, niemożliwością jest nie uszkodzić delikatnej powierzchni winylu. Jest to jedyny, niestety znaczący mankament tego wspaniałego wydawnictwa.

Tak więc za sam pomysł całości należą się laury, natomiast za wkładki na płyty winylowe proponuję rzucić pomysłodawcę na pożarcie lwom.

czwartek, 15 lipca 2010

THE COMMON PEOPLE

OF THE PEOPLE BY THE PEOPLE FOR THE PEOPLE FROM... (1969)

Zamiast opisywać płyty ostatnio ugrzązłem w muzyce folkowej. Ki diabeł mnie kusi, żeby ciągle odchodzić od tego, co najważniejsze na stronę tego, co również ważne i intrygujące, ale...właściwie to nie mam żadnych argumentów, aby się bronić. Muszę bowiem uczciwie przyznać, że folk jest czymś niebywałym, cudownie się tego słucha. Zajmę się tym tematem przy okazji.

Muszę nadmienić, że od wielu lat w świecie panuje zwrot na klasyczny folk-rock. Kolekcjonerzy wydają fortuny na stare i oryginalne wydania płyt z muzyką folkową, natomiast nowe wytwórnie co rusz wypuszczają na rynek wznowienia jakichś zapomnianych pereł związanych z tym nurtem. Również dałem się ponieść na fali tej mody, ale wcale nie dlatego, żeby być na czasie. Po prostu uważam, że to jest piękna kraina, do której warto się wybrać. Na całe szczęście jeszcze nigdy do żadnej muzyki nie musiałem się zmuszać, zawsze słuchałem tylko tego, co mojej duszy odpowiadało.

Aha. Może właśnie ze względu na ten folkowy zryw, za granicą tak wielką popularność zyskała Kapela Ze Wsi Warszawa? Rzecz jasna w naszym pięknym kraju panuje znieczulica na stare folkowe dokonania, z których Kapela Ze Wsi Warszawa czerpie pełnymi garściami. My preferujemy inne dźwięki.





1. Soon There'll Be Thunder
2. I Have Been Alone
3. Those Who Love
4. Go Every Way
5. Why Must I Be
6. Take From You
7. They Don’t Even Go To The Funeral
8. Feeling
9. Girl Said Know
10. Land Of A Day
11. This Life She Is Mine


Skład


Denny Robinett - Vocal, Guitar
John Bartley III - Guitar
Michael McCarthy - Bass Guitar
Jerrald Robinett - Drums
William Fausto - Piano, Organ


Ale dość tego wstępu. Dzisiaj będę przynudzał na inny temat.

Jedyny album The Common People jest jedną z trzech płyt zrealizowanych w 1969 roku przez Capitol Records, która stawiana jest w jednym szeregu obok wydanych wówczas albumów Gandalf i Food. W pierwszych trzech nagraniach panuje żałobny nastrój, ale także kilka następnych kompozycji pobrzmiewa nutą melancholii, przepełnione są smutkiem. Może być sporym i przygnębiającym zaskoczeniem dla tych, którzy po całym dniu pracy szukają ukojenia. The Common People to muzyka przygnębiająca, zwłaszcza wspomniane trzy pierwsze nagrania.

Doskonale zaaranżowane na zespół rockowy i sekcję instrumentów smyczkowych ballady zadziwiają zawartą w nich goryczą. Płytę otwiera refleksyjny 'Soon There’ll Be Thunder' z grającymi wysokie dźwięki smyczkami oraz łkającą gitarą w tle i lekko zachrypniętym, zbolałym głosem wokalisty.
Na podobnej zasadzie zbudowane są dwa kolejne utwory. 'I Have Been Alone' to przenikające się dźwięki dwóch gitar, z których jedna gra w delikatnie jazzowym stylu, natomiast zagrywki drugiej gitary przywodzą na myśl muzykę Jefferson Airplane. Całość ozdobiono partią instrumentów smyczkowych, natomiast, co jakiś czas, dość spokojna melodia zaburzana jest niepokojącym, zagranym w rytmie marsza motywem.
Z kolei 'Those Who Love' utrzymany w minorowej tonacji poprzednich nagrań, zagrany został w wolnym rytmie i ozdobiony wibrującą partią skrzypiec grającą jakby w oddali i nadającą piosence folkowy odcień. Muszę przyznać, że słuchanie tych trzech kompozycji to uczta dla zmysłów.

W dalszych utworach zespół pozwolił sobie już na większą swobodę i większe zróżnicowanie - dla przykładu niektóre nagrania zdradzały bardziej rockowe inklinacje The Common People. Nie chcę też przez to powiedzieć, że następne piosenki są słabsze. Świetnie wypadają zwłaszcza dwa nagrania. Dosyć prosty 'Go Every Way' to typowe dla tej płyty mocno wybijane akordy gitary, tutaj wzbogacone wysuniętym na plan pierwszy pianinem oraz sfuzzowaną gitarą. Takt całości natomiast nadaje puls gitary basowej oraz - jeśli się nie mylę - bęben basowy. Niezbyt to może wyszukane, ale mnie się podoba.
Jednak znacznie bardziej cenię sobie 'Take From You' - przepiękna melodia grana przez gitary i zharmonizowane głosy wspomagające śpiewającego pełnym smutku głosem wokalistę. Wszystko to wsparte znacznie żywszym rytmem niż inne nagrania tutaj zawarte.

Zupełnie odmienny charakter od reszty repertuaru posiadała humorystyczna piosenka 'They Don’t Even Go To The Funeral' nawiązująca do 'Yellow Submarine' The Beatles - czyli różnego rodzaju radosne zaśpiewy okraszone pogodnymi dźwiękami trąbki. Także tekst dotyczył kwartetu z Liverpoolu. Był to jednocześnie chyba najsłabszy moment płyty, a szkoda, bo tytuł nagrania obiecywał coś bardziej gorzkiego, coś w stylu któregoś z pierwszy trzech nagrań.

'Of The People By The People For The People From...' to płyta intrygująca i bez wątpienia zasługująca na odkrycie. W porównaniu do płyt Gandalf i Food może nieco skromniej wyprodukowana, ale posiadająca równie tajemniczy klimat.

sobota, 10 lipca 2010

FIVE DAY RAIN (1970)

W tamtych czasach PRYWATNE TŁOCZENIE było praktyką dosyć często stosowaną przez zespoły, które chciały zwrócić na siebie uwagę wytwórni płytowych. Własnym - przeważnie niewielkim - kosztem rejestrowały materiał, który dzisiaj określilibyśmy jako DEMO.

W zależności od możliwości tak muzyków, jak i studia, w którym powstawał materiał, takie nagrania prezentowały bardzo różnorodny poziom. Five Day Rain tworzyli instrumentaliści nie tylko bardzo utalentowani, ale także posiadający zdolność do komponowania naprawdę dobrych piosenek. Można się wręcz zadumać nad tym, jak to możliwe, że żadna wytwórnia nie wykazała grupą zainteresowania. Zadziwia bowiem nie tylko wykonawstwo, co także strona techniczna całości nagranej w renomowanym IBC Studios pod okiem dwóch doświadczonych inżynierów dźwięku - Damona Lyon-Shawa oraz Briana Carrolla.





1. Marie’s A Woman
2. Don’t Be Mislead
3. Good Year
4. Fallout
5. Leave It At That
6. The Reason Why
7. Sea Song
8. Rough Cut Marmalade
9. Lay Me Down
10. Too Much Of Nothing

IRON PROPHET

1. Antonia
2. So Don’t Worry
3. The Boy
4. Wanna Make Love To You

Skład

Rick Sharpe - Guitars, Vocals, Harmonica, Percussion
Graham Maitland - Keyboards, Accordeon, Vocals
Clive Shepherd - Bass, Vocals
Kim Haworth - Drums


Zespół przedstawił stosunkowo zwięzłe rockowe utwory noszące melancholijny, romantyczny i balladowy charakter, ale nie wolne od wpływów ciężkiego rocka.
Repertuar zaaranżowano z użyciem typowych dla tego okresu instrumentów - wiodącą rolę powierzono organom Hammonda i gitarze elektrycznej. W kilku piosenkach prym wiódł fortepian. Z tego rodzaju muzyką doskonale współgrał pełen ciepła, rozmarzony śpiew Ricka Sharpe'a.

Właściwie każda z kompozycji przykuwa uwagę. Podniosłą atmosferę w wyjątkowej urody dynamicznym 'Good Year' budowały dźwięki melotronu oraz gitary stalowej. Utwór ozdobiono oszczędną, autentycznie przepiękną zagrywką gitary elektrycznej. Zagrana w szybkim tempie ballada 'Don’t Be Mislead' za podstawę miała liryczny temat grany na fortepianie, z którym kontrastowała schowana na drugim planie całkiem ostro brzmiąca gitara.
Pobrzmiewającą sentymentalną nutą piosenkę 'Sea Song' wzbogacono szumem morskich fal i krzykiem mew. Zaśpiewana z akompaniamentem fortepianu i zaaranżowana na głosy poetycka miniatura 'Lay Me Down' czarowała smutną aurą.

Z kompozycji bliższych estetyce ówczesnego rocka warto wymienić 'Marie’s A Woman'. Przesterowana gitara i ciężkie tony organów Hammonda stworzyły atmosferę wzorcową dla tego typu dokonań. Inny przykład to 'The Reason Why' z przetworzonym głosem wokalisty.
Przede wszystkim zaś trzeba wskazać najbardziej rozbudowany, instrumentalny 'Rough Cut Marmalade' posiadający w sobie hard-rockową intensywność. Już niepokojący, futurystyczny wstęp robi duże wrażenie. Wyjątkowo żywiołowy i pełen ruchliwości utwór zachwyca pełnymi swobodny improwizacjami gitarzysty oraz granymi z fantazją partiami organów Hammonda. Przez całe nagranie przewijają się pulsujące, zniekształcone dźwięki syntezatorów Mooga, co daje kompozycji nieco awangardowy posmak.

Zespół wykonał także przeróbkę piosenki Boba Dylana 'Too Much Of Nothing'. W pierwszej części niezwykle pogodną, niemal folkową. W finale zaś przeradzającą się w pełną zadumy kantylenę.

Warto dodać, że w sesji wzięło udział kilku dodatkowych muzyków. Wśród nich wokalistka Sharon Tandy znana ze współpracy z rewelacyjną formacją Les Fleur De Lys, która jako zespół akompaniujący pojawiła się na dwóch piosenkach sygnowanych imieniem i nazwiskiem artystki 'Hold On' i 'Daughter Of The Sun'.





Pozbawione pierwotnie okładki i wydane w nakładzie ledwie DWUDZIESTU PIĘCIU egzemplarzy dokonanie stało się podstawą dwóch reedycji, dzięki którym miłośnicy starego rocka mogli ten przepiękny album odkryć.

W 2001 roku album, ozdobiony atrakcyjną ilustracją, wydała wytwórnia Background (Wielka Brytania). Natomiast w 2006 roku wydawnictwo Night Wings Records (Włochy) wznowiło ten tytuł w innej - chociaż równie baśniowej - kopercie oraz dołączyło kilka nagrań, dzięki temu można usłyszeć nie tylko cały materiał, jaki grupa zarejestrowała w 1969 roku, ale także cztery nagrania powstałe nieco wcześniej (pod nazwą IRON PROPHET).

Odnoszę jednak wrażenie, że Five Day Rain wciąż czeka na należne mu miejsce w panteonie rockowej klasyki.

poniedziałek, 5 lipca 2010

FOOD

FOREVER IS A DREAM (1969)

Próbuję zminimalizować rozwlekłe opisy i nadać im jakiś charakter i kształt, ale idzie mi to jak po grudzie. Na dodatek cały sierpień był nie do wytrzymania przez te permanentne upały, w efekcie czego przebimbałem prawie cały okres letni. Może trochę przesadzam, jednak nie da się ukryć, że w sierpniu nie napisałem choćby jednego zdania, nie ruszyłem nawet palcem, aby dodać jakiś wpis czy okładkę płyty. Najzwyklejsze lenistwo spowodowane niesprzyjającą pogodą.

Słowem, zaniedbuję bloga, ale na pewno nie zaniedbuję muzyki. Przez ten czas udało mi się poszerzyć nieco kolekcję różnymi nowymi tytułami, na które zagiąłem parol już dawno temu, jednak zawsze coś sprawiało, że moment ich nabycia, ku mojemu niezadowoleniu, oddalał się znacznie. Cóż, takie życie. W każdym razie na skromne zrecenzowanie czeka kilka ciekawych albumów. Rzecz jasna wśród nabytków nie mogło też zabraknąć odrobiny rzeczy słabszych lub - nazwijmy rzecz po imieniu - chłamu. Ryzyko wliczone w koszta, a nie jestem entuzjastą odsłuchiwania muzyki w internecie.





1. Forever Is A Dream
2. Naive Prayers
3. No
4. Lady Miss Ann
5. Fountain Of My Mind
6. Coming Back
7. What It Seems To Be
8. In The Mirror
9. Marbled Wings
10. Traveling Light
11. Leaves
12. Here We Go Again


Skład


Steve White - Vocals
Bill Wukovich - Guitar
Erick Scott Filipowitz - Bass Guitar
Barry Mraz - Drums
Ted Ashford - Keybords


Jak łatwo zauważyć okładkę płyty Food dodałem już w lipcu. Te stare okładki były kapitalne, niekiedy tak mało pociągające, wręcz odstręczające, że aż trudno uwierzyć, albo inaczej - mnie okładka 'Forever Is A Dream' podoba się bardzo, ale wiem, że dla przeciętnego nabywcy tych czterech niezbyt atrakcyjnie wyglądających chłopaków widniejących na zdjęciu i uśmiechających się od ucha do ucha może być słabą zachętą do nabycia tej akurat płyty.
Kiedyś uważałem, że Amerykanie wyglądają niczym ze snu, że są najpiękniejsi i najatrakcyjniejsi na świecie. Cóż, okazuje się, że jednak niekoniecznie, że byli urodziwi tak samo jak mieszkańcy naszego kraju w tamtych czasach. Co za rozczarowanie.

Teraz kiedy już wyrzuciłem z siebie to, co mi leżało na wątrobie, a co z muzyką ma niewiele wspólnego, mogę z niemałym zapałem przystąpić do opisywania niniejszej płyty. Okazuje się jednak, że jest to ciężkie jak gacie z ołowiu, bo co można napisać na temat muzyki, tak żeby nie popaść w banał i przy jednoczesnym braku niezbędnej wiedzy muzycznej?

Jedno jest pewne - za niepozorną okładką, kryje się muzyka nad wyraz udana.

Ton tej wysublimowanej i bogatej pod względem kolorystycznym płycie nadawał utwór tytułowy, w nagraniu wykorzystano delikatne dźwięki fortepianu, gitary akustycznej oraz cieniującej atmosferę gitary elektrycznej, a w refrenie wzbogacono partią trąbki. Całość ozdobiono intrygującym interludium z użyciem sprzężonej - tak przynajmniej podejrzewam - gitary elektrycznej wspartej przez sekcję instrumentów smyczkowych. Kompozycja niemal bezpośrednio przechodziła w skrajnie odmienny, ostry 'Naive Prayers' z przesterowaną gitarą w roli głównej. Pogodny i zaśpiewany wyłącznie z akompaniamentem gitary akustycznej 'Lady Miss Ann' to ukłon w stronę twórczości duetu Simon And Garfunkel.
Dla odmiany utrzymany w onirycznej atmosferze 'Fountain Of My Mind' przywoływał skojarzenia z dokonaniami Pink Floyd z okresu płyty 'More'.

Nie będę wymieniał i opisywał wszystkich piosenek, które znalazły się na tej urzekającej płycie, największą uwagę przykuwa 'What It Seems To Be', nagranie, które stanowi doskonały przykład ambitnej muzyki pop. Piosenkę opracowano z użyciem między innymi gitary akustycznej, fortepianu oraz sekcji instrumentów dętych, zaś w środkowej części dodano solową partię fletu poprzecznego. Kompozycja uwodziła słuchacza charakterystyczną dla płyty senną aurą oraz leniwym, ale pełnym emocji śpiewem. To wszystko prowadziło do ekstatycznego, podniosłego i przejmującego finału.

Obok 'Forever Is A Dream' oraz 'Leaves' jest to centralny punkt tego albumu.





Z tego, co się orientuję zespół nic więcej po sobie nie pozostawił, żadnych niepublikowanych nagrań, żadnego singla. Tak więc należy się cieszyć tym jednym wspaniałym dziełem. Zapewniam jednak, że z każdym przesłuchaniem płyta zyskuje jeszcze bardziej i nie sposób się znudzić muzyką na niej zawartą.

Na koniec jeszcze ważna informacja - oryginalny LP wydany przez Capitol Records jest tylko odrobinę łatwiejszy do zdobycia niż płyty kolegów z Common People czy równie rzadki Gandalf. Za zbliżony do ideału egzemplarz trzeba wysupłać około 200 dolarów, ale bez wątpienia warto i w tym przypadku nie jest to wygórowana cena.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

PRETTY THINGS

S.F. SORROW (1968)

Gdy jakieś sześć lat temu usłyszałem 'S.F. Sorrow' po raz pierwszy, poczułem rozczarowanie. Sugerując się nazwiskiem producenta płyty oraz nazwą studia, w której została zarejestrowana, liczyłem na muzykę pokrewną stylowi 'Piper At The Gates Of Dawn' Pink Floyd czy może 'Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band' The Beatles. Tymczasem to, co zaproponowała grupa The Pretty Things wydało mi się wtedy strasznie wręcz kuriozalne, a przy tym pozbawione zapadających w pamięć melodii czy motywów.
Tak było zanim przesłuchałem inne płyty ze starym rockiem i dopóki nie zaznajomiłem się z klasycznym rockowym dorobkiem. Potrzeba było tych wszystkich płyt, abym stopniowo dostrzegł całe spektrum barw i pomysłów zawartych na tej niedocenionej w Polsce płycie, a która, jak już dzisiaj doskonale wiadomo, dała początek gatunkowi zwanemu ROCK OPERA i od wielu lat uznawana jest - obok płyty 'Tommy' The Who - za jej prekursora i najdoskonalszego przedstawiciela.

Ilość pomysłów może na początku przytłaczać i wydawać się chaotyczna, jednak po kilku przesłuchaniach okazuje się istotną częścią muzyki tutaj zawartej.
Cenię przeróżne efekty studyjne, które w tamtych czasach uzyskiwano na wciąż skromnym sprzęcie. Wiem jednak, że wielu wykonawców nie do końca potrafiło umiejscowić je w odpowiedni sposób, czasem wstawiając do swoich nagrań na siłę.
W przypadku 'S.F. Sorrow' wszystko jest doskonale wyważone, efekty dźwiękowe współgrają z muzyką, dzięki czemu można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z pozbawioną słabych momentów, frapującą całością.

Ale od początku.
Płyta została nagrana na przełomie 1967 i 1968 roku w studiu Abbey Road. W tym samym czasie grupa The Beatles nagrywała tam 'White Album'. Natomiast zespół Pink Floyd pracował nad drugą płytą 'A Saucerful Of Secrets'.
Co ciekawe, producentem 'S.F. Sorrow' został Norman Smith, który renomę zdobył jako inżynier dźwięku na wczesnych albumach słynnej czwórki z Liverpoolu oraz produkując pierwsze dwie płyty Pink Floyd oraz studyjną część 'Ummagumma'.
W tym samym czasie co Pink Floyd, producent wziął pod swoje skrzydła The Pretty Things. Tak więc Norman Smith nie tylko brał udział w tworzeniu ważnych dzieł muzyki rockowej, ale także miał wpływ na ich kształt ostateczny.





1. S.F. Sorrow Is Born
2. Bracelets Of Fingers
3. She Says Good Morning
4. Private Sorrow
5. Balloon Burning
6. Death
7. Baron Saturday
8. The Journey
9. I See You
10. Well Of Destiny
11. Trust
12. Old Man Going
13. Loneliest Person


Skład


Phil May - Vocals
Dick Taylor - Lead Guitar, Vocals
John Povey - Organ, Sitar, Percussion, Vocals
Wally Allen - Bass, Guitar, Vocals, Wind Instruments, Piano
Skip Alan - Drums
John Charles Alder - Drums


Muzyka komentująca historię głównego bohatera zachwyca swym bogactwem. Stanowi swoisty przegląd tego wszystkiego, co wówczas pojawiło się na rockowej scenie.

Pierwszy utwór 'S.F. Sorrow Is Born' pobrzmiewa elementami muzyki Wschodu - partie gitary akustycznej operujące w skali charakterystycznej dla brzmień instrumentów egzotycznych zestawione są tutaj najprawdopodobniej z brzmieniem sitaru. Natomiast w tle pojawia się melotron oraz grająca w wysokich rejestrach fanfarowa partia trąbki. Trudno to wszystko odszyfrować, więc raczej zgaduję niż poruszam się po pewnej powierzchni.

We wstępie i zakończeniu 'Bracelets Of Fingers' wprowadzono grupową partię wokalną wspartą dźwiękami instrumentów perkusyjnych - kotły oraz blachy - które nadawały temu fragmentowi orkiestrowy wydźwięk. Muszę tutaj nadmienić, że ten pomysł przywodzi mi na myśl późniejszą wokalną introdukcją w 'Bohemian Rhapsody' Queen. Przy czym w 'Bracelets Of Fingers' inaczej zaaranżowano głosy oraz całość posiada nieco senny charakter. Natomiast sam utwór - według mnie zagrany w rytmie walca - ozdobiony został krótkim instrumentalnym interludium ponownie odwołującym się do muzyki Wschodu.

Bardziej rockowy, gitarowy charakter nosiła piosenka 'She Says Good Morning' z agresywnymi grupowymi partiami wokalnymi. Zagrany w powolnym tempie i kolejny raz eksponujący brzmienie sitaru 'Death' przykuwał uwagę mistyczną aurą.

Powrotem do tradycyjnie pojmowanej rockowej piosenki był dynamiczny 'Balloon Burning' z ostrą gitarą Dicka Taylora oraz dobiegającymi z oddali zharmonizowanymi głosami. Chyba trudno ukryć, że grupowe partie wokalne odgrywają na tej płycie dość ważną rolę, co zresztą było dość typowe dla muzyki rockowej lat sześćdziesiątych.

Opartą na prostym rytmie główną część 'Baron Saturday' zaśpiewał złowieszczym głosem gitarzysta Dick Taylor. W chóralnym refrenie wprowadzono zaś natarczywe wejścia melotronu, natomiast dygresyjne interludium zaaranżowane na instrumenty perkusyjne miało w sobie coś z obrzędu, co nie dziwi, wszak tytułowy Baron Sobota, to w religii Voo Doo władca ciemności.

'The Journey' w pierwszej części akustyczny, w części drugiej przeradzał się w instrumentalną improwizację wzbogaconą kolażem krótkich motywów wcześniejszych nagrań.

Według mnie 'I See You' to jeden z kluczowych momentów płyty asymilujący wszystko to, co na płycie najistotniejsze. Nasycona wpływami muzyki orientalnej i awangardowej kompozycja stanowi mariaż akustycznych i elektrycznych brzmień.
Utwór przechodził bezpośrednio w jeszcze wyraźniej czerpiący z poszukiwań twórców muzyki awangardowej 'Well Of Destiny'. Krótka instrumentalna kompozycja oparta została na spreparowanych w studiu brzmieniach uzyskanych poprzez odwrócenie przesuwu taśmy oraz odtworzeniu jej ze zmienioną prędkością. Zabieg stosowany wówczas tak często, jak dzisiaj rysowanie płyt w klubach.

Dynamiczny, zdecydowanie rockowy 'Old Man Going' to porywający riff przesterowanej gitary, narastający refren plus ostry, zadziorny śpiew Phila Maya. Piosenka ta może stanowić wzorzec rockowego utworu.
Pojawiają się opinie jakoby zagrywka gitary akustycznej z tej piosenki, została kilka miesięcy później powtórzona przez Petera Townshenda na płycie 'Tommy' w nagraniu 'Pinball Wizard'.

Płytę podsumowywał zaśpiewany z akompaniamentem gitary akustycznej 'Loneliest Person'. Po tylu dźwiękowych wrażeniach obrazujących pogmatwane losy człowieka, był to w pełni zasłużony i przecież nieunikniony, wyciszony finał.

Pamiętam, gdy kilka lat temu wpadła w moje ręce lista bodajże pięćdziesięciu najlepszych lub najpopularniejszych rockowych oper jakie dotychczas powstały.
Na pierwszym miejscu, nie do końca zasłużenie, znalazł się album Pink Floyd 'The Wall'. Oczywiście dzieło The Pretty Things wylądowało gdzieś w dalszych rejonach owego zestawienia, co wcale mnie nie dziwi, jest to bowiem jeszcze jeden dowód na całkowite ignorowanie lat sześćdziesiątych w naszym kraju i przede wszystkim na niewiedzę naszych dziennikarzy w kwestii muzyki rockowej. Bardziej preferowane są wygładzone, działające na emocje w banalny sposób piosenki niźli rzeczy mniej oczywiste. Naturalnie, w grę wchodzą także od dawna wytarte szlaki, po których porusza się publiczność słuchająca rocka i kształtujące gusta media.

niedziela, 27 czerwca 2010

GHOST

WHEN YOU'RE DEAD - ONE SECOND (1970)

Po kolei.

Pierwszy raz usłyszałem ten album kilka lat temu. Wtedy muzyka na nim zamieszczona bardzo mnie rozczarowała. Co to jest? Kiedy to zostało nagrane? W epoce kamienia łupanego? Ironia polegała jednak na tym, że co jakiś czas do tego tytułu powracałem, aż w końcu okazało się, że nie jest tak zły, jak z początku mi się wydawało. Nie ma się jednak co oszukiwać - płyta jest specyficzna i dla dzisiejszego miłośnika muzyki rockowej może być nie do przebrnięcia. Mnie jednak, w zależności od samopoczucia, potrafi fascynować. Im częściej jej słucha, tym bardziej mi się podoba.

The Ghost utworzył Paul Eastment, wówczas były muzyk, równie zapomnianego i także odpowiedzialnego za jeden album, Velvett Fogg.




1. When You're Dead
2. Hearts And Flowers
3. In Heaven
4. Time Is My Enemy
5. Too Late To Cry
6. For One Second
7. Night Of The Warlock
8. Indian Maid
9. My Castle Has Fallen
10. Storm
11. Me And My Loved Ones
12. I've Got To Get To Know You


Skład


Terry Guy - Organ, Piano
Shirley Kent - Acoustic Guitar, Tambourine, Lead Vocals
Paul Eastment - Lead Guitar, Lead Vocals
Daniel MacGuire - Bass Guitar
Charlie Grima - Drums, Percussion


Co zwraca uwagę, to suche, pozbawione jakichkolwiek produkcyjnych niuansów brzmienie całości. Jak w przypadku wielu zapomnianych albumów, można odnieść wrażenie, że został on zarejestrowany za jednym podejściem w ubogim studiu. Oczywiście taki rodzaj niewyszukanej, prostej produkcji sprzyjał tego typu muzyce - posępnej, mrocznej, pozbawionej uśmiechu.

Kolejna rzecz, która przykuwa uwagę już przy pierwszym odsłuchu to specyficzne brzmienie organów - ich wysokie, chwilami niemal piskliwe tony dodają poszczególnym kompozycją nieco staroświeckiego uroku, co czyni muzykę prowokacyjnie wręcz archaiczną, tak jakby powstała w zamierzchłych czasach. W dodatku śpiewane w większości na dwa głosy utwory niekiedy przypominają pogańskie obrzędy. W każdym razie mnie nasuwają się takie skojarzenia.

Do ciekawszych fragmentów LP bez wątpienia należą 'When You're Dead' oraz 'Too Late To Cry'.
Pełne niepokoju pierwsze z tych nagrań to połączenie rockowej estetyki z quasi obrzędowym klimatem spotęgowanym przez wokale - zwłaszcza śpiewane w wysokich rejestrach wokalizy Shirley Kent robią duże wrażenie - oraz wspomniane niecodzienne dźwięki organów. Trudno to jakkolwiek zaklasyfikować.
'Too Late To Cry' to już pełnokrwiste rockowe dzieło. Wyrazisty i melodyjny, grany na gitarze, motyw wsparto prostym rytmem granym przez sekcję rytmiczną oraz oszczędnymi, schowanymi w dalszym planie partiami organów. Zaskakujące jest zwłaszcza świetne, rozbudowane solo Paula Eastmenta na gitarze. Na ogromny plus należy także zaliczyć dostojny i obowiązkowo bardzo posępny śpiew obojga wokalistów.

Zupełnie inny charakter posiadały dwie folkowe ballady skomponowane przez Shirley Kent.
Zaśpiewany przez autorkę kontraltem 'Hearts And Flowers' lśni niczym diament wśród tych wszystkich surowych kompozycji. Krystaliczne dźwięki gitary akustycznej, delikatna sekcja rytmiczna oraz łagodne tony organów tworzą rzeczywiście piękną melodię.
Podobny charakter nosił zdecydowanie elektryczny 'Time Is My Enemy'.

Warto zwrócić uwagę na zdominowany przez brzmienie organów 'For One Second'. Począwszy od nieprzystającej do reszty nagrania swoistej klamry - bardzo wysokie, niemal piskliwe tony tegoż instrumentu oraz przygrywająca banalny temat gitara elektryczna, poprzez właściwy i wyjątkowo dynamiczny - zagrany unisono przez wszystkie instrumenty - wstęp oraz nagłą zmianę na dosyć błahą, zagraną na blues-rockową modłę piosenkę, na ciężkich, wibrujących partiach organów w środkowej części skończywszy. Terry Guy, jako twórca utworu, dał sobie duże pole do popisu.

Bardzo mi się podoba niepokojący wstęp do kończącego album 'Me And My Loved Ones'. Niestety utwór przeistacza się w skoczną piosenkę i tylko w momentach instrumentalnych odzyskuje swój intrygujący koloryt.




Na dobrą sprawę tak prezentuje się cały 'When You're Dead - One Second'. Nienaganny od strony instrumentalnej, ze względu na niedociągnięcia produkcji, może sprawiać wrażenie niezgrabnej zbieraniny niedopracowanych pomysłów. Z drugiej zaś strony, właśnie brak wypracowanego w studiu brzmienia sprawia, że album posiada momenty intrygujące. Słychać, że muzycy potrafią grać, nie są dyletantami. Tylko trzeba dużego skupienia i odpowiedniego nastroju, aby to wszystko uchwycić.

Można by rzec, że jedyny LP Ghost stanowi dziwną syntezą folku, schyłkowego rocka psychodelicznego oraz, coraz wyraźniej odsłaniającego swe oblicze, progresywnego rocka. Tak więc muzycznie wszystko wydaje się być jak najbardziej na czasie. Natomiast brzmieniowo album tkwi w sobie tylko znanej przestrzeni. Chyba właśnie ta niemożność przypisania kwintetu do jakiegokolwiek gatunku i obowiązującej tendencji czyni 'When You're Dead - One Second' oryginalnym i wartym zapoznania.

Aha. Pierwsze wydanie płyty z 1970 roku ukazało się w Wielkiej Brytanii nakładem malutkiej - jak to zwykle w takich przypadkach bywa - wytwórni Gemini. Ta sama wytwórnia wydała w tym samym czasie jedynego singla zupełnie nieznanej grupy Iron Maiden 'Falling - Ned Kelly'. Rzecz jasna ten brytyjski kwartet nie ma kompletnie nic wspólnego z późniejszą wersją utworzoną przez Steve Harrisa.

Na koniec - gitarzysta i wokalista The Ghost - Paul Eastment prywatnie jest kuzynem sławnego lidera Black Sabbath - Tony'ego Iommiego.

czwartek, 24 czerwca 2010

MAQUINA

WHY? (1970)

 

1. I Believe
2. Why?
3. Let Me Be Born


Cóż za cudowny materiał. Utwór tytułowy jest tak długi, że stanowiąc centralny punkt programu, podzielony na dwie części wypełnia połowę płyty. Chociaż dwa krótsze utwory wcale nie są jedynie dodatkiem. Nie to jest jednak ważne. Istotne jest to, że muzyka, która płynie z głośników nie nudzi nawet przez moment. Po za tym stylistycznie jest to wycieczka w stronę rocka rodem z Anglii roku 1967. Gdy słyszę kompozycję 'Why?', od razu mam przed oczami kluby Londynu w rodzaju UFO czy Middle Earth i oczywiście te wszystkie rozpływające się na ścianach światła niczym chemiczne mikstury. Prawdziwy raj.

Rzecz jasna, ktoś może powiedzieć, że jak na 1970 rok to jest to muzyka kompletnie nie na czasie. Być może w jakimś stopniu będzie miał rację. Jednak nie można zapomnieć, że Maquina pochodziła z Hiszpanii, wówczas ten kraj jedną nogą był jeszcze w poprzedniej dekadzie. 'Why?' był być może jednym z pierwszych prawdziwie rockowych dokonań powstałych w tym kraju. Tak więc znając życie, fani progresywnego rocka będą raczej zawiedzeni, natomiast miłośnicy psychodelicznych brzmień mogą poczuć się pozytywnie zaskoczeni.

Nie chcę też powiedzieć, że na debiutanckiej płycie grupy nie ma elementów ambitnej odmiany rocka. Można się ich dopatrzeć, tylko że nie jest to jeszcze ten rodzaj muzyki, jaki zaproponowała chociażby grupa Pan Y Regaliz.

Jednocześnie obie formacje nawet w niewielkim stopniu nie wprowadziły do swoich kompozycji elementów muzyki hiszpańskiej, za to pełnymi garściami czerpały ze skarbnicy brytyjskiego rocka. Ale może się mylę i te moje wywody są błędne?

Co do Maquiny - na płycie dominują instrumentalne improwizacje. Album otwiera przepiękny 'I Believe'. Podstawą tej kompozycji jest jazzowa partia fortepianu wygrywająca proste akordy. Można niemal przyjąć, że razem z ciekawie grającą perkusją, fortepian nadaje rytm muzyce. Całość zaś obudowano doskonałą improwizacją przesterowanej gitary. Pojawia się także subtelna partia organów Hammonda.

'Why?' to długie swobodne improwizacje, niemal wyrastające z tradycji takich nagrań jak 'Interstellar Overdrive' Pink Floyd, tylko podane w nieco bardziej jazzowej otoczce. Ale chyba inaczej być nie mogło w tym przypadku, gdyż można przyjąć, że 'Why?' nosi cechy kompozycji aleatorycznej. Chociaż ponoć improwizacja i aleatoryzm mogą się wykluczać. Nieistotne. Wszystkie instrumenty pełnią role równorzędne. Organy Hammonda i czarująca świetnym zastosowaniem efektu wah-wah gitara oraz po prostu fantastyczna sekcja rytmiczna. Przyznam, że perkusistę Maquina miała rewelacyjnego. Operujący mocnym uderzeniem Joan Maria Vilaseca nadaje tej muzyce dynamikę i przestrzeń, ale też niezbędną swobodę. Ponad to całość zachwyca żywym, plastycznym brzmieniem.

Druga część to już istna kanonada. Rewelacyjne pojedynki zniekształconych brzmień organów Hammonda z gitarą elektryczną. Muzyka zaś płynie sobie niczym obłok niesiony przez wiatr. Bardzo trudno to wszystko ogarnąć. Jeszcze trudniej opisać. Dla mnie jednak to autentyczna bomba. Na marginesie - gdy słuchałem 'Why?' po raz pierwszy, myślałem że partia wokalna na początku i końcu nagrania wykonywana jest przez kobietę. Ale okazuje się, że to jednak męski głos.

Osobną kwestię stanowi okładka płyty. Ktoś kto wymyślił croissanta z wbitym w niego zegarkiem kieszonkowym musiał mieć wyobraźnię godną najwybitniejszych artystów. Kocham te dawne okładki płyt. Te artystyczne, prowokacyjne kompozycje pozbawione uładzonego charakteru dzisiejszych ilustracji. To były takie politycznie niepoprawne koncepcje i raczej pod względem komercyjnym niezbyt pomagające płycie. Za to efekt artystyczny był zniewalający. Niemal osobne dzieło mogące spokojnie funkcjonować bez muzyki, którą niejako firmowało.