Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyczny rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyczny rock. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 października 2018

ACTION

ROLLED GOLD 1967



Na przełomie lipca i sierpnia tego roku wznowiony został przez wydawnictwo Guerssen Records od dawna już niedostępny album grupy Action "Rolled Gold". Ponieważ płytę opisałem już jakiś czas temu, dodam jedynie, że obecnie tytuł dostępny jest tylko jako LP ozdobiony bardzo ładną, pojedynczą okładką, więc prezentuje się nieco skromniej niż poprzednia wersja, wydana w okładce rozkładanej, ale jednocześnie bliższa jest wydawnictwom z Wielkiej Brytanii z lat sześćdziesiątych.

Bez wątpienia wytwórnia stanęła na wysokości zadania, dzięki czemu znowu można sięgnąć po to wyjątkowe dokonanie, do czego zachęcam zwłaszcza tych, którzy nie zdołali nabyć poprzednich wydań tej płyty. To jest pozycja podstawowa.


wtorek, 12 sierpnia 2014

PROCOL HARUM

HOME 1970

Upraszczam swoje opisy. Dosyć tego rozpisywania się bez ładu i składu.

Na czwartej płycie Procol Harum spotkali się po latach muzycy, którzy przed laty współtworzyli rhythm and bluesową grupę The Paramounts. Nastąpił powrót do macierzy i stąd tytuł 'Home'.

Ironia losu. Pianista i wokalista Gary Brooker opuszcza The Paramounts, by komponować muzykę dla innych artystów. Spontanicznie jednak tworzy zespół, z którym nagrywa jedną ze swych kompozycji. 'A Whiter Shade Of Pale' zdobywa światowy rozgłos, wówczas Gary Brooker wciąga do nowego przedsięwzięcia swych dwóch kolegów z dawnego zespołu - gitarzystę Robina Trowera i perkusistę B.J. Wilsona. Trzy lata później The Paramounts powraca już w zupełnie innej odsłonie.

Już całkiem poważnie. Czwarte dokonanie Procol Harum należy do szczytowych osiągnięć zespołu.
Płyta powstała w szczególnym momencie - grupę opuścił organista Matthew Fisher - dotychczas obok Gary'ego Brookera siła napędowa zespołu, nie tylko jako pełen finezji muzyk, ale także jako kompozytor kilku piosenek, a także producent trzeciej płyty 'A Salty Dog'. Jego pomysły brzmieniowe i aranżacyjne odcisnęły na muzyce Procol Harum wyraźne piętno.
Tak więc jego następca w zespole - Chris Copping - nie miał łatwego zadania, by wypełnić tę lukę, a jednak okazał się godnym następcą swego znakomitego poprzednika. Jednocześnie na płycie musiał dzielić obowiązki basisty, gdyż także to miejsce zostało zwolnione przez dotychczasowego basistę Davida Knightsa.





1. Whisky Train
2. The Dead Man's Dream
3. Still There'll Be More
4. Nothing That I Didn't Know
5. About To Die
6. Barnyard Story
7. Piggy Pig Pig
8. Whaling Stories
9. Your Own Choice


Skład


Gary Brooker – Piano And Vocals
Robin Trower – Guitar
Chris Copping – Organ, Bass Guitar
B.J. Wilson – Drums


'Home' jest dziełem niesamowitym i wspaniałym od początku do końca, ale dwa nagrania wybijają się ponad resztę repertuaru i stanowią esencję tego arcydzieła. Mam na myśli 'Dead Man's Dream' i 'Whaling Stories'. Obydwa nagrania charakteryzuje podobne budowanie dramaturgii.

Delikatny, niepokojący wstęp, śpiewany z oszczędnym akompaniamentem fortepianu - w przypadku 'Whaling Stories' przeplatanym pojedynczymi, łkającymi dźwiękami gitary, które mnie nasuwają skojarzenia ze stylem, jaki już niedługo stanie się wizytówką gitarzysty Pink Floyd - Davida Gilmoura.
Po chwili dochodzą kolejne instrumenty, muzyka stopniowo nabiera dynamiki, atmosfera ulega zagęszczeniu, staje się bardziej przytłaczająca.
Ponownie odniosę się do 'Whaling Stories'. Tutaj pojawia się ostro przesterowana gitara i agresywny, pełen desperacji śpiew Gary'ego Brookera, masywne brzmienie organów Hammonda i mocne nabijanie rytmu przez B.J. Wilsona daje efekt niemal orkiestrowy. To potężne wznoszenie, spiętrzanie się dźwięków znowu odsyła moje skojarzenia ku późniejszym dokonaniom Pink Floyd, a dokładniej ku finałowej części - wydanego w 1979 roku - albumu 'The Wall' zatytułowanej 'The Trial'.
Natomiast muzycy Procol Harum być może dążyli tutaj do zilustrowania potężnego sztormu, groźnego żywiołu. Efekt kataklizmu wzmocniło w każdym razie piorunujące solo gitary.
Po tym fragmencie, w naturalny wręcz sposób, następuje wyciszenie. Objawia się krótki, łagodny motyw, aby w finale, jeszcze raz, na moment, zespół uderzył w mocniejsze tony. We wspomnianym już 'Whaling Stories' finał to niemal chóralny, podniosły temat.

'Dead Man's Dream' posiada bardziej grobową aurę, budowaną dzięki brzmieniom organów Hammonda posiadającym niekiedy niemal kościelny charakter. Jest to zresztą chyba jedyne na płycie nagranie, tak mocno zdominowane przez dźwięki tegoż instrumentu, przy jednoczesnym braku gitary elektrycznej, tak charakterystycznej dla tej płyty.

Warto tutaj przypomnieć istotną rzecz. 'Whaling Stories' to bodaj pierwszy w muzyce rockowej efekt eksperymentu polegającego na rezygnacji z powtórzeń oraz ze zwrotek i z refrenów, a także wprowadzeniu zmian tempa z każdą kolejną sekundą. Później pomysł podchwyciły zespoły takie jak Led Zeppelin na swojej czwartej płycie w piosence 'Stairway To Heaven' z 1971 roku, czy Queen w 'Bohemian Rhapsody' wydanym na płycie 'A Night At The Opera' z roku 1975.

Ponad to znalazły się na 'Home' nagrania takie jak - powolny, oparty na ciężkim, rozciągniętym riffie gitary elektrycznej 'About To Die'. Nieco monotonny, oparty na powtarzających się akordach ostrej gitary i posiadający bluesowe naleciałości 'Whisky Train' z sekcją rytmiczną imitującą pędzący pociąg, co udało się uzyskać dzięki natarczywym dźwiękom krowiego dzwonka.

Łagodniejszy charakter posiadał oszczędny 'Barnyard Story' zaśpiewany z akompaniamentem fortepianu i organów Hammonda. Przepiękny, poruszający - zagrany głównie z pomocą fortepianu i gitary akustycznej - 'Nothing That I Didn't Know' wprowadzał niemal żałobną atmosferę, zwłaszcza w wieńczącej piosenkę części, w której do aranżacji wprowadzono smutne tony akordeonu.

Płytę zamykał jedyny tak pogodny na płycie 'Your Own Choice' z optymistyczną partią harmonijki ustnej w finale. Przekorne podsumowanie albumu, którego tematyka słów - jak zawsze napisanych przez Keith Reida - obracała się wyłącznie wokół śmierci.

Bez wątpienia na plan pierwszy wsunął się na tej płycie Robin Trower, który narzucił grupie bardziej gitarowy charakter utworów, niż to miało miejsce na poprzednich płytach, chociaż fortepian wciąż odgrywał pierwszoplanową rolę.
Powierzenie produkcji Chrisowi Thomasowi sprawiło natomiast, że 'Home' odznacza się wyjątkowo ostrym brzmieniem i wyrazistością rytmiczną, co znakomicie uwypukla dynamikę kompozycji niespotykaną dotąd w muzyce Procol Harum.

Wyjątkowa płyta, wciąż niedoceniona, czas więc, by odkryć piękno tej wyjątkowej muzyki.

środa, 4 maja 2011

ACTION

ROLLED GOLD 1967

Całkowicie zdefiniowany rockowy styl obowiązujący na dobrą sprawę do dnia dzisiejszego. Zaskakujące jest jednak to, że materiał zawarty na tej płycie, nagrany na przełomie 1967 i 1968 roku, na premierę musiał czekać blisko trzydzieści lat, cóż jednak, lepiej późno niż wcale. Taki los spotkał wielu innych wykonawców działających w tamtych specyficznych czasach. Czasach, gdy muzyka rockowa dopiero się kształtowała i jednocześnie osiągnęła twórcze apogeum.

Słuchając 'Rolled Gold' odnoszę wrażenie, że zespół znalazł złoty środek, jak taką muzykę należy tworzyć i grać. Chociaż na pozór jednolita, przy bliższym zapoznaniu się z albumem, zaczyna zachwycać bogatą paletą barw.

Zespół zaproponował CZTERNAŚCIE lirycznych piosenek, dosyć skromnych pod względem formy, ale posiadającymi urzekające, wpadające w ucho melodie. Przy pomocy niewielkiego instrumentarium grupie udało się uzyskać wyjątkowo plastyczne brzmienie, co tylko podkreśla urodę wykonywanych kompozycji.

Z jednej strony doskonale oddają one ducha ówczesnej epoki - hipnotyzująca partia fletu poprzecznego w ujawniającym jazzowe wpływy 'Love Is All' nadawała kompozycji orientalnego kolorytu oraz pozwalała niemal namacalnie odczuć atmosferę klubów ery Swingującego Londynu.
Z drugiej strony na swój sposób wybiegały daleko w przyszłość i na dobrą sprawę stanowią jeszcze jeden dowód, że na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat w muzyce popularnej nie zdołano wymyślić niczego nowego. Trzeba pamiętać, że wszystkie utwory były jedynie przymiarkami do nagrania właściwej płyty i jako takie nigdy nie otrzymały końcowego szlifu, tym bardziej podziw budzi - pomimo tych niedociągnięć - jak profesjonalnie brzmi ta muzyka.





1. Come Around
2. Something To Say
3. Love Is All
4. Icarus
5. Strange Roads
6. Things You Cannot See
7. Brain
8. Look At The View
9. Climbing Up The Wall
10. Really Doesn't Matter
11. I'm A Stranger
12. Little Boy
13. Follow Me
14. In My Dream


Skład


Reg King - Vocals
Alan King - Guitar, Vocals
Martin Stone - Guitar
Ian Whiteman - Keybords, Flute, Vocals
Mike Evans - Bass Guitar, Vocals
Roger Powell - Drums


Większość utworów oparta jest na wyrazistych akordach gitary elektrycznej. Dopiero tutaj można zrozumieć, jak wielkim wokalistą był Reg King, jego pełne pasji i młodzieńczej buty, ujawniające duże możliwości techniczne i niezwykle dojrzałe interpretacje wokalne są siłą przewodnią płyty. Wszystkie piosenki rozsadza duża energia wykonawcza, odznaczają się zaś interesującymi aranżacjami grupowych partii wokalnych.

Przykładem chociażby 'Something To Say', gdzie podstawę stanowią mocno akcentowane pojedynczo uderzane struny. Ponad to przykuwa uwagę ciężka gra sekcji rytmicznej oraz wprowadzona w końcowej części nagrania dobiegająca jakby z oddali wokaliza. Wszystko razem tworzy spójną, przemyślaną formę.

W poruszającym i zaśpiewanym na granicy krzyku 'Brain' dźwięki gitary elektrycznej przetworzono przy pomocy efektu wah-wah. Plan dźwiękowy wypełniała mocno wyeksponowana, dudniąca sekcja rytmiczna.
Nie dziwię się teraz dlaczego piosenka dała tytuł pierwotnej edycji tego albumu. Przy czym materiał wypełniający 'Brain (The Lost Recordings 1967/1968)' pochodził z jedynego istniejącego acetatu i posiadał bardzo słabą jakość dźwięku. Dopiero, gdy cudem odnaleziono oryginalne taśmy, całość ukazała się jako 'Rolled Gold'.

Tak więc gitara rządzi tutaj niepodzielnie, czy to w formie czystej, czy też przetworzonej przez wspomniany efekt wah-wah lub z pomocą fuzzbox, jak w 'Strange Roads' oraz 'Follow Me', ale także jako gitara akustyczna - nosząca spokojniejszy charakter i wprowadzająca moment wytchnienia, wyjątkowej urody ballada 'Things You Cannot See' zaśpiewana została wyłącznie z towarzyszeniem tegoż instrumentu.

Ważną rolę odgrywa także fortepian. W przypadku rozpoczynającego zestaw pogodnego i opracowanego na głosy 'Come Around' instrument ten został zharmonizowany z dźwiękami sześciu strun.

Ponad to grupa wzbogaciła wspomniany 'Love Is All' oraz w środkową część 'Climbing Up The Wall' partiami fletu poprzecznego, dając przedsmak stylu wypracowanego ostatecznie przez Mighty Baby.
Warto przy tej okazji odnotować, że tekst 'I'm A Stranger' - ponownie elektryzujący wstęp oparty na długo wybrzmiewających akordach gitary elektrycznej - został wykorzystany na debiutanckiej płycie tejże formacji w piosence 'House Without Windows'.

Dwie z piosenek, w innych aranżacjach, zaadoptował wokalista na swoją jedyną solową płytę wydaną w 1971 roku. Były to 'Little Boy' oraz 'In My Dream'. Przebojowy 'Little Boy' w wykonaniu sekstetu posiadał bardziej przytłaczające brzmienie, na co wpływ miały charakterystyczne ciężkie akordy wybijane przez gitarę, wolniejsze tempo wykonania. Całość zaś w środkowej części ozdobiono świetnym solem gitary - chyba jedynym na płycie - na tle jednostajnego dudnienia sekcji rytmicznej.

Powstała muzyka udana, tchnąca świeżością i pomysłowością opracowania. Stanowiąca swoistą zapowiedź stylu Mighty Baby. Słychać tutaj wszystko to, co od blisko dwudziestu lat z miernym skutkiem powielają hordy zespołów legitymujących się jako rockowe.
LEKTURA NADOBOWIĄZKOWA.

Przypomnę jeszcze, że po nagraniu opisywanego materiału z The Action rozstał się wokalista Reg King i już bez niego formacja nagrała pięć ujmujących, urzekających kompozycji autorstwa Iana Whitemana, które jak na ironię na wydanie musiały czekać aż do 1985 roku, kiedy to ukazały się jako EP 'Action Speaks Louder Than'. Natomiast od kilku lat dostępne są na debiutanckim CD Mighty Baby.

środa, 20 kwietnia 2011

KISS 1974

To jest moja wielka miłość, która rozpoczęła się dokładnie dwadzieścia lat temu i trwa do dzisiaj. Rety, jak ten czas zasuwa. Kiss jakoś nigdy nie zaistniał na szerszą skalę w naszym cudownym kraju. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, gdy w latach dziewięćdziesiątych planowali odwiedzić Polskę, zainteresowanie z naszej strony było znikome.
Trochę mnie to dziwi, wszak jest to doskonałe rockowe granie będące syntezą hard-rocka z modnym wówczas glam-rockiem, odniesieniami do klasycznego rock and rolla i dodatkowo naładowane ogromną energią.

Wiem, że wielu skreśliło ten zespół ze względu na jego wygląd. Makijaż. Kostiumy. Cała ta cyrkowa otoczka faktycznie może odstręczać. Jeśli jednak pominiemy to wszystko, pozostanie kapitalna, pełnowartościowa - zwłaszcza w najwcześniejszym okresie działalności - rockowa muzyka.
Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można zachwycać się Ramones z ich umiejętnościami na poziomie przedszkolaka i inwencją melodyczną psa uwiązanego na łańcuchu, a odrzucać muzykę Kiss, która jest na znacznie wyższym poziomie wykonawczym. Ale może właśnie to jest przyczyna. W Polsce od wielu już lat panuje zasada, że im większy chłam, tym większy wzbudza zachwyt.




1. Strutter
2. Nothin' To Lose
3. Firehouse
4. Cold Gin
5. Let Me Know
6. Kissin' Time
7. Deuce
8. Love Theme From KISS
9. 100.000 Years
10. Black Diamond


Skład


Paul Stanley - Vocals, Rhythm Guitar
Gene Simmons - Vocals, Bass Guitar
Ace Frehley - Lead Guitar
Peter Criss - Drums, Percussion, Vocals


Debiut to dzieło porywające. Z resztą - tak jak w przypadku dwóch kolejnych płyt - większość zawartego tutaj materiału to już dzisiaj prawdziwa klasyka, którą zespół po dziś dzień wykonuje na koncertach. Trudno chyba wyobrazić sobie bardziej przebojowe i jednocześnie zagrane z pasją i wyczuciem rockowej konwencji piosenki.
Dla przykładu taki 'Deuce' to świetny riff gitary i mocarne wejścia gitary basowej plus niemal wściekły śpiew Gene Simmonsa. Bomba. Inny ponadczasowy utwór z tej płyty, czyli 'Strutter' to nieprzyzwoicie wręcz melodyjny, lekko rozkołysany utwór z doskonale zharmonizowanymi obydwiema gitarami oraz zapadającym w pamięć refrenem. Muszę też tutaj zauważyć, że każde nagranie na debiucie zawierało obowiązkowe solo gitary. Tylko, że w tym przypadku nie było to jakieś tam bezproduktywne plumkanie w celu zapełnienia czymś muzyki, ale rewelacyjne, przemyślane i dopasowane do całości wykorzystanie sześciu strun.
Ace Frehley był wtedy pełnym wyczucia i inwencji muzykiem, który w sposób niezwykle porywający potrafił ozdobić muzykę kwartetu tymi swoimi wysmakowanymi, często delikatnie zakorzenionymi w bluesie, oszczędnymi zagrywkami.

Przykładem chociażby powolny i niemal progresywny, instrumentalny 'Love Theme From KISS'.

Archetypowy jest '100.000 Years' poprzedzony krótką zagrywką gitary basowej. Uwielbiam ten zadziorny, krzykliwy śpiew Paula Stanleya. Całość ponownie została ozdobiona świetnymi gitarowymi popisami. Nie ma się co oszukiwać. Kiss nie tworzyli jacyś amatorzy wzięci z ulicy, ale bardzo dobrzy muzycy. Bardzo dobrzy w tym co robili. Nie było mowy o jakimś przeciętniactwie. Wystarczy posłuchać jak śpiewa wspomniany Paul Stanley - czysto i mocno, czasami jego barwa głosu nabiera niemal soulowego odcienia. Warto przypomnieć, że wtedy nie było komputerów, które pomagały z niczego wykreować sztuczny ideał.

Płytę kończył rewelacyjny 'Black Diamond'. Od romantycznego wstępu zaśpiewanego z towarzyszeniem gitary akustycznej, aż po instrumentalny, mroczny i zagrany z desperacją finał czuć ile pasji Kiss wkładał w wykonywaną muzykę. Świetny jest pomysł ze spowalnianiem taśmy na samym końcu nagrania, co daje niesamowity, apokaliptyczny efekt. Warto zauważyć, że głównym wokalistą w tej piosence (charakterystyczna chrypka) był perkusista Peter Criss.

Mógłbym tak wymieniać i się rozpływać w zachwytach. Płyta jest dość spójna. Kwartet nie wydziwia. Nie ma tu jakiś produkcyjnych niuansów. Siła tej muzyki tkwi w jej bezpośredniości. Po za tym to jest rock and roll. To ma być dobra zabawa.
W tym miejscu wspomnę jeszcze, że współproducentem debiutu był niejaki Richie Wise, gitarzysta nieistniejącego już wtedy doskonałego hard-rockowego tria Dust, w którym perkusistą był Marc Bell, później znany jako Marky Ramone.

W okresie 1974-1975 grupa jeszcze nie mogła się poszczycić większymi sukcesami komercyjnymi. Ale już wydany pod koniec 1975 roku koncertowy 'Alive' przyniósł grupie upragniony rozgłos.

Kolejny studyjny album 'Destroyer' w moim odczuciu jest największym osiągnięciem zespół. Ten wyprodukowany przez Boba Ezrina – znanego ze współpracy z Lou Reedem, Peterem Gabrielem i przede wszystkim Pink Floyd - album zachwyca bogactwem pomysłów, przemyślaną formą oraz dopracowanymi w najdrobniejszych szczegółach - ale nie pozbawionymi rockowej swady, charakterystycznej dla stylu Kiss – piosenkami stanowiącymi coś na wzór większej całości. Pod wieloma względami jest to rockowy majstersztyk.
Biorąc pod uwagę, że był to rock 1976, czyli okres stagnacji w muzyce popularnej, to zespół jakimś dziwnym sposobem omijał te wszystkie mielizny.
Na płycie znalazły się tak zróżnicowane kompozycje jak rockowe hymny w rodzaju 'Detroit Rock City' i 'Shout It Out Loud' czy 'Do You Love Me?'. Wszystkie po prostu fantastyczne. Nawiązująca do muzyki gospel podniosła pieśń 'Great Expectations' wykonana z towarzyszeniem chóru oraz 'Beth' zaśpiewana przez Petera Crissa sentymentalna ballada zaaranżowana z orkiestrowym przepychem i wykonana bez udziału pozostałych muzyków.
Wspaniały materiał. Myślę, że wielu specjalistom od siedmiu boleści nadal kością w gardle staje fakt, że grupa taka jak Kiss mogła zrealizować album tak dojrzały jak 'Destroyer'.

Dodam jeszcze tylko, że w chwili wydania w LP 'Dynasty' i 'Unmasked' kwartet wszedł w krótkotrwały alians z muzyką disco, czego efektem było złagodzenie brzmienia i przebój 'I Was Made For Lovin' You'. Chociaż na pierwszej z wymienionych płyt formacja zaproponowała kilka bardzo dobrych rockowych kompozycji – na przykład doskonałą wersję '2000 Man' z repertuaru The Rolling Stones z ich najbardziej psychodelicznego albumu 'Their Satanic Majesties Request'.
Z nastaniem lat osiemdziesiątych zespół postanowił zmienić wizerunek i zrzucił dotychczasowe maski oraz stroje i zatopił się w bardziej popowej odmianie metalu.

Ogólnie rzecz ujmując blisko czterdziestoletnia kariera Kiss to temat obszerny i ciekawie by było przeczytać kiedyś jakieś kompetentne opracowanie ich dorobku wydane w języku polskim. Ale raczej nie ma co liczyć na coś tak wspaniałomyślnego.

poniedziałek, 7 marca 2011

THE STORY OF BEAT CLUB 1965-1972

Co tu dużo pisać.
Wydany na DWUDZIESTU CZTERECH dyskach DVD Beat Club to wydawnictwo absolutnie sensacyjne. Tak powinny wyglądać wydawnictwa DVD. Prawie CZTERY TYSIĄCE minut programu telewizyjnego emitowanego w Niemczech w latach 1965-1972.

Autorzy zadbali o to, aby przenieść na DVD nie tylko nagrania wykonywane przez ogromną rzeszę wykonawców, ale także, aby po prostu zachować wszystkie odcinki w całości. Tak więc jest tutaj nie tylko muzyka, ale wszystko to, co się wówczas w tych rewelacyjnych programach pojawiało. Wywiady. Reklamy. Zapowiedzi poszczególnych artystów prezentowane przez prowadzących program. Nawet krótkie przerywniki dokumentalne. Słowem, tak jak to było nadawane w telewizji. Cudowna sprawa.




Taki Beat Club to przewodnik po historii muzyki rockowej lepszy niż jakakolwiek encyklopedia. Można zaobserwować jak na przestrzeni tych kilku lat zmieniała się muzyka popularna. Jak zmieniało się podejście nie tylko do grania, ale także do prezentacji muzyki na żywo. Mamy więc tutaj wczesne beatowe piosenki. Sporo zdecydowanie popowych wykonawców i przede wszystkim mnóstwo prawdziwie rockowego grania. Od delikatnie psychodelicznej muzyki, poprzez progresywnego rocka, a na brzmieniach heavy-rockowych skończywszy. Jest także blues i blues-rock. Jest jazz-rock. Jest folk oraz soul.

Mnie szczególnie ucieszył półgodzinny program, w którym grupa The Who promuje swoją najnowszą płytę 'Tommy' wykonując kilka wybranych fragmentów ze swojego dzieła. Natomiast pomiędzy zagranymi z playbacku piosenkami można obejrzeć i posłuchać wywiadu z Petem Townshendem.
Po za tym cieszy oko i ucho mnóstwo zespołów nie tylko znanych i popularnych, ale także tych już niestety zapomnianych, jak choćby wspaniały Steamhammer.
Czy trzeba czegoś więcej?




Oczywiście większa część znajdujących się tutaj nagrań zarejestrowana została na żywo w studiu telewizyjnym. Czasem przy udziale publiczności.

Okazuje się, że w tamtych czasach powstawało znacznie więcej programów muzycznych niż to ma miejsce obecnie. Beat Club to niestety tylko wierzchołek góry lodowej. Jak wiele omija człowieka, można się przekonać zaglądając na portal YouTube. Istny raj na ziemi.

Tradycyjnie, na sam koniec muszę też wytknąć wady omawianego przeze mnie wydawnictwa. Chyba inaczej nie byłbym sobą.
Otóż okazuje się, że nie jest to kompletny zestaw programu. Z niewiadomych dla mnie przyczyn pominięto chociażby fenomenalną wersję 'Darkness' zespołu Van Der Graaf Generator z roku 1970. Ale za to jest pełna wersja 'Whatever Would Robert Have Said' z tego samego występu. Nie ma także 'How The Gypsy Was Born' niemieckiej grupy Frumpy. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Tak się jednak nieszczęśliwie składa, że tego nagrania Frumpy wyjątkowo mi brakuje. Widać z tego, że nie można mieć wszystkiego.
Za pięknie by było.
Zapewne brak kilku innych nagrań, ale najbardziej rzuca się w oczy nieobecność tych dłuższych występów, takich jak chociażby półgodzinny występ Procol Harum z 1971 roku w składzie z gitarzystą Davem Ballem.
To tylko przykłady pierwszy z brzegu. Czy może się czepiam?


sobota, 26 lutego 2011

RICHARD MORTON JACK

GALACTIC RAMBLE

Głównym twórcą 'Galactic Ramble' jest Richard Morton Jack, właściciel wytwórni Sunbeam Records specjalizującej się w reedycjach rzadkich i zapomnianych płyt z kręgu szeroko pojętego starego rocka.

To jest literatura, która w Polsce nie ma właściwie racji bytu. Najpewniej niewiele osób byłoby takim wydawnictwem zainteresowanych, dlatego też nie ma co liczyć na tłumaczenia tego typu przewodników na nasz język, ani tym bardziej na krajowe wydawnictwa poświęcone klasycznej muzyce rockowej. Wyjątkiem 'Brytyjski Rock w latach 1961-1979 - przewodnik płytowy (A-F)' Jacka Leśniewskiego, który to przewodnik ukazał się prawie sześć lat temu i był dużym zaskoczeniem dla tych wszystkich, którzy niemal przestali wierzyć, że może się w tym temacie jeszcze coś sensownego wydarzyć.




Oczywiście ktoś może powiedzieć, że przecież pojawiają się ciekawe opracowania podejmujące temat rodzimej muzyki popularnej, więc chyba nie jest źle. Można nabyć w naszych księgarniach różnego rodzaju biografie lub monografie kilku popularnych zagranicznych wykonawców. Więc po co te moje lamentowanie?

Ano dlatego, że na naszym rynku wydawniczym wszystko kręci się wokół tematów od dawna już opisanych na milion sposobów, od dawna już wyczerpanych. Tymczasem 'Galactic Ramble' prezentuje na pięciuset pięćdziesięciu stronach recenzje TRZECH TYSIĘCY płyt nagranych w latach 1963-1975 w Wielkiej Brytanii, czyli kolebce muzyki popularnej i co bardzo istotne - większość z opisanych tutaj wykonawców to artyści od dawna już zapomniani, a których dorobek - bardzo często jedno płytowy - to dzisiaj absolutna klasyka muzyki rockowej.

Autorzy przewodnika obok własnych opisów poszczególnych płyt, zamieścili mnóstwo przedruków recenzji pochodzących z epoki, czyli z chwili kiedy dany album ukazał się na rynku. Całość ozdobiono genialnymi czarno-białymi wycinkami oryginalnych reklam płytowych pochodzącymi z ówczesnych pism muzycznych, co nadaje książce nadzwyczajnego klimatu.

Jaka szkoda, że u nas nie powstają takie wspaniałości.

Można oczywiście polemizować z niektórymi recenzjami napisanymi przez twórców tego opasłego tomu. Niektóre z tych opinii są mocno krzywdzące czy wręcz irytujące. Ale trzeba wziąć poprawkę na to, że książkę pisali tacy sami zapaleńcy, jak ci, do których w gruncie rzeczy encyklopedia była adresowana. Tak więc opinie są raczej subiektywne, co z jednej strony jest uczciwe, a z drugiej strony zdecydowanie nieprofesjonalne, ponieważ według mnie, tego typu wydawnictwa powinny być jak najbardziej obiektywne.
Pod tym względem muszę przyznać, że niedoścignionym wzorcem jest mocno już wypłowiała 'Rock Encyklopedia' Wiesława Weissa z 1991 roku, w której autor opisuje wszystko bezstronnie, nigdy nie poddając własnym odczuciom czy opiniom.

Tymczasem właśnie to stanowi o słabości 'Galactic Ramble' ponieważ wiele haseł czyta się z lekkim zażenowaniem. Biorąc pod uwagę, że przewodnik pisało kilku recenzentów, to jednak może razić prostota wypowiedzi i brak profesjonalizmu w sferze pisania na temat samej muzyki.
Wszystko to są zwroty i terminologie bardzo typowe dla opisywania rockowych dokonań. Momentami zalatuje koszmarnym banałem. Myślę też, że dlatego muzyki rockowej wciąż nie traktuje się całkiem poważnie, ponieważ nikt nie potrafi o niej całkiem poważnie i merytorycznie poprawnie pisać, racząc czytelników jedynie wyświechtanymi komunałami.

Ale nie zmienia to faktu, że dzięki książce Richarda Mortona Jacka można odkryć wiele wspaniałych zespołów z istnienia których wcześniej człowiek nawet nie zdawał sobie sprawy. To jest w tym wszystkim najważniejsze.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

PRETTY THINGS

S.F. SORROW (1968)

Gdy jakieś sześć lat temu usłyszałem 'S.F. Sorrow' po raz pierwszy, poczułem rozczarowanie. Sugerując się nazwiskiem producenta płyty oraz nazwą studia, w której została zarejestrowana, liczyłem na muzykę pokrewną stylowi 'Piper At The Gates Of Dawn' Pink Floyd czy może 'Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band' The Beatles. Tymczasem to, co zaproponowała grupa The Pretty Things wydało mi się wtedy strasznie wręcz kuriozalne, a przy tym pozbawione zapadających w pamięć melodii czy motywów.
Tak było zanim przesłuchałem inne płyty ze starym rockiem i dopóki nie zaznajomiłem się z klasycznym rockowym dorobkiem. Potrzeba było tych wszystkich płyt, abym stopniowo dostrzegł całe spektrum barw i pomysłów zawartych na tej niedocenionej w Polsce płycie, a która, jak już dzisiaj doskonale wiadomo, dała początek gatunkowi zwanemu ROCK OPERA i od wielu lat uznawana jest - obok płyty 'Tommy' The Who - za jej prekursora i najdoskonalszego przedstawiciela.

Ilość pomysłów może na początku przytłaczać i wydawać się chaotyczna, jednak po kilku przesłuchaniach okazuje się istotną częścią muzyki tutaj zawartej.
Cenię przeróżne efekty studyjne, które w tamtych czasach uzyskiwano na wciąż skromnym sprzęcie. Wiem jednak, że wielu wykonawców nie do końca potrafiło umiejscowić je w odpowiedni sposób, czasem wstawiając do swoich nagrań na siłę.
W przypadku 'S.F. Sorrow' wszystko jest doskonale wyważone, efekty dźwiękowe współgrają z muzyką, dzięki czemu można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z pozbawioną słabych momentów, frapującą całością.

Ale od początku.
Płyta została nagrana na przełomie 1967 i 1968 roku w studiu Abbey Road. W tym samym czasie grupa The Beatles nagrywała tam 'White Album'. Natomiast zespół Pink Floyd pracował nad drugą płytą 'A Saucerful Of Secrets'.
Co ciekawe, producentem 'S.F. Sorrow' został Norman Smith, który renomę zdobył jako inżynier dźwięku na wczesnych albumach słynnej czwórki z Liverpoolu oraz produkując pierwsze dwie płyty Pink Floyd oraz studyjną część 'Ummagumma'.
W tym samym czasie co Pink Floyd, producent wziął pod swoje skrzydła The Pretty Things. Tak więc Norman Smith nie tylko brał udział w tworzeniu ważnych dzieł muzyki rockowej, ale także miał wpływ na ich kształt ostateczny.





1. S.F. Sorrow Is Born
2. Bracelets Of Fingers
3. She Says Good Morning
4. Private Sorrow
5. Balloon Burning
6. Death
7. Baron Saturday
8. The Journey
9. I See You
10. Well Of Destiny
11. Trust
12. Old Man Going
13. Loneliest Person


Skład


Phil May - Vocals
Dick Taylor - Lead Guitar, Vocals
John Povey - Organ, Sitar, Percussion, Vocals
Wally Allen - Bass, Guitar, Vocals, Wind Instruments, Piano
Skip Alan - Drums
John Charles Alder - Drums


Muzyka komentująca historię głównego bohatera zachwyca swym bogactwem. Stanowi swoisty przegląd tego wszystkiego, co wówczas pojawiło się na rockowej scenie.

Pierwszy utwór 'S.F. Sorrow Is Born' pobrzmiewa elementami muzyki Wschodu - partie gitary akustycznej operujące w skali charakterystycznej dla brzmień instrumentów egzotycznych zestawione są tutaj najprawdopodobniej z brzmieniem sitaru. Natomiast w tle pojawia się melotron oraz grająca w wysokich rejestrach fanfarowa partia trąbki. Trudno to wszystko odszyfrować, więc raczej zgaduję niż poruszam się po pewnej powierzchni.

We wstępie i zakończeniu 'Bracelets Of Fingers' wprowadzono grupową partię wokalną wspartą dźwiękami instrumentów perkusyjnych - kotły oraz blachy - które nadawały temu fragmentowi orkiestrowy wydźwięk. Muszę tutaj nadmienić, że ten pomysł przywodzi mi na myśl późniejszą wokalną introdukcją w 'Bohemian Rhapsody' Queen. Przy czym w 'Bracelets Of Fingers' inaczej zaaranżowano głosy oraz całość posiada nieco senny charakter. Natomiast sam utwór - według mnie zagrany w rytmie walca - ozdobiony został krótkim instrumentalnym interludium ponownie odwołującym się do muzyki Wschodu.

Bardziej rockowy, gitarowy charakter nosiła piosenka 'She Says Good Morning' z agresywnymi grupowymi partiami wokalnymi. Zagrany w powolnym tempie i kolejny raz eksponujący brzmienie sitaru 'Death' przykuwał uwagę mistyczną aurą.

Powrotem do tradycyjnie pojmowanej rockowej piosenki był dynamiczny 'Balloon Burning' z ostrą gitarą Dicka Taylora oraz dobiegającymi z oddali zharmonizowanymi głosami. Chyba trudno ukryć, że grupowe partie wokalne odgrywają na tej płycie dość ważną rolę, co zresztą było dość typowe dla muzyki rockowej lat sześćdziesiątych.

Opartą na prostym rytmie główną część 'Baron Saturday' zaśpiewał złowieszczym głosem gitarzysta Dick Taylor. W chóralnym refrenie wprowadzono zaś natarczywe wejścia melotronu, natomiast dygresyjne interludium zaaranżowane na instrumenty perkusyjne miało w sobie coś z obrzędu, co nie dziwi, wszak tytułowy Baron Sobota, to w religii Voo Doo władca ciemności.

'The Journey' w pierwszej części akustyczny, w części drugiej przeradzał się w instrumentalną improwizację wzbogaconą kolażem krótkich motywów wcześniejszych nagrań.

Według mnie 'I See You' to jeden z kluczowych momentów płyty asymilujący wszystko to, co na płycie najistotniejsze. Nasycona wpływami muzyki orientalnej i awangardowej kompozycja stanowi mariaż akustycznych i elektrycznych brzmień.
Utwór przechodził bezpośrednio w jeszcze wyraźniej czerpiący z poszukiwań twórców muzyki awangardowej 'Well Of Destiny'. Krótka instrumentalna kompozycja oparta została na spreparowanych w studiu brzmieniach uzyskanych poprzez odwrócenie przesuwu taśmy oraz odtworzeniu jej ze zmienioną prędkością. Zabieg stosowany wówczas tak często, jak dzisiaj rysowanie płyt w klubach.

Dynamiczny, zdecydowanie rockowy 'Old Man Going' to porywający riff przesterowanej gitary, narastający refren plus ostry, zadziorny śpiew Phila Maya. Piosenka ta może stanowić wzorzec rockowego utworu.
Pojawiają się opinie jakoby zagrywka gitary akustycznej z tej piosenki, została kilka miesięcy później powtórzona przez Petera Townshenda na płycie 'Tommy' w nagraniu 'Pinball Wizard'.

Płytę podsumowywał zaśpiewany z akompaniamentem gitary akustycznej 'Loneliest Person'. Po tylu dźwiękowych wrażeniach obrazujących pogmatwane losy człowieka, był to w pełni zasłużony i przecież nieunikniony, wyciszony finał.

Pamiętam, gdy kilka lat temu wpadła w moje ręce lista bodajże pięćdziesięciu najlepszych lub najpopularniejszych rockowych oper jakie dotychczas powstały.
Na pierwszym miejscu, nie do końca zasłużenie, znalazł się album Pink Floyd 'The Wall'. Oczywiście dzieło The Pretty Things wylądowało gdzieś w dalszych rejonach owego zestawienia, co wcale mnie nie dziwi, jest to bowiem jeszcze jeden dowód na całkowite ignorowanie lat sześćdziesiątych w naszym kraju i przede wszystkim na niewiedzę naszych dziennikarzy w kwestii muzyki rockowej. Bardziej preferowane są wygładzone, działające na emocje w banalny sposób piosenki niźli rzeczy mniej oczywiste. Naturalnie, w grę wchodzą także od dawna wytarte szlaki, po których porusza się publiczność słuchająca rocka i kształtujące gusta media.

piątek, 5 lutego 2010

JEFFERSON AIRPLANE

SURREALISTIC PILLOW (1967)

Drugi album w dorobku Jefferson Airplane, to jedno z najbardziej wpływowych dokonań muzyki popularnej. 'Surrealistic Pillow' to przejaw, że muzyka rockowa nie była tylko hałaśliwym i trywialnym młodzieżowym zrywem, ale dowód, że zarówno w Wielkiej Brytanii jaki i w Stanach Zjednoczonych muzyka rockowa miała wówczas coraz większe ambicje i twórcy starali się wyjść poza przyjęte do tej pory ramy. Okazało się również, że amerykańskie grupy zaczęły nadawać ton nowym rockowym tendencjom, zaczęły coraz wyraźniej konkurować z kolegami zza Oceanu, wyrazem tego były narodziny nowego gatunku określanego jako rock psychodeliczny.





1. She Has Funny Cars (Jorma Kaukonen, Marty Balin)
2. Somebody To Love (Darby Slick)
3. My Best Friend (Skip Spence)
4. Today (Marty Balin, Paul Kantner)
5. Comin' Back To Me (Marty Balin)
6. 3/5 Of A Mile In 10 Seconds (Marty Balin)
7. D.C.B.A. -25 (Paul Kantner)
8. How Do You Feel (Tom Mastin)
9. Embryonic Journey (Jorma Kaukonen)
10. White Rabbit (Grace Slick)
11. Plastic Fantastic Lover (Marty Balin)

Skład

Marty Balin – Vocals, Guitar
Grace Slick – Vocals, Piano, Organ, Recorder
Paul Kantner – Rhythm Guitar, Vocals
Jorma Kaukonen – Lead Guitar, Rhythm Guitar, Vocals
Jack Casady – Bass, Fuzz Bass, Rhythm Guitar
Spencer Dryden – Drums, Percussion


Muzyka wyrastała z amerykańskiej odmiany folku oraz - takie jest moje wrażenie - z klasycznego rock and rolla. Amerykańska odmiana psychodelicznego rocka zawsze miała odmienny charakter od brytyjskiego podejścia do tego gatunku i na 'Surrealistic Pillow' słychać to wyraźnie.

Piosenka za piosenką posiadały cechy przebojów. Głównym kompozytorem był tutaj Marty Balin, który z jednej strony celował w romantycznych, nieco odrealnionych utworach takich jak refleksyjny 'Comin' Back To Me', w którym w tle pojawia się intrygująca, delikatna partia fletu. Z drugiej zaś serwował kompozycje pełne młodzieńczej zadziorności w rodzaju 'Plastic Fantastic Lover' czy '3/5 Of A Mile In 10 Seconds'.
W nagraniu 'She Has Funny Cars' pojawił się natomiast tak charakterystyczny dla stylu grupy duet wokalny Marty Balina i Grace Slick, której głos nadawał piosence bardziej dzikiego, żywego charakteru.
Jak napisałem wcześniej, dużo jest na płycie elementów folkowych, choćby w piosenkach 'Today' i instrumentalnym 'Embryonic Journey' oraz we wspomnianym 'Comin' Back To Me'. Wiele z klimatu tych nagrań przeniknęło później do twórczości brytyjskich folk-rockowych zespołów takich jak Fairport Convention, zwłaszcza w ich najwcześniejszym okresie działalności.

Nowa wokalistka zespołu, Grace Slick okazała się osobą dzięki której Jefferson Airplane zyskali międzynarodową sławę. To ona przyniosła na sesję nagraniową dwie piosenki z repertuaru swojej poprzedniej grupy Great Society.  Właśnie dzięki tym dwóm piosenkom grupa odniosła komercyjny sukces.
Także głos wokalistki okazał się bardzo istotnym znakiem rozpoznawczym zespołu. Jest to prawdopodobnie jedna z oryginalniejszych i najbardziej inspirujących wokalistek w muzyce popularnej tamtych lat. Jednocześnie z każdą kolejną płytą rola Grace Slick stawała się coraz ważniejsza i powoli wysuwała się ona na plan pierwszy, usuwając w cień Marty Balina.

W każdym razie wybór Grace Slick okazał się strzałem w dziesiątkę.
Skomponowany przez nią 'White Rabbit' oraz 'Somebody To Love' autorstwa Darby Slicka, zna chyba każdy pod każdą szerokością geograficzną. Zwłaszcza druga z tych piosenek zyskała wielką sławę. Chociaż wcale nie uważam by to był najmocniejszy punkt 'Surrealistic Pillow'.
Nie ma się co rozpisywać, bo na temat tych kompozycji napisano już chyba wszystko, co tylko możliwe.





Album okazał się bardzo ważnym w karierze zespołu. Obok płyt duetu Simon And Garfunkel i zespołu The Byrds oraz debiutanckiego LP The Doors, było to dokonanie zmieniające oblicze rockowych piosenek. Ukazujące, że także w obrębie prostej trzyminutowej formy, można tworzyć rzeczy wyrafinowane i dojrzałe.

czwartek, 21 stycznia 2010

MASTER'S APPRENTICES

CHOICE CUTS (1971)
A TOAST TO PANAMA RED (1972)

Studio Abbey Road zdobyło rozgłos dzięki grupie The Beatles, to tutaj większość swoich płyt nagrał zespół Pink Floyd. Przez Abbey Road przewinęło się przez lata mnóstwo mniej lub bardziej popularnych wykonawców, którzy w mniejszym lub większym stopniu pomogli stworzyć renomę studia. Bez wątpienia kiedyś było to ważne miejsce dla muzyki popularnej, w którym kreowano nowe dźwięki. Bez wątpienia również atmosfera tego miejsca zadziałała podczas pracy grupy Master's Apprentices nad płytami 'Choice Cuts' oraz 'A Toast To Panama Red'.
Jednocześnie zespół z Australii poszerzył grono wykonawców, którym nie udało się zaistnieć w świadomości szerszego kręgu odbiorców, a szkoda, bo uważam, że 'Choice Cuts' to udana płyta, może nie wnosząca niczego nowego, nie wytyczająca nowych szlaków w muzyce rockowej, ale jednak porywająca, niezwykle świeżo brzmiąca i świetnie zagrana.





Trzecia w dorobku Masters Apprentices płyta 'Choice Cuts' to zbiór dość krótkich, gitarowych piosenek. Dominowały wpadające w ucho melodie przeważnie oparte na dosyć ciężkich riffach gitary, jednocześnie wszystkie zawarte tutaj kompozycje cechował swoisty liryzm. Zespół nawet w przypadku delikatnej ballady 'Because I Love You' nie wpada w sztampę. Natomiast ostrzejsze motywy wykonane są z finezją i wyczuciem rockowej stylistyki, nie ma nudy i nie ma banałów.

Wystarczy wskazać pierwsze dwa nagrania.
Opatrzony porywającym, nasyconym latynoskimi wpływami wstępem - ozdobiony zagrywkami gitary akustycznej w stylu flamenco - 'Rio De Camero' przechodzi w śpiewaną w dwugłosie część środkową - charakterystyczny wysoki głos wokalisty, to jeden ze znaków rozpoznawczych grupy - na końcu zaś następuje zmiana muzycznej narracji na nieco ostrzejszą. To wszystko w niespełna trzyminutowej kompozycji.
Kolejna piosenka 'Michael' za podstawę ma delikatny, liryczny akustyczny temat, dla kontrastu przerywany ostrzejszymi wejściami gitary elektrycznej wspartej ciężką sekcją rytmiczną, zaś w  drugiej części kompozycja ma już charakter instrumentalny. Wydaje się proste, ale gdy tego słucham, to dostrzegam dużą inwencję muzyków Master's Apprentices, krótkie nagranie, a ile się dzieje.

Dobra, nie będę tym razem przynudzał. Dodam, że na koniec płyty otrzymujemy melancholijny, zagrany na gitarze akustycznej motyw, który jednak zostaje zburzony przez zagraną na luzie piosenkę w stylu country okraszoną zadziornym śpiewem wokalisty. Niby sympatyczne, ale chyba jest to najsłabszy moment tej świetnej płyty.





Na płycie 'A Toast To Panama Red' zespół poszedł jeszcze dalej. Tym razem uczynił swoją muzykę bardziej mroczną, przy czym zagrane głównie w powolnych tempach kompozycje układały się w bardziej przemyślaną formę. Pojawiło się kilka ciekawych rozwiązań aranżacyjnych.
Kolorytu dodawało wprowadzenie chóru ('Games We Play Part 1') i trąbki ('Love Is'), a w 'Games We Play Part 2' pojawiła się nawet melodeklamacja, muszę jednak nadmienić, że wciąż była to muzyka urzekająca swoją niewymuszoną melodyką, przemyślanym wykonaniem i operująca odpowiednim klimatem. Wszystkie poszczególne nagrania na 'A Toast To Panama Red' cechowała pewna niebanalna przebojowość.
Muszę przyznać, że tu i ówdzie niektóre motywy przywodziły na myśl 'Choice Cuts', ale jednocześnie dowodziły, że Master's Apprentices wciąż się rozwija, ewaluuje w stronę coraz ambitniejszych rejonów. Ciekawe, co zespół miałby do zaoferowania na kolejnych płytach, gdyby nie fakt, że po wydaniu czwartej w swoim dorobku płyty...przestał istnieć.

Ktoś powie, że Master's Apprentices to tylko echa muzyki grup takich jak Wishbone Ash czy Led Zeppelin, możliwe, że będzie miał rację, mimo to, uważam, że zespół wypracował swój własny styl, że miał do zaproponowania naprawdę porywającą i emanującą szczerym entuzjazmem syntezę wszystkiego tego, co w muzyce rockowej najlepsze.
Jak już nieraz wspominałem - nie potrafię fachowo pisać na temat muzyki, dlatego jak ktoś nie wierzy, niech najlepiej posłucha obu płyt i się przekona.

P.S. Czekam niecierpliwie kiedy wreszcie ktoś wyda wszystkie cztery płyty Master's Apprentices w pełnej glorii na pojedynczych CD. Jak na razie pojawił się debiut wznowiony przez Aztec Music. Jednak mając w pamięci co owa firma zrobiła z płytą Tamam Shud 'The Goolutionites And The Real People', boję się, że znowu mogłaby zawieść ich kontrola jakości.

sobota, 2 stycznia 2010

LOVE SCULPTURE

FORMS AND FEELINGS (1969)

Ze wstydem muszę przyznać, że tytuł ten odkryłem dla siebie kilka dni temu, mimo że płytę grupy Love Sculpture 'Forms And Feelings' znam od blisko roku. Inna sprawa, że to nie pierwszy i zapewne nie ostatni przypadek, gdy muzyka dociera do mnie ze sporym opóźnieniem. Chyba jednak tak musi być. Nie żebym narzekał, bo dzięki temu pozostaje szczęśliwa świadomość, że jeszcze wiele przede mną do odkrycia, że jeszcze wiele czeka mnie muzycznych niespodzianek i ekscytacji na długie miesiące.

Co do samej muzyki - drugi i jednocześnie ostatni w dorobku Love Sculpture LP to bardzo wysoka półka. Dave Edmunds jawi się tutaj jako gitarowy wirtuoz, natomiast słuchając sekcji rytmicznej mam uczucie, że gra z niebywałą fantazją, chociaż dosyć oszczędnie i bez zbędnego kombinowania. Tak więc mamy do czynienia z idealnie zgranym triem.





1. In The Land Of The Few
2. Seagull
3. Nobody's Talking
4. Why (How Now)
5. Farandole
6. You Can't Catch Me
7. People People
8. Mars
9. Sabre Dance


Na płycie zespół zaproponował sporo przeróbek. Jest tutaj utrzymana w rytmie walca trochę żewna i pretensjonalna ballada 'Seagull' Paula Kordy. Jest 'You Can't Catch Me' Chucka Berry'ego.
Znajdują się kompozycje klasyczne - 'Farandole' Georges Bizeta, 'Mars' z suity 'Planety' - nota bene utwór, który wyjątkowo upodobali sobie wykonawcy rockowi, oraz najważniejszy i najpopularniejszy na albumie 'Sabre Dance' czyli 'Taniec z Szablami' Arama Chaczaturiana.
'Sabre Dance' jest jedną z najsłynniejszych kompozycji w historii muzyki, Love Sculpture nie odchodząc daleko od oryginału, nadali mu cechy hard-rockowego zgiełku. Efekt jest oszałamiający. Można to wykonanie postawić obok 'Rondo' grupy The Nice.
Nie dziwne, że utwór odniósł duży sukces i uczynił z grupy na bardzo krótko gwiazdę.

Także kompozycje oryginalne, przeważnie autorstwa współproducentów płyty, są nad wyraz udane. Mamy więc takie ciekawostki jak otwierający płytę przebojowy 'In The Land Of The Few' z chwytliwym refrenem, poprzedzony krótką introdukcją na klawesynie. Potem ciężki i mroczny 'Nobody's Talking'. Tak samo jak w 'In The Land Of The Few' tak i tutaj głos wokalisty jest lekko przetworzony. Następnie powolny 'Why (How Now)' w drugiej części przeradzający się w instrumentalną mantrę, w tle pojawiają się dochodzące jakby z oddali wokalizy.

'Forms And Feelings' to płyta bogata w pomysły, wielobarwna, trudno się nudzić przy takiej muzyce, to przecież tylko trzech młodych muzyków, a całość brzmi bogato i potężnie.
Dave Edmunds tworzy na gitarze dźwięki, które wówczas mogły zaskakiwać i budzić podziw. Wystarczy posłuchać złowróżebnego 'Mars'. Dla odmiany w 'You Can't Catch Me' zespół nawiązuje do stylistyki Ten Years After. W 'People People' słychać echa muzyki z pierwszej połowy lat sześćdziesiątych, szczególny nacisk położono tutaj na tak charakterystyczne dla tamtego okresu harmonie wokalne.
Pomimo tak różnej biegunowości 'Forms And Feelings' jest płytą spójną i przemyślaną.

Do wydania CD dodano między innymi singlową, zupełnie inną wersję 'Sabre Dance' oraz drugą stronę tegoż singla 'Think Of Love' - piosenkę niepublikowaną na LP. Ciekawostką jest fakt, że na oryginalnym brytyjskim LP brak kompozycji 'Mars', która dostępna jest w wersji amerykańskiej 'Forms And Feelings'. Na szczęście wytwórnia Esoteric uwzględniła ten istotny drobiazg i kompakt jest odpowiednikiem amerykańskiego LP.

Po raz nie wiem który ciśnie mi się na usta pytanie - dlaczego dzisiaj nikt nie gra tak wspaniale? Z taką finezją, wyobraźnią i tak oryginalnie. Dlaczego obecnie w muzyce brakuje elementu ryzyka i chociażby odrobiny szaleństwa, jak to było kiedyś? Co się stało z muzyką popularną przez ostatnie czterdzieści lat?

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

JEFFERSON AIRPLANE

AFTER BATHING AT BAXTER'S 1967




Streetmasse
1. The Ballad Of You & Me & Pooneil
2. A Small Package Of Value Will Come To You, Shortly
3. Young Girl Sunday Blues

The War Is Over
4. Martha
5. Wild Tyme (H)

Hymn To An Older Generation
6. The Last Wall Of The Castle
7. Rejoyce

How Suite It Is
1. Watch Her Ride
2. Spare Chaynge

Schizoforest Love Suite
3. Two Heads
4. Won't You Try / Saturday Afternoon


Skład

Grace Slick – Piano, Organ, Recorder, Vocals
Marty Balin – Rhythm Guitar, Vocals
Paul Kantner – Rhythm Guitar, Vocals
Jorma Kaukonen – Lead Guitar, Sitar, Vocals
Jack Casady – Bass
Spencer Dryden – Drums, Percussion, Horn Arrangement


Pierwszy mój kontakt z płytą 'After Bathing At Baxter's' to był fragment piosenki 'Watch Her Ride', którą usłyszałem bodajże w połowie lat dziewięćdziesiątych. Wówczas wiedziałem jaki zespół ją wykonuje, ale nie znałem tytułu nagrania. Próbowałem dowiedzieć się, z której płyty pochodzi, ale moje wysiłki spełzły na niczym. Sprawa została uznana za niebyłą. Aż do teraz. Nie tak dawno bowiem zacząłem kolekcjonować dorobek Jefferson Airplane na CD i nagle ta niezapomniana przez tyle lat melodia uderzyła mnie we wspaniały sposób po uszach.

Ten album, to moim zdaniem, esencja sceny z Zachodniego Wybrzeża. Jest tu wszystko co sprawiło, że wokół młodych grup z San Francisco zrobiło się głośno.
Szaleństwo, anarchia, nieprzewidywalna, improwizowana gra zespołu - by wskazać dla przykładu gitarowy 'Spare Chaynge'. Przesycony narkotyczną atmosferą kontrowersyjny kolaż dźwiękowy 'A Small Package Of Value Will Come To You, Shortly' - oraz jakaś dziwna szlachetność i swoisty liryzm. W kilku fragmentach - jak choćby w 'The Last Wall Of The Castle' - do głosu doszło zafascynowanie zespołu cięższym stylem spod znaku The Jimi Hendrix Experience.
Płyta idealnie oddaje atmosferę roku 1967 na rockowej scenie. 'After Bathing At Baxter's' to także chyba najlepszy LP Jefferson Airplane.

Muszę przyznać, że słuchając tej płyty przekonałem się także do śpiewu Marty Balina. Ten jego wibrujący, nieco płaczliwy głos zawsze wydawał mi się nijaki. Tym bardziej dziwiło mnie powierzanie mu głównych partii wokalnych w wielu nagraniach. Teraz już wiem, jak bardzo się myliłem. Może brak mu zadziorności charakterystycznej dla Grace Slick, ale właśnie przecież na tym polega urok tego duetu - na kontraście. Głos Marty Balina jest stworzony do łagodniejszych tematów, podczas gdy Grace Slick zdecydowanie urodziła się by śpiewać ostrzej.
Chociaż...Akurat wspomniany na początku wspaniały, przebojowy 'Watch Her Ride' jest tego zaprzeczeniem.

Zamieszczona przeze mnie okładka pochodzi z bardzo rzadkiej japońskiej edycji oryginalnego LP. Dlaczego wybrałem tę wersję zamiast właściwej amerykańskiej? Nie wiem. To pewno przez moje zauroczenie twórczością pop-art i wszystkim, co z tym nurtem związane - od muzyki poprzez stronę wizualną, a na ubiorach skończywszy.

sobota, 28 lutego 2009

THE WHO

TOMMY 1969
LIVE AT LEEDS 1970

Zastanawia mnie co by było, gdybym kilka lat temu nie postanowił sięgnąć głębiej do muzycznej studni, która prawdopodobnie nie ma dna, i nie zainteresował się muzyką rockową w znacznie większym stopniu, niż do tej pory. W pewnym momencie, można rzec, człowiek utknąłby w martwym punkcie, słuchałby w kółko tych samych płyt, zachwycał się po raz setny tymi samymi piosenkami, aż do znudzenia. Chyba znalazłem się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie.

Lecz zanim to nastąpiło, szukałem ciekawych płyt wśród tych artystów, których dokonania dzisiaj zaliczane są do kanonu rocka i odnieśli światowy sukces. Te moje poszukiwania naprowadziły mnie w końcu na grupę The Who. Zespół w świecie znany, lecz u nas stosunkowo mało popularny. Prawdopodobnie każdy kojarzy wielki przebój 'My Generation', jednak podejrzewam, że nie każdy wie, jaki zespół go wykonuje.
Jak to się stało, że poznałem The Who? Odpowiedź jest prosta - mój Ojciec miał tę piosenkę dawno temu nagraną na kasecie magnetofonowej. Byłem wtedy dzieckiem, które nie wiedziało, z czym ma do czynienia, wiedziałem natomiast, że bardzo mi się owe dźwięki podobają.
Wiele lat później, wiedziony instynktem, postanowiłem nabyć, mającą charakter przekrojowy, płytę zespołu 'My Generation - The Very Best Of The Who', która właśnie co ukazała się na rynku. To było coś wspaniałego. Po pierwsze, po latach poznałem kilka dodatkowych nagrań tej fenomenalnej grupy, a po za tym usłyszałem rzeczy, z istnienia których nie zdawałem sobie sprawy. Jednak ponownie na tej jednej składance moja znajomość z The Who na jakiś czas się skończyła, a przecież był to wierzchołek góry lodowej.

Ponownie minęło wiele lat nim powróciłem do tego tematu. Tym razem postanowiłem zapoznać się z kolejnymi płytami, jakie zespół nagrał na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Najpierw wybrałem 'Who's Next', który okazał się być płytą urzekającą w każdym calu. Wspaniałe, nowocześnie opracowane melodie - między innym z użyciem syntezatora - i ten wciąż unoszący się w powietrzu młodzieńczy bunt - czy trzeba było czegoś więcej?
Okazało się, że prawdziwe objawienie przyszło wraz z wcześniejszą w dorobku grupy płytą 'Tommy'. Przyznam, że nigdy wcześniej nie słyszałem albumu, który przy swojej objętości muzycznej -  dwadzieścia pięć nagrań - zawierałby tyle pomysłów, tyle emocji i właściwie żadnego słabego momentu. Ileż na tej płycie się dzieje - trudno opisać to słowami. Począwszy od instrumentalnej 'Overture', w której pojawiają się tematy kilku piosenek z płyty, aż po przejmujący, podnoszący na duchu utwór finałowy 'See Me Feel Me'.





Na pewno 'Tommy' to świetne podsumowanie lat sześćdziesiątych, a w każdym razie ery od narodzin The Beatles aż do 1969 roku. Mamy tu przegląd niemal wszystkich elementów muzycznych, jakie pojawiły się w tej barwnej i pionierskiej dekadzie - utwory zdecydowanie rockowe - 'Pinball Wizard', 'Acid Queen', 'We're Not Gonna Take It', 'I'm Free', kompozycje o bardziej eksperymentalnym zabarwieniu - 'Amazing Journey' połączony ze 'Sparks' -  motyw, na którym zbudowano tę kompozycję, powraca w rozbudowanym 'Underture'. W 'Eyesight To The Blind' pojawiają się elementy bluesa, trochę z muzyki country w 'Sally Simpson', nawet folku w 'Welcome'. Jest też nieco mroczny 'Cousin Kevin' i groteskowy 'Tommy's Holiday Camp'. Ponad to całość wiążą trzy powracające motywy 'Tommy Can You Hear Me', 'Listening To You' oraz 'See Me Feel Me'.

Wszystko to zagrane w bardzo indywidualny sposób, nasycone wypracowanym przez The Who na wcześniejszych trzech płytach stylem. Słychać również, że zespół doskonale orientował się w przemianach, jakie zachodziły w muzyce pod koniec dekady i w jakiś sposób 'Tommy' to także zapowiedź rodzącego się wówczas progresywnego rocka. Oczywiście, trudno już wyrokować, czy była to pierwsza rock-opera, chociaż raczej nie, wiele bowiem wskazuje na to, że dziełem, które zainspirowało lidera grupy, Pete'a Townshenda, do stworzenia tej historii , oprócz nauk Meher Baby, był także wydany nieco wcześniej album The Pretty Things 'S.F. Sorrow'.





1. Overture
2. It's A Boy
3. 1921
4. Amazing Journey
5. Sparks
6. Eyesight To The Blind (The Hawker)
7. Christmas
8. Cousin Kevin
9. Acid Queen
10. Underture
11. Do You Think It's Alright?
12. Fiddle About
13. Pinball Wizard
14. There's A Doctor
15. Go To The Mirror
16. Tommy, Can You Hear Me?
17. Smash The Mirror
18. Sensation
19. Miracle Cure
20. Sally Simpson
21. I'm Free
22. Welcome
23. Tommy's Holiday Camp
24. We're Not Gonna Take It
25. See Me Feel Me/Listening To You


To był szczytowy moment popularności The Who. Grupa prezentowała swoje nowe dzieło na koncertach, m.in. na festiwalu w Woodstock, oraz na festiwalu na wyspie Wight. Ukoronowaniem tego okresu był koncertowy album 'Live At Leeds', niestety okrojony do sześciu tylko kompozycji. Nie ma tu słabych momentów, ten koncert to esencja rockowej muzyki, czysta, skomasowana energia. Największe wrażenie robiła rozbudowana, pełna improwizacji wersja 'My Generation', która jak w soczewce skupiała wszystko to, co w muzyce The Who najlepsze i ukazywała zespół w wybornej formie.

Na niemal pełen zapis występu w Leeds trzeba było czekać aż 25 lat, kiedy to wydano go na pojedynczym CD - czternaście nagrań, zaś sześć lat później w wersji DeLuxe na dwóch kompaktach wreszcie zamieszczono pełen koncert, drugi dysk zawierał wykonaną w całości operę 'Tommy'.

Aż trudno uwierzyć, że można grać w taki sposób, z lekkością i finezją, z niezwykłym wręcz wdziękiem. Zespół różnicuje atmosferę - raz jest dynamicznie, innym razem spokojnie. Słychać też, że grupa ma znakomity kontakt z publicznością. Bez dwóch zdań The Who zaprezentowało się tutaj od jak najlepszej strony. To powinien być wzorzec postępowania dla dzisiejszych młodych grup próbujących swoich sił w muzyce popularnej.

Ciekawostka - w wersji winylowej skrócono o kilka sekund 'Young Man Blues'. Natomiast po zaśpiewaniu pierwszego wersu w 'My Generation' Roger Daltrey wydaje z siebie okrzyk, który usunięto w wersji CD, zastępując delikatnym jęknięciem wokalisty. Natomiast w końcówce 'Magic Bus', po wybrzmieniu wszystkich instrumentów, słychać krótki dźwięk harmonijki ustnej, niemal niesłyszalny w wersji kompaktowej.





Wersja LP

1. Young Man Blues
2. Substitute
3. Summertime Blues
4. Shakin' All Over
5. My Generation
6. Magic Bus


Wersja CD (1995)

1. Heaven And Hell
2. I Can't Explain
3. Fortune Teller
4. Tattoo
5. Young Man Blues
6. Substitute
7. Happy Jack
8. I'm A Boy
9. A Quick One, While He's Away
10. Amazing Journey/Sparks
11. Summertime Blues
12. Shakin' All Over
13. My Generation
14. Magic Bus


Do tematu The Who będę za pewne jeszcze wracał nie raz. Dla mnie to jeden z trzech najlepszych zespołów w historii rocka. Jedna z najważniejszych grup, jakie dotychczas poznałem.

POCZĄTEK

Nie wiem od czego zacząć.

Moja ogromna miłość do klasycznego rocka powoduje, że w mojej głowie rodzą się różne pomysły i koncepcje odnośnie ukochanych dźwięków płynących z głośników. Za każdym razem, gdy słucham tych wszystkich uwielbianych przeze mnie płyt (często nawet tylko myśląc o nich) mój umysł zaczyna niemal odpływać w miejsca dla innych niedostępne. Zupełnie się wyłączam z rzeczywistości. Przeważnie jest to uczucie tak piękne, że człowiek nie ma ochoty wyrywać się z tych przemyśleń.

Podczas słuchania muzyki zastanawiam się nad wieloma sprawami związanymi z rockiem. Nie da się ukryć, że preferuję przede wszystkim najstarszy (i moim zdaniem najlepszy) okres w muzyce, czyli lata sześćdziesiąte. W Polsce te początki rodzenia się zjawiska zwanego ROCK traktowane są z pobłażaniem, wręcz z uśmiechem politowania. Większość młodych ludzi nie ma zielonego pojęcia jakie wspaniałe rzeczy wówczas tworzono. Większość ludzi nawet nie ma prawdopodobnie ochoty poznać chociażby ułamka tej nowatorskiej i (w wielu przypadkach) ponad czasowej muzyki.
Starsze pokolenie, które w czasach PRL-u miało ograniczony dostęp do Zachodniej muzyki, nie ma już ochoty na alians z tymi dawno już zapomnianymi grupami. Wychodzą z prostego założenia, że skoro nie słyszeli ich wtedy, to nie ma sensu tego zmieniać. Po co? Skoro jakiś zespół nie zdobył szerszego uznania (albo nie był kiedyś eksploatowany u nas w kraju) oznacza to, że nie warto zapoznawać się z jego dorobkiem. Że na pewno nie może być tak dobry jak ci wykonawcy, którzy sławę zdobyli.
Dziwny sposób rozumowania. Oczywiście, czasem też myślę, że te sławne grupy prezentowały poziom tak wysoki, że niemal niedostępny dla tych zespołów, którym się nie udało. Ale prawda jest taka, że bardzo często to stwierdzenia daje się obalić. Nawet jeśli niektóre zapomniane grupy wspinały się na szczyt dostępny dla najlepszych tylko jeden raz, gdy dokonywały tej sztuki na bardzo krótki moment.

Inna sprawa, że w Polsce niekiedy nawet bardzo popularne i ważne zespoły nie docierały do świadomości słuchaczy. Czyja w tym wina? Znowu niestety muszę wskazać na dawny ustrój. Ale też zapewne na gusta ówczesnych prezenterów radiowych. Coś nie przypasowało i nie było emitowane w eterze, a społeczeństwo żyło w nieświadomości. Jaka szkoda.

Teraz z kolei młodzi ludzie uważają, że najlepsze jest to, co powstaje obecnie. Dobrze, nie można żyć tylko przeszłością. Tylko czy 'nowe' musi oznaczać 'lepsze'? Chociaż ktoś mógłby mi zadać podobne pytanie 'czy stare znaczy lepsze?'. Ja wychodzę z prostego założenia - nic nie trwa wiecznie. A jak się ma to w stosunku do rockowego grania? Otóż wydaje mi się (pewno dla wielu mylnie), że rock dawno stracił już swój blask, swoją świeżość, naturalne i oryginalne brzmienie, swój niepowtarzalny charakter. W latach sześćdziesiątych muzykę rockową traktowano jako coś zupełnie nowego, jako jeszcze jedną możliwość wypowiedzi artystycznej, możliwość powiedzenia czegoś ciekawego i niepowtarzalnego w warstwie dźwiękowej. Prześcigano się w pomysłach. Wielu pewno nie wie, ale to co powstaje dzisiaj i uważane jest za oryginalne z pewnością ma swój pierwowzór właśnie w muzyce rockowej lat sześćdziesiątych.
Mam dziwne uczucie, że tamta epoka nie była jeszcze skażona aż taką rządzą pieniądza, jak to miało miejsce później. Że dopiero wraz z wejściem w kolejną dekadę wielkie wytwórnie oraz (niestety) muzycy, zorientowali się, że rock to niezły biznes i możliwość zarobienia fury pieniędzy. Skończył się czas uczciwości, zaczął się czas chłodnego podejścia do tematu. Nie chcę też przesadnie bronić tego najwcześniejszego okresu w muzyce, bo i wtedy zapewne zdążały się odchyły od normy, ale nie były na pewno jeszcze tak częste i kujące w oczy, jak to miało miejsce już niebawem.

Mam nadzieję, że nikogo nie irytuje moje pisanie. Nie chodzi mi o to, aby kogoś obrazić. Raczej marzy mi się moment, w którym ludzie zaczną odróżniać masówkę i chłam od rzeczy wartościowych, tworzonych z sercem, szczerych. Ja tak kocham rockowe granie, że czasem chciałbym (jak zapewne każdy fan muzyki) żeby inni także poznali piękno dźwięków, które dociera do moich uszu i przede wszystkim do serca.

Czy dzisiejszą sieczkę można nazwać rockiem? Czy to co powstawało w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych to też prawdziwe rockowe granie?
Dlaczego obecnie media tak bardzo unikają tematu klasycznego rocka i ograniczają się do kilku oklepanych nagrań? Przez to większość nas uważa, że w latach sześćdziesiątych było tylko tych kilku wykonawców i nic więcej. Dlaczego media lansują przede wszystkim jazzowe i soulowe gwiazdki, jakiś DJ'ów (nie wiem czy dobrze odmieniam) i całą tę techno - hip-hopową sieczkę? Jakiś elektroniczny chłam, którym zachwycają się niemal wszyscy. Albo ten koszmarny, współczesny metal czy tzw. neo prog-rock, który jest czymś najgorszym na świecie i wypacza zupełnie istotę prawdziwego progresywnego grania. Dlaczego w muzyce już od 20-30 lat liczy się ta cała plastikowa otoczka? Teraz przybiera to koszmarne wręcz rozmiary. O beznadziejnych i robionych bez inwencji okładkach płyt nawet szkoda wspominać. A wszystko to podane w cyfrowej, cybernetycznej, oszczędnej, niemal sterylnej oprawie. Coś strasznego. Czy obecnie ludzie naprawdę są aż tak pozbawieni gustu? Czy dzisiejsi twórcy muzyki nie mają odrobiny samokrytycyzmu i rzeczywiście uważają to co robią za dobre? Czy może jest to jeszcze jeden przejaw wyrachowania?

Tak więc takie i inne pytania kołaczą się w mojej głowie i pewno często będę do nich wracał na łamach tego bloga.
Ale jednak przede wszystkim będę pisał (jak tylko czas mi pozwoli) o płytach które zrobiły na mnie największe wrażenie, które po prostu kocham i bez których nie wyobrażam sobie żyć.