poniedziałek, 13 września 2010

NOWOŚCI

Informacja z przedostatniej chwili.
Dopiero co, bo około trzech miesięcy temu, ukazało się kompaktowe wznowienie płyty Stonewall zrealizowane przez bliżej mi nieznaną wytwórnię Kismet. Czyli moje prośby zostały wysłuchane. Ciekaw jestem, jak się nowa edycja prezentuje.

Natomiast kolejną sensacyjną sprawą jest reedycja jedynej płyty szwedzkiej grupy Panta Rei oryginalnie wydanej przez tamtejszy oddział EMI Harvest w 1973 roku. Najnowsza wersja ukazała się dzięki Golden Pavilion Records. Prawdopodobnie jest to pierwsze oficjalne wznowienie tego tytułu. Szkoda tylko, że płyta dostępna jest wyłącznie jako LP. Żeby było zabawniej, to zgodnie z duchem czasu nakład jest limitowany. Obecnie standard. 600 egzemplarzy na klasycznym czarnym winylu i 100 egzemplarzy na winylu czerwonym.

Nie do końca rozumiem tę modę, aby wszystko było limitowane. Zapewne chodzi o zmobilizowanie ludzi do zakupu towaru i taki limitowany nakład ma być teoretycznie odpowiednim wabikiem. Tylko po co? Przecież jak nakład jest mały, to i tak dochód będzie znikomy. Ale jestem też w stanie zrozumieć, że wydawnictwa ze starą i zapomnianą rockową spuścizną nie są czymś pożądanym przez wszystkich zjadaczy chleba.
Tylko mam dziwne wrażenie, że ta maniera nie tylko płyt dotyczy. Mimo wszystko cieszmy się tym co jest.

piątek, 10 września 2010

LOOK AT THE SUN

PRECIOUS SECONDS THOUGHT GONE FROM THE BRITISH UNDERGROUND 1967 - 1970




1. ‘Saturday Club’ LP Of The Week’ Introduced By Keith Skues
Broadcast on ‘Saturday Club’, July 1968

2. The Murder Of Lewis Tollani – KALEIDOSCOPE
Recorded For ‘Top Gear’, 13th December 1967

3. Reactions Of A Young Man – ELMER GANTRY’S VELVET OPERA
Recorded For ‘Top Gear’, 3rd November 1967

4. Toymaker’s Shop – LOUISE
Acetate, Recorded 1967

5. A Kaleidoscope Of Colours – THE ONYX SET
From Tape Of Session Recorded At Bob Potter’s Studio, Late 1967

6. Faintly Blowing – KALEIDOSCOPE
Recorded For ‘Top Gear’, 13th December 1967

7. Does It Really Matter – THE GLASS OPENING
Plexium Label Single, Released July 1968

8. Look At The Sun – LOUISE
Acetate, Recorded 1967

9. The Fool – THE GLASS OPENING
Acetate, Recorded 1968

10. You’ve Gotta Be With Me – THE ONYX SET
From Tape Of Session Recorded At Bob Potter’s Studio, Late 1967

11. Without Her – COCONUT MUSHROOM
Emidisc Acetate, Recorded 1968

12. Flames – ELMER GANTRY’S VELVET OPERA
Recorded For ‘Saturday Club’, 16th January 1968

13. Dust My Blues – THE GLASS OPENING
Emidisc Acetate, Recorded 1968

14. Cross Cut Saw – THE FLEUR DE LYS
Recorded For ‘Top Gear’, 11th October 1967

15. Better By You, Better Than Me – GRADED GRAINS
Acetate Recorded In Paris, December 1969

16. Love’s Gone Bad – THE GLASS OPENING
Emidisc Acetate, Recorded 1968

17. Call Me Lightning – COCONUT MUSHROOM
Emidisc Acetate, Recorded 1969

18. Uptown And Downtown – THE ELASTIC BAND
Acetate Recorded At Deroy Sound Service studio, Early 1970

19. Highways – T2
Recorded For ‘Sounds Of The Seventies’, 14th October 1970

20. Careful Sam – T2
Recorded In The Marquee Club Studio And Broadcast On ‘Disco 2’, 31st October 1970


Wytwórnia Top Sounds Records jest naprawdę genialna. Rok temu wydała trzyczęściową serię pod wspólnym tytułem 'Shapes And Sounds' z nagraniami z drugiej połowy lat sześćdziesiątych dokonanymi przez BBC na potrzeby prezentacji radiowych i według mnie był to materiał więcej niż sensacyjny. Przede wszystkim wszystkie zespoły grały na żywo wykonując piosenki, których częstokroć nie umieszczały na płytach studyjnych, jeśli takowe udało się w ogóle stworzyć. Poza tym wszystkie formacje pochodziły z muzycznego podziemia, tak więc nie było tutaj popularnych nazw, a wyłącznie wykonawcy od dawna zapomniani, którymi obecnie fascynują się zazwyczaj miłośnicy klasycznego rocka. Najważniejszy zaś jest fakt, że owe nagrania w większości przypadków zostały oficjalnie opublikowane po raz pierwszy.
Jako suplement dodano kompilacyjny 'Alphabeat'. Tym razem materiał obejmował pochodzące z acetatów, do tej pory nie wydane, studyjne rarytasy przeróżnych, równie zapomnianych zespołów.
Właściwie to powinienem opisać te cztery płyty już dawno temu.

Tym razem wytwórnia Top Sounds Records postanowiła zaskoczyć wszystkich kolejnym zestawem rzadkich nagrań dla BBC oraz sporą ilością materiału pochodzącego z acetatów.

Muszę uczciwie przyznać, że wytwórnia wyjątkowo rozpieszcza melomanów. Tak jak poprzednio kompilacja ukazała się w dwóch wersjach - CD i LP. CD zawiera dwa nagrania więcej. Do LP dołączono singla z dwoma nagraniami T2. Całość obowiązkowo zawiera dużą kilkunastostronicową książkę z mnóstwem informacji, zdjęć oraz wycinków prasowych. Prawdziwa uczta dla oka.
Ponad to nalepki na płycie są reprodukcjami oryginalnych nalepek. Duża płyta zawiera nalepkę będącą odpowiednikiem brytyjskiego oddziału wytwórni MGM, zaś nalepka na singlu jest kopią nalepki, która zdobiła stare BBC Transcription, czyli płyty, które zawierały właśnie materiał przeznaczony do prezentacji radiowej. Takie płyty są obecnie bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów, gdyż wydawane były w nakładzie stu egzemplarzy, jeśli nie mniejszym.

Przytłaczająca większość zawartych tutaj utworów to istna rewelacja. Prawdziwą niespodzianką są dwa nagrania T2. Oba dotąd dostępne tylko na unikalnych płytach BBC Transcription. Po raz kolejny można usłyszeć i przekonać się, jaką stratą dla świata muzyki rockowej był rozpad tego fenomenalnego tria.
Uważam także, że wielu wykonawców w tych radiowych występach prezentowało się znacznie lepiej niż na studyjnych dokonaniach.

Ponieważ przez cały czas pisałem tylko peany pochwalne na cześć wytwórni Top Sounds Records,  czas najwyższy ich trochę zbesztać. Nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił. Mam na myśli mianowicie wkładki na płyty w wydaniu LP. Co za imbecyl wygenerował ze swojej głowy koncepcję wsuwania winylowych płyt do czegoś tak chropowatego i twardego? Przecież już przy pierwszej próbie wysunięcia płyty z tak sztywnej koperty, niemożliwością jest nie uszkodzić delikatnej powierzchni winylu. Jest to jedyny, niestety znaczący mankament tego wspaniałego wydawnictwa.

Tak więc za sam pomysł całości należą się laury, natomiast za wkładki na płyty winylowe proponuję rzucić pomysłodawcę na pożarcie lwom.

piątek, 3 września 2010

BOBAK JONS MALONE

MOTHERLIGHT (1970)




1. Motherlight
2. On A Meadow - Lea
3. Mona Lose
4. Wanna Make A Star Sam
5. House Of Many Windows
6. Chant
7. Burning The Weed
8. The Lens


Jesień objawiła się tak nagle jakby ktoś jednym zdecydowanym cięciem rozciął słońca kurtynę, a tuż za nią objawiła się zasłona deszczu. Koniec lata, zmiana scenografii. Właściwie od kilku dni nieustannie pada deszcz, ale mnie to nie przeszkadza, miałem już dosyć lata i upałów.
Teraz kiedy piszę te słowa krótkotrwałe pojawienie się deszczu rozgoniły promienia słońca.

Ale dość tych meteorologicznych opisów.
Na początek wrześniowej aury przedstawię płytę, której nazwa i tytuł wywołują niemal zawsze zamieszanie. Przyjmijmy jednak, że nazwa grupy to nazwiska twórców płyty, czyli Mike Bobak, Andy Johns (opisany błędnie jako Andy Jons) oraz Wilson Malone. Bobak Jons Malone. Tytuł płyty pochodzi zaś od tytułu kompozycji, rozpoczynającej album. Proste.

Nie jest to dokonanie wybitne, nie jest to także muzyka, która sprawia, że inaczej zaczynamy postrzegać świat dźwięków. Dlaczego więc zdecydowałem się wspomnieć o tej zapomnianej płycie? Jest tutaj bowiem przynajmniej jeden wspaniały moment, czyli 'House Of Many Windows'. Rozpoczynający się od potężnego akordu fortepianu utwór zachwyca wspaniałą, pełną optymizmu melodią urozmaiconą podniosłym organowym interludium w stylu Procol Harum. W finale pojawia się parafraza kilku taktów zaczerpniętych z głównego tematu muzycznego z filmu 'Magnificent Seven' ('Siedmiu Wspaniałych'). Piosenka zagrana została z użyciem fortepianu, organów Hammonda oraz perkusji i gitary basowej. Mnie 'House Of Many Windows' kojarzy się z późniejszymi dokonaniami Genesis.

Był to jednocześnie jedyny taki utwór na płycie. Większość nagrań odznaczała się niezbyt wyszukanymi melodiami oraz czasem wręcz skrajną prostotą rytmów.
Dziwna to płyta, muzycy chyba bardziej położyli nacisk na tworzenie odpowiedniej, dość złowieszczej atmosfery nagrań niźli na bogactwo wątków melodycznych czy harmonii. Tak więc pomimo faktu, że nagrania takie jak 'Mona Lose' czy 'On A Meadow - Lea' potrafią oczarować swoim tajemniczym nastrojem, budowanym głównie na fundamentach fortepianu i organów Hammonda, to jednak samo wykonanie bywa w wielu momentach nużące. Dwa - trzy akordy, które tworzą melodię, powtarzane są z namaszczeniem przez cały czas trwania nagrania, tu i ówdzie wzbogacane dźwiękami gitary lub różnego rodzaju wstawkami instrumentów klawiszowych, niekiedy niemal kakofonicznych. W taki sposób koncypowany jest właściwie każdy kolejny utwór, co może się podobać i ma to swój urok, ale w niektórych momentach może jednak irytować do granic wytrzymałości.

Wystarczy posłuchać 'Chant' z dysonansowym wstępem, który później przeistacza się w jakieś trywialne przyśpiewy. Również lekko irytujący jest nijaki 'Wanna Make A Star, Sam' oparty chyba na jednym dźwięku gitary, ponownie dla zmyłki uatrakcyjniany krótkimi i dość mdłymi ornamentami tegoż instrumentu, na dodatek piosenka zaśpiewana jest kompletnie bez polotu. Nie mam pojęcia, czy miał być to zamierzony efekt, ale chyba tak, bo Wilson Malone wszystkie piosenki tutaj zawarte śpiewa tym jakby zmęczonym, anemicznym głosem.
Ewidentnie niedopasowany do całości jest natomiast bezpretensjonalny 'Burning The Weed'. Czyżby pastisz muzyki country?

Strasznie zjechałem 'Motherlight', muszę jednak nadmienić, że pomimo tych wszystkich mankamentów - co jest w tym wszystkim najdziwniejsze - tego albumu słucha się naprawdę przyjemnie. Melodie we wspomnianych 'Mona Lose' i 'On A Meadow - Lea', czy w nagraniu tytułowym, chociaż skromnie opracowane, potrafią wryć się w pamięć. Ale przede wszystkim urzeka ten mroczny klimat, który pojawia się w tych trzech - czterech nagraniach.

Konkludując. Proszę się nie zrażać moim pisaniem, gdyż jest to wyłącznie moja opinia, kogoś innego muzyka Bobak Jons Malone może zachwycić. W świecie to jedyne przedsięwzięcie nagrane przez dwóch etatowych inżynierów dźwięku (Mike Bobak i Andy Johns) oraz byłego muzyka grupy Orange Bicycle (Wilson Malone), cieszy się ogromną estymą i oczywiście jako oryginalny LP wydany przez Morgan Blue Town jest upragniony przez niemal wszystkich miłośników klasycznej rockowej muzyki.
Po za tym tutaj jest ponadczasowy 'House Of Many Windows' i to jest chyba wystarczający powód by sięgnąć po tę płytę.

czwartek, 15 lipca 2010

THE COMMON PEOPLE

OF THE PEOPLE BY THE PEOPLE FOR THE PEOPLE FROM... (1969)

Zamiast opisywać płyty ostatnio ugrzązłem w muzyce folkowej. Ki diabeł mnie kusi, żeby ciągle odchodzić od tego, co najważniejsze na stronę tego, co również ważne i intrygujące, ale...właściwie to nie mam żadnych argumentów, aby się bronić. Muszę bowiem uczciwie przyznać, że folk jest czymś niebywałym, cudownie się tego słucha. Zajmę się tym tematem przy okazji.

Muszę nadmienić, że od wielu lat w świecie panuje zwrot na klasyczny folk-rock. Kolekcjonerzy wydają fortuny na stare i oryginalne wydania płyt z muzyką folkową, natomiast nowe wytwórnie co rusz wypuszczają na rynek wznowienia jakichś zapomnianych pereł związanych z tym nurtem. Również dałem się ponieść na fali tej mody, ale wcale nie dlatego, żeby być na czasie. Po prostu uważam, że to jest piękna kraina, do której warto się wybrać. Na całe szczęście jeszcze nigdy do żadnej muzyki nie musiałem się zmuszać, zawsze słuchałem tylko tego, co mojej duszy odpowiadało.

Aha. Może właśnie ze względu na ten folkowy zryw, za granicą tak wielką popularność zyskała Kapela Ze Wsi Warszawa? Rzecz jasna w naszym pięknym kraju panuje znieczulica na stare folkowe dokonania, z których Kapela Ze Wsi Warszawa czerpie pełnymi garściami. My preferujemy inne dźwięki.





1. Soon There'll Be Thunder
2. I Have Been Alone
3. Those Who Love
4. Go Every Way
5. Why Must I Be
6. Take From You
7. They Don’t Even Go To The Funeral
8. Feeling
9. Girl Said Know
10. Land Of A Day
11. This Life She Is Mine


Skład


Denny Robinett - Vocal, Guitar
John Bartley III - Guitar
Michael McCarthy - Bass Guitar
Jerrald Robinett - Drums
William Fausto - Piano, Organ


Ale dość tego wstępu. Dzisiaj będę przynudzał na inny temat.

Jedyny album The Common People jest jedną z trzech płyt zrealizowanych w 1969 roku przez Capitol Records, która stawiana jest w jednym szeregu obok wydanych wówczas albumów Gandalf i Food. W pierwszych trzech nagraniach panuje żałobny nastrój, ale także kilka następnych kompozycji pobrzmiewa nutą melancholii, przepełnione są smutkiem. Może być sporym i przygnębiającym zaskoczeniem dla tych, którzy po całym dniu pracy szukają ukojenia. The Common People to muzyka przygnębiająca, zwłaszcza wspomniane trzy pierwsze nagrania.

Doskonale zaaranżowane na zespół rockowy i sekcję instrumentów smyczkowych ballady zadziwiają zawartą w nich goryczą. Płytę otwiera refleksyjny 'Soon There’ll Be Thunder' z grającymi wysokie dźwięki smyczkami oraz łkającą gitarą w tle i lekko zachrypniętym, zbolałym głosem wokalisty.
Na podobnej zasadzie zbudowane są dwa kolejne utwory. 'I Have Been Alone' to przenikające się dźwięki dwóch gitar, z których jedna gra w delikatnie jazzowym stylu, natomiast zagrywki drugiej gitary przywodzą na myśl muzykę Jefferson Airplane. Całość ozdobiono partią instrumentów smyczkowych, natomiast, co jakiś czas, dość spokojna melodia zaburzana jest niepokojącym, zagranym w rytmie marsza motywem.
Z kolei 'Those Who Love' utrzymany w minorowej tonacji poprzednich nagrań, zagrany został w wolnym rytmie i ozdobiony wibrującą partią skrzypiec grającą jakby w oddali i nadającą piosence folkowy odcień. Muszę przyznać, że słuchanie tych trzech kompozycji to uczta dla zmysłów.

W dalszych utworach zespół pozwolił sobie już na większą swobodę i większe zróżnicowanie - dla przykładu niektóre nagrania zdradzały bardziej rockowe inklinacje The Common People. Nie chcę też przez to powiedzieć, że następne piosenki są słabsze. Świetnie wypadają zwłaszcza dwa nagrania. Dosyć prosty 'Go Every Way' to typowe dla tej płyty mocno wybijane akordy gitary, tutaj wzbogacone wysuniętym na plan pierwszy pianinem oraz sfuzzowaną gitarą. Takt całości natomiast nadaje puls gitary basowej oraz - jeśli się nie mylę - bęben basowy. Niezbyt to może wyszukane, ale mnie się podoba.
Jednak znacznie bardziej cenię sobie 'Take From You' - przepiękna melodia grana przez gitary i zharmonizowane głosy wspomagające śpiewającego pełnym smutku głosem wokalistę. Wszystko to wsparte znacznie żywszym rytmem niż inne nagrania tutaj zawarte.

Zupełnie odmienny charakter od reszty repertuaru posiadała humorystyczna piosenka 'They Don’t Even Go To The Funeral' nawiązująca do 'Yellow Submarine' The Beatles - czyli różnego rodzaju radosne zaśpiewy okraszone pogodnymi dźwiękami trąbki. Także tekst dotyczył kwartetu z Liverpoolu. Był to jednocześnie chyba najsłabszy moment płyty, a szkoda, bo tytuł nagrania obiecywał coś bardziej gorzkiego, coś w stylu któregoś z pierwszy trzech nagrań.

'Of The People By The People For The People From...' to płyta intrygująca i bez wątpienia zasługująca na odkrycie. W porównaniu do płyt Gandalf i Food może nieco skromniej wyprodukowana, ale posiadająca równie tajemniczy klimat.

MONOLOG WEWNĘTRZNY

Wciąż dodaję kolejne okładki. Wciąż mam pomysły na kolejne płyty do opisania. Tylko, że upał konsekwentnie zniechęca do przelewania swoich myśli na ekran monitora. Człowiek jest przez cały czas mokry jakby wyszedł prosto z wody. Mimo, że mam wiele przemyśleń na temat poszczególnych albumów, to jednak rozpływają się one w tej duchocie.
Mam nadzieję, że jak tylko się to skończy (zapewne zwieńczone burzą) to znowu dopiszę to i owo, zwłaszcza że utknąłem z wpisem do płyty Pretty Things 'S.F. Sorrow'. Nie liczę już nawet wcześniejszych rozpoczętych opisów, a także tych tytułów, których nawet nie musnąłem.
Ale pośpiechu nie ma. Byleby się ten upał skończył jak najprędzej. Na dodatek czeka mnie wyjątkowo pracowity tydzień. Ale może nie będzie tak źle. Oby do sobotniego popołudnia.

sobota, 10 lipca 2010

FIVE DAY RAIN (1970)

W tamtych czasach PRYWATNE TŁOCZENIE było praktyką dosyć często stosowaną przez zespoły, które chciały zwrócić na siebie uwagę wytwórni płytowych. Własnym - przeważnie niewielkim - kosztem rejestrowały materiał, który dzisiaj określilibyśmy jako DEMO.

W zależności od możliwości tak muzyków, jak i studia, w którym powstawał materiał, takie nagrania prezentowały bardzo różnorodny poziom. Five Day Rain tworzyli instrumentaliści nie tylko bardzo utalentowani, ale także posiadający zdolność do komponowania naprawdę dobrych piosenek. Można się wręcz zadumać nad tym, jak to możliwe, że żadna wytwórnia nie wykazała grupą zainteresowania. Zadziwia bowiem nie tylko wykonawstwo, co także strona techniczna całości nagranej w renomowanym IBC Studios pod okiem dwóch doświadczonych inżynierów dźwięku - Damona Lyon-Shawa oraz Briana Carrolla.





1. Marie’s A Woman
2. Don’t Be Mislead
3. Good Year
4. Fallout
5. Leave It At That
6. The Reason Why
7. Sea Song
8. Rough Cut Marmalade
9. Lay Me Down
10. Too Much Of Nothing

IRON PROPHET

1. Antonia
2. So Don’t Worry
3. The Boy
4. Wanna Make Love To You

Skład

Rick Sharpe - Guitars, Vocals, Harmonica, Percussion
Graham Maitland - Keyboards, Accordeon, Vocals
Clive Shepherd - Bass, Vocals
Kim Haworth - Drums


Zespół przedstawił stosunkowo zwięzłe rockowe utwory noszące melancholijny, romantyczny i balladowy charakter, ale nie wolne od wpływów ciężkiego rocka.
Repertuar zaaranżowano z użyciem typowych dla tego okresu instrumentów - wiodącą rolę powierzono organom Hammonda i gitarze elektrycznej. W kilku piosenkach prym wiódł fortepian. Z tego rodzaju muzyką doskonale współgrał pełen ciepła, rozmarzony śpiew Ricka Sharpe'a.

Właściwie każda z kompozycji przykuwa uwagę. Podniosłą atmosferę w wyjątkowej urody dynamicznym 'Good Year' budowały dźwięki melotronu oraz gitary stalowej. Utwór ozdobiono oszczędną, autentycznie przepiękną zagrywką gitary elektrycznej. Zagrana w szybkim tempie ballada 'Don’t Be Mislead' za podstawę miała liryczny temat grany na fortepianie, z którym kontrastowała schowana na drugim planie całkiem ostro brzmiąca gitara.
Pobrzmiewającą sentymentalną nutą piosenkę 'Sea Song' wzbogacono szumem morskich fal i krzykiem mew. Zaśpiewana z akompaniamentem fortepianu i zaaranżowana na głosy poetycka miniatura 'Lay Me Down' czarowała smutną aurą.

Z kompozycji bliższych estetyce ówczesnego rocka warto wymienić 'Marie’s A Woman'. Przesterowana gitara i ciężkie tony organów Hammonda stworzyły atmosferę wzorcową dla tego typu dokonań. Inny przykład to 'The Reason Why' z przetworzonym głosem wokalisty.
Przede wszystkim zaś trzeba wskazać najbardziej rozbudowany, instrumentalny 'Rough Cut Marmalade' posiadający w sobie hard-rockową intensywność. Już niepokojący, futurystyczny wstęp robi duże wrażenie. Wyjątkowo żywiołowy i pełen ruchliwości utwór zachwyca pełnymi swobodny improwizacjami gitarzysty oraz granymi z fantazją partiami organów Hammonda. Przez całe nagranie przewijają się pulsujące, zniekształcone dźwięki syntezatorów Mooga, co daje kompozycji nieco awangardowy posmak.

Zespół wykonał także przeróbkę piosenki Boba Dylana 'Too Much Of Nothing'. W pierwszej części niezwykle pogodną, niemal folkową. W finale zaś przeradzającą się w pełną zadumy kantylenę.

Warto dodać, że w sesji wzięło udział kilku dodatkowych muzyków. Wśród nich wokalistka Sharon Tandy znana ze współpracy z rewelacyjną formacją Les Fleur De Lys, która jako zespół akompaniujący pojawiła się na dwóch piosenkach sygnowanych imieniem i nazwiskiem artystki 'Hold On' i 'Daughter Of The Sun'.





Pozbawione pierwotnie okładki i wydane w nakładzie ledwie DWUDZIESTU PIĘCIU egzemplarzy dokonanie stało się podstawą dwóch reedycji, dzięki którym miłośnicy starego rocka mogli ten przepiękny album odkryć.

W 2001 roku album, ozdobiony atrakcyjną ilustracją, wydała wytwórnia Background (Wielka Brytania). Natomiast w 2006 roku wydawnictwo Night Wings Records (Włochy) wznowiło ten tytuł w innej - chociaż równie baśniowej - kopercie oraz dołączyło kilka nagrań, dzięki temu można usłyszeć nie tylko cały materiał, jaki grupa zarejestrowała w 1969 roku, ale także cztery nagrania powstałe nieco wcześniej (pod nazwą IRON PROPHET).

Odnoszę jednak wrażenie, że Five Day Rain wciąż czeka na należne mu miejsce w panteonie rockowej klasyki.

poniedziałek, 5 lipca 2010

FOOD

FOREVER IS A DREAM (1969)

Próbuję zminimalizować rozwlekłe opisy i nadać im jakiś charakter i kształt, ale idzie mi to jak po grudzie. Na dodatek cały sierpień był nie do wytrzymania przez te permanentne upały, w efekcie czego przebimbałem prawie cały okres letni. Może trochę przesadzam, jednak nie da się ukryć, że w sierpniu nie napisałem choćby jednego zdania, nie ruszyłem nawet palcem, aby dodać jakiś wpis czy okładkę płyty. Najzwyklejsze lenistwo spowodowane niesprzyjającą pogodą.

Słowem, zaniedbuję bloga, ale na pewno nie zaniedbuję muzyki. Przez ten czas udało mi się poszerzyć nieco kolekcję różnymi nowymi tytułami, na które zagiąłem parol już dawno temu, jednak zawsze coś sprawiało, że moment ich nabycia, ku mojemu niezadowoleniu, oddalał się znacznie. Cóż, takie życie. W każdym razie na skromne zrecenzowanie czeka kilka ciekawych albumów. Rzecz jasna wśród nabytków nie mogło też zabraknąć odrobiny rzeczy słabszych lub - nazwijmy rzecz po imieniu - chłamu. Ryzyko wliczone w koszta, a nie jestem entuzjastą odsłuchiwania muzyki w internecie.





1. Forever Is A Dream
2. Naive Prayers
3. No
4. Lady Miss Ann
5. Fountain Of My Mind
6. Coming Back
7. What It Seems To Be
8. In The Mirror
9. Marbled Wings
10. Traveling Light
11. Leaves
12. Here We Go Again


Skład


Steve White - Vocals
Bill Wukovich - Guitar
Erick Scott Filipowitz - Bass Guitar
Barry Mraz - Drums
Ted Ashford - Keybords


Jak łatwo zauważyć okładkę płyty Food dodałem już w lipcu. Te stare okładki były kapitalne, niekiedy tak mało pociągające, wręcz odstręczające, że aż trudno uwierzyć, albo inaczej - mnie okładka 'Forever Is A Dream' podoba się bardzo, ale wiem, że dla przeciętnego nabywcy tych czterech niezbyt atrakcyjnie wyglądających chłopaków widniejących na zdjęciu i uśmiechających się od ucha do ucha może być słabą zachętą do nabycia tej akurat płyty.
Kiedyś uważałem, że Amerykanie wyglądają niczym ze snu, że są najpiękniejsi i najatrakcyjniejsi na świecie. Cóż, okazuje się, że jednak niekoniecznie, że byli urodziwi tak samo jak mieszkańcy naszego kraju w tamtych czasach. Co za rozczarowanie.

Teraz kiedy już wyrzuciłem z siebie to, co mi leżało na wątrobie, a co z muzyką ma niewiele wspólnego, mogę z niemałym zapałem przystąpić do opisywania niniejszej płyty. Okazuje się jednak, że jest to ciężkie jak gacie z ołowiu, bo co można napisać na temat muzyki, tak żeby nie popaść w banał i przy jednoczesnym braku niezbędnej wiedzy muzycznej?

Jedno jest pewne - za niepozorną okładką, kryje się muzyka nad wyraz udana.

Ton tej wysublimowanej i bogatej pod względem kolorystycznym płycie nadawał utwór tytułowy, w nagraniu wykorzystano delikatne dźwięki fortepianu, gitary akustycznej oraz cieniującej atmosferę gitary elektrycznej, a w refrenie wzbogacono partią trąbki. Całość ozdobiono intrygującym interludium z użyciem sprzężonej - tak przynajmniej podejrzewam - gitary elektrycznej wspartej przez sekcję instrumentów smyczkowych. Kompozycja niemal bezpośrednio przechodziła w skrajnie odmienny, ostry 'Naive Prayers' z przesterowaną gitarą w roli głównej. Pogodny i zaśpiewany wyłącznie z akompaniamentem gitary akustycznej 'Lady Miss Ann' to ukłon w stronę twórczości duetu Simon And Garfunkel.
Dla odmiany utrzymany w onirycznej atmosferze 'Fountain Of My Mind' przywoływał skojarzenia z dokonaniami Pink Floyd z okresu płyty 'More'.

Nie będę wymieniał i opisywał wszystkich piosenek, które znalazły się na tej urzekającej płycie, największą uwagę przykuwa 'What It Seems To Be', nagranie, które stanowi doskonały przykład ambitnej muzyki pop. Piosenkę opracowano z użyciem między innymi gitary akustycznej, fortepianu oraz sekcji instrumentów dętych, zaś w środkowej części dodano solową partię fletu poprzecznego. Kompozycja uwodziła słuchacza charakterystyczną dla płyty senną aurą oraz leniwym, ale pełnym emocji śpiewem. To wszystko prowadziło do ekstatycznego, podniosłego i przejmującego finału.

Obok 'Forever Is A Dream' oraz 'Leaves' jest to centralny punkt tego albumu.





Z tego, co się orientuję zespół nic więcej po sobie nie pozostawił, żadnych niepublikowanych nagrań, żadnego singla. Tak więc należy się cieszyć tym jednym wspaniałym dziełem. Zapewniam jednak, że z każdym przesłuchaniem płyta zyskuje jeszcze bardziej i nie sposób się znudzić muzyką na niej zawartą.

Na koniec jeszcze ważna informacja - oryginalny LP wydany przez Capitol Records jest tylko odrobinę łatwiejszy do zdobycia niż płyty kolegów z Common People czy równie rzadki Gandalf. Za zbliżony do ideału egzemplarz trzeba wysupłać około 200 dolarów, ale bez wątpienia warto i w tym przypadku nie jest to wygórowana cena.