Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1967. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1967. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 października 2018

ACTION

ROLLED GOLD 1967



Na przełomie lipca i sierpnia tego roku wznowiony został przez wydawnictwo Guerssen Records od dawna już niedostępny album grupy Action "Rolled Gold". Ponieważ płytę opisałem już jakiś czas temu, dodam jedynie, że obecnie tytuł dostępny jest tylko jako LP ozdobiony bardzo ładną, pojedynczą okładką, więc prezentuje się nieco skromniej niż poprzednia wersja, wydana w okładce rozkładanej, ale jednocześnie bliższa jest wydawnictwom z Wielkiej Brytanii z lat sześćdziesiątych.

Bez wątpienia wytwórnia stanęła na wysokości zadania, dzięki czemu znowu można sięgnąć po to wyjątkowe dokonanie, do czego zachęcam zwłaszcza tych, którzy nie zdołali nabyć poprzednich wydań tej płyty. To jest pozycja podstawowa.


poniedziałek, 18 kwietnia 2011

KALEIDOSCOPE

TANGERINE DREAM 1967


W grupie pokładano spore nadzieje, których jednak kwartetowi nie udało się spełnić. Piosenki singlowe były często prezentowane przez stacje radiowe. Sam zespół zaliczył kilka sesji nagraniowych dla radia BBC. Prasa pisała entuzjastyczne recenzje ich płyt. Jednak to wszystko nie przyniosło oczekiwanego sukcesu. Dlaczego? Mogę tylko zgadywać.

Może zabrakło elementu zaskoczenia, czegoś oryginalnego? Kwartet tworzył będąc pod wpływem fascynacji twórczością Bee Gees i Pink Floyd, nie potrafił jednak wypracować własnego stylu. W dodatku często w nagraniach Kaleidoscope zanikał pierwiastek rocka, a nagrania stawały się zbyt delikatne, bajkowe. Ten argument nie jest może w pełni przekonywający, wszak wspomniany Bee Gees zasłynął dzięki muzyce częstokroć wyraźnie odchodzącej od rockowej stylistyki, pełnej dostojeństwa niezbyt kojarzącego się z muzyką adresowaną do młodego odbiorcy. Daleko tutaj było do zgiełku rodem z nagrań The Jimi Hendrix Experience czy Cream.
Inny bardziej prozaiczny powód to być może niezbyt atrakcyjne aparycje młodzieńców, którzy współtworzyli Kaleidoscope. To się może wydawać absurdalne, ale przecież nie od dzisiaj wiadomo, że ci którzy słuchają muzyki popularnej - czyli przede wszystkim młodzież - ogromną wagę przywiązuje do warstwy wizualnej.





1. Kaleidoscope
2. Please Excuse My Face
3. Dive Into Yesterday
4. Mr. Small, The Watch Repairer Man
5. Flight From Ashiya
6. The Murder Of Lewis Tollani
7. (Further Reflections) In The Room Of Percussion
8. Dear Nellie Goodrich
9. Holidaymaker
10. A Lesson Perhaps
11. The Sky Children


Skład


Eddie Pumer – Lead Guitar, Keyboards
Steve Clark – Bass Guitar, Flute
Danny Bridgman – Drums, Percussions
Peter Daltrey – Keyboards, Vocal


Dość tych mętnych wywodów.
Tytuł debiutanckiego LP zapewne dla wielu brzmi znajomo. Otóż nie wiadomo, czy to zbieg okoliczności, czy też słynna niemiecka grupa zetknęła się z tym albumem.

Na 'Tangerine Dream' nie ma nawet cienia muzyki elektronicznej, to muzyka z pogranicza ambitnego popu oraz eksperymentalnego rocka i z odrobiną wpływów folkowych. To wszystko razem spowite jest bajkową aurą.
Punktem centralnym jest tutaj moim zdaniem 'Flight From Ashiya'. Piosenka zaczyna się od potężnego akordu fortepianu, po czym pojawia się zagrywka gitary w wysokich rejestrach nadająca całości nieco orientalnego charakteru. Zagrany w powolnym rytmie utwór wzbogacono pojawiającą się w tle i potęgującą wrażenia niesamowitości wokalizą bez słów. Wydana na singlu 'Flight From Ashiya' i ozdobiona - co wtedy było rzadkością - piękną, kolorową okładką nie wzbudziła większego zainteresowania i piosenka przebojem się nie stała.

Nie będę opisywał wszystkich umieszczonych na płycie nagrań. Opiszę tylko te, które mnie najbardziej przypadły do gustu lub zwróciły moją uwagę.
Pierwszy na płycie 'Kaleidoscope' to potężny, rytmiczny utwór we wstępie wzbogacony prostymi dźwiękami fortepianu. Przez cały czas rolę wiodącą pełniła mocna perkusja. Przeciwieństwem był 'Please Excuse My Face' - wyciszony, akustyczny fragment mogący nasuwać skojarzenia z twórczością duetu Simon And Garfunkel.

Kolejnym ciekawym punktem płyty był 'Dive Into Yesterday', piosenka okraszona gitarowymi trylami oraz nagłymi spowolnieniami, którym rytm nadawały uderzenia w werbel. Zespół zacytował także kilka wersów z wcześniejszego nagrania 'Kaleidoscope'.
W 'The Murder Of Lewis Tollani' zwrotka to senne i niemal rozpływające się dźwięki. Refren zaś to zupełnie odmienny, chwytliwy krótki motyw.

Pełne słodyczy kompozycje jak refleksyjny 'Dear Nellie Goodrich' oraz pogodny 'Holidaymaker' ukazywały Kaleidoscope jako grupę skłonną do wycieczek w stronę zdecydowanie popowej odmiany rocka. W pierwszym z tych nagrań aranżację wzbogacono partiami pianina. Utwór ten zdradzał zauroczenie folkiem - czyli coś z pogranicza dokonań amerykańskiego kwartetu The Byrds oraz szkockiego barda Donovana. W 'Holidaymaker' wprowadzono naturalistyczny efekt dźwiękowy w postaci hałasów towarzyszących dziecięcym zabawom.

'A Lesson Perhaps' był rodzajem baśniowej opowieści z tłem gitary klasycznej.
Płytę kończył najdłuższy w zestawie, pełen optymizmu 'The Sky Children' ponownie ujawniający zamiłowanie grupy do łączenia folkowych melodii z popowymi aranżacjami. Zawsze, gdy tego słucham, odnoszę wrażenie, że utwór powstał pod wpływem sławetnego 'San Francisco (Be Sure To Wear Flowers In Your Hair)', którego autorem był John Phillips z The Mamas And The Papas.

Tak więc materiał na płycie posiada swój czar i wdzięk. Proste, melodyjne piosenki dość łatwo wpadają w ucho, a jednocześnie posiadają tę lekko eksperymentalną otoczkę. Całości brakuje jednak wyrazu i razi duża nijakość repertuaru, ponadto razić może ciążące nad nagraniami infantylizm i słodycz.

Mimo niepowodzenia 'Tangerine Dream' zespół pod szyldem Kaleidoscope nagrał w 1969 roku kolejny album długogrający zatytułowany 'Faintly Blowing'. Oba, powstałe dla wytwórni Fontana Records, wydawnictwa nie zdobyły uznania publiczności. Natomiast wydany w roku 1970 LP 'From Home To Home' został zarejestrowany pod nazwą Fairfield Parlour dla ambitnej wytwórni Vertigo Records. Również bez odzewu.
Wkrótce potem grupa nagrała własnym kosztem materiał na niewydany wówczas album 'White Faced Lady', ale z braku zainteresowania jakiejkolwiek wytwórni zakończyła działalność. Materiał ten czekał na oficjalną publikację aż do 1991 roku, kiedy to został zrealizowany przez należącą do muzyków zespołu firmę The Kaleidoscope Record Company. Po latach całość wydała także zasłużona niemiecka wytwórnia Repertoire Records.

piątek, 10 września 2010

LOOK AT THE SUN

PRECIOUS SECONDS THOUGHT GONE FROM THE BRITISH UNDERGROUND 1967 - 1970




1. ‘Saturday Club’ LP Of The Week’ Introduced By Keith Skues
Broadcast on ‘Saturday Club’, July 1968

2. The Murder Of Lewis Tollani – KALEIDOSCOPE
Recorded For ‘Top Gear’, 13th December 1967

3. Reactions Of A Young Man – ELMER GANTRY’S VELVET OPERA
Recorded For ‘Top Gear’, 3rd November 1967

4. Toymaker’s Shop – LOUISE
Acetate, Recorded 1967

5. A Kaleidoscope Of Colours – THE ONYX SET
From Tape Of Session Recorded At Bob Potter’s Studio, Late 1967

6. Faintly Blowing – KALEIDOSCOPE
Recorded For ‘Top Gear’, 13th December 1967

7. Does It Really Matter – THE GLASS OPENING
Plexium Label Single, Released July 1968

8. Look At The Sun – LOUISE
Acetate, Recorded 1967

9. The Fool – THE GLASS OPENING
Acetate, Recorded 1968

10. You’ve Gotta Be With Me – THE ONYX SET
From Tape Of Session Recorded At Bob Potter’s Studio, Late 1967

11. Without Her – COCONUT MUSHROOM
Emidisc Acetate, Recorded 1968

12. Flames – ELMER GANTRY’S VELVET OPERA
Recorded For ‘Saturday Club’, 16th January 1968

13. Dust My Blues – THE GLASS OPENING
Emidisc Acetate, Recorded 1968

14. Cross Cut Saw – THE FLEUR DE LYS
Recorded For ‘Top Gear’, 11th October 1967

15. Better By You, Better Than Me – GRADED GRAINS
Acetate Recorded In Paris, December 1969

16. Love’s Gone Bad – THE GLASS OPENING
Emidisc Acetate, Recorded 1968

17. Call Me Lightning – COCONUT MUSHROOM
Emidisc Acetate, Recorded 1969

18. Uptown And Downtown – THE ELASTIC BAND
Acetate Recorded At Deroy Sound Service studio, Early 1970

19. Highways – T2
Recorded For ‘Sounds Of The Seventies’, 14th October 1970

20. Careful Sam – T2
Recorded In The Marquee Club Studio And Broadcast On ‘Disco 2’, 31st October 1970


Wytwórnia Top Sounds Records jest naprawdę genialna. Rok temu wydała trzyczęściową serię pod wspólnym tytułem 'Shapes And Sounds' z nagraniami z drugiej połowy lat sześćdziesiątych dokonanymi przez BBC na potrzeby prezentacji radiowych i według mnie był to materiał więcej niż sensacyjny. Przede wszystkim wszystkie zespoły grały na żywo wykonując piosenki, których częstokroć nie umieszczały na płytach studyjnych, jeśli takowe udało się w ogóle stworzyć. Poza tym wszystkie formacje pochodziły z muzycznego podziemia, tak więc nie było tutaj popularnych nazw, a wyłącznie wykonawcy od dawna zapomniani, którymi obecnie fascynują się zazwyczaj miłośnicy klasycznego rocka. Najważniejszy zaś jest fakt, że owe nagrania w większości przypadków zostały oficjalnie opublikowane po raz pierwszy.
Jako suplement dodano kompilacyjny 'Alphabeat'. Tym razem materiał obejmował pochodzące z acetatów, do tej pory nie wydane, studyjne rarytasy przeróżnych, równie zapomnianych zespołów.
Właściwie to powinienem opisać te cztery płyty już dawno temu.

Tym razem wytwórnia Top Sounds Records postanowiła zaskoczyć wszystkich kolejnym zestawem rzadkich nagrań dla BBC oraz sporą ilością materiału pochodzącego z acetatów.

Muszę uczciwie przyznać, że wytwórnia wyjątkowo rozpieszcza melomanów. Tak jak poprzednio kompilacja ukazała się w dwóch wersjach - CD i LP. CD zawiera dwa nagrania więcej. Do LP dołączono singla z dwoma nagraniami T2. Całość obowiązkowo zawiera dużą kilkunastostronicową książkę z mnóstwem informacji, zdjęć oraz wycinków prasowych. Prawdziwa uczta dla oka.
Ponad to nalepki na płycie są reprodukcjami oryginalnych nalepek. Duża płyta zawiera nalepkę będącą odpowiednikiem brytyjskiego oddziału wytwórni MGM, zaś nalepka na singlu jest kopią nalepki, która zdobiła stare BBC Transcription, czyli płyty, które zawierały właśnie materiał przeznaczony do prezentacji radiowej. Takie płyty są obecnie bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów, gdyż wydawane były w nakładzie stu egzemplarzy, jeśli nie mniejszym.

Przytłaczająca większość zawartych tutaj utworów to istna rewelacja. Prawdziwą niespodzianką są dwa nagrania T2. Oba dotąd dostępne tylko na unikalnych płytach BBC Transcription. Po raz kolejny można usłyszeć i przekonać się, jaką stratą dla świata muzyki rockowej był rozpad tego fenomenalnego tria.
Uważam także, że wielu wykonawców w tych radiowych występach prezentowało się znacznie lepiej niż na studyjnych dokonaniach.

Ponieważ przez cały czas pisałem tylko peany pochwalne na cześć wytwórni Top Sounds Records,  czas najwyższy ich trochę zbesztać. Nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił. Mam na myśli mianowicie wkładki na płyty w wydaniu LP. Co za imbecyl wygenerował ze swojej głowy koncepcję wsuwania winylowych płyt do czegoś tak chropowatego i twardego? Przecież już przy pierwszej próbie wysunięcia płyty z tak sztywnej koperty, niemożliwością jest nie uszkodzić delikatnej powierzchni winylu. Jest to jedyny, niestety znaczący mankament tego wspaniałego wydawnictwa.

Tak więc za sam pomysł całości należą się laury, natomiast za wkładki na płyty winylowe proponuję rzucić pomysłodawcę na pożarcie lwom.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

THE ATTACK

ABOUT TIME - DEFINITIVE MOD-POP COLLECTION 1967-1968



1. Any More Than I Do
2. Feel Like Flying (Making It)
3. Created By Clive (Radio Session Recording)
4. Try It
5. Go Your Way
6. Too Old
7. Colour Of My Mind
8. Lady Orange Peel
9. Sympathy For The Devil
10. Neville Thumbcatch
11. Strange House
12. Created By Clive
13. Mr Pinnodmy's Dilemma
14. Come On Up (Radio Session Recording)
15. Freedom For You
16. Hi-Ho Silver Lining
17. Magic In The Air (Watch With Mother)
18. Anything
19. We Don't Know


Jak sugeruje tytuł, jest to kompilacja. Kompilacja bardzo interesująca.
Grupie The Attack nigdy nie udało się nagrać płyty długogrającej, chociaż była bardzo blisko. Jest to kolejny przykład tego, jak wtedy funkcjonował przemysł muzyczny, który miał za nic raczkującą wówczas muzykę pop, albo raczej rodzącego się właśnie rocka. Nie od razu ten nowy muzyczny gatunek trafił na podatny grunt, droga była w tamtych czasach wyjątkowo wyboista, a składało się na to dużo czynników. Czasem oczywiście zawodził sam zespół, który najnormalniej w świecie nie miał siły przebicia. Muzycy, którzy nie wiedzieli ile pracy i wysiłku kosztuje próba odniesienia choćby najmniejszego sukcesu.
Również wytwórnie płytowe nie ułatwiały zadania. Jako że rządził rynek singlowy, młode zespoły musiały udowodnić wpierw swoją wartość komercyjną, aby móc kontynuować dalszą karierę i ewentualnie dostąpić zaszczytu nagrania płyty. Niestety w tamtej epoce to wszystko było bardzo trudne, dlatego mnóstwo świetnych wykonawców nigdy nie doczekała się LP. Dość powiedzieć że, niektórym nie udało się nagrać nawet jednego singla.
Były też liczne przypadki, kiedy to grupa miała na koncie kilka singli bez powodzenia i, niestety,  możliwość nagrania albumu przechodziła koło nosa.

Właśnie do tej ostatniej kategorii należy zespół The Attack.
Ta wyjątkowa i po prostu wspaniała formacja nagrała cztery single oraz materiał na płytę, który niestety jednak został przez wytwórnię odrzucony.

Jak to dobrze, że te wszystkie stare acetaty czy oryginalne taśmy (taśmy-matki) po tylu latach są jeszcze w na tyle dobrym stanie, że gorliwi pasjonaci wkładają tak wiele pracy w jak najlepsze ich odrestaurowanie i przeniesienie na nowy nośnik. Chwała im za to.

Natomiast co do zestawu tutaj zamieszczonego, to jest to właściwie cały dorobek The Attack na jednym CD.
Wszystkie single, materiał z niewydanej płyty o roboczym tytule 'Roman God Of War', dwa nagrania z sesji dla radia BBC oraz demo 'Sympathy For The Devil' z repertuaru The Rolling Stones.
Słowem - przekrój ukazujący moment, w którym ciężki, dynamiczny beat - określany potem jako freak-beat - przeistaczał się w muzykę bardziej eksperymentalną, a następnie w początkujący hard-rock.

Pierwsze dwa single nagrane z gitarzystą Davidem O'Listem zawierały - udany dynamiczny, gitarowy 'Try It', żywiołowy 'We Don't Know' przypominający dokonania Animals, oraz porywający 'Anymore Than I Do' o ostrymi gitarowym brzmieniu.
Wszystkie te piosenki zachwycają młodzieńczą werwą, polotem wykonawczym oraz pozbawioną kalkulacji zadziornością. Młodzi muzycy - lider i wokalista zespołu, Richard Shirman miał wówczas siedemnaście lat - zadziwiają przy tym profesjonalizmem i rzadko spotykaną precyzją wykonawczą.
Bardziej eksperymentalne oblicze zespołu reprezentowały takie nagrania jak 'Lady Orange Peel', czyli druga strona ostatniego singla 'Neville Thumbcatch'.

Gdy na przełomie 1967 i 1968 roku do zespołu dołączył John Du Cann grupa zawędrowała w stronę jeszcze cięższych rejonów i zaproponowała muzykę, jaka wówczas nie miała jeszcze precedensu.

Głównym kompozytorem takich piosenek jak 'Go Your Way', 'Too Old' oraz 'Strange House' był właśnie nowy gitarzysta. Okazało się, że John Du Cann potrafił stworzyć kompozycje zaskakujące niespotykaną wówczas intensywnością, zwiastujące narodziny hard-rocka.

Wystarczy posłuchać 'Strange House', który epatuje słuchacza ciężkim riffem gitary i tajemniczą, złowrogą aurą, przykuwa zaś uwagę szeptem Richarda Shirmana w refrenie. Z kolei bardziej zwarty 'Go Your Way' oparty został na prostej, powtarzanej w kółko heavy-rockowej zagrywce gitary.
Bardziej eksperymentalny odcień posiadał 'Mr Pinnodmy's Dilemma' w środkowej części zaburzony czymś na wzór deklamacji na nieco jarmarcznym tle. Natomiast zgrabnie spajał te wszystkie cechy transowy 'Feel Like Flying' z trylami gitary.

Wymienione nagrania oraz kilka innych zostało zarejestrowanych z myślą o wspomnianej płycie długogrającej. Niestety, wytwórnia Decca Records zrezygnowała z usług zespołu i właściwie na tym zakończyła się działalność tej pionierskiej grupy.

Jeszcze w tym samym roku Richard Shirman zarejestrował swoją wersję 'Sympathy For The Devil'. Niestety z braku porozumienia na płaszczyźnie czysto muzycznej z wytwórnią Elektra, kariera tego świetnego, nieprzejednanego w swej postawie wokalisty dobiegła końca.
Oczywiście muszę wspomnieć, że David O'List jeszcze w 1967 roku zasilił szeregi grupy The Nice kierowanej przez Keitha Emersona. Nagrał z tym zespołem tylko jeden album 'The Thoughts of Emerlist Davjack'. Kolejny niedoceniony gitarzysta, John Du Cann, najpierw utworzył zespół Andromeda, następnie dołączył do Atomic Rooster.

czwartek, 3 czerwca 2010

NUGGETS VOLUME 1

ORIGINAL ARTYFACTS FROM THE FIRST PSYCHEDELIC ERA 1965-1968




DISC 1

1. I Had Too Much To Dream (Last Night) - The Electric Prunes
2. Dirty Water - The Standells
3. Night Time - The Strangeloves
4. Lies - The Knickerbockers
5. Respect - The Vagrants
6. Public Execution - Mouse And The Traps
7. No Time Like The Right Time - The Blues Project
8. Oh Yeah - Shadows Of Knight
9. Pushin' Too Hard - The Seeds
10. Moulty - The Barbarians
11. Don't Look Back - The Remains
12. Invitation To Cry - The Magicians
13. Liar, Liar - The Castaways
14. You're Gonna Miss Me - 13th Floor Elevators
15. Psychotic Reaction - The Count Five
16. Hey Joe - The Leaves
17. Romeo And Juliet - Michael And The Messengers
18. Sugar And Spice - The Cryan' Shames
19. Baby Please Don't Go - The Amboy Dukes
20. Tobacco Road - Blues Magoos
21. Let's Talk About Girls - The Chocolate Watchband
22. Sit Down, I Think I Love You - The Mojo Men
23. Run, Run, Run - Third Rail
24. My World Fell Down - Sagittarius
25. Open My Eyes - Nazz
26. Farmer John - The Premiers
27. It's-A-Happening - Magic Mushrooms

DISC 2

1. Talk Talk - The Music Machine
2. Last Time Around - The Del-Vetts
3. Nobody But Me - The Human Beinz
4. Journey To Tyme - Kenny And The Kasuals
5. No Friend Of Mine - The Sparkles
6. Outside Chance - The Turtles
7. Action Woman - Litter
8. Spazz - The Elastik Band
9. Sweet Young Thing - The Chocolate Watchband
10. Incense And Peppermints - Strawberry Alarm Clock
11. I Ain't No Miracle Worker - The Brogues
12. Seven And Seven Is - Love
13. Time Won't Let Me - The Outsiders
14. Going All The Way - The Squires
15. I'm Gonna Make You Mine - Shadows Of Knight
16. Trip - Kim Fowley
17. Can't Seem To Make You Mine - The Seeds
18. Why Do I Cry - The Remains
19. Laugh, Laugh - The Beau Brummels
20. Little Black Egg - The Nightcrawlers
21. I Wonder - The Gants
22. I See The Light - The Five Americans
23. Who Do You Love - Woolies
24. Double Shot (Of My Baby's Love) - The Swingin' Medallions
25. Live - The Merry-Go-Round
26. Steppin' Out - Paul Revere And The Raiders
27. Diddy Wah Diddy - Captain Beefheart And His Magic Band
28. Strychnine - The Sonics
29. Little Girl - The Syndicate Of Sound
30. (We Ain't Got) Nothin' Yet - Blues Magoos
31. Shape Of Things To Come - Max Frost And The Troopers

DISC 3

1. Let It Out (Let It All Hang Out) - Hombres
2. Fight Fire - The Golliwogs
3. At The River's Edge - New Colony Six
4. Jack Of Diamonds - The Daily Flash
5. Follow Me - Lyme And Cybelle
6. It's Cold Outside - The Choir
7. Beg, Borrow And Steal - Rare Breed
8. She's About A Mover - The Sir Douglas Quintet
9. Little Bit O'Soul - Music Explosion
10. Put The Clock Back On The Wall - The E-Types
11. Falling Sugar - The Palace Guard
12. Run Run Run - The Gestures
13. I Need You - The Rationals
14. Knock, Knock - The Humane Society
15. Primitive - Groupies
16. Psycho - The Sonics
17. So What - The Lyrics
18. You Must Be A Witch - The Lollipop Shoppe
19. Question Of Temperature - The Balloon Farm
20. Maid Of Sugar-Maid Of Spice - Mouse And The Traps
21. You Ain't Tuff - The Uniques
22. Sometimes Good Guys Don't Wear White - The Standells
23. She's My Baby - The Mojo Men
24. Story Of My Life - Unrelated Segments
25. I'm Five Years Ahead Of My Time - The Third Bardo
26. Mirror Of My Mind - We The People
27. Bad Little Woman - Shadows Of Knight
28. Double Yellow Line - The Music Machine
29. Optical Sound - The Human Expression
30. Journey To The Center Of The Mind - The Amboy Dukes

DISC 4

1. Are You Gonna Be There (At The Love-In) - The Chocolate Watchband
2. Too Many People - The Leaves
3. (Would I Still Be) Her Big Man - The Brigands
4. Are You A Boy Or Are You A Girl - The Barbarians
5. Wooly Bully - Sam The Sham And The Pharaohs
6. I Want Candy - The Strangeloves
7. Louie Louie - The Kingsmen
8. One Track Mind - The Knickerbockers
9. Out Of Our Tree - The Wailers
10. I Think I'm Down - The Harbinger Complex
11. What Am I Going Do - The Dovers
12. Codine - The Charlatans
13. Johnny Was A Good Boy - The Mystery Trend
14. Stop-Get A Ticket - Clefs Of Lavender Hill
15. Complication - The Monks
16. Witch - The Sonics
17. Get Me To The World On Time - The Electric Prunes
18. Mr. Pharmacist - The Other Half
19. Open Up Your Door - Richard And The Young Lions
20. Just Like Me - Paul Revere And The Raiders
21. You Burn Me Up And Down - We The People
22. I Live In The Springtime - The Lemon Drops
23. Mindrocker - Fenwyck
24. Hold Me Now - The Rumors
25. Love's Gone Bad - The Underdogs
26. Why Pick On Me - The Standells
27. Bad Girl - Zakary Thaks
28. Blackout Of Gretely - The Gonn
29. Voices Green And Purple - Bees
30. Blues' Theme - Davie Allan And The Arrows


Realizując moje zamierzenie, że będę pisał przede wszystkim na temat psychodelicznego rocka, postanowiłem sięgnąć po działo wielkiego kalibru, czyli serię Nuggets.
Ogółem ukazały się aż trzy takie wielkie pudełka zawierające po cztery CD. Każda część zawiera grubą książkę opisującą wszystkich wykonawców, którzy znaleźli się w tym wyjątkowym zestawieniu. Prawdziwa potęga. Mój opis dotyczyć zaś będzie części pierwszej poświęconej wyłącznie amerykańskim dokonaniom z lat 1965-1968.

Amerykański rock bardzo się różnił od tego tworzonego w Wielkiej Brytanii. Zespoły ze Zjednoczonego Królestwa miały do muzyki podejście nieco intelektualne, awangardowe czy eksperymentalne. Muzyka rockowa była pretekstem do poszukiwań nowej formy wypowiedzi. Można wręcz odnieść wrażenie, że liczył się każdy dźwięk, wszystko było nieco szlachetniejsze, nie tyle wypolerowane, co opracowane w bogatszy sposób. Duże znaczenie w brytyjskim rocku psychodelicznym miały aranżacje oraz te wszystkie dźwiękowe niuanse.
Tymczasem w Stanach Zjednoczonych liczył się przede wszystkim autentyczny, bezpośredni przekaz. Amerykanie raczej sporadycznie sięgali po nowinki techniczne, do pewnego momentu nie stanowiły one punktu odniesienia dla tworzonej muzyki. Nie chcę też przez to powiedzieć, że ich muzyka była uboższa. Po prostu mniej zwracano uwagę na efekt kolorystyczny nagrań, bardziej natomiast opierano się na czystym brzmieniu instrumentów. Nie było w tym aż tak bardzo czuć produkcji studyjnej.
Wiadomo ponadto, że i dziedzictwo kulturowe odgrywa tutaj istotną rolę, jednak nie chcę się zapędzać w mętne wywody, bo tak naprawdę muzyka wszędzie jest taka sama - dobra lub zła.

To jest bardzo skomplikowany temat i trzeba by poświęcić mu osobne rozważania. Nie wykluczone jednak, że nieraz będę powracał do tej kwestii, ponieważ zauważyłem, że wciąż trwają spory o to, kto miał większy wpływ na rozwój muzyki popularnej - Brytyjczycy czy Amerykanie? Otóż moim zdaniem zdecydowanie Wielka Brytania.

Co do omawianej kompilacji - na czterech kompaktach zamieszczono prawie 120 nagrań wykonawców przeważnie dawno już zapomnianych, lub takich, którzy pamiętani są przez garstkę zapaleńców. Bardzo dużo umieszczonych tu zespołów nigdy nie nagrało nawet jednej płyty, całość zaś oscyluje pomiędzy muzyką garażową, dynamicznym rhythm and bluesem i wczesnym psychodelicznym rockiem. Muszę przyznać, że niemal wszystkie piosenki to strzał w dziesiątkę, wiele z nich to duże osiągnięcia i bez dwóch zdań należą do rockowego kanonu i nie znać tych dokonań to wstyd.

Aż można dostać zawrotu głowy od mnogości świetnych zespołów. Czego tu nie ma? Niegdyś popularny The Electric Prunes i ich znakomity przebój 'I Had Too Much To Dream (Last Night)'. Równie energetyczny 'Pushin' Too Hard' grupy The Seeds. Znalazło się miejsce dla aż trzech utworów mniej znanych zespołów Chocolate Watchband i The Sonics. Jest kierowany przez Teda Nugenta Amboy Dukes. Jest też porywający 'Don't Look Back' The Remains. Oczywiście nie mogło zabraknąć Count Five 'Psychotic Reaction' i 13th Floor Elevators 'You're Gonna Miss Me'. Po za tym jeszcze tak ważne zespoły jak Shadows Of Knight czy Litter. Natomiast piosenka grupy Blues Magoos '(We Ain't Got) Nothin' Yet' to oczywiście słynny motyw pożyczony później przez Deep Purple w 'Black Night'. Chociaż istnieją poważne przypuszczenia, że również Blues Magoos zaczerpnęli tę zagrywkę z innego źródła. Jest też ceniony Strawberry Alarm Clock i bardzo ostry jak na owe czasy 'You Must Be A Witch' The Lollipop Shoppe.

To i tak są dosyć znane i klasyczne grupy, bo właściwie cała reszta niekiedy nawet nie zaistniała w świadomości szerszego grona słuchaczy, a ich nagrań nie usłyszymy na płytach długogrających. Właśnie dlatego warto zapoznać się z tą wspaniale dobraną kompilacją. Po za tym, jak to jest zagrane - w większości przypadków na całego, bez taryfy ulgowej. Można odnieść wrażenie, że niektórzy wokaliści śpiewają tak, jakby od tego zależało ich życie, nie oszczędzając gardeł.

Dodam jeszcze, że od jakiegoś czasu panuje moda na wydawanie takich kompilacji ze starym, zapomnianym materiałem z lat sześćdziesiątych. Obecnie dostępnych na rynku płyt tego typu jest dosyć sporo, tak więc nie pozostaje nic innego jak uzbroić się w cierpliwość i starać się dotrzeć do tych rarytasów, bo warto. Chociaż uważam, że Nuggets już na zawsze pozostanie prekursorem w tej dziedzinie, bo dzięki tym płytom - oryginał ukazał się w 1972 roku jako podwójny winyl z zestawem powtórzonym na pierwszym kompakcie - świat zwrócił uwagę na tę starą, ale GENIALNĄ I PONADCZASOWĄ muzykę będącą archetypem i początkiem prawdziwego rocka.

P.S. Czerwiec jest okropny. Albo jest duszno. Albo szaro i pada. Jeśli tak będzie wyglądać całe lato, to raczej nie ma co liczyć na komfort psychiczny. Właśnie gdy piszę te słowa za oknem grzmi, a otoczenie nabrało niemal żółtego kolorytu.

piątek, 14 maja 2010

WIMPLE WINCH

TALES FROM THE SINKING SHIP (1964-1968)


Wimple Winch to kolejny przykład grupy, która nawet nie dotknęła popularności i dawno temu została zepchnięta na margines muzyki popularnej. Prawdziwy diament, który po latach zaczyna świecić coraz silniejszym blaskiem.

Okazuje się, że muzyka pochodzącego z Liverpoolu kwartetu bardzo dobrze zniosła próbę czasu i nawet najwcześniejsze beatowe dokonania, jeszcze jako Just Four Men - najpierw Four Just Men - są urzekające. Słychać, że młodzi muzycy mieli talent, że nie była to tylko kopia lub próba naśladownictwa grup z czołówki, ale że zespół dawał także bardzo wiele od siebie.
Te najstarsze piosenki - nie wiedzieć czemu nie wydane w epoce - zachwycają niewymuszonymi melodiami, brak tutaj banałów, w które często wpadały nawet popularniejsze grupy, jest w tych nagraniach coś szlachetnego, a wykonanie stoi na wysokim poziomie.
Trzeba też nadmienić, że wówczas grupie udało się podpisać kontrakt z wytwórnią EMI i nagrać dwa lub trzy single, niestety bez sukcesu.

Ale mnie korci, żeby przejść do kolejnego etapu działalności zespołu, gdy zmienił on nazwę na Wimple Winch.





1. Ad-Ventures (Theme For Friday Night)
2. Half Past Five
3. Aggravatin'
4. Colours
5. The Four Just Men Theme (Laura Norder)
6. Sorry Girl
7. Don't Come Any Closer (1964 Demo)
8. I Just Can't Make Up My Mind
9. Woman Needs A Man
10. I Still Care
11. Thinking About Your Love
12. Tomorrow
13. In The Shelter Of You Arms
14. Trains And Boats And Planes
15. What's Been Done
16. I Really Love You
17. Save My Soul
18. Everybody's Worried 'Bout Tomorrow
19. Rumble On Mersey Square South
20. Atmospheres
21. Typical British Workmanship
22. Bluebell Wood
23. Lollipop Minds
24. Marmalade Hair
25. Coloured Glass
26. Those Who Wait
27. Three Little Teddy Bears
28. Sagittarius
29. The Last Hooray


Rok 1966.
Muzyka popularna zaczęła ewaluować, zmieniać swe oblicze i odnowiony zespół z nową nazwą podjął wyzwanie. Podpisanie kontraktu z wytwórnią Fontana Records również otwierało nowe możliwości.
Na pierwszy ogień poszedł singiel zawierający jeszcze dosyć zachowawcze piosenki 'What’s Been Done - I Really Love You'. Obie kompozycje zdradzały wpływ beatowych reminiscencji z nieco cięższym nowym rockiem, czyli był to pomost pomiędzy beatem a rodzącą się wówczas muzyką o bardziej eksperymentalnym charakterze, zdradzającą większe ambicje.
Następny singiel to już było dzieło dużego kalibru. 'Save My Soul' wyprzedzał swój czas, jest tu wszystko, co powinna zawierać dobra rockowa piosenka. Wpadająca w ucho melodia, żar wykonawczy, pełne inwencji partie instrumentów. Zwrotka to sympatyczny, chwytliwy motyw z oszczędną partią gitary, ale już refren zaskakuje niespotykaną wówczas dynamiką i ekspresją wykonania. Trzeba dodać, że śpiewający gitarzysta Dee Christopholus operuje mocnym, wyrazistym głosem na granicy wrzasku, zaś każda linijka tekstu śpiewana jest z ogromnym ładunkiem emocji, momentami wręcz pasji.

Kolejne wiekopomne dzieło Wimple Winch z 1967 roku zostało początkowo błędnie wytłoczone. Otóż przez przypadek, na drugiej stronie kolejnego singla znalazła się omyłkowo piosenka 'Atmospheres'. Utrzymany w gniewnym tonie główny temat dla kontrastu łagodzony był zharmonizowanymi głosami śpiewającymi delikatnym falsetem.
Obie wymienione piosenki nawiązywały do osiągnięć The Rolling Stones - przesterowany riff gitary w stylu '(I Can't Get No) Satisfaction' - jednak więcej się w muzyce kwartetu działo, była bogatsza pod względem harmonii. Nawet gdy grupa grała hałaśliwie i ostro, nie traciła wyczucia do melodii.
Ponownie Dee Christopholus udowodnił jak świetnym był wokalistą, ekspresją i możliwościami bił na głowę wielu innych bardziej znanych śpiewaków.

Niestety, wytwórnia bardzo szybko wycofała singla i zastąpiła umieszczonego na drugiej stronie 'Atmospheres' mniej porywającą kompozycją 'Typical British Workmanship'.
Na całe szczęście jedno pozostało nie zmienione, mianowicie pierwsza strona singla, czyli znakomity 'Rumble On Mersey Square South'. Wimple Winch zerwał tu z formą zwykłej piosenki, nadając kompozycji zmienną formę, dobierając środki wyrazu pod względem dramaturgicznym. Muzyka w swoisty sposób współgrała z warstwą słowną i stanowiła komentarz do opisywanej historii - raz jest dynamicznie i ciężko, by za moment nastąpiło wyciszenie i spokój. Kompozycja zwiastowała narodziny heavy-rocka.
Trzeba pamiętać, że singel ukazał się w styczniu 1967 roku, czyli zanim The Beatles opublikowali piosenkę 'Strawberry Fields Forever', która, jak wiadomo, zbudowana został z wariacyjnego przetworzenia jednego tematu i wzbogacona przeróżnymi efektami oraz bogactwem aranżacji. Tak więc oba wymienione nagrania zwiastowały nowe podejście do komponowania, czyli wychodzenie poza jednostajność typowych piosenek młodzieżowych.
Wracając do Wimple Winch. Szczególną uwagę zwracają partie perkusji. Lawrence Arends (King) gra tutaj z wielką fantazją i ciężarem, przestrzennie i dynamicznie. Ponownie zachwyca sposób interpretacji wokalnej.
Słowem - jest to jeden z najważniejszych momentów muzyki rockowej lat sześćdziesiątych, jednak, jak wszystko inne, co zespół nagrał, wówczas niedocenione. Dzisiaj natomiast każdy z trzech singli wart jest blisko 500 funtów.

Kończąc.
Jaka szkoda, że w epoce wiele takich zespołów jak Wimple Winch nigdy nie wydało żadnej płyty długogrającej oraz nie odniosło znaczącego sukcesu komercyjnego. To dlatego dzisiaj ludziom się wydaje, że siódmym cudem świata był punk-rock. Dlatego większość ludzi nie wie, jak nowatorska była muzyka lat sześćdziesiątych, że tak naprawdę wszystko co powstało później było już tylko blednącym cieniem tamtego pionierskiego okresu.

czwartek, 25 marca 2010

FIRE ESCAPE

PSYCHOTIC REACTION (1967)



1. Psychotic Reaction
2. Talk Talk
3. Love Special Delivery
4. The Trip
5. 96 Tears
6. Blood Beat
7. Trip Maker
8. Journey's End
9. Pictures And Designs
10. Fortune Teller


Był to tytuł nieporównywalnie lepszy niż opisany wcześniej The Deep 'Psychedelic Moods'. Przede wszystkim więcej w nim było dynamiki i rzeczywiście psychodelicznych klimatów bliższych tym, które preferuję najbardziej. Grupa grała z większym zębem. Czuje się, że zespół orientował się w tym, co dzieje się dookoła. Była to muzyka znacznie barwniejsza, pełna odlotowych dźwięków, które potrafią zaintrygować.

Tytułowa piosenka, to oczywiście wierna przeróbka popularnego nagrania grupy Count Five. Bardzo lubię ten utwór zarówno w wersji oryginalnej, jak i w wersji Fire Escape. To po prostu świetna garażowa kompozycja z doskonałym riffem przesterowanej gitary, okraszona dźwiękami harmonijki ustnej i kapitalnymi nagłymi przyśpieszeniami. Wiem, że się powtarzam - ale tak powinna prezentować się dobra rockowa piosenka.

Na szczęście pozostałe nagrania również były na przyzwoitym poziomie i słucha się ich z nieskrywaną przyjemnością. W tym przypadku muzyka była adekwatna do tytułów. Nie ma się co rozpisywać, bo nagrania są bardzo krótkie. Cała płyta trwa ledwie dwadzieścia pięć minut.
Uwagę przykuwa zadziorny, jakby prowokacyjny głos wokalisty. Atmosferę nagrań budowały przeważnie schowane nieco w tle organy oraz autentycznie dobre partie gitary i skromnej (bardzo typowej dla amerykańskich płyt) sekcji rytmicznej.

Wystarczy posłuchać takich nagrań jak 'The Trip', gdzie wokalista właściwie deklamuje na tle skromnego podkładu, ale za to z wysuniętymi na plan pierwszy organami.
Instrumentalny 'Blood Beat' to jednostajny puls przypominający bicie serca wzbogacony różnorodnymi kakofonicznymi dźwiękami i nieskładną improwizacją. Skromny fragment, a jednak cieszy.
'The Trip' dla odmiany zaśpiewany został niemal perwersyjnym głosem. Natomiast nawiedzony 'Journey's End' to już był psychodeliczny rock pełną gębą.

Ogólnie rzecz ujmując - jest to kawałek surowego, ale pomysłowego grania. Nie jest to arcydzieło, ale na pewno rzecz warta poznania.

Świetna, oszczędna okładka nie pozostawiała złudzeń z czym będziemy obcowali. To jest właśnie urok dawnych okładek - przykuwają uwagę, nawet jeśli sama muzyka nie robi już takiego wrażenia.
Ponieważ jednak 'Psychotic Reaction' został (jak to zwykle bywało w przypadku takich efemerycznych zespołów) wydany przez małą wytwórnię GNP Crescendo Records, to zapewne niewiele osób miało wówczas możliwość zapoznać się z tą perełką. Najdziwniejsze jest jednak to, że oryginalny LP obecnie nie jest wcale tak drogi jak nieporównywalnie słabszy The Deep, którego okładka utrzymana były w podobnym tonie, co album Fire Escape.
Stąd też nieodmiennie te płyty kojarzą mi się jako przykład kompletnie zapomnianego, wczesnego psychodelicznego rocka ze Stanów Zjednoczonych. I na tym skojarzenia właściwie się kończą.

poniedziałek, 22 marca 2010

LITTER

DISTORTIONS (1967)

Jeszcze kilka lat temu nie przepadałem za amerykańską odmianą rockowej muzyki, amerykańska scena muzyczna niemal nie istniała w mojej świadomości. Wprawdzie lubiłem duet Simon And Garfunkel, lubiłem grupy The Byrds czy Jefferson Airplane, ale już za The Doors nigdy specjalnie nie przepadałem, natomiast Bob Dylan był mi kompletnie obojętny. Zespoły jak Allman Brothers Band czy Grateful Dead wydawały mi się natomiast koszmarnie nudne.

Popełniłbym jednak niewybaczalny błąd gdybym zawczasu nie przyjrzał się bliżej muzyce do niedawna tak przeze mnie wzgardzonej. Okazało się, jak niewielkie mam o niej pojęcie. Poszukując zapomnianych płyt, coraz częściej przekonywałem się jak porywającą muzykę wykonywali kiedyś Amerykanie, jak wiele było tam interesujących grup, które czekają tylko aby odkrywać ich dorobek.





1. Action Woman
2. Whatcha Gonna Do About It
3. Codine
4. Somebody Help Me
5. Substitute
6. I'm So Glad
7. A Legal Matter
8. Rack My Mind
9. Soul-Searchin'
10. I'm A Man


Debiutancki LP - pochodzącej z Minneapolis grupy Litter - pod wiele mówiącym tytułem 'Distortions' skrywał taką dawkę młodzieńczej energii, że można by nią spokojnie obdzielić kilka płyt.

Przeważają tutaj przeróbki, natomiast dwie kompozycje oryginale 'Action Woman' oraz 'Soul Searchin' wyszły spod pióra producenta zespołu Warrena Kendricka. Rozpoczynający płytę chwytliwy 'Action Woman' zaskakuje i przytłacza ostrym gitarowym brzmieniem. Co tu dużo pisać? Tak powinien prezentować się prawdziwy rock.
Natomiast działo jeszcze większego kalibru zespół wytoczył na zakończenie. Znany z repertuaru Yardbirds i The Who 'I'm A Man' Bo Diddleya w wersji Amerykanów to była muzyczna kanonada. Znana wszystkim dynamiczna bluesowa piosenka w drugiej części przeradzała się w instrumentalny, gitarowy jazgot z różnymi sprzężeniami i efektami dźwiękowymi.

Pomiędzy tymi dwoma nagraniami można było znaleźć sporo doskonałych nagrań utrzymanych w poetyce rhythm and bluesa o bardziej chropowatym brzmieniu. Czego tylko dusza zapragnie.
Dwie przeróbki nagrań The Who. 'A Legal Matter' pochodzący z debiutanckiej płyty 'My Generation' oraz singlowy 'Substitute'. Spopularyzowany przez The Spencer Davis Group 'Somebody Help Me'. Pochodzący z repertuaru Yardbirds 'Rack My Mind'. Znany z pierwszej płyty grupy Cream 'I'm So Glad' autorstwa Skipa Jamesa oraz 'Whatcha Gonna Do About It' Small Faces. Znalazło się także miejsce dla świetnej interpretacji klasycznego 'Codine'.

Nawet jeśli nowe wersje popularnych piosenek nie odbiegały jakoś specjalnie od pierwowzorów, to na pewno ujmy im nie przynosiły, wprost przeciwnie, słucha się ich wybornie, a to dlatego, że przez cały czas wyczuwalny jest prawdziwy entuzjazm, z jakim grają muzycy Litter. Jednak najistotniejszy jest fakt, że grupa prezentowała rzetelny poziom wykonawczy. Młodym muzykom nie brakowało polotu.

Muszę jeszcze wspomnieć o kapitalnych bonusach dodanych do pięknie przygotowanego wznowienia CD. Czasem te praktyki z dodawaniem rzadkich lub nigdy niepublikowanych nagrań mają sens. Chociaż niekiedy mam wrażenie, że dodawane są na siłę, ale na pewno nie w tym przypadku.
Litter nagrali jeszcze dwie płyty. '100$ Fine' mam zamiar opisać jak najszybciej to możliwe, gdyż w mojej opinii jest jeszcze lepszy niż debiut. Natomiast ostatniego w niewielkiej dyskografii zespołu 'Emerge' nie miałem jeszcze sposobności usłyszeć. Mam jednak nadzieję, że uda mi się nadrobić tę zaległość.

Aha, tak przy okazji. Oryginalny LP 'Distortions' wydała malutka wytwórnia Warick i dzisiaj jest koszmarnie drogi. Za idealny egzemplarz trzeba zapłacić co najmniej astronomiczne 1500 dolarów.

Jestem wielkim wielbicielem 'Distortions'.

piątek, 5 lutego 2010

JEFFERSON AIRPLANE

SURREALISTIC PILLOW (1967)

Drugi album w dorobku Jefferson Airplane, to jedno z najbardziej wpływowych dokonań muzyki popularnej. 'Surrealistic Pillow' to przejaw, że muzyka rockowa nie była tylko hałaśliwym i trywialnym młodzieżowym zrywem, ale dowód, że zarówno w Wielkiej Brytanii jaki i w Stanach Zjednoczonych muzyka rockowa miała wówczas coraz większe ambicje i twórcy starali się wyjść poza przyjęte do tej pory ramy. Okazało się również, że amerykańskie grupy zaczęły nadawać ton nowym rockowym tendencjom, zaczęły coraz wyraźniej konkurować z kolegami zza Oceanu, wyrazem tego były narodziny nowego gatunku określanego jako rock psychodeliczny.





1. She Has Funny Cars (Jorma Kaukonen, Marty Balin)
2. Somebody To Love (Darby Slick)
3. My Best Friend (Skip Spence)
4. Today (Marty Balin, Paul Kantner)
5. Comin' Back To Me (Marty Balin)
6. 3/5 Of A Mile In 10 Seconds (Marty Balin)
7. D.C.B.A. -25 (Paul Kantner)
8. How Do You Feel (Tom Mastin)
9. Embryonic Journey (Jorma Kaukonen)
10. White Rabbit (Grace Slick)
11. Plastic Fantastic Lover (Marty Balin)

Skład

Marty Balin – Vocals, Guitar
Grace Slick – Vocals, Piano, Organ, Recorder
Paul Kantner – Rhythm Guitar, Vocals
Jorma Kaukonen – Lead Guitar, Rhythm Guitar, Vocals
Jack Casady – Bass, Fuzz Bass, Rhythm Guitar
Spencer Dryden – Drums, Percussion


Muzyka wyrastała z amerykańskiej odmiany folku oraz - takie jest moje wrażenie - z klasycznego rock and rolla. Amerykańska odmiana psychodelicznego rocka zawsze miała odmienny charakter od brytyjskiego podejścia do tego gatunku i na 'Surrealistic Pillow' słychać to wyraźnie.

Piosenka za piosenką posiadały cechy przebojów. Głównym kompozytorem był tutaj Marty Balin, który z jednej strony celował w romantycznych, nieco odrealnionych utworach takich jak refleksyjny 'Comin' Back To Me', w którym w tle pojawia się intrygująca, delikatna partia fletu. Z drugiej zaś serwował kompozycje pełne młodzieńczej zadziorności w rodzaju 'Plastic Fantastic Lover' czy '3/5 Of A Mile In 10 Seconds'.
W nagraniu 'She Has Funny Cars' pojawił się natomiast tak charakterystyczny dla stylu grupy duet wokalny Marty Balina i Grace Slick, której głos nadawał piosence bardziej dzikiego, żywego charakteru.
Jak napisałem wcześniej, dużo jest na płycie elementów folkowych, choćby w piosenkach 'Today' i instrumentalnym 'Embryonic Journey' oraz we wspomnianym 'Comin' Back To Me'. Wiele z klimatu tych nagrań przeniknęło później do twórczości brytyjskich folk-rockowych zespołów takich jak Fairport Convention, zwłaszcza w ich najwcześniejszym okresie działalności.

Nowa wokalistka zespołu, Grace Slick okazała się osobą dzięki której Jefferson Airplane zyskali międzynarodową sławę. To ona przyniosła na sesję nagraniową dwie piosenki z repertuaru swojej poprzedniej grupy Great Society.  Właśnie dzięki tym dwóm piosenkom grupa odniosła komercyjny sukces.
Także głos wokalistki okazał się bardzo istotnym znakiem rozpoznawczym zespołu. Jest to prawdopodobnie jedna z oryginalniejszych i najbardziej inspirujących wokalistek w muzyce popularnej tamtych lat. Jednocześnie z każdą kolejną płytą rola Grace Slick stawała się coraz ważniejsza i powoli wysuwała się ona na plan pierwszy, usuwając w cień Marty Balina.

W każdym razie wybór Grace Slick okazał się strzałem w dziesiątkę.
Skomponowany przez nią 'White Rabbit' oraz 'Somebody To Love' autorstwa Darby Slicka, zna chyba każdy pod każdą szerokością geograficzną. Zwłaszcza druga z tych piosenek zyskała wielką sławę. Chociaż wcale nie uważam by to był najmocniejszy punkt 'Surrealistic Pillow'.
Nie ma się co rozpisywać, bo na temat tych kompozycji napisano już chyba wszystko, co tylko możliwe.





Album okazał się bardzo ważnym w karierze zespołu. Obok płyt duetu Simon And Garfunkel i zespołu The Byrds oraz debiutanckiego LP The Doors, było to dokonanie zmieniające oblicze rockowych piosenek. Ukazujące, że także w obrębie prostej trzyminutowej formy, można tworzyć rzeczy wyrafinowane i dojrzałe.

środa, 3 lutego 2010

CHOCOLATE WATCHBAND

NO WAY OUT (1967)




1. Let’s Talk About Girls
2. Midnight Hour
3. Come On
4. Dark Side Of The Mushroom
5. Hot Dusty Road
6. Are You Gonna Be There (At The Love-In)
7. Gone And Passes By
8. No Way Out
9. Expo 2000
10. Gossamer Wings


Ktoś może mnie zapytać - dlaczego o omawianych przez mnie płytach piszę prawie wyłącznie w samych superlatywach. Odpowiedź będzie prosta - dlatego, bo to mój blog. Staram się, w miarę możliwości, zamieszczać tutaj płyty, które bardzo lubię lub zrobiły na mnie mniejsze lub większe wrażenie.
Uważam, że nie ma sensu dodawać tygodniowo po pięćdziesiąt tytułów z kilkuzdaniowymi opisami dla ozdoby. To nie byłoby uczciwe, chociaż może wyglądałoby efektownie, ale przecież blogów działających na takich zasadach jest multum.
Po za tym lubię sobie podywagować, czasem coś uwznioślić, wyolbrzymić. Czasem też sprowadzić na ziemię. Jednak do wszystkiego potrzebuję odrobiny czasu i natchnienia, nie chcę pisać na odczepnego. Właśnie dlatego wciąż nie dokończyłem opisów płyt Fairport Convention 'What We Did On Our Holidays' oraz Blossom Toes 'We Are Ever So Clean', czy High Tide, a wielu innych opisów nawet nie zacząłem.

Wiadomo, muzyka to jest beczka bez dna. Zarówno stara jaki i nowa muzyka to temat tak obszerny, że chyba żaden śmiertelnik nie jest w stanie zapoznać się ze wszystkim dokonaniami na muzycznym polu. To tyle tytułem wstępu.

Chocolate Watchband to jedna z najlepszych grup amerykańskiego podziemia. Co ciekawe, wcale nie był to tak do końca oryginalny zespół. Na pierwszej płycie słychać fascynację dorobkiem The Rolling Stones. Nawet znalazła się tutaj przeróbka 'Come On' Chucka Berry'ego niemal identyczna z interpretacją brytyjskiego kwintetu.

Chociaż to nie nagrania nawiązujące do stylu The Rolling Stones są tutaj esencją. Mnie najmocniej zapadły w pamięć trzy eksperymentalne i przesycone tajemniczą aurą utwory.
Najeżony różnego rodzaju efektami dźwiękowymi, dynamiczny 'Expo 2000' można określić jako amerykański odpowiednik 'Tomorrow Never Knows'.
Natomiast opisujący doznania narkotyczne 'Gossamer Wings' to powolna, niemal rozpływająca się piosenka ze zniekształconym głosem i nawiedzoną kodą.
Oba nagrania zachwycają świeżością, młodzieńczą energią i śmiałością w stosowaniu możliwości technicznych, jakie oferowało ówczesne studio nagrań. Chociaż zdaję sobie sprawę, że w Polsce większości ludzi takie dźwięki kością w gardle stają.

Trzecie nagranie to 'Dark Side Of The Mushroom'. Jeszcze jeden instrumentalny, przesiąknięty niepokojącą atmosferą utwór. Proszę posłuchać tego motywu granego na gitarze i snujących się w tle organów. Muzyczne arcydzieło.

Ponad to na płycie znalazły się utwory tak różne jak chociażby zagrana z pasją, żywiołowa interpretacja 'In The Midnight Hour' Wilsona Picketta i Steve Croppera, we wstępie i w zakończeniu ozdobiona niemal kościelnymi dźwiękami organów Hammonda. Oczywiście w wykonaniu Chocolate Watchband soulowy klasyk zyskał bardziej porywczy, rockowy charakter.
'Let’s Talk About Girls' i 'Are You Gonna Be There (At The Love-In)' prezentowały bardziej surowe oblicze zespołu. Były to pełne młodzieńczej buty, gitarowe utwory. To właśnie tego typu piosenki określa się od wielu już lat jako muzyka garażowa.

W kompozycji 'Gone And Passes By' grupa wprowadziła dźwięki sitaru, łącząc w ten sposób osadzony w bluesie utwór - w aranżacji ważną rolę odgrywała harmonijka ustna - z elementami muzyki orientalnej. Była to niejako zapowiedź kierunku obranego przez formację na kolejnej płycie długogrającej zatytułowanej 'Inner Mystique'.

Na koniec jeszcze chciałbym zwrócić uwagę na oryginalną, utrzymaną w stylu Op-Art okładkę. Dwa lata później ten nurt w sztuce wizualnej spopularyzowany zostanie za sprawą filmu animowanego 'Yellow Submarine' w reżyserii George'a Dunninga.

niedziela, 27 września 2009

GANDALF 1969 (1967)




1. Golden Earrings
2. Hang On To A Dream
3. Never Too Far
4. Scarlet Ribbons
5. You Upset The Grace Of Living
6. Can You Travel In The Dark Alone
7. Nature Boy
8. Tiffany Rings
9. Me About You
10. I Watch The Moon


Skład

Peter Sando - Guitar
Bob Muller - Bass
Frank Hubach - Keyboards
Dave Bauer - Drums


Jedyne dokonanie amerykańskiej grupy Gandalf posiada jeden z najpiękniejszych finałów w historii fonografii. Mam na myśli 'I Watch The Moon'. Zarówna podstawowa część utworu z cudowną melodią, jak i instrumentalna kulminacja z hałaśliwą partią organów to prawdziwy majstersztyk.

Piosenki, które znalazły się na płycie są krótkie i raczej nieskomplikowane. Nie jest to zarzut, wszak urok tego albumu opiera się na ich wykonaniu. Grupa w obrębie tych wszystkich krótkich form tworzy autentycznie oniryczny nastrój, którym osnute są wszystkie zamieszczone tu piosenki.
Wystarczy posłuchać dwóch pierwszych piosenek 'Golden Earrings' oraz 'Hang On To A Dream'. Tajemnicza aura, delikatne wykonanie, odrobina pogłosu, całość jak ze snu. To daje naprawdę świetne efekty. Po za tym nawet w dynamicznych fragmentach piosenki 'Hang On To A Dream' czy w wyjątkowo energetycznym 'Never Too Far' muzyka nawet na moment nie traci nic z nastroju całości.

Zachwyca wyczucie aranżacyjne kwartetu, czarujące pastelowym kolorytem. Na przykład w 'Scarlet Ribbons' pojawia się klawesyn, w 'Golden Earrings' smyczki. Natomiast w klaustrofobicznym i pobrzmiewającym orientalną nutą 'Can You Travel In The Dark Alone' - chyba najlepsza obok 'I Watch The Moon' kompozycja na płycie - wibrafon. Bez wątpienia pomogło to wzbogacić piosenki.
Całość zaś została zaśpiewana, bez zbędnej brawury, eterycznym, przejmującym głosem. Ponadto w każdym nagraniu zwracają uwagę świetne partie organów Hammonda. We wspomnianym już 'I Watch The Moon' przesterowane dźwięki tego instrumentu to klasa sama w sobie.

Na albumie dominują przeróbki, często bardzo zaskakujące są źródła, z których zespół czerpał. Dla przykładu pierwotna wersja 'Golden Earrings' pochodzi z filmu z 1947 roku. Aż trzy nagrania - 'Hang On To A Dream', 'Never Too Far' i 'You Upset The Grace Of Living' - to kompozycje Tima Hardina. Inny przykład to 'Nature Boy', piosenka wykonywana chyba przez wszystkich - by wymienić Nat King Cola, Franka Sinatre, Bobby Darina, Johna Coltrane'a, Davida Bowie oraz Celine Dion - niezła zbieranina. Nie będzie chyba jednak zbyt dużym zaskoczeniem, jeśli stwierdzę, że preferuję wersję Gandalf. W dodatku tutaj pojawia się, chyba jedyne na płycie, solo gitary.

Podsumowując - ta płyta to arcydzieło. Perła w koronie muzyki rockowej. Niby zahaczająca o pop, ale jest to pop w najlepszym wydaniu. Przez wielbicieli tytuł ten zaliczany jest do nurty rocka psychodelicznego. Nawet jeśli tak jest, jest to psychodeliczny rock noszący nieco inny charakter.
Psychodeliczna muzyka czy nie, ja album grupy Gandalf bardzo lubię.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

JEFFERSON AIRPLANE

AFTER BATHING AT BAXTER'S 1967




Streetmasse
1. The Ballad Of You & Me & Pooneil
2. A Small Package Of Value Will Come To You, Shortly
3. Young Girl Sunday Blues

The War Is Over
4. Martha
5. Wild Tyme (H)

Hymn To An Older Generation
6. The Last Wall Of The Castle
7. Rejoyce

How Suite It Is
1. Watch Her Ride
2. Spare Chaynge

Schizoforest Love Suite
3. Two Heads
4. Won't You Try / Saturday Afternoon


Skład

Grace Slick – Piano, Organ, Recorder, Vocals
Marty Balin – Rhythm Guitar, Vocals
Paul Kantner – Rhythm Guitar, Vocals
Jorma Kaukonen – Lead Guitar, Sitar, Vocals
Jack Casady – Bass
Spencer Dryden – Drums, Percussion, Horn Arrangement


Pierwszy mój kontakt z płytą 'After Bathing At Baxter's' to był fragment piosenki 'Watch Her Ride', którą usłyszałem bodajże w połowie lat dziewięćdziesiątych. Wówczas wiedziałem jaki zespół ją wykonuje, ale nie znałem tytułu nagrania. Próbowałem dowiedzieć się, z której płyty pochodzi, ale moje wysiłki spełzły na niczym. Sprawa została uznana za niebyłą. Aż do teraz. Nie tak dawno bowiem zacząłem kolekcjonować dorobek Jefferson Airplane na CD i nagle ta niezapomniana przez tyle lat melodia uderzyła mnie we wspaniały sposób po uszach.

Ten album, to moim zdaniem, esencja sceny z Zachodniego Wybrzeża. Jest tu wszystko co sprawiło, że wokół młodych grup z San Francisco zrobiło się głośno.
Szaleństwo, anarchia, nieprzewidywalna, improwizowana gra zespołu - by wskazać dla przykładu gitarowy 'Spare Chaynge'. Przesycony narkotyczną atmosferą kontrowersyjny kolaż dźwiękowy 'A Small Package Of Value Will Come To You, Shortly' - oraz jakaś dziwna szlachetność i swoisty liryzm. W kilku fragmentach - jak choćby w 'The Last Wall Of The Castle' - do głosu doszło zafascynowanie zespołu cięższym stylem spod znaku The Jimi Hendrix Experience.
Płyta idealnie oddaje atmosferę roku 1967 na rockowej scenie. 'After Bathing At Baxter's' to także chyba najlepszy LP Jefferson Airplane.

Muszę przyznać, że słuchając tej płyty przekonałem się także do śpiewu Marty Balina. Ten jego wibrujący, nieco płaczliwy głos zawsze wydawał mi się nijaki. Tym bardziej dziwiło mnie powierzanie mu głównych partii wokalnych w wielu nagraniach. Teraz już wiem, jak bardzo się myliłem. Może brak mu zadziorności charakterystycznej dla Grace Slick, ale właśnie przecież na tym polega urok tego duetu - na kontraście. Głos Marty Balina jest stworzony do łagodniejszych tematów, podczas gdy Grace Slick zdecydowanie urodziła się by śpiewać ostrzej.
Chociaż...Akurat wspomniany na początku wspaniały, przebojowy 'Watch Her Ride' jest tego zaprzeczeniem.

Zamieszczona przeze mnie okładka pochodzi z bardzo rzadkiej japońskiej edycji oryginalnego LP. Dlaczego wybrałem tę wersję zamiast właściwej amerykańskiej? Nie wiem. To pewno przez moje zauroczenie twórczością pop-art i wszystkim, co z tym nurtem związane - od muzyki poprzez stronę wizualną, a na ubiorach skończywszy.

czwartek, 23 lipca 2009

BLOSSOM TOES

WE ARE EVER SO CLEAN 1967




1. Look At Me I'm You
2. I'll Be Late For Tea
3. The Remarkable Saga Of The Frozen Dog
4. Telegram Tuesday
5. Love Is
6. What's It For
7. People Of The Royal Parks
8. What On Earth
9. Mrs Murphy's Budgerigar
10. I Will Bring You This And That
11. Mister Watchmaker
12. When The Alarm Clock Rings
13. The Intrepid Balloonist's Handbook - Volume One
14. You
15. Track For Speedy Freaks (Or Instant LP Digest)


Skład


Brian Belshaw - Bass, Vocals
Jim Cregan - Guitar, Vocals
Brian Godding - Guitar, Keyboards, Vocals
Kevin Westlake - Drums


Blossom Toes jest przykładem jak dziwnymi prawami rządzi się przemysł muzyczny i jak niesprawiedliwy bywa los. Zespół był czołowym przedstawicielem brytyjskiego rockowego undergroundu i niestety nigdy na powierzchnię nie zdołał się wydostać. Jak to możliwe? Nie mam pojęcia. Czy publiczność nie miała dostępu do płyt? Czy może nie wyraziła zainteresowania obydwoma wydanymi przez zespół albumami? Może to wytwórnia nie wytłoczyła wystarczającej ilości egzemplarzy i zawaliła promocję?
Takich pytań można by mnożyć więcej. Prawda być może leży gdzie indziej.
Nie zmieni to przykrego faktu, że Blossom Toes pozostał grupą niemal zapomnianą, mimo że odcisnęła swoje piętno na muzyce młodzieżowej drugiej połowy dekady.

Dominującymi osobowościami w grupie byli dwaj gitarzyści Brian Godding oraz Jim Cregan.
To właśnie pierwszy z nich odpowiedzialny był za lwią część repertuaru zamieszczonego na debiutanckiej płycie. Trzeba przyznać, że są to kompozycje dowodzące sporego talentu. Biorąc pod uwagę ogrom materiału - piętnaście piosenek - to nie ma właściwie ani jednego chybionego pomysłu, nie ma chwili nudy. Po za tym z jaką lekkością i wdziękiem zespół porusza się po różnych obszarach stylistycznych, nawet na moment nie pozbawiając swojej muzyki wdzięku. Album aż skrzy się od pomysłów i wspaniałych melodii.

Grupa na pewno miała swój własny styl, ale jako całość album nawiązuje do takich muzycznych dokonań jak 'Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band' The Beatles czy 'Face To Face' The Kinks, czyli odrobina angielskiego poczucia humoru - jak choćby w postrzelonym 'The Remarkable Saga Of The Frozen Dog' - momentami nieco wodewilowy charakter niektórych nagrań, cała gama barw i odcieni oraz rockowy wydźwięk. Nie mogło zabraknąć także różnego rodzaju efektów dźwiękowych, ponadto wiele nagrań wzbogacono czarującymi partiami instrumentów dętych.

Mnie te piosenki kojarzą się z próbą ukazania dnia codziennego i odsłonięcia jego magicznego wymiaru.
Wymienię tylko kilka piosenek, które należą do moich ulubionych.
Na otwarcie płyty 'Look At Me I'm You', porywająca piosenka z pojawiającymi się w tle efektami puszczanych od tyłu taśm. Kolejne nagranie to dynamiczny 'I'll Be Late For Tea' posiadający niezwykle refleksyjny - zwłaszcza w zwrotkach - charakter i wzbogacony brzmieniem trąbki.

Wiem, że się powtarzam w tych moich opisach, ale proszę mi wierzyć, że udana muzyka rockowa to nie jest tylko banalny łomot, ale przede wszystkim jakaś forma muzycznej poezji, próba oddziaływania na zmysły słuchacza poprzez inteligentnie rozplanowane dźwięki, subtelna próba zmuszenie słuchającego do przemyśleń.
Wiem, strasznie to pretensjonalne, co piszę.





Wracając do tematu. 'Love Is' to ze smakiem zaaranżowana - instrumenty smyczkowe, flet poprzeczny oraz delikatne dźwięki fortepianu - kameralna, osnuta tajemniczą aurą ballada. Cudowny fragment.
'Mister Watchmaker' to mój ulubiony moment płyty. Zagrana w rytmie walczyka, pełna ulotnego czaru, melancholijna kompozycja, ponownie urzekająca wysublimowanymi aranżacjami, tak nietypowymi dla rockowej estetyki. Wyborna muzyka do ostatniej sekundy.
Jako ostatni wymienię gitarowy 'You' z efektowanym pogłosem na wysokości refrenu. Na koniec albumu Blossom Toes zaproponowali kolaż dźwiękowy będący wiązanką tematów ze wszystkich piosenek na 'We Are Ever So Clean'.

Pomysłowa, kalejdoskopowa płyta, idealny przykład ambitnej muzyki pop, która stanowiła kolejny krok na drodze kształtowania się nowego gatunku - rocka.

wtorek, 14 kwietnia 2009

THE WHO

WHO SELL OUT 1967




1. Armenia City In The Sky
2. Heinz Baked Beans
3. Mary Anne With The Shaky Hand
4. Odorono
5. Tattoo
6. Our Love Was
7. I Can See For Miles
8. I Can't Reach You
9. Medac
10. Relax
11. Silas Stingy
12. Sunrise
13. Rael


Skład -

Roger Daltrey – Lead Vocals, Backing Vocals, Percussion
Pete Townshend – Guitar, Lead Vocals, Keyboards, Pennywhistle, Banjo, Backing vocals
John Entwistle – Bass, Lead Vocals, Horns, Backing Vocals
Keith Moon – Drums, Lead vocals, Backing Vocals, Percussion


Do 'Who Sell Out' mam bardzo osobisty stosunek. Ten album obok płyt 'Tommy', 'Live At Leeds' oraz 'Who's Next' nie tylko był dla mnie punktem zwrotnym w postrzeganiu muzyki, ale także towarzyszył mi w chwili dla mnie szczególnej, gdy przeżywałem problem sercowy. Mało który twórca muzyki popularnej lepiej potrafił zobrazować, czy może raczej przełożyć na dźwięki, odczucia młodych ludzi, niż Pete Townshend. Wówczas wszystkie te nowe dla mnie doznania muzyczne podnosiły mnie na duchu, dodając otuchy i odrobinę pewności siebie. Teraz się z tego śmieję, ale wtedy był to problem najważniejszy na świecie.
Jest to trywialne, lecz dla mnie był to bardzo ważny okres życia. Okres, który minął bezpowrotnie i chociaż zakończył się porażką i nie należał do najprzyjemniejszych, to jednak pozostanie w mym sercu na całe życie.

Żeby jednak nie przynudzać.
'Who Sell Out' stanowił duży krok naprzód w stosunku do poprzednich dwóch płyt. Jeszcze bardziej niż na 'A Quick One' kwartet urozmaicił repertuar oraz nadał swojej muzyce szlachetniejszy rys.

Pierwszej stronie LP kwartet nadał formę audycji radiowej, w której piosenki przeplatane są radiowymi anonsami. Jako autor słów, komentujących wielobarwną muzykę, utrzymanych w tonie lekkim, czasem wręcz humorystycznym, gitarzysta pochylał się nad trudnym okresem dojrzewania, młodzieńczymi frustracjami, miłosnymi uniesieniami i rozczarowaniami.

Album zachwyca bogactwem pomysłów oraz ciekawych rozwiązań.
'Mary Anne With The Shaky Hand' w warstwie muzycznej nawiązuje do muzyki latynoskiej. Z kolei - utrzymany w sennej atmosferze - 'Tattoo' przykuwa uwagę arpeggiami gitary akustycznej i elektrycznej. Rockowy 'Odorono' to prosty, chwytliwy fragment, jednak nawet w tak niewyszukanych kompozycjach muzycy potrafili czarować interesującymi melodiami.

Najważniejszym nagraniem na płycie wydaje się 'I Can See For Miles', piosenka wykonana z niespotykaną intensywnością - zespół wprowadził tutaj, grające równolegle odmienne linie melodyczne, dwie gitary elektryczne o prowokacyjnym ostrym, hałaśliwym, chwilami niemal transowym brzmieniu, obudowane ciężkimi tonami gitary basowej.
Co ciekawe, utwór, wydany na singlu promującym 'Who Sell Out', odniósł w rodzinnej Wielkiej Brytanii umiarkowany sukces.

Przeciwwagę dla wymienionych piosenek stanowiły liryczne, urzekające kompozycje takie jak 'Our Love Was' i 'I Can't Reach You' - w tej drugiej wiodącym instrumentem był fortepian - oraz zagrany wyłącznie z towarzyszeniem gitary akustycznej, refleksyjny 'Sunrise'.

Album zaś kończył wielowątkowy 'Rael', jedna z moich najbardziej lubianych kompozycji w dorobku kwartetu. Co ciekawe - pod koniec pojawiają się akordy, które po istotnej zmianie aranżacji zostaną wykorzystane na płycie 'Tommy'. Ważną rolę w kompozycji odgrywały oniryczne, rozpływające się dźwięki organów Hammonda. Ten instrument pojawia się także w dwóch innych nagraniach - dynamicznym 'Relax' i pogodnym 'Silas Stingy'.

Przeróżne efekty studyjne w największym stopniu grupa wykorzystała w piosence 'Armenia City In The Sky' stworzonej przez Johna Keene'a, któremu niedługo później Pete Townshend pomógł podczas tworzenia grupy Thunderclap Newman oraz został producentem jedynego albumu tej formacji.

W chwili wydania album nie odniósł oczekiwanego sukcesu. Sytuacja The Who znalazła się w punkcie krytycznym i gdyby nie kolejna płyta, która odmieniła losy zespołu, nie wiadomo czy kwartet zakończyłby działalność.
W każdym razie album pojawił się na rynku - tradycyjnie dla tamtych czasów - w wersji MONO i STEREO i obie wersje różniły się nieco między sobą. Rzuca się w oczy zupełnie inne krótkie solo gitary w 'Our Love Was'. W wersji STEREO jest bardziej nastrojowe, natchnione, podczas gdy w wersji MONO zdecydowanie rockowe.
Oczywiście to pierwsza różnica z brzegu, ponieważ jest ich znaczniej więcej.

Wznowiona w 1995 roku wersja CD zawierała aż dziesięć wspaniałych bonusów, z których spokojnie można by stworzyć kolejny album długogrający. Najnowsza edycja ukazała się w serii Deluxe Edition w roku 2009 i na dwóch kompaktach zawiera oba miksy oryginalnego LP oraz, oprócz wcześniejszych dodatków, całą masę kolejnych rarytasów ze skarbnicy The Who.

poniedziałek, 16 marca 2009

DEVIANTS

PTOOFF 1967

Niewiele jestem w stanie napisać o tej grupie. Jedynie tyle, że Deviants to klasyka brytyjskiego podziemia. Liderem zespołu był Mick Farren. Ich debiutancki album 'Ptooff' został zaś nagrany dzięki wsparciu finansowemu 21-letniego syna milionera. Oryginalne brytyjskie tłoczenie LP wydało undergroundowe pismo 'International Times'.





1. Opening
2. I'm Coming Home
3. Child Of The Sky
4. Charlie
5. Nothing Man
6. Garbage
7. Bun
8. Deviation Street


Repertuar płyty to cała palata muzycznej anarchii, ale jednocześnie zespół różnicuje swoją ofertę. Tak więc na początek otrzymujemy ostry - jak na 1967 rok - wyrastający z bluesa 'I'm Coming Home' z wokalem w stylu Erica Burdona i Micka Jaggera, hałaśliwa gitarowa kompozycja epatuje niezwykłą intensywnością wykonania. Nawet dzisiaj ten utwór robi duże wrażenie. W dodatku ta powoli narastająca melodia...Odlot.

Dwie kompozycje - akustyczny 'Child Of The Sky' i instrumentalny 'Bun' spowija tajemnicza aura. Trzeba przyznać, że w każdej odsłonie grupa wypada przekonująco, ma swój styl. Nawet w tych spokojniejszych fragmentach dominuje żywa atmosfera rodem z występów klubowych. Znalazło się miejsce na typowy blues 'Charlie', na muzyczne kolaże 'Nothing Man', 'Garbage' i 'Deviation Street', w których pojawiają się przeróżne efekty dźwiękowe, odgłosy rozmów, krzyki, strzały z karabinu, wymioty.
Nawet w obrębie tych nagrań można dopatrzeć się czytelnej myśli muzycznej wywiedzionej z reguły ze zwykłych piosenek, chociaż ilość nagromadzonych eksperymentów momentami czyni tę muzykę chaotyczną.

Mimo wszystkich wad, uważam, że ta płyta dobrze zniosła próbę czasu i jeszcze długo się nie zestarzeje. Przy czym 'Ptooff' umiejętnie oddaje ducha tamtej epoki, zmieniającej się kultury i muzyki*, atmosferę przesiąkniętych nowymi dźwiękami i zjawiskami klubów takich jak Marquee, UFO czy Middle Earth, w których grali niemal wszyscy ważni wykonawcy.

Nachodzi mnie taka refleksja - wiele dzisiejszych grup deklaruje się, że w swoich dokonaniach nawiązują do rockowych osiągnięć lat sześćdziesiątych, w czym wtórują im media. Bardzo ciekawe, bo ja w tej współczesnej - britpopowej i podobnej - papce nie słyszę nic z tamtej muzyki. W każdym razie lata sześćdziesiąte, które ja znam nie są tak słabe i nudne, nie są tak anemiczne, wyprane z inwencji i pomysłów. Na czym więc polega to nawiązywanie i zapożyczanie? Chyba się nie dowiem.

Deviants nagrali jeszcze dwie płyty - 'Disposable' (1968) i 'The Deviants' (1969). Zaraz potem grupa przestała istnieć. Mike Farren w 1970 roku nagrał solowy album 'Mona – The Carnivorous Circus', natomiast pozostali trzej muzycy utworzyli Pink Fairies.


*22.02.2018 - Dziś już wiem, że chodziło o burzenie prawdziwej kultury, obyczajów, wszelkich wartości i zastępowanie ich antykulturą oraz umysłową patologią, tak, by ludzie się prymitywizowali, co udało się doskonale.