Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psych-prog-rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psych-prog-rock. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 grudnia 2011

FIRE

THE MAGIC SHOEMAKER (1970)

Kolejny album z katalogu wytwórni wytwórni Pye Records, który oczywiście w chwili premiery przepadł niezauważony. Poniekąd słusznie. Nie było to dokonanie klasy Blonde On Blonde 'Contrasts' czy Pesky Gee 'Exclamation Mark' nagranych dla Pye Records mniej więcej w tym samym czasie.

Piękna okładka 'Magic Shoemaker' może sugerować, że będziemy mieli do czynienia z płytą zawierającą muzykę tradycyjną. Otóż nic bardziej mylącego. Jedyny album tria Fire to zbiór dosyć monotonnych, jednorodnych piosenek, tak samo niewyszukanych jak nazwa grupy. Całość sprawia wrażenie dość przypadkowej zbieraniny.

Na repertuar płyty składały się proste, hałaśliwe utwory rockowe w rodzaju 'Flies Like A Bird' z uwypukloną partią przesterowanej gitary. W nagraniu tym znać było reminiscencje psychodelicznego rocka oraz freakbeatu.
Natomiast nawiązujący do bluesa 'Like To Help You If I Can' urozmaicony został nagłymi przyśpieszeniami granymi w stylu boogie. 'I Can See The Sky' ponownie sięgał do bluesa, ale tym razem w bardziej rockowym stylu. Przykuwały uwagę mocno zaciągane struny gitary elektrycznej. Całość wzbogacono brzmieniem harmonijki ustnej.

Największe wrażenie wśród tego typu utworów zawartych na płycie robił 'Tell You A Story' - powolny, utrzymany w jednostajnym rytmie, niemal transowy utwór zagrany na dwie gitary, z których jedna grała melodię, natomiast druga wybiła ostre akordy. Może nie jest to zbyt wyrafinowane pod względem melodycznym i rytmicznym, ale przynajmniej posiada swoistą dramaturgię, a pod koniec nad całością zniekształcone efekty dźwiękowe. Podobne rozwiązania wprowadzono jako kodę w 'Reason For Everything'. Jedyne co mi przeszkadza w 'Tell You A Story' to krzykliwa, wręcz płaczliwa maniera wokalna Davida Lamberta.




1. Children Of Immagination
2. Tell You A Story
3. Magic Shoes
4. Reason For Everything
5. Only A Dream
6. Flies Like A Bird
7. Like To Help You If I Can
8. I Can See The Sky
9. Shoemaker
10. Happy Man Am I
11. Children Of Imagination


Skład


David Lambert - Piano, Organ, Guitar And Vocals
Dick Dufall - Bass Guitar And Vocals
Bob Voice - Drums And Vocals


Na drugim biegunie muzyki wykonywanej przez Fire leżały ballady pokroju 'Magic Shoes'. Ta pogodna, lecz nijaka piosenka, posiadała folkowy koloryt i rzeczywiście udane, oszczędne solo gitary elektrycznej. Dobre wrażenie zostało popsute przez natarczywe, jednostajne postukiwanie, atakujące uszy słuchacza przez cały czas trwania nagrania. Nawet nie jestem w stanie napisać, cóż to za instrument tak puka w tle.
Następnie pobrzmiewający echem muzyki gospel - zwłaszcza na wysokości refrenu - 'Only A Dream' zagrany z towarzyszeniem gitary akustycznej i fortepianu. Całkiem przyjemny fragment. Niestety, jak wszystkie nagrania na płycie, wykonany trochę bez pomysłu, w sposób bałaganiarski i toporny.

Dlatego aż trudno mi uwierzyć, że na sam koniec otrzymujemy coś tak wspaniałego jak niemal elegijny 'Shoemaker'. Zaśpiewana pełnym cierpienia głosem z towarzyszeniem fortepianu kompozycja akcentowana była potężnymi akordami tegoż instrumentu. W środkowej części pojawiała się, nie przystająca do całości, dość nieskładna zagrywka na gitarze klasycznej.

Program albumu uzupełniała błaha stylizacja na muzykę country zatytułowana 'Happy Man Am I'. Ten, trwający na szczęście niespełna minutę, wypełniacz zaśpiewany - lub raczej wykrzyczany - został z akompaniamentem bandżo.

Najważniejsze.
Pomysł przeplatania nagrań opowieściami Davida Lamberta uważam za bardzo poważną wadę wydawnictwa. Zespół wykoncypował bowiem sobie, że zawartość albumu będzie stanowić historię tytułowego Magicznego Szewca, i owe monologi lidera zespołu, opowiadającego szepczącym coś dzieciom, stanowiły komentarz do treści poszczególnych piosenek. Tylko, że to nie pasuje. Nie tworzy spójnej, przemyślanej formy. Całość brzmi jakby została zarejestrowana na zwykłym magnetofonie, co powoduje irytujący dysonans z przyzwoicie wyprodukowanymi kompozycjami. Ponad to do snującego opowieści głosu mężczyzny i ekscytujących się dzieci dołożono jakiś denerwujący szum. Być może w domyśle miał to być odgłos ruchu ulicznego, nie mam pojęcia.
W dodatku niektóre nagrania nagle się urywają, żeby ustąpić miejsca temu bajdurzeniu. Coś strasznego.

Reasumując.
Płyta okazuje się jednak sporym rozczarowaniem. Uważam, że same kompozycje nie są złe. Po prostu nie udało się uwypuklić ich zalet. Aranżacje rażą bylejakością. Wykonanie jest chaotyczne. Jest to kolejny przykład dokonania zdecydowanie przecenianego.

Popularność 'Magic Shoemaker' wynika zapewne z faktu, że w oryginalnym wydaniu jest to biały kruk osiągający kwotę ponad SIEDMIUSET FUNTÓW. Cóż, w tym przypadku płaci się raczej za egzemplarz, nie za muzykę, która nie należy do osiągnięć.
Dlaczego więc postanowiłem napisać to hasło? W dużym stopniu ze względu na okładkę. Jest to fragment obrazu 'A Village Scene With A Cobbler' namalowanego przez holenderskiego malarza Jana Victorsa około 1650 roku. Ponad to - jak już nieraz wspominałem - trzeba czasem dla odmiany coś skrytykować, to nieprofesjonalne w kółko tylko zachwalać.

Na sam koniec muszę wspomnieć, że dwa lata wcześniej trio nagrało świetny i rzeczywiście porywający singel 'Father's Name Is Dad - Treacle Toffee World'. Wzorowany na 'Paperback Writer' The Beatles 'Father's Name Is Dad' to tętniąca świeżością oraz młodzieńczą energią, wybitnie przebojowa piosenka, która pojawia się chyba na wszystkich kompilacjach dotyczących mniej znanego oblicza muzyki rockowej lat sześćdziesiątych. W pełnie zasłużenie.

wtorek, 12 lipca 2011

BLONDE ON BLONDE

CONTRASTS (1969)

Już prawie zapomniałem, że prowadzę tego bloga. Mimo to, cały czas trzymam rękę na pulsie i słucham jak najwięcej to możliwe klasycznych rockowych płyt. Tylko makabryczna pogoda powoduje, że nie chce mi się wysilać mózgownicy oraz zasiadać do klawiatury komputera.

Nietrudno spostrzec, że na moim blogu dominującym rocznikiem jest rok 1969. Bynajmniej nie jest to jakieś perwersyjne założenie, że tak ma być, a jedynie przypadek spowodowany tym, że muzyka, która powstawała w tym konkretnym roku bardzo mi odpowiada i jest dość wdzięcznym tematem do różnych przemyśleń. Po za tym to w tym i w kolejnym roczniku jak w soczewce skupiło się wszystko to, co w muzyce popularnej najlepsze.

Przede wszystkim co się wówczas udawało, to łączenie różnych gatunków muzycznych w jedną spójną całość i nasycanie tego jakąś trudną do opisania tajemniczą aurą. Nieważne czy była to zwykła popowa piosenka czy też dynamiczny heavy-rockowy utwór. Niemal zawsze efekt był bardziej niż intrygujący.
Eksperymentowano wtedy ze wszystkim, co tylko możliwe. Z techniką nagraniową - na przykład odwoływanie się do twórczości awangardowej. Aranżacjami - różne odmiany muzyki i instrumentarium służyły przy opracowywaniu kompozycji. Formą - chociażby zmienność wątków melodycznych i rytmicznych. Te wszystkie patenty, które wówczas wprowadzono, dały zupełnie nową, oryginalną jakość i chyba później już tylko nieznacznie były modyfikowane.

Właśnie jedną z takich wzorcowych płyt z 1969 roku jest debiutancki LP grupy Blonde On Blonde 'Contrasts' wydany przez Pye Records.
Dla mnie jest to płyta idealna. Jedna z tych, które zauroczyły mnie od pierwszego przesłuchania, mimo że właściwie zespół nie zaproponował nic odkrywczego. Ale jak to jest cudownie zagrane. Dodatkowo klarowna produkcja uwypukla kolorystykę wszystkich nagrań, mimo że zaaranżowanych oszczędnie, to jednak posiadających niemal plastyczne bogactwo barw i odcieni. Wszystko to razem przepełnione jest tym delikatnym, psychodelicznym nastrojem, tak typowym dla ówczesnego brytyjskiego muzycznego undergroundu.





1. Ride With Captain Max
2. Spinning Wheel
3. No Sleep Blues
4. Goodbye
5. I Need My Friend
6. Mother Earth
7. Eleanor Rigby
8. Conversationally Making The Grade
9. Regency
10. Island On An Island
11. Don't Be Too Long
12. Jeanette Isabella


Skład


Ralph Denyer - Guitar, Vocals
Les Hicks - Drums, Percussion
Richard Hopkins - Bass Guitar, Organ, Piano, Harpsichord, Cornet, Celeste, Whistle
Gareth Johnson - Guitar, Sitar, Flute


Czego tu nie ma.
Od nieco folkowych piosenek w rodzaju 'Don't Be Too Long' czy też nawiązującego do muzyki dawnej 'Island On An Island'. Poprzez fragmenty nasycone elementami muzyki Wschodu jak 'Spinning Wheel'. Na cięższych brzmieniach kończąc.

Nie będę zbyt oryginalny jeśli stwierdzę, że najważniejszym utworem na tej fantastycznej płycie wydaje się być rozpoczynający album 'Ride With Captain Max'.
Utwór można podzielić na trzy segmenty. Wstęp i zakończenie - czyli dynamiczny, hard-rockowy motyw z wprost niesamowitymi gitarowymi popisami na tle równie doskonałego riffu. Dwa zaśpiewane z towarzyszeniem akustycznej gitary przerywniki. Natomiast w środkowej części zespół zaproponował porywające interludium, w którym pojawiały się organy Hammonda tworzące razem z ostrą gitarą elektryczną rodzaj dwugłosu. To wszystko w ciągu pięciu minut. ZAISTE GENIALNE.
Momentami tylko odnoszę wrażenie, że zespół tworząc 'Ride With Captain Max' był pod wpływem pierwszej części 'Oh Well' Fleetwood Mac. Sugeruje to rozmieszczenie części akustycznych i elektrycznych oraz ich sposób wykonywania. Ale może przesadzam?

Na debiutanckiej płycie długogrającej grupa dość często szukała natchnienia dla swojej twórczości w folku. Te wpływy słychać wyraźnie w kilku utworach zawartych na albumie.
Na przykład we wspomnianym 'Island On An Island' wzbogaconym dźwiękami fujarki. Ale także w zaśpiewanym jedynie z akompaniamentem gitary klasycznej 'Don't Be Too Long'. We wstępie tej piosnki wprowadzono zapowiedzi płynące z głośników portu lotnieczego. Także wieńcząca płytę przepiękna, hipnotyzująca cudowną melodyką rockowa ballada 'Jeanette Isabella' powstał z wyraźnej fascynacji sceną folkową.

Akustyczne brzmienia na 'Contrasts' wręcz dominują.
Na przykład - w zaskakującej wersji 'Eleanor Rigby' grupy The Beatles stylizowanej na muzykę hiszpańską. Zwraca uwagę, co oczywiste, gitara grająca flamenco oraz charakterystyczne partie trąbki. Jest w tej wersji coś rzeczywiście przejmującego, chociaż wiadomo - wybitnego oryginału najnormalniej w świecie nie można przebić. Ale grupie udało się wybrnąć z tego zadania na medal.

Także intrygujący i na swój sposób mroczny 'Mother Earth' to asymilacja niespokojnych, akustycznych klimatów z potężnymi wejściami organów Hammonda oraz ostrej gitary elektrycznej i pełnego dramatyzmu, podniosłego śpiewu. Tu już mamy ewidentnie progresywne zapędy.

Z kolei 'Spinning Wheel' to zagrana w szybkim tempie piosenka ozdobiona natarczywymi dźwiękami sitaru. Warto zwrócić uwagę, że zamiast zwyczajowej w tych okolicznościach tabli, rytm nabija perkusja. Kompozycję wzbogacono partią fletu poprzecznego.
Może nie do końca udana, chociaż przyznać trzeba sympatyczna, była przeróbka piosenki Incredible String Band 'No Sleep Blues' - pochodzącej z drugiego LP '5000 Spirits Or The Layers Of The Onion' - w interpretacji Blonde On Blonde nosząca cechy muzyki country. Skoczna i lekka zwrotka skontrastowana została z sennym, odrealnionym refrenem.

Bardzo dobrym przykładem popowej czy może pop-psychodelicznej piosenki był opracowany z pomocą klawesynu 'Goodbye'. Natomiast 'I Need My Friend' to już psychodeliczne granie na całego. Świetna ostro przesterowana gitara i mocno wybijany, prosty rytm plus schowane w tle dźwięki fortepianu. Wydaje się oczywiste, ale kwartet wytworzył tutaj ciekawą, posępną atmosferę.

Nie jestem znawcą muzyki klasycznej, ale w opracowanym na klawesyn i gitarę klasyczną 'Regency' słychać inspiracje twórczością Johanna Sebastiana Bacha.

Tak więc nie była to być może muzyka nowatorska, a nawet bym powiedział, że momentami można odnieść wrażenie, że lekko już nieaktualna, ale duch tego wszystkiego co się wtedy w muzyce rockowej działo powoduje, że otrzymaliśmy solidny i interesujący materiał. Ponad to słuchając tego dzieła stwierdzam, że w zbieraniu płyt kompaktowych jest sens i warto czasem poświęcić tych parę groszy, żeby móc z dumą postawić CD na półce.
Jako puentę dodam, że grupa po niewielkiej, jednak istotnej zmianie składu nagrała jeszcze dwie płyty, z których wydany już dla innej wytwórni 'Rebirth' z 1970 roku przez wielu uważany jest za najlepsze dokonanie kwartetu.

wtorek, 4 stycznia 2011

CZAR 1970

Ocenianie opisywanych zespołów przez pryzmat osiągnięć innych wykonawców posiada niestety sporo wad. Chociaż wiem, że sam dosyć często padam ofiarą owej maniery przy recenzowaniu płyt zamieszczanych na tym blogu, to jednak staram się tego unikać jak ognia.

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że porównywanie odbiera artyście jego oryginalność. Drugą zaś, świadomość, że przecież nie każdy czytający recenzję musi znać grupy, do których autor przyrównuje opisywaną formację. Wtedy takie zestawienie muzyki danego zespołu z dokonaniami innych grup kompletnie traci sens, gdyż czytelnikom nic to nie mówi.
Następna sprawa, to wątpliwa trafność takowych porównań. Ktoś może stwierdzić, że muzyka omawianego wykonawcy wcale nie jest podobna do muzyki zespołu lub solisty, do którego się odnosimy.





1. Tread Softly On My Dreams
2. Cecelia
3. Follow Me
4. Dawning Of A New Day
5. Beyond The Moon
6. Today
7. A Day In September


Skład


Del Gough - Drums
Bob Hodges - Keyboards, Vocals
Paul Kendrick - Bass Guitar, Vocals
Mick Ware - Guitar, Vocals


Dlaczego jednak o tym wspominam?
Ponieważ muzyka grupy Czar nieodparcie nasuwa - podejrzewam, że nie tylko mnie - skojarzenia z dokonaniami takich tuzów gatunku jak King Crimson i The Moody Blues. Tylko, według mnie, jedyny album tego całkowicie zapomnianego kwartetu jest na znacznie niższym poziomie, co wcale nie jest takie oczywiste, ponieważ zdarzały się genialne wyjątki, kiedy to epigoni osiągali poziom równy lub nawet wyższy od swoich artystycznych wzorców.

Niestety, nie tym razem.
Brzmienie płyty Czar jest po prostu strasznie toporne. Może i same kompozycje nie są najgorsze, trudno odmówić im pewnego uroku, jednak pomimo starań muzyków, wszystkie nagrania odznaczają się wyjątkowo przyciężkim wykonaniem. Braknie im finezji, lekkości. Nie wiem, czy to wina zespołu, czy może producenta płyty. Na plus można wskazać, że najpewniej przez przypadek udało się wykreować ciekawy, zdehumanizowany klimat całości.
Drażni mnie natomiast maniera wokalisty, który sprawia wrażenie jakby przechodził mutację głosu. Nie wiem, czy jest to efekt jakiegoś zabiegu studyjnego, czy też on po prostu tak śpiewa.

Co do samego meritum.
Pierwsza kompozycja na płycie 'Tread Softly On My Dreams' bez wątpienia odwołuje się do tradycji '21st Century Schizoid Man' dla niepoznaki okraszonej potężnym brzmieniem melotronu zamiast dziką partią saksofonu. Wystarczy jednak posłuchać zwrotki, aby dostrzec podobieństwo z nagraniem King Crimson - mam na myśli charakterystyczne pauzy.
W środkowej części następuje krótka zmiana muzycznej narracji, jakby żywcem wzięta z improwizowanej, instrumentalnej sekwencji wspomnianego nagrania słynnego zespołu. Jako rodzaj spoiwa wprowadzono romantyczny, nastrojowy refren.

Zdecydowanie ciekawsza i - na swój pokrętny sposób - intrygująca była dynamiczna, hałaśliwa 'Cecelia' z ekstatycznym wstępem - kapitalne organy Hammonda - oraz powolną melodią ponownie opracowaną z użyciem melotronu. Godna uwagi jest długa instrumentalna część z doskonałymi partiami gitary elektrycznej oraz klawesynu.

Ciekawie prezentuje się przebojowy 'Follow Me'.
Krótka, chwytliwa piosenka ponownie odznaczająca się względnie ostrym brzmieniem, prostym rytmem i chóralnym, pogodnym refrenem. Jedynie co nie jest mnie w stanie przekonać, to śpiew, który skutecznie psuje wszystkie nagrania zawarte na tej płycie.

Niestety dobre wrażenie po poprzednich nagraniach psują kompozycje takie jak nijaki i za długi 'Dawning Of A New Day' czy 'Beyond The Moon'. Drugi z tych utworów był w warstwie rytmicznej i melodycznej czymś na kształt walca i został zwieńczony monotonną grupową partią wokalną będącą czymś na wzór kołysanki.

Na koniec Czar zaproponowali chyba najlepszy w zestawie 'A Day In September'. W przeważającej części instrumentalny, ozdobiony sporą ilością swobodnych, oszczędnych improwizacji, utwór w warstwie rytmicznej miał w sobie coś z marszu. Moją uwagę przykuwają wyrastające z bluesa zagrywki gitary elektrycznej. Ucztą dla uszu są zaś te wszystkie potężne akordy wygrywane na organach Hammonda. Zespół osiągnął w tym nagraniu szczyt swoich możliwości. Niepotrzebnie tylko we wstępie i w zakończeniu wprowadzono zupełnie chaotyczny zespołowy śpiew. W formie kody pojawiła się katarynkowa melodyjka rodem z wesołego miasteczka.

Nie jest to płyta zła, nie jest to płyta dobra. Po prostu jest i tyle. Aż tyle. Trzeba wziąć pod uwagę, że bardzo rzadkie oryginalne egzemplarze LP wydanego przez Fontana Records wyłącznie w Wielkiej Brytanii osiągają cenę od 1000 do 1200 funtów. Moim zdaniem jest to dokonanie wybitnie kolekcjonerskie, ponieważ pod względem muzycznym nie jest to satysfakcjonujące osiągnięcie.

Zastanawiam się, po co pisałem na temat płyty, która nie wzbudza we mnie w pełni pozytywnych odczuć. Ale stwierdzam na koniec, że raz na jakiś czas trzeba napisać coś bardziej krytycznego. Nie można wciąż wychwalać pod niebiosa. Wypadało na nieszczęsny zespół Czar.

AARDVARK 1970

Lubię tę uroczą i nieco naiwną płytę.

Na albumie Aardvark mamy kawałek miłego dla ucha hard rocka z ambicjami. Grupa inspirowała się dokonaniami takich tuzów gatunku jak Deep Purple i Atomic Rooster oraz The Nice. Problem jednak polega na tym, że płyta kwartetu, to jedno z tych dokonań, którego lepiej się słucha, gdy się ma rzeczywiście odpowiedni nastrój do takiej muzyki.





1. Copper Sunset
2. Very Nice Of You To Call
3. Many Things To Do
4. The Greencap
5. I Can't Stop
6. The Outing - Yes
7. Once Upon A Hill
8. Put That In Your Pipe And Smoke It


Skład


Stan Aldous - Bass Guitar, Celesta, Vibraphone, Marimba, Recorder
Steve Milliner - Organ, Piano
Frank Clark - Percussion
David Skillin - Vocals




Według mnie silną stroną zespołu były nagrania spokojniejsze, łączące rockową estetyką z delikatnymi wpływami jazzu, jak choćby w skocznym 'Very Nice Of You To Call', w którym na pierwszy plan wysunięte zostały jazzowe partie fortepianu ozdobione rytmicznym klaskaniem. Niby nie jest to jakieś szczególnie skomplikowane, ale słucha się wybornie.

Dla odmiany 'The Greencap' razi zupełnie niepotrzebnie zdeformowanym głosem wokalisty - pomysł najprawdopodobniej zainspirowany przez '21st Century Schizoid Man' King Crimson. Kompozycja zawiera ciekawą, chociaż niezbyt wyszukaną improwizację organów Hammonda wspartych dźwiękami wibrafonu. Całości dopełniało dość banalne canto refrenu. Muszę tutaj nadmienić, że bardzo cenię sobie owe nieco oniryczne brzmienie uzyskiwane przy pomocy organów Hammonda dominujące na płycie.

Nastrojowe preludium w 'I Can't Stop' przeistacza się w rozpędzony, ponownie dość prosty utwór zwieńczony szaloną organową kodą. Inna sprawa, że to właśnie organy Hammonda są na tej płycie instrumentem wiodącym, co zapewne wiązało się z całkowitym brakiem gitary elektrycznej w składzie formacji.

'The Outing - Yes' w pierwszej części zawiera rozczarowującą skandowaną, dynamiczną piosenką. Natomiast w części drugiej przeistacza się w atonalną, kakofoniczną i dosyć długą improwizację jakby żywcem wyjętą ze wstępu 'A Saucerful Of Secrets' grupy Pink Floyd. Bardzo ciekawy fragment, ale jednocześnie bardzo nieoryginalny.
Utwór bezpośrednio przechodzi w utrzymany w baśniowej atmosferze, delikatny 'Once Upon A Hill'. Ten z kolei płynnie łączył się z ostatnim na płycie 'Put That In Your Pipe And Smoke It'. Kolejne nagranie zdominowane przez dźwięki organów Hammonda. Trzeba uczciwie przyznać, że ten pełen szalonych improwizacji i zagrany w szybkim tempie utwór robi duże wrażenie.

Program płyty uzupełniał hard-rockowy 'Copper Sunset' zagrany na ostro przesterowanych organach Hammonda oraz ponownie zaaranżowany z pomocą fortepianu 'Many Things To Do' z fajną, katarynkową partią organów Hammonda w środkowej części i kilkoma zmianami rytmu. W przypadku pierwszego nagrania słychać było wpływ zespołu Deep Purple. Drugi zaś pobrzmiewał echem dokonań tria Atomic Rooster.

Tak więc - nie jest to płyta grzesząca oryginalnością i może stanowić przykry dowód na to, że zapomniane zespoły nie miały zbyt wiele do zaproponowania po za powielaniem patentów innych wykonawców. Mimo to dokonanie Aardvark posiada wiele niewymuszonego wdzięku i kilka świetnych momentów, i choćby z tego powodu warto zapoznać się z tą muzyką.

Cokolwiek jednak napisać, to zdjęcie zdobiące okładkę jest autentycznie przepiękne.

wtorek, 14 grudnia 2010

PESKY GEE

EXCLAMATION MARK 1969

Leniwy jestem i to okrutnie. Od dobrych kilku tygodni nie napisałem nawet jednego słowa na tym nieszczęsnym blogu. Nie mogę się na niczym dłużej skoncentrować. Przedwczesna zima dodatkowo pogłębia stan rozbicia psychicznego. Nawet zdarzyło się, że odsunąłem od siebie muzykę, ale na szczęście nie na długo. Od dwóch tygodni nieprzerwanie pada śnieg pokrywając cały kraj. W tych warunkach bardzo trudno zmobilizować się do czegokolwiek.





1. Another Country
2. Pigs Foots
3. Season Of The Witch
4. A Place Of Heartbreak
5. Where Is My Mind
6. Piece Of My Heart
7. Dharma For One
8. Peace Of Mind
9. Born To Be Wild

Skład

Kay Garret - Lead Vocals
Kip Trevor - Lead Vocals
Jim Gannon - Guitar
Bob Bond - Bass
Jess Taylor - Organ
Clive Jones - Saxophone
Clive Box - Drums And Percussion


Pesky Gee po nagraniu 'Exclamation Mark' przeistoczył się w popularny przez krótki moment Black Widow i nagrał kolejne trzy płyty, które mnie już aż tak nie zachwycają. Oczywiście, debiut Black Widow 'Sacrifice' to bardzo dobre, czy wręcz porywające dokonanie, jednak, jak dla mnie, to już nie to samo. Czegoś tam brakuje.

Na jedynej płycie septetu mamy zaś repertuar powstały pod wpływem fascynacji jazzem, spowity nieco senną atmosferą oraz doskonałe, plastyczne brzmienie uzyskane przy pomocy dość standardowego - jak na ówczesne normy - instrumentarium, czyli organów Hammonda, gitary elektrycznej, basu, perkusji i saksofonu.
Dość typowy dla tamtego okresu był wybór kompozycji wypełniających albumu, wśród których dominowały przeróbki cudzych kompozycji.

Esencjonalna jest tutaj znakomita interpretacja 'Season Of The Witch' autorstwa Donovana. Nasycona klimatem jazzu i doskonale zaśpiewana przez Kay Garrett leniwym - dla odmiany w refrenie cudownie krzykliwym - głosem, zwracała uwagę oszczędną partią gitary oraz dynamicznymi partiami organów Hammonda, które pierwszoplanową rolę wiodły w długiej instrumentalnej improwizacji, tworząc bogatą paletę barw i brzmień. Nie jest to szczególnie oryginalne, ale na pewno świetnie zagrane. Kay Garrett posiadała wprawdzie skromne możliwości, ale liczy się fakt, że potrafiła wpasować się w klimat muzyki, że jej głos był idealny do tego typu dźwięków.

Uważam, że wokalistka prezentowała ciekawszy sposób śpiewania niźli dominujący na płycie Kip Trevor. Doskonale wychodziły pani zwłaszcza wysokie tony. Mimo to 'Another Country' z wokalistą w roli głównej był następnym doskonałym punktem programu. Obowiązkowa jazzowa gitara i wiodące partie saksofonu, dynamiczna sekcja rytmiczna plus tajemniczy nastrój. Z główną częścią kontrastowało zagrane z lekkim swingiem instrumentalne interludium, z subtelną partią organów Hammonda, które jednak po chwili nabierało tempa i przeistaczało się w kapitalny pojedynek gitary elektrycznej i saksofonu.

Innym klejnotem była zagrana w średnim tempie i nieco paranoiczna przeróbka nagrania 'Where Is My Mind' amerykańskiego kwartetu Vanilla Fudge. W końcu od jak najlepszej strony zaprezentował się Kip Trevor śpiewając tym swoim zlęknionym głosem, a w refrenie wspomagany przez niemal obłąkaną Kay Garrett.
Bardzo dobry jest też instrumentalny 'Pigs Foots'. Na tle mocnej sekcji rytmicznej można posłuchać pełnych wigoru solowych partii saksofonu, ostrej gitary i organów Hammonda. Całość została oczywiście nasączona jazzowym kolorytem.

Ponad to Pesky Gee zaprezentował spopularyzowany przez Janis Joplin 'Piece Of My Heart' oraz własne wersje kompozycji popularnych w tym czasie zespołów - 'Peace Of Mind' z debiutanckiej płyty grupy Family 'Music In A Doll's House', instrumentalny 'Dharma For One' zespołu Jethro Tull z ich pierwszego albumu 'This Was' oraz 'Born To Be Wild' amerykańskiej formacji Steppenwolf.
'Exclamation Mark' trzymał równy, dosyć wysoki poziom i trudno znaleźć słabszy moment. Troszkę szkoda, że zabrakło kompozycji własnych, ale i tak jako całość jest to wymarzone dokonanie rodem z brytyjskiego muzycznego undergroundu.
Czegoż więcej chcieć?

Muszę koniecznie nadmienić, że wspomniany wcześniej debiut Black Widow 'Sacrifice' został pierwotnie zarejestrowany jeszcze pod nazwą Pesky Gee i z Kay Garrett jako wokalistką, ale ukazał się dopiero po latach jako 'Return To The Sabbath'. Ta wczesna wersja płyty była bliższa opisywanemu tutaj dokonaniu i przez to jakby ciut bardziej tajemnicza.

wtorek, 7 grudnia 2010

CRAZY WORLD OF ARTHUR BROWN 1968

Historia działającej w latach 1967-1969 grupy The Crazy World Of Arthur Brown mimo, że stosunkowo krótka, zawiła jest dla mniej bardziej niż powieści Raymonda Chandlera. Do tej pory nie jestem w stanie pojąć, jak wielu muzyków przewinęło się przez zespół, jedni bowiem odchodzili, inni zaś wracali, jeszcze inni pojawiali się na moment.

Grupa kierowana przez ekscentrycznego Arthura Browna pozostawiła po sobie jeden album, który okazał się być kamieniem milowym w historii muzyki rockowej, oraz materiał na drugi LP, który jednak ukazał się dopiero w 1988 roku pod tytułem 'Strangelands'.

Wracając jednak do roku 1968 i koncentrując się na wydanej wówczas płycie - muszę przyznać, że nie jestem pewien wymienionego składu. Dla przykładu - na internetowej stronie Marmalade Skies wyczytałem, że podczas nagrywania materiału na płytę w kilku nagraniach za perkusją zasiadł muzyk sesyjny. To tylko przykład pierwszy z brzegu, ponieważ działalność koncertowa grupy przebiegała w jeszcze bardziej rozchwianych personalnie układach.





1. Prelude - Nightmare
2. Fanfare - Fire Poem
3. Fire
4. Come And Buy
5. Time
6. Confusion
7. I Put A Spell On You
8. Spontaneous Apple Creation
9. Rest Cure
10. I've Got Money
11. Child Of My Kingdom


Skład


Arthur Brown – Vocals
Vincent Crane – Keyboards
Sean Nicholas (Nicholas Greenwood) – Bass Guitar
Drachen Theaker – Drums


Nie to jest jednak ważne, ważny jest fakt, że świat otrzymał po raz pierwszy dokonanie, które w sposób niespotykany do tej pory wprowadzało słuchacza w prawdziwy teatr grozy. Trzeba przy tym zauważyć, że w kwartecie pozbawionym gitary wszystko spoczywało na barkach operującego szerokim spektrum środków wyrazu - od szeptu do ekstatycznego krzyku - wokaliście. Drugą ważną postacią przedstawienia był grający na organach Hammonda Vincent Crane. Sekcja rytmiczna stanowiła istotne tło, jednak nigdy nie wybijała się na pierwszy plan.

Pierwsza strona LP zawierała wyłącznie oryginalne kompozycje autorstwa Arthura Browna i Vincenta Crane'a. Był to rodzaj suity, w której sześć nagrań powiązano w całość różnego rodzaju interludiami - na przykład monolog z tłem muzycznym poprzedzający kompozycję 'Fire' lub powracający temat piosenki 'Nightmare' we wstępie 'Time'. Wszystkie te nagrania epatowały niezwykle wręcz posępną atmosferą i niespotykaną żywiołowością interpretacji wokalnej. Natomiast pełne ekspresji partie Vincenta Crane'a, który uzyskiwał na organach Hammonda prawdziwą paletę barw, przydały muzyce dużej ruchliwości oraz tajemniczej, grobowej aury.

Druga strona była częściowo wynikiem kompromisu.
Jak wynika ze wspomnień wokalisty zawartych w książce 'Prophets And Sages', producent pragnął, aby w programie płyty znalazły się przede wszystkim interpretacje standardów soulowych czy bluesowych, które grupa wykonywała podczas koncertów. Ostatecznie zdecydowano się zamieścić dwie cudze kompozycje. Była to znakomita, porywająca wersja 'I Put A Spell On You' skomponowana przez Screamin' Jay Hawkinsa oparta na ciężkim brzmieniu organów Hammonda i nareszcie mocnej, wyrazistej grze perkusji.
Natomiast 'I've Got Money' z repertuaru Jamesa Browna był z oczywistych względów tak wyraźnym ukłonem w stronę soulu, chociaż całość nosiła raczej jazzowy styl. Wystarczy zwrócić uwagę na synkopowaną grę perkusisty oraz jazzowe partie fortepianu.
Jeszcze bardziej soulowy charakter nosiła dość błaha piosenka 'Rest Cure'. Tutaj honoru broniła przede wszystkim doskonała interpretacja wokalna. Interesujący przykład, jak za sprawą talentu z niczego można uczynić coś względnie wartościowego.

Wśród pozostałych nagrań warto zwrócić uwagę na wyjątkowy 'Spontaneous Apple Creation' - jedyny tak bardzo wyraźnie psychodeliczny utwór na płycie, pełen dysonansów i zniekształconych dźwięków, natomiast sam Arthur Brown bardziej deklamował niż śpiewał.

Warto pamiętać, że oryginalny LP ukazał się w wersji MONO i STEREO. Edycja kompaktowa zawiera błędne przypisy do nagrań z pierwszej strony płyty długogrającej - przygotowane przez zespół bez udziału orkiestry - sugerując jakoby były to wersje monofoniczne. W rzeczywistości owe utwory nigdy nie ukazały się na płycie winylowej.
Płytę wyprodukował Kit Lambert, nadworny producent wczesnych płyt The Who. Natomiast jako Associate Producer (nie znam polskiego odpowiednika tego terminu) wystąpił Pete Townshend - lider i gitarzysta tegoż kwartetu.

W ostatnim okresie działalności The Crazy World Of Arthur Brown pojawił się perkusista Carl Palmer. Vincent Crane wespół z perkusistą, po odejściu z formacji, utworzył Atomic Rooster, z tym trio Carl Palmer nagrał tylko debiutancką płytę, gdyż wkrótce potem otrzymał propozycję od Keitha Emersona i Grega Lake'a utworzenia Emerson Lake And Palmer.

Ciekawą postacią był natomiast basista Sean Nicholas, który w 1972 roku już jako Nicholas Greenwood pojawił się w odpowiedzialnej za znakomitą płytę 'Space Shanty' formacji Khan oraz nagrał solowy album 'Cold Cuts'. Dzisiaj ten wydany przez wytwórnię Kingdom rarytas uważany jest za jedno z ciekawszych i całkowicie zapomnianych dokonań na niwie rocka progresywnego. Płyta w wersji oryginalnej jest niemal nie do zdobycia, warta obecnie setki czy nawet tysiące euro stanowi obiekt pożądania niemal wszystkich kolekcjonerów płyt z klasycznym rockowym graniem.

Natomiast główny bohater całego zamieszania najpierw powołał do życia Kingdom Come, potem zaś poświęcił się karierze solowej coraz bardziej usuwając w cień.

piątek, 3 września 2010

BOBAK JONS MALONE

MOTHERLIGHT (1970)




1. Motherlight
2. On A Meadow - Lea
3. Mona Lose
4. Wanna Make A Star Sam
5. House Of Many Windows
6. Chant
7. Burning The Weed
8. The Lens


Jesień objawiła się tak nagle jakby ktoś jednym zdecydowanym cięciem rozciął słońca kurtynę, a tuż za nią objawiła się zasłona deszczu. Koniec lata, zmiana scenografii. Właściwie od kilku dni nieustannie pada deszcz, ale mnie to nie przeszkadza, miałem już dosyć lata i upałów.
Teraz kiedy piszę te słowa krótkotrwałe pojawienie się deszczu rozgoniły promienia słońca.

Ale dość tych meteorologicznych opisów.
Na początek wrześniowej aury przedstawię płytę, której nazwa i tytuł wywołują niemal zawsze zamieszanie. Przyjmijmy jednak, że nazwa grupy to nazwiska twórców płyty, czyli Mike Bobak, Andy Johns (opisany błędnie jako Andy Jons) oraz Wilson Malone. Bobak Jons Malone. Tytuł płyty pochodzi zaś od tytułu kompozycji, rozpoczynającej album. Proste.

Nie jest to dokonanie wybitne, nie jest to także muzyka, która sprawia, że inaczej zaczynamy postrzegać świat dźwięków. Dlaczego więc zdecydowałem się wspomnieć o tej zapomnianej płycie? Jest tutaj bowiem przynajmniej jeden wspaniały moment, czyli 'House Of Many Windows'. Rozpoczynający się od potężnego akordu fortepianu utwór zachwyca wspaniałą, pełną optymizmu melodią urozmaiconą podniosłym organowym interludium w stylu Procol Harum. W finale pojawia się parafraza kilku taktów zaczerpniętych z głównego tematu muzycznego z filmu 'Magnificent Seven' ('Siedmiu Wspaniałych'). Piosenka zagrana została z użyciem fortepianu, organów Hammonda oraz perkusji i gitary basowej. Mnie 'House Of Many Windows' kojarzy się z późniejszymi dokonaniami Genesis.

Był to jednocześnie jedyny taki utwór na płycie. Większość nagrań odznaczała się niezbyt wyszukanymi melodiami oraz czasem wręcz skrajną prostotą rytmów.
Dziwna to płyta, muzycy chyba bardziej położyli nacisk na tworzenie odpowiedniej, dość złowieszczej atmosfery nagrań niźli na bogactwo wątków melodycznych czy harmonii. Tak więc pomimo faktu, że nagrania takie jak 'Mona Lose' czy 'On A Meadow - Lea' potrafią oczarować swoim tajemniczym nastrojem, budowanym głównie na fundamentach fortepianu i organów Hammonda, to jednak samo wykonanie bywa w wielu momentach nużące. Dwa - trzy akordy, które tworzą melodię, powtarzane są z namaszczeniem przez cały czas trwania nagrania, tu i ówdzie wzbogacane dźwiękami gitary lub różnego rodzaju wstawkami instrumentów klawiszowych, niekiedy niemal kakofonicznych. W taki sposób koncypowany jest właściwie każdy kolejny utwór, co może się podobać i ma to swój urok, ale w niektórych momentach może jednak irytować do granic wytrzymałości.

Wystarczy posłuchać 'Chant' z dysonansowym wstępem, który później przeistacza się w jakieś trywialne przyśpiewy. Również lekko irytujący jest nijaki 'Wanna Make A Star, Sam' oparty chyba na jednym dźwięku gitary, ponownie dla zmyłki uatrakcyjniany krótkimi i dość mdłymi ornamentami tegoż instrumentu, na dodatek piosenka zaśpiewana jest kompletnie bez polotu. Nie mam pojęcia, czy miał być to zamierzony efekt, ale chyba tak, bo Wilson Malone wszystkie piosenki tutaj zawarte śpiewa tym jakby zmęczonym, anemicznym głosem.
Ewidentnie niedopasowany do całości jest natomiast bezpretensjonalny 'Burning The Weed'. Czyżby pastisz muzyki country?

Strasznie zjechałem 'Motherlight', muszę jednak nadmienić, że pomimo tych wszystkich mankamentów - co jest w tym wszystkim najdziwniejsze - tego albumu słucha się naprawdę przyjemnie. Melodie we wspomnianych 'Mona Lose' i 'On A Meadow - Lea', czy w nagraniu tytułowym, chociaż skromnie opracowane, potrafią wryć się w pamięć. Ale przede wszystkim urzeka ten mroczny klimat, który pojawia się w tych trzech - czterech nagraniach.

Konkludując. Proszę się nie zrażać moim pisaniem, gdyż jest to wyłącznie moja opinia, kogoś innego muzyka Bobak Jons Malone może zachwycić. W świecie to jedyne przedsięwzięcie nagrane przez dwóch etatowych inżynierów dźwięku (Mike Bobak i Andy Johns) oraz byłego muzyka grupy Orange Bicycle (Wilson Malone), cieszy się ogromną estymą i oczywiście jako oryginalny LP wydany przez Morgan Blue Town jest upragniony przez niemal wszystkich miłośników klasycznej rockowej muzyki.
Po za tym tutaj jest ponadczasowy 'House Of Many Windows' i to jest chyba wystarczający powód by sięgnąć po tę płytę.

sobota, 10 lipca 2010

FIVE DAY RAIN (1970)

W tamtych czasach PRYWATNE TŁOCZENIE było praktyką dosyć często stosowaną przez zespoły, które chciały zwrócić na siebie uwagę wytwórni płytowych. Własnym - przeważnie niewielkim - kosztem rejestrowały materiał, który dzisiaj określilibyśmy jako DEMO.

W zależności od możliwości tak muzyków, jak i studia, w którym powstawał materiał, takie nagrania prezentowały bardzo różnorodny poziom. Five Day Rain tworzyli instrumentaliści nie tylko bardzo utalentowani, ale także posiadający zdolność do komponowania naprawdę dobrych piosenek. Można się wręcz zadumać nad tym, jak to możliwe, że żadna wytwórnia nie wykazała grupą zainteresowania. Zadziwia bowiem nie tylko wykonawstwo, co także strona techniczna całości nagranej w renomowanym IBC Studios pod okiem dwóch doświadczonych inżynierów dźwięku - Damona Lyon-Shawa oraz Briana Carrolla.





1. Marie’s A Woman
2. Don’t Be Mislead
3. Good Year
4. Fallout
5. Leave It At That
6. The Reason Why
7. Sea Song
8. Rough Cut Marmalade
9. Lay Me Down
10. Too Much Of Nothing

IRON PROPHET

1. Antonia
2. So Don’t Worry
3. The Boy
4. Wanna Make Love To You

Skład

Rick Sharpe - Guitars, Vocals, Harmonica, Percussion
Graham Maitland - Keyboards, Accordeon, Vocals
Clive Shepherd - Bass, Vocals
Kim Haworth - Drums


Zespół przedstawił stosunkowo zwięzłe rockowe utwory noszące melancholijny, romantyczny i balladowy charakter, ale nie wolne od wpływów ciężkiego rocka.
Repertuar zaaranżowano z użyciem typowych dla tego okresu instrumentów - wiodącą rolę powierzono organom Hammonda i gitarze elektrycznej. W kilku piosenkach prym wiódł fortepian. Z tego rodzaju muzyką doskonale współgrał pełen ciepła, rozmarzony śpiew Ricka Sharpe'a.

Właściwie każda z kompozycji przykuwa uwagę. Podniosłą atmosferę w wyjątkowej urody dynamicznym 'Good Year' budowały dźwięki melotronu oraz gitary stalowej. Utwór ozdobiono oszczędną, autentycznie przepiękną zagrywką gitary elektrycznej. Zagrana w szybkim tempie ballada 'Don’t Be Mislead' za podstawę miała liryczny temat grany na fortepianie, z którym kontrastowała schowana na drugim planie całkiem ostro brzmiąca gitara.
Pobrzmiewającą sentymentalną nutą piosenkę 'Sea Song' wzbogacono szumem morskich fal i krzykiem mew. Zaśpiewana z akompaniamentem fortepianu i zaaranżowana na głosy poetycka miniatura 'Lay Me Down' czarowała smutną aurą.

Z kompozycji bliższych estetyce ówczesnego rocka warto wymienić 'Marie’s A Woman'. Przesterowana gitara i ciężkie tony organów Hammonda stworzyły atmosferę wzorcową dla tego typu dokonań. Inny przykład to 'The Reason Why' z przetworzonym głosem wokalisty.
Przede wszystkim zaś trzeba wskazać najbardziej rozbudowany, instrumentalny 'Rough Cut Marmalade' posiadający w sobie hard-rockową intensywność. Już niepokojący, futurystyczny wstęp robi duże wrażenie. Wyjątkowo żywiołowy i pełen ruchliwości utwór zachwyca pełnymi swobodny improwizacjami gitarzysty oraz granymi z fantazją partiami organów Hammonda. Przez całe nagranie przewijają się pulsujące, zniekształcone dźwięki syntezatorów Mooga, co daje kompozycji nieco awangardowy posmak.

Zespół wykonał także przeróbkę piosenki Boba Dylana 'Too Much Of Nothing'. W pierwszej części niezwykle pogodną, niemal folkową. W finale zaś przeradzającą się w pełną zadumy kantylenę.

Warto dodać, że w sesji wzięło udział kilku dodatkowych muzyków. Wśród nich wokalistka Sharon Tandy znana ze współpracy z rewelacyjną formacją Les Fleur De Lys, która jako zespół akompaniujący pojawiła się na dwóch piosenkach sygnowanych imieniem i nazwiskiem artystki 'Hold On' i 'Daughter Of The Sun'.





Pozbawione pierwotnie okładki i wydane w nakładzie ledwie DWUDZIESTU PIĘCIU egzemplarzy dokonanie stało się podstawą dwóch reedycji, dzięki którym miłośnicy starego rocka mogli ten przepiękny album odkryć.

W 2001 roku album, ozdobiony atrakcyjną ilustracją, wydała wytwórnia Background (Wielka Brytania). Natomiast w 2006 roku wydawnictwo Night Wings Records (Włochy) wznowiło ten tytuł w innej - chociaż równie baśniowej - kopercie oraz dołączyło kilka nagrań, dzięki temu można usłyszeć nie tylko cały materiał, jaki grupa zarejestrowała w 1969 roku, ale także cztery nagrania powstałe nieco wcześniej (pod nazwą IRON PROPHET).

Odnoszę jednak wrażenie, że Five Day Rain wciąż czeka na należne mu miejsce w panteonie rockowej klasyki.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

PRETTY THINGS

S.F. SORROW (1968)

Gdy jakieś sześć lat temu usłyszałem 'S.F. Sorrow' po raz pierwszy, poczułem rozczarowanie. Sugerując się nazwiskiem producenta płyty oraz nazwą studia, w której została zarejestrowana, liczyłem na muzykę pokrewną stylowi 'Piper At The Gates Of Dawn' Pink Floyd czy może 'Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band' The Beatles. Tymczasem to, co zaproponowała grupa The Pretty Things wydało mi się wtedy strasznie wręcz kuriozalne, a przy tym pozbawione zapadających w pamięć melodii czy motywów.
Tak było zanim przesłuchałem inne płyty ze starym rockiem i dopóki nie zaznajomiłem się z klasycznym rockowym dorobkiem. Potrzeba było tych wszystkich płyt, abym stopniowo dostrzegł całe spektrum barw i pomysłów zawartych na tej niedocenionej w Polsce płycie, a która, jak już dzisiaj doskonale wiadomo, dała początek gatunkowi zwanemu ROCK OPERA i od wielu lat uznawana jest - obok płyty 'Tommy' The Who - za jej prekursora i najdoskonalszego przedstawiciela.

Ilość pomysłów może na początku przytłaczać i wydawać się chaotyczna, jednak po kilku przesłuchaniach okazuje się istotną częścią muzyki tutaj zawartej.
Cenię przeróżne efekty studyjne, które w tamtych czasach uzyskiwano na wciąż skromnym sprzęcie. Wiem jednak, że wielu wykonawców nie do końca potrafiło umiejscowić je w odpowiedni sposób, czasem wstawiając do swoich nagrań na siłę.
W przypadku 'S.F. Sorrow' wszystko jest doskonale wyważone, efekty dźwiękowe współgrają z muzyką, dzięki czemu można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z pozbawioną słabych momentów, frapującą całością.

Ale od początku.
Płyta została nagrana na przełomie 1967 i 1968 roku w studiu Abbey Road. W tym samym czasie grupa The Beatles nagrywała tam 'White Album'. Natomiast zespół Pink Floyd pracował nad drugą płytą 'A Saucerful Of Secrets'.
Co ciekawe, producentem 'S.F. Sorrow' został Norman Smith, który renomę zdobył jako inżynier dźwięku na wczesnych albumach słynnej czwórki z Liverpoolu oraz produkując pierwsze dwie płyty Pink Floyd oraz studyjną część 'Ummagumma'.
W tym samym czasie co Pink Floyd, producent wziął pod swoje skrzydła The Pretty Things. Tak więc Norman Smith nie tylko brał udział w tworzeniu ważnych dzieł muzyki rockowej, ale także miał wpływ na ich kształt ostateczny.





1. S.F. Sorrow Is Born
2. Bracelets Of Fingers
3. She Says Good Morning
4. Private Sorrow
5. Balloon Burning
6. Death
7. Baron Saturday
8. The Journey
9. I See You
10. Well Of Destiny
11. Trust
12. Old Man Going
13. Loneliest Person


Skład


Phil May - Vocals
Dick Taylor - Lead Guitar, Vocals
John Povey - Organ, Sitar, Percussion, Vocals
Wally Allen - Bass, Guitar, Vocals, Wind Instruments, Piano
Skip Alan - Drums
John Charles Alder - Drums


Muzyka komentująca historię głównego bohatera zachwyca swym bogactwem. Stanowi swoisty przegląd tego wszystkiego, co wówczas pojawiło się na rockowej scenie.

Pierwszy utwór 'S.F. Sorrow Is Born' pobrzmiewa elementami muzyki Wschodu - partie gitary akustycznej operujące w skali charakterystycznej dla brzmień instrumentów egzotycznych zestawione są tutaj najprawdopodobniej z brzmieniem sitaru. Natomiast w tle pojawia się melotron oraz grająca w wysokich rejestrach fanfarowa partia trąbki. Trudno to wszystko odszyfrować, więc raczej zgaduję niż poruszam się po pewnej powierzchni.

We wstępie i zakończeniu 'Bracelets Of Fingers' wprowadzono grupową partię wokalną wspartą dźwiękami instrumentów perkusyjnych - kotły oraz blachy - które nadawały temu fragmentowi orkiestrowy wydźwięk. Muszę tutaj nadmienić, że ten pomysł przywodzi mi na myśl późniejszą wokalną introdukcją w 'Bohemian Rhapsody' Queen. Przy czym w 'Bracelets Of Fingers' inaczej zaaranżowano głosy oraz całość posiada nieco senny charakter. Natomiast sam utwór - według mnie zagrany w rytmie walca - ozdobiony został krótkim instrumentalnym interludium ponownie odwołującym się do muzyki Wschodu.

Bardziej rockowy, gitarowy charakter nosiła piosenka 'She Says Good Morning' z agresywnymi grupowymi partiami wokalnymi. Zagrany w powolnym tempie i kolejny raz eksponujący brzmienie sitaru 'Death' przykuwał uwagę mistyczną aurą.

Powrotem do tradycyjnie pojmowanej rockowej piosenki był dynamiczny 'Balloon Burning' z ostrą gitarą Dicka Taylora oraz dobiegającymi z oddali zharmonizowanymi głosami. Chyba trudno ukryć, że grupowe partie wokalne odgrywają na tej płycie dość ważną rolę, co zresztą było dość typowe dla muzyki rockowej lat sześćdziesiątych.

Opartą na prostym rytmie główną część 'Baron Saturday' zaśpiewał złowieszczym głosem gitarzysta Dick Taylor. W chóralnym refrenie wprowadzono zaś natarczywe wejścia melotronu, natomiast dygresyjne interludium zaaranżowane na instrumenty perkusyjne miało w sobie coś z obrzędu, co nie dziwi, wszak tytułowy Baron Sobota, to w religii Voo Doo władca ciemności.

'The Journey' w pierwszej części akustyczny, w części drugiej przeradzał się w instrumentalną improwizację wzbogaconą kolażem krótkich motywów wcześniejszych nagrań.

Według mnie 'I See You' to jeden z kluczowych momentów płyty asymilujący wszystko to, co na płycie najistotniejsze. Nasycona wpływami muzyki orientalnej i awangardowej kompozycja stanowi mariaż akustycznych i elektrycznych brzmień.
Utwór przechodził bezpośrednio w jeszcze wyraźniej czerpiący z poszukiwań twórców muzyki awangardowej 'Well Of Destiny'. Krótka instrumentalna kompozycja oparta została na spreparowanych w studiu brzmieniach uzyskanych poprzez odwrócenie przesuwu taśmy oraz odtworzeniu jej ze zmienioną prędkością. Zabieg stosowany wówczas tak często, jak dzisiaj rysowanie płyt w klubach.

Dynamiczny, zdecydowanie rockowy 'Old Man Going' to porywający riff przesterowanej gitary, narastający refren plus ostry, zadziorny śpiew Phila Maya. Piosenka ta może stanowić wzorzec rockowego utworu.
Pojawiają się opinie jakoby zagrywka gitary akustycznej z tej piosenki, została kilka miesięcy później powtórzona przez Petera Townshenda na płycie 'Tommy' w nagraniu 'Pinball Wizard'.

Płytę podsumowywał zaśpiewany z akompaniamentem gitary akustycznej 'Loneliest Person'. Po tylu dźwiękowych wrażeniach obrazujących pogmatwane losy człowieka, był to w pełni zasłużony i przecież nieunikniony, wyciszony finał.

Pamiętam, gdy kilka lat temu wpadła w moje ręce lista bodajże pięćdziesięciu najlepszych lub najpopularniejszych rockowych oper jakie dotychczas powstały.
Na pierwszym miejscu, nie do końca zasłużenie, znalazł się album Pink Floyd 'The Wall'. Oczywiście dzieło The Pretty Things wylądowało gdzieś w dalszych rejonach owego zestawienia, co wcale mnie nie dziwi, jest to bowiem jeszcze jeden dowód na całkowite ignorowanie lat sześćdziesiątych w naszym kraju i przede wszystkim na niewiedzę naszych dziennikarzy w kwestii muzyki rockowej. Bardziej preferowane są wygładzone, działające na emocje w banalny sposób piosenki niźli rzeczy mniej oczywiste. Naturalnie, w grę wchodzą także od dawna wytarte szlaki, po których porusza się publiczność słuchająca rocka i kształtujące gusta media.

niedziela, 27 czerwca 2010

GHOST

WHEN YOU'RE DEAD - ONE SECOND (1970)

Po kolei.

Pierwszy raz usłyszałem ten album kilka lat temu. Wtedy muzyka na nim zamieszczona bardzo mnie rozczarowała. Co to jest? Kiedy to zostało nagrane? W epoce kamienia łupanego? Ironia polegała jednak na tym, że co jakiś czas do tego tytułu powracałem, aż w końcu okazało się, że nie jest tak zły, jak z początku mi się wydawało. Nie ma się jednak co oszukiwać - płyta jest specyficzna i dla dzisiejszego miłośnika muzyki rockowej może być nie do przebrnięcia. Mnie jednak, w zależności od samopoczucia, potrafi fascynować. Im częściej jej słucha, tym bardziej mi się podoba.

The Ghost utworzył Paul Eastment, wówczas były muzyk, równie zapomnianego i także odpowiedzialnego za jeden album, Velvett Fogg.




1. When You're Dead
2. Hearts And Flowers
3. In Heaven
4. Time Is My Enemy
5. Too Late To Cry
6. For One Second
7. Night Of The Warlock
8. Indian Maid
9. My Castle Has Fallen
10. Storm
11. Me And My Loved Ones
12. I've Got To Get To Know You


Skład


Terry Guy - Organ, Piano
Shirley Kent - Acoustic Guitar, Tambourine, Lead Vocals
Paul Eastment - Lead Guitar, Lead Vocals
Daniel MacGuire - Bass Guitar
Charlie Grima - Drums, Percussion


Co zwraca uwagę, to suche, pozbawione jakichkolwiek produkcyjnych niuansów brzmienie całości. Jak w przypadku wielu zapomnianych albumów, można odnieść wrażenie, że został on zarejestrowany za jednym podejściem w ubogim studiu. Oczywiście taki rodzaj niewyszukanej, prostej produkcji sprzyjał tego typu muzyce - posępnej, mrocznej, pozbawionej uśmiechu.

Kolejna rzecz, która przykuwa uwagę już przy pierwszym odsłuchu to specyficzne brzmienie organów - ich wysokie, chwilami niemal piskliwe tony dodają poszczególnym kompozycją nieco staroświeckiego uroku, co czyni muzykę prowokacyjnie wręcz archaiczną, tak jakby powstała w zamierzchłych czasach. W dodatku śpiewane w większości na dwa głosy utwory niekiedy przypominają pogańskie obrzędy. W każdym razie mnie nasuwają się takie skojarzenia.

Do ciekawszych fragmentów LP bez wątpienia należą 'When You're Dead' oraz 'Too Late To Cry'.
Pełne niepokoju pierwsze z tych nagrań to połączenie rockowej estetyki z quasi obrzędowym klimatem spotęgowanym przez wokale - zwłaszcza śpiewane w wysokich rejestrach wokalizy Shirley Kent robią duże wrażenie - oraz wspomniane niecodzienne dźwięki organów. Trudno to jakkolwiek zaklasyfikować.
'Too Late To Cry' to już pełnokrwiste rockowe dzieło. Wyrazisty i melodyjny, grany na gitarze, motyw wsparto prostym rytmem granym przez sekcję rytmiczną oraz oszczędnymi, schowanymi w dalszym planie partiami organów. Zaskakujące jest zwłaszcza świetne, rozbudowane solo Paula Eastmenta na gitarze. Na ogromny plus należy także zaliczyć dostojny i obowiązkowo bardzo posępny śpiew obojga wokalistów.

Zupełnie inny charakter posiadały dwie folkowe ballady skomponowane przez Shirley Kent.
Zaśpiewany przez autorkę kontraltem 'Hearts And Flowers' lśni niczym diament wśród tych wszystkich surowych kompozycji. Krystaliczne dźwięki gitary akustycznej, delikatna sekcja rytmiczna oraz łagodne tony organów tworzą rzeczywiście piękną melodię.
Podobny charakter nosił zdecydowanie elektryczny 'Time Is My Enemy'.

Warto zwrócić uwagę na zdominowany przez brzmienie organów 'For One Second'. Począwszy od nieprzystającej do reszty nagrania swoistej klamry - bardzo wysokie, niemal piskliwe tony tegoż instrumentu oraz przygrywająca banalny temat gitara elektryczna, poprzez właściwy i wyjątkowo dynamiczny - zagrany unisono przez wszystkie instrumenty - wstęp oraz nagłą zmianę na dosyć błahą, zagraną na blues-rockową modłę piosenkę, na ciężkich, wibrujących partiach organów w środkowej części skończywszy. Terry Guy, jako twórca utworu, dał sobie duże pole do popisu.

Bardzo mi się podoba niepokojący wstęp do kończącego album 'Me And My Loved Ones'. Niestety utwór przeistacza się w skoczną piosenkę i tylko w momentach instrumentalnych odzyskuje swój intrygujący koloryt.




Na dobrą sprawę tak prezentuje się cały 'When You're Dead - One Second'. Nienaganny od strony instrumentalnej, ze względu na niedociągnięcia produkcji, może sprawiać wrażenie niezgrabnej zbieraniny niedopracowanych pomysłów. Z drugiej zaś strony, właśnie brak wypracowanego w studiu brzmienia sprawia, że album posiada momenty intrygujące. Słychać, że muzycy potrafią grać, nie są dyletantami. Tylko trzeba dużego skupienia i odpowiedniego nastroju, aby to wszystko uchwycić.

Można by rzec, że jedyny LP Ghost stanowi dziwną syntezą folku, schyłkowego rocka psychodelicznego oraz, coraz wyraźniej odsłaniającego swe oblicze, progresywnego rocka. Tak więc muzycznie wszystko wydaje się być jak najbardziej na czasie. Natomiast brzmieniowo album tkwi w sobie tylko znanej przestrzeni. Chyba właśnie ta niemożność przypisania kwintetu do jakiegokolwiek gatunku i obowiązującej tendencji czyni 'When You're Dead - One Second' oryginalnym i wartym zapoznania.

Aha. Pierwsze wydanie płyty z 1970 roku ukazało się w Wielkiej Brytanii nakładem malutkiej - jak to zwykle w takich przypadkach bywa - wytwórni Gemini. Ta sama wytwórnia wydała w tym samym czasie jedynego singla zupełnie nieznanej grupy Iron Maiden 'Falling - Ned Kelly'. Rzecz jasna ten brytyjski kwartet nie ma kompletnie nic wspólnego z późniejszą wersją utworzoną przez Steve Harrisa.

Na koniec - gitarzysta i wokalista The Ghost - Paul Eastment prywatnie jest kuzynem sławnego lidera Black Sabbath - Tony'ego Iommiego.

czwartek, 24 czerwca 2010

MAQUINA

WHY? (1970)

 

1. I Believe
2. Why?
3. Let Me Be Born


Cóż za cudowny materiał. Utwór tytułowy jest tak długi, że stanowiąc centralny punkt programu, podzielony na dwie części wypełnia połowę płyty. Chociaż dwa krótsze utwory wcale nie są jedynie dodatkiem. Nie to jest jednak ważne. Istotne jest to, że muzyka, która płynie z głośników nie nudzi nawet przez moment. Po za tym stylistycznie jest to wycieczka w stronę rocka rodem z Anglii roku 1967. Gdy słyszę kompozycję 'Why?', od razu mam przed oczami kluby Londynu w rodzaju UFO czy Middle Earth i oczywiście te wszystkie rozpływające się na ścianach światła niczym chemiczne mikstury. Prawdziwy raj.

Rzecz jasna, ktoś może powiedzieć, że jak na 1970 rok to jest to muzyka kompletnie nie na czasie. Być może w jakimś stopniu będzie miał rację. Jednak nie można zapomnieć, że Maquina pochodziła z Hiszpanii, wówczas ten kraj jedną nogą był jeszcze w poprzedniej dekadzie. 'Why?' był być może jednym z pierwszych prawdziwie rockowych dokonań powstałych w tym kraju. Tak więc znając życie, fani progresywnego rocka będą raczej zawiedzeni, natomiast miłośnicy psychodelicznych brzmień mogą poczuć się pozytywnie zaskoczeni.

Nie chcę też powiedzieć, że na debiutanckiej płycie grupy nie ma elementów ambitnej odmiany rocka. Można się ich dopatrzeć, tylko że nie jest to jeszcze ten rodzaj muzyki, jaki zaproponowała chociażby grupa Pan Y Regaliz.

Jednocześnie obie formacje nawet w niewielkim stopniu nie wprowadziły do swoich kompozycji elementów muzyki hiszpańskiej, za to pełnymi garściami czerpały ze skarbnicy brytyjskiego rocka. Ale może się mylę i te moje wywody są błędne?

Co do Maquiny - na płycie dominują instrumentalne improwizacje. Album otwiera przepiękny 'I Believe'. Podstawą tej kompozycji jest jazzowa partia fortepianu wygrywająca proste akordy. Można niemal przyjąć, że razem z ciekawie grającą perkusją, fortepian nadaje rytm muzyce. Całość zaś obudowano doskonałą improwizacją przesterowanej gitary. Pojawia się także subtelna partia organów Hammonda.

'Why?' to długie swobodne improwizacje, niemal wyrastające z tradycji takich nagrań jak 'Interstellar Overdrive' Pink Floyd, tylko podane w nieco bardziej jazzowej otoczce. Ale chyba inaczej być nie mogło w tym przypadku, gdyż można przyjąć, że 'Why?' nosi cechy kompozycji aleatorycznej. Chociaż ponoć improwizacja i aleatoryzm mogą się wykluczać. Nieistotne. Wszystkie instrumenty pełnią role równorzędne. Organy Hammonda i czarująca świetnym zastosowaniem efektu wah-wah gitara oraz po prostu fantastyczna sekcja rytmiczna. Przyznam, że perkusistę Maquina miała rewelacyjnego. Operujący mocnym uderzeniem Joan Maria Vilaseca nadaje tej muzyce dynamikę i przestrzeń, ale też niezbędną swobodę. Ponad to całość zachwyca żywym, plastycznym brzmieniem.

Druga część to już istna kanonada. Rewelacyjne pojedynki zniekształconych brzmień organów Hammonda z gitarą elektryczną. Muzyka zaś płynie sobie niczym obłok niesiony przez wiatr. Bardzo trudno to wszystko ogarnąć. Jeszcze trudniej opisać. Dla mnie jednak to autentyczna bomba. Na marginesie - gdy słuchałem 'Why?' po raz pierwszy, myślałem że partia wokalna na początku i końcu nagrania wykonywana jest przez kobietę. Ale okazuje się, że to jednak męski głos.

Osobną kwestię stanowi okładka płyty. Ktoś kto wymyślił croissanta z wbitym w niego zegarkiem kieszonkowym musiał mieć wyobraźnię godną najwybitniejszych artystów. Kocham te dawne okładki płyt. Te artystyczne, prowokacyjne kompozycje pozbawione uładzonego charakteru dzisiejszych ilustracji. To były takie politycznie niepoprawne koncepcje i raczej pod względem komercyjnym niezbyt pomagające płycie. Za to efekt artystyczny był zniewalający. Niemal osobne dzieło mogące spokojnie funkcjonować bez muzyki, którą niejako firmowało.

poniedziałek, 29 marca 2010

FAMILY

MUSIC IN A DOLL'S HOUSE (1968)




1. The Chase
2. Mellowing Grey
3. Never Like This
4. Me My Friend
5. Variation On A Theme Of Hey Mr. Policeman
6. Winter
7. Old Songs New Songs
8. Variation On A Theme Of The Breeze
9. Hey Mr. Policeman
10. See Through Windows
11. Variation On A Theme Of Me My Friend
12. Peace Of Mind
13. Voyage
14. The Breeze
15. 3 X Time


Skład


Roger Chapman – Lead Vocals, Harmonica
John Whitney – Guitar
Jim King – Tenor And Soprano Saxophone, Harmonica, Vocals
Ric Grech – Bass Guitar, Violin, Cello, Vocals
Rob Townsend – Drums, Percussion


Na debiutanckiej płycie kwintet zaproponował zaskakującą mieszankę muzycznego szaleństwa i groteski, niekiedy o cechach kolażu dźwiękowego. W nieszablonowo opracowanych piosenkach muzycy pomysłowo połączyli estetykę rocka z muzyką awangardową, jazzem i - w nieco mniejszym stopniu - folkiem, uwypuklając brzmienia takich instrumentów jak saksofon i skrzypce. Przykuwało uwagę ekspresyjne wibrato wokalisty.

'The Chase' zdominował krzykliwy śpiew Rogera Chapmana. W finale zaś wprowadzono zabawny efekt przyśpieszenia obrotu taśmy.
'Never Like This' to blues-rockowy, prosty rytmicznie utwór ze złowieszczymi akordami organów Hammonda i dźwiękami harmonijki ustnej. Następnie oparty na dialogu wokalnym 'Me My Friend', na przemian śpiewany podniosłym głosem, za chwilę zmieniający się w bardziej jadowity.
Znakomity 'Winter' zbudowany został wokół partii fortepianu i skrzypiec oraz dobiegającego z oddali głosu stanowiącego tło dla wysuniętego na pierwszy plan śpiewu Rogera Chapmana.

'Old Songs New Songs' to znowu brzmienie harmonijki ustnej w połączeniu ze zgryźliwym głosem wokalisty.

Przepełnione złowróżbną aurą, połączone ze sobą 'Peace Of Mind' i 'Voyage' skupiają w sobie wszystkie cechy muzyki wypełniającej płytę. W pierwszej z wymienionych piosenek prym wiodą skrzypce, natomiast druga kompozycja to przeróżne zaskakujące dysonanse i efekty brzmieniowe, jak choćby puszczona od tyłu taśma, w aranżacji zaś pojawia się melotron, który nadaje kompozycji niemal apokaliptycznego charakteru.

Jako rodzaj spoiwa pomiędzy poszczególnymi kompozycjami, wprowadzono trzy krótkie instrumentalne wariacyjne tematy oparte na motywach trzech piosenek. Pierwszy, blues-rockowy z harmonijką ustną w roli głównej. Drugi, to przede wszystkim przenikające się brzmienia organów Hammonda i fortepianu. Ostatni zaś, zagrany na sitarze, pobrzmiewał orientalną nutą.

Powstał album frapujący, zadziwiający ilością nagromadzonych pomysłów aranżacyjnych i brzmieniowych. Tchnący świeżością i bez wątpienia będący kamieniem milowym w rozwoju muzyki rockowej.

Arcydzieło.


sobota, 27 marca 2010

DAVID BOWIE (1969)




1. Space Oddity
2. Unwashed And Somewhat Slightly Dazed
3. Don't Sit Down
4. Letter To Hermione
5. Cygnet Committee
6. Janine
7. An Occasional Dream
8. Wild Eyed Boy From Freecloud
9. God Knows I'm Good
10. Memory Of A Free Festival


Pamiętam jak dziś moment, w którym świadomie zacząłem interesować się starym rockiem. Moment, w którym przykuł on moją uwagę. Pamiętam również, jak nieodparta chęć poszerzania wiedzy na jego temat sprawiła, że sięgnąłem po dokonania Davida Bowie, było nie było postaci ważnej w historii gatunku.

Można krytykować muzyka za zbyt częste wolty stylistyczne, niekoniecznie mające charakter artystyczny, częściej zaś posiadające walor komercyjny, ale też przyznać trzeba, że David Bowie posiadał talent i dużą osobowość. O ile jednak na przestrzeni lat większość jego płyt stała mi się obojętna, to drugi w dyskografii LP zatytułowany po prostu 'David Bowie' - czyli identycznie jak debiut - nadal bardzo sobie cenię, teraz nawet bardziej niż kiedyś.
Warto dodać, że album od dawna dostępny jest na rynku pod tytułem 'Space Oddity' wziętym od najpopularniejszej na płycie kompozycji, która w 1969 roku zapewniła Davidowi Bowie chwilową popularność. Na prawdziwy sukces komercyjny musiał jeszcze kilka lat poczekać.

Co do drugiej płyty.
Wspomniany 'Space Oddity' to piosenka zbudowana na bazie brzmienia gitary akustycznej, zachwyca kosmiczną aurą, co jest w dużej mierze zasługą ciekawej aranżacji, w której wprowadzono instrumenty takie jak flet poprzeczny, czy melotron. To wszystko podbudowane tajemniczymi dźwiękami instrumentu zwanego stylofon. Natomiast prosty, nieco marszowy rytm perkusji nadaje całości zdecydowanie rockowy charakter.

Istotną cechą płyty jest jej akustyczne brzmienie, to delikatna muzyka.
Uwagę przykuwały trzy dłuższe kompozycje. Wyjątkowo ciężki i dynamiczny 'Unwashed And Somewhat Slightly Dazed', energetyczny, przestrzenny blues-rock w stylu Led Zeppelin. Rzecz godna podziwu.
Ponadto - rozbudowany 'Cygnet Committee' ze świetną, dramatyczną końcówką oraz leniwie się snujący 'Memory Of A Free Festival', gdzie w drugiej części autorowi towarzyszy skandujący chór - do złudzenia przypomina to finał 'Hey Jude' The Beatles.
Pozostałe nagrania to właśnie stonowane akustyczne piosenki. Mnie najbardziej uwiodły 'Letter To Hermione' oraz 'An Occasional Dream'. Z kolei 'Wild Eyed Boy From Freecloud' wykonany została z udziałem orkiestry.




Żeby ułatwić orientację i nie rozpisywać się nadto - cała muzyka zagrana jest na styku folk-rocka z delikatnymi wpływami bardziej ambitnej odmiany rocka. Następna - chyba najlepsza - płyta 'The Man Who Sold The World' była zdecydowanie mocniejsza i świadczyła o fascynacji artysty rodzącym się wówczas ciężkim rockiem.

Jaka jest pozycja Davida Bowie w naszym kraju? Trudno odpowiedzieć. Pamiętam, że jakieś 15 lat temu pierwszy koncert artysty w Polsce został odwołany ponieważ, jeśli się nie mylę, nie było zbyt dużego zainteresowania ze strony publiczności. Mój stosunek do muzyka jest zaś raczej ambiwalentny.

sobota, 13 marca 2010

SOFT MACHINE (1968)




1. Hope For Happiness
2. Joy Of a Toy
3. Hope For Happiness (Reprise)
4. Why Am I So Short?
5. So Boot If At All
6. A Certain Kind
7. Save Yourself
8. Priscilla
9. Lullabye Letter
10. We Did It Again
11. Plus Belle Qu'Une Poubelle
12. Why Are We Sleeping?
13. Box 25/4 Lid

Skład

Robert Wyatt – Drums, Lead Vocals
Mike Ratledge – Lowrey Holiday De Luxe Organ, Piano
Kevin Ayers – Bass, Lead And Backing Vocals, Piano

With

Hugh Hopper – Bass (On 'Box 25/4 Lid')
The Cake – Backing Vocals (On 'Why Are We Sleeping?')


Ta oryginalna, ozdobiona pomysłową okładką, z wmontowanym ruchomym mechanizmem, płyta zawierała kilkanaście kompozycji powstałych pod wpływem twórczości artystów z kręgu jazzu nowoczesnego i muzycznej awangardy, w momencie premiery dokonanie to było dziełem rzeczywiście nowatorskim.
Soft Machine tworzyło trzech młodych muzyków związanych ze Sceną Canterbury - i chociaż pierwszy LP ukazał się w 1968 roku tylko w Stanach Zjednoczonych, grupa cieszyła się już sporą estymą i była jednym z ważniejszych zjawisk brytyjskiego rockowego podziemia.

Dla mnie debiut Soft Machine to największe osiągnięcie tego, wówczas, tria. Ciekawa, nieszablonowa forma oraz wysoki poziom wykonawczy sprawiają, że muzyka tu zawarta nawet dzisiaj potrafi zaskakiwać świeżością rozwiązań aranżacyjnych i brzmieniowych. Wówczas twórczość Soft Machine ciążyła w stronę rockowego zgiełku, podczas gdy na późniejszych płytach jazzowe aspiracje zdominowały dokonania grupy.

Trzeba też zwrócić uwagę na konstrukcję płyty oraz na fakt, że był to jeden z pierwszych rzeczywiście doskonałych LP zmiksowanych w formacie stereofonicznym. Właściwie do 1968 roku format stereo był jedynie substytutem płyt monofonicznych, teraz miało się to zmienić.
Natomiast sam przebieg nagrań na albumie wyglądał tak, że poszczególne fragmenty układały się w dłuższe formy. Najpierw były to 'Hope For Happiness' - 'Joy Of A Toy' - 'Hope For Happiness (Reprise)'. Następnie 'Why Am I So Short?' - 'So Boot If At All' - 'A Certain Kind'. Na koniec zaś cała druga strona LP.

Już początek płyty przykuwa uwagę - uderzenie perkusji i słyszymy oddalający się coraz bardziej głos Roberta Wyatta, tak jakby wokalista spadał w przepaść. Następnie na plan pierwszy wysuwają się zniekształcone partie organów Lowreya, charakterystyczny i ważny element tej muzyki. Z mocno narkotycznym nastrojem kompozycji doskonale współgrał zaś senny, przejmujący głos Roberta Wyatta, jednocześnie perkusisty zespołu. W dwóch piosenkach głównym wokalistą był basista Kevin Ayers.

Nie będę rozkładał muzyki na czynniki pierwsze, bo nie posiadam niezbędnej wiedzy do tak szczegółowych zagadnień. Po za tym zbyt wiele się tutaj dzieje, aby zawrzeć to wszystko na ekranie monitora.

Wystarczy, że napiszę iż dominują tutaj chwytliwe, nieszablonowo opracowane piosenki pomieszane z dosyć długimi, zwłaszcza na pierwszej stronie płyty, improwizacjami. Niemal każdy utwór zagrany został ze sporą ilością pogłosu, pojawiały się przeróżne dysonanse, każdy fragment płyty był sposobnością dla instrumentalistów do wprowadzenia różnych pomysłów. Dla przykładu - dwie różne linie wokalne w 'Hope For Happiness' albo recytacja zamiast tradycyjnego śpiewu w 'Why Are We Sleeping?', permanentne zmiany tempa, każdy z instrumentów pełnił funkcję solową - na przykład bas i perkusja w 'So Boot If At All'.
W tym całym natłoku dźwięków znalazło się miejsce dla delikatnej, romantycznej piosenki 'A Certain Kind'.
Tak naprawdę to większa część repertuaru nosiła dosyć przebojowy charakter. Takie to były czasy, że kładło się nacisk na melodie. Wystarczy posłuchać 'Save Yourself', 'Lullabye Letter' czy wspomnianego genialnego 'Why Are We Sleeping?'.
Żartobliwy 'We Did It Again' zespół oparł na powtarzanej figurze rytmicznej i melodycznej oraz śpiewanym niezmienną barwą głosu jednym zdaniu.

Warto także sięgnąć po album 'At the Beginning' (potem wznowiony jako 'Jet-Propelled Photographs') zawierający pierwszą studyjną sesję Soft Machine zarejestrowaną w 1967 roku jeszcze z Daevidem Allenem w składzie. Całość to krótkie piosenki z delikatnymi wpływami jazzu i muzyki pop. Może nie byłoby w tym nawet nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że wiele pomysłów tu zawartych grupa wykorzystała w zmienionych aranżacjach na późniejszych płytach.

Niestety z każdą kolejną płytą Soft Machine coraz bardziej oddalał się od rocka na rzecz aliansu z muzyką jazzową. Nie jestem miłośnikiem takiej odmiany jazzu, uczciwie muszę przyznać, że nudzi mnie to straszliwie. Jak się jednak okazuje, dla wielu, to właśnie wcielenie zespołu, które możemy poznać na płytach takich jak 'Third' czy 'Fourth' jest kwintesencją stylu Brytyjczyków.
Chociaż...Muszę również dodać, że o ile studyjne płyty to dla mnie męka i udręka, o tyle koncertowe poczynania ówczesnego składu zespołu, to już nieporównywalnie ciekawsze doświadczenie.

Oczywiście chyba nie ma sensu nadmieniać, że debiut Soft Machine był prawdopodobnie pierwszym dokonaniem z kręgu Sceny Canterbury.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

VELVETT FOGG (1969)

To bodaj jedna z najdziwniejszych płyt, jakie miałem możliwość usłyszeć. Nie dlatego, że muzyka jest szczególnie skomplikowana, przeciwnie, wszystkie kompozycje odznaczają się skrajną prostotą, są dosyć oszczędnie zaaranżowane i wykonane bez popisów czy instrumentalnej ekwilibrystyki. Produkcja natomiast jest skromna.

Do dzisiaj pamiętam moment, gdy słuchałem płyty Velvett Fogg po raz pierwszy. Nie zapomnę także uczucia rozczarowania, jakie mi towarzyszyło podczas przesłuchiwania kolejnych nagrań. Po owianym legendą albumie oczekiwałem jakichś szaleństw, czegoś niepospolitego - wystarczy spojrzeć na okładkę.
Tymczasem okazało się, że jest to album dość banalny, zagrany od niechcenia, czy wręcz po amatorsku.

Takie były moje odczucia na początku. Później jednak okazało się, że to, co najpierw uważałem za ogromną wadę, jest tak naprawdę zaletą płyty. Tak więc czas nieco zweryfikował moje surowe poglądy.

Nie chodzi tutaj bowiem o jakieś studyjne eksperymenty. Uroda muzyki Velvett Fogg tkwi w wytwarzaniu odpowiedniej atmosfery za pomocą prostych środków wyrazu. Dlaczego więc w ogóle piszę na temat tej płyty? Ano dlatego, że mimo tych wszystkich niedociągnięć jest to tytuł interesujący i posiadający swój niezaprzeczalny wdzięk. W 1969 nie powstała chyba druga tak specyficzna płyta.




1. Yellow Cave Woman
2. New York Mining Disaster 1941
3. Wizard Of Gobsolod
4. Once Among The Trees
5. Lady Caroline
6. Come Away Melinda
7. Owded To The Dip
8. Within The Night
9. Plastic Man


Najciekawszy utwór zespół zaproponował na początek. 'Yellow Cave Woman' jest wzorcowym przykładem późnego brytyjskiego psychodelicznego rocka przeradzającej się w rock progresywny. Powolny transowy rytm, płynne frazy organów Hammonda oraz wysunięte na pierwszy plan, nadające kompozycji zdecydowanie rockowy ton, ostre zagrywki gitary. Wszystko to razem jest jakby odzwierciedleniem narkotycznego snu. Mocno nawiedzony fragment.

Następnie przeróbka kompozycji 'Come Away Melinda'. Tutaj pojawia się porywające interludium z organami Hammonda w roli głównej. Dźwięki tego instrumentu stopniują napięcie aż do kulminacji, która przechodzi w nieco klaustrofobiczną piosenkę.
Spokojna, zaśpiewana zniekształconym głosem zwrotka wspomagana jest pobrzmiewającymi w tle efektami dźwiękowymi. To jest chyba najlepszy moment płyty. Uważam, że tutaj grupie udało się  umiejętnie zbudować nastrój i stworzyć odpowiedni klimat.
Kilka miesięcy później piosenkę na swojej debiutanckiej płycie umieściła grupa UFO. Było to jednak skrajnie inne wykonanie.

Obie wymienione piosenki w wyraźny sposób obrazują muzyczną zawartość płyty.
Jest tutaj jeszcze ciekawa, dynamiczna wersja piosenki Bee Gees 'New York Mining Disaster 1941', oczywiście podana w tej dziwnej, spowitej różnymi zniekształceniami otoczce. Oryginału nie udało się jednak przebić.
W 'Within The Night' pojawia się grany na organach motyw do złudzenia przypominający słynną zagrywkę z 'Light My Fire' The Doors.
Natomiast najbardziej zaskakującym tworem płyty jest piosenka 'Wizard Of Gobsolod'. Nie wiem, kto wpadł na pomysł by umieścić to dzieło, ale nie był to chyba najlepszy pomysł. Nagranie sprawia wrażenie dodanego te zestawu przypadkiem, a w domyśle zostało nagrane jako piosenka dla dzieci, bo takie nasuwa skojarzenia. Skoczny rytm, jakieś dziwne plumkanie, piskliwa gitara. Co to ma być? Niby zabawne, ale jednak chyba niepotrzebne.

Być może niektórzy znienawidzą taką muzykę, być może znajdzie ona swoich admiratorów. Dla niektórych płyta okaże się nieporozumieniem i wyrazem braku inwencji, dla innych będzie dziełem intrygującym, czy wręcz porywającym. Jak jest naprawdę? W tym przypadku odpowiedź jest niejednoznaczna i trudna do udzielenia. Najlepiej samemu wysłuchać.

Wkrótce po rozpadzie Velvett Fogg, gitarzysta Paul Eastment założył grupę Ghost odpowiedzialną za płytę 'When You're Dead...One Second'. Co ciekawe okładka płyty - zamieszczona powyżej - została zrobiona przed sesją nagraniową, zanim Paul Eastment dołączył do zespołu.

sobota, 23 stycznia 2010

WOODY KERN

THE AWFUL DISCLOSURES OF MARIA MONK (1969)

Kilka przemyśleń.
Gdy czytam moje stare wpisy, myślę sobie, że kilka rzeczy bym zmienił, inaczej ocenił. Tak to już jest, raz się czymś bezgranicznie człowiek zachwyca, by za jakiś czas spojrzeć na to chłodnym okiem i na spokojnie ocenić. Nie znaczy to, że coś przestaje mi się podobać, po prostu wszystko zależy od nastroju, od momentu, w którym słucham danej płyty, danej piosenki.
Należę do ludzi, którzy jak się czymś emocjonują, to na całego. Ale przynajmniej potem potrafię uczciwie przyznać, że odrobinę mnie poniosło. Człowiek - mam nadzieję - dojrzewa.

Posiadający niezbyt atrakcyjną - chociaż przykuwającą uwagę - okładkę jedyny LP nieznanej brytyjskiej formacji komasował wszystko to, co w 1969 roku stanowiło o sile kształtującego się nowego, bardziej wyszukanego rocka. Była to kolejna intrygująca ilustracja metamorfozy, jaką przechodziła brytyjska muzyka popularna. Woody Kern łączył bowiem blues, jazz nowoczesny i odrobinę folku, jednocześnie wchodząc na bardziej ambitne rejony.

Co to w przypadku płyty 'The Awful Disclosures Of Maria Monk' oznacza?
Grupa zaproponowała improwizowane, nieco chaotyczne kompozycje, w których wiodącymi instrumentami były saksofon i flet oraz gitara elektryczna. Równie ważna była gra sekcji rytmicznej, zwłaszcza doskonałe partie perkusji.





1. Biography
2. Blues Keep Falling
3. That's Wrong Little Mama
4. Tell You When I'm Gone
5. Xoanan Bay
6. Uncle John
7. Gramophone Man
8. Fair Maiden
9. Vile Lynn
10. Mean Old World
11. Vegetable


Punktem wyjścia zawsze były zwykłe piosenki, stanowiły one jedynie pretekst do interesujących instrumentalnych popisów. Za przykład niech posłużą 'Biography' oraz 'Uncle John' - obie kompozycje noszą zdecydowanie jazzowy rodowód. Dla przeciwwagi zespół zaproponował kompozycje wyrastające z bluesa, takie jak 'The Blues Keep Falling' oraz 'Tell You When I'm Gone'.

Muzycy Woody Kern czerpali z różnych źródeł. W 'Vile Lynn' z partią gitary elektrycznej w roli głównej, słychać wpływ Family, w formie ornamentu wprowadzono zgrzytliwą zagrywkę skrzypiec. W kilku kompozycjach pobrzmiewają echa dorobku Traffic. Nie wiem kiedy dokładnie ukazał się LP, ale wskazałbym również na pewne zbieżności z twórczością Colosseum.
Udana przeróbka 'Gramophone Man' amerykańskiej grupy Spirit to także wycieczka w bardziej jazzowe rejony podane w rockowym stylu, nagranie wzbogacono niemal rozpływającymi się dźwiękami organów.

Ogólnie rzecz ujmując - na płycie 'The Awful Disclosures Of Maria Monk' dzieje się dużo.
Bardzo lubię ten leniwy, sprawiający wrażenie znudzonego, senny głos gitarzysty Ricka Kentona. Odpowiada mi również sucha, oszczędna produkcja tej płyty.

Jak już wspomniałem - nie wiem kiedy LP ukazał się, ale wydaje mi się, że grupa zaproponowała muzykę oryginalną. Przecież wtedy mało który zespół wykorzystywał brzmienie saksofonu w taki sposób, jak to zaproponował Woody Kern. Nie było jeszcze tak rozpędzonych jazzowych improwizacji jak na tej płycie.
Tak przynajmniej podejrzewam.

LP wydała wytwórnia PYE Records, która w tym czasie pragnęła koniunkturalnie zwrócić się w stronę rocka progresywnego. Oczywiście robiła to po omacku i bez przekonania. Stąd brak porozumienia na płaszczyźnie muzycznej między zespołem a producentem płyty. Pierwszy album grupy Woody Kern okazał się więc ostatnim. Oczywiście, sprzedawał się fatalnie.
Warto dodać, że w tym samym czasie wytwórnia PYE Records wydała także debiutancką płytę grupy Man 'Revelation', jedyny LP Velvett Fogg oraz album 'Exclamation Mark' grupy Pesky Gee, która zaraz potem przeobraziła się w Black Widow.


wtorek, 15 grudnia 2009

ARCADIUM

BREATHE AWHILE 1969

Udana i na swój sposób intrygująca płyta, chociaż, jak w przypadku kilku innych tytułów wydanych w tym czasie, muzyka sprawia wrażenie nieco chaotycznej, niedopracowanej, granej intuicyjnie, chociaż nie pozbawionej czaru i potencjału.





I'm On My Way
Poor Lady
Walk On The Bad Side
Woman Of A Thousand Years
Change Me
It Takes A Woman
Birth Life And Death
Sing My Song
Riding Alone


Grupa Arcadium nagrała tylko jedną płytę, na temat której napisano już całkiem sporo, można więc chyba uznać, że znalazła ona swoje miejsce wśród płyt rockowych, po które warto sięgnąć. Wydany w 1969 roku LP jest, obok jedynej płyty Writing On The Wall, najciekawszym tytułem z niewielkiego katalogu wytwórni Middle Earth.
Repertuar, który wypełnił to dokonanie, zarejestrowano w skromnych warunkach, tak też i brzmi, muzyka jest dość uboga i prosta od strony dźwiękowej, ale jednocześnie udało się kwintetowi uzyskać przestrzenne, chropowate, żywe brzmienie, co stanowi duży atut.

Nastrój desperacji i smutku przepełnia muzykę Arcadium. Przy pomocy oszczędnych, niewyszukanych środków wyrazu i standardowego instrumentarium, muzycy stworzyli płytę absorbującą, przykuwającą uwagę, posiadającą swój charakter, chociaż niewolną od rozwiązań schematycznych.

Zespół oparł aranżacje na potężnych tonach organów Hammonda oraz melancholijnym głosie wokalisty. Ważnym elementem stylu Arcadium była także dosyć ostro brzmiąca gitara.

Dygresja.
W pewnym popularnym piśmie, deklarującym się jako rockowe, pewien dziennikarzyna napisał, że na 'Breathe Awhile' gitara elektryczna brzmi archaicznie. Tak źle na szczęście nie jest. Po za tym, co to ma do rzeczy? Na płycie, na której wiodącym instrumentem są organy Hammonda, publicysta koncentruje się na drugoplanowym instrumencie. Równie dobrze można by napisać, że na ówczesnych płytach Boba Dylana czy jakiegokolwiek innego artysty folkowego gitary również brzmią archaicznie, w domyśle autora recenzji, chyba zbyt delikatnie.

Wracając do tematu. Muzyka Arcadium często przyrównywana jest do dokonań Pink Floyd. Czy ja wiem? W mojej ocenie kompozycje ciążyły raczej w stronę dokonań spod znaku Deep Purple, bliżej było grupie do zespołów takich jak Arzachel czy Writing On The Wall.

Zauważyłem, że cały czas odchodzę od głównego tematu. Trochę jednak musiałem wyrzucić z siebie różnych przemyśleń.





Nie ma sensu wymieniać i opisywać wszystkich kompozycji zawartych na płycie, są one bowiem dość jednorodne. Wszystkie zostały skomponowane przez przez lidera zespołu, Miguela Sergidesa i cechują się pewną nerwowością i dużą dynamiką wykonawczą, a także skłonnością instrumentalistów do długich improwizacji.

Najbardziej udane momenty płyty to 'Poor Lady' - niepokojąca piosenka zaaranżowana na głosy plus oczywiście uwydatnione dźwięki organów Hammonda. Znakomicie wypadły także bardziej rozbudowane nagrania takie jak 'I'm On My Way' czy 'Walk On The Bad Side'.
Najważniejszą kompozycją wydaje się jednak - składający się z dwóch części - zaczynający się od wycia syren 'Birth Life And Death'. Najpierw długa improwizacja, potem następuje spowolnienie toku narracji i pojawia się przejmujący głos wokalisty. Także tutaj muzycy położyli nacisk na aranżację grupowych partii wokalnych. Zwieńczeniem wielowątkowego utworu stanowi dramatyczna, narastająca bardzo powoli koda.

Do wydania CD dołączono dwa nagrania z singla 'Sing My Song - Riding Alone'. Obie te krótkie piosenki utrzymane są duchu muzyki z 'Breathe Awhile', stanowią rodzaj suplementu do LP.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

ARZACHEL 1969



1. Garden Of Earthly Delights
2. Azathoth
3. Queen St. Gang
4. Leg
5. Clean Innocent Fun
6. Metempsychosis


Zorganizowana naprędce, trwająca kilka godzin sesja nagraniowa, podczas której czterech młodych muzyków pod nazwą Arzachel zarejestrowało swój jedyny album.

Płyta wprawdzie nie została dostrzeżona w chwili wydania, zapewne nie było innej możliwości, ponieważ wytwórnia Evolution była tworem krótkotrwałym o nikłym zasięgu. Po latach jednak to zapomniane dokonanie zyskało uznanie wśród wielbicieli starego rocka, dzięki temu w internecie można znaleźć informacje dotyczące genezy powstania płyty.

Skupię się zatem na opisaniu tego, co album zawiera.
Zespół zaproponował rozbudowane, w dużej mierze instrumentalne utwory. Potężna, żywa i nieco chropowata produkcja zdominowana została przez ciężkie tony organów Hammonda, momentami brzmiące jak organy kościelne. Ważną rolę odgrywała także ostra gitara elektryczna. Natomiast mocna sekcja rytmiczna doskonale zapełniała muzyczny plan. To wszystko najeżone zostało różnego rodzaju dysonansami i dygresjami.

Powstała muzyka intrygująca, przytłaczająca tajemniczą, złowróżbną atmosferą, przy jednoczesnym zachowaniu rockowego charakteru.

W nagraniach 'Azathoth' i najbardziej rozbudowanym 'Metempsychosis' do głosu doszły fascynacje twórczością H. P. Lovecrafta. W pierwszej z tych kompozycji - tytuł pochodził wprost z mitologii stworzonej przez popularnego autora powieści grozy - grupa wprowadziła intrygujący obrazek dźwiękowy. W środkowej części, na tle jazgotliwych tonów organów Hammonda pojawiają różnorakie krzyki i jęki, a także łacińskie recytacje.
Podobny fragment - tym razem jednak spokojniejszy - można usłyszeć w 'Metempsychosis', są to dobiegające z oddali lamentujące głosy i subtelniejsze tło organów Hammonda.

Gdybym mógł to dzieło przyrównać do dokonań innych grup, to na pewno do Pink Floyd i The Nice. Echa twórczości Procol Harum słychać zaś w instrumentalnym 'Queen St. Gang'.
Oryginalna winylowa edycja wydana została w kilku krajach przez różnorakie wytwórnie i w każdej wersji miała inny kolor tła. To były czasy. Jednak pomimo to, tytuł ten i tak jest rzadki i bardzo drogi - zwłaszcza tłoczenie brytyjskie.

Zaraz po nagraniu płyty z grupą rozstał się gitarzysta Steve Hillage. Pozostali trzej muzycy kontynuowali muzyczną karierę pod nazwą Egg.

WRITING ON THE WALL

THE POWER OF THE PICTS (1969)

Ponad rok zabierałem się do opisania płyty Writing On The Wall. Nie żebym przez ten czas doznał olśnienia i dojrzał coś, czego być może nikt wcześniej nie dostrzegł, ale jak pisać to od serca, nie na siłę.

Przede wszystkim jedno się rzuca w oczy słuchając 'The Power Of The Picts', zespół proponował rozwiązania, jakie dopiero kilka miesięcy później można było usłyszeć na płycie 'In Rock' grupy Deep Purple.
Przykład? Wystarczy posłuchać finału rozbudowanej kompozycji 'Aries' - spiętrzające się, agresywne, grane z dużą dynamiką dźwięki organów Hammonda i śpiew Linnie Patersona, zabrakło tylko charakterystycznego dla Iana Gillana krzyku i wypisz wymaluj mamy końcową część 'Child In Time' słynnego kwintetu. Nie jest to chyba bez znaczenia, bowiem 'In Rock', a w szczególności znajdujący się tam 'Child In Time' uważany jest za jeden z kamieni milowych muzyki rockowej.

Niczego też nie zamierzam odbierać płycie Deep Purple, gdyż sam bardzo cenię ten tytuł, ale przykład ten pokazuje, że wiele ciekawych idei rodziło się wówczas na muzycznym poboczu, na muzycznych obrzeżach.

Co do zawartości płyty Writing On The Wall - zespół zaproponował swój wariant ciężkiego rocka, dokładając cegiełkę do, wówczas rodzącego się, gatunku. Pierwszy na CD utwór 'Bogeyman' rozpoczyna się w sposób zaskakujący - od ludowej przyśpiewki z akompaniamentem akordeonu. Ten sielski nastrój zostaje nagle zaburzony przez wejście zespołu, mocny rytm wspomagany jest przez klawinet, natomiast kulminacją każdej zwrotki jest krzyk wokalisty.

Druga kompozycja we wstępie cytuje 'Mars' Gustava Holsta z suity 'The Planets', ale potem następuje zwolnienie toku narracji i kwintet proponuje własną kompozycję z niepokojącą deklamacją wokalisty z tłem muzycznym, które zaburzane jest dynamicznymi wejściami zespołu.

Mógłbym długo pisać takie truizmy, ale nie ma to najmniejszego sensu, dlatego postaram się podać tylko esencję.
W niezbyt złożonych kompozycjach dominują brzmienia organów Hammonda, ostre i na swój sposób finezyjne partie gitary elektrycznej oraz ciężka i dość ruchliwa sekcja rytmiczna. Utalentowani muzycy czynią proste pod względem konstrukcji utwory interesującymi, dzięki czemu nawet przez chwilę nie nużą, za to zachwycają i intrygują posępną atmosferą, a także dużą intensywnością wykonania.
Osobną kwestię stanowi głos Linnie Patersona, bez wątpienia zainspirowanego przez Arthura Browna. Nawet w spokojniejszych fragmentach jego interpretacje wokalne są pełne pasji, a Linnie Paterson nie oszczędza gardła. Bardzo lubię jego pełne grozy wrzaski i pokrzykiwania.





1. Bogeyman
2. Shadow Of Man
3. Taskers Successor
4. Hill Of Dreams
5. Virginia Water
6. It Came On A Sunday
7. Mrs. Coopers Pie
8. Ladybird
9. Aries


Skład


Linnie Paterson - Vocals
Willy Finlayson - Guitar
Jake Scott - Bass Guitar
Jimmy Hush - Drums
Bill Scott - Hammond Organ, Piano, Clavinet


Gdybym miał wskazać swoje ulubione nagrania z tej równej i spójnej płyty wskazałbym porywający 'It Came On A Sunday' - świetny utwór z prostą i melodyjną linią basu obudowaną partiami gitary i wypełniającymi tło organami Hammonda. Zwraca uwagę instrumentalne interludium, w którym wspomniane dwa instrumenty prowadzą ze sobą rodzaj dialogu.

Natomiast najciekawsze nagranie stanowi wspomniany już 'Aries' będące interpretacją nagrania amerykańskiej grupy The Zodiac z płyty 'Cosmic Sounds'. W wersji Writing On The Wall piosenka została nie tylko rozbudowana względem oryginału, ale także zyskała bardziej nerwowy, niepokojący charakter.
Grupie udało się osiągnąć taki efekt dzięki melorecytacjom wokalisty oraz instrumentalnym tematom, z potężnymi tonami organów Hammonda w roli głównej, stanowiącymi rodzaj spoiwa dla poszczególnych wątków. Grający na organach Bill Scott dodawał muzyce niespotykanej wręcz ekspresji. Dla odmiany w środkowej części na plan pierwszy wysuwa się gitara elektryczna proponując swobodną improwizację na tle równie stonowanej sekcji rytmicznej, było to preludium do ekstatycznego finału z zatrwożonym, bliskim krzyku głosem wokalisty oraz ponownie dominującymi nad całością dźwiękami organów Hammonda.

Wiem, że to wszystko wygląda banalnie na monitorze, ale jest to jeden z ciekawszych utworów, z jakimi miałem możliwość zetknąć się, robiącym duże wrażenie.





Album, który powstał w nie najlepszym studiu i zapewne bez wielkiego budżetu, mimo pewnych niedociągnięć realizatorskich, charakterystycznych dla produkcji z rockowego podziemia tamtych czasów, ma w sobie coś fascynującego, porywającego, ekscytującego.

"The Power Of The Picts' tak jak album grupy Arcadium 'Breathe Awhile' ukazał w się w listopadzie 1969 wydany przez tę samą wytwórnię, czyli Middle Earth.

Na moim wydaniu wytwórni Repertoire Records nie wiedzieć czemu przestawiono kolejność nagrań. Tak więc cztery pierwsze nagrania wylądowały na końcu, zaś pięć kolejnych z drugiej strony oryginalnego LP przesunięto na początek. Muszę nawet przyznać, że ma to sens. Trochę dziwi bowiem oryginalny układ tych kompozycji, gdzie pierwszą stronę LP wieńczy 'Aries', natomiast na drugiej stronie nie ma już TAK mocnego punktu kulminacyjnego.
Dzięki zabiegowi niemieckiej wytwórni album zyskał na dramaturgii ponieważ CD otwiera idealny wręcz na początek 'Bogeyman', a potem napięcie rośnie.
Rzecz jasna, to tylko moje odczucia, zapewne wynikłe z przyzwyczajenia do edycji kompaktowej tego dokonania.

Aha. Jeszcze tradycyjnie na koniec dodam, że do wydania kompaktowego dorzucono dwa nagrania pochodzące z singla 'Child On A Crossing - Lucifer Corpus'. Intrygująca jest szczególnie druga z tych kompozycji. Bez wątpienia jednak, tak jak w przypadku singla grupy Arcadium, tak i w tym przypadku, te dwie piosenki mogłyby śmiało znaleźć się na płycie długogrającej, są doskonałym dopełnieniem 'The Power Of The Picts'.