Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brytyjski rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brytyjski rock. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 października 2018

ACTION

ROLLED GOLD 1967



Na przełomie lipca i sierpnia tego roku wznowiony został przez wydawnictwo Guerssen Records od dawna już niedostępny album grupy Action "Rolled Gold". Ponieważ płytę opisałem już jakiś czas temu, dodam jedynie, że obecnie tytuł dostępny jest tylko jako LP ozdobiony bardzo ładną, pojedynczą okładką, więc prezentuje się nieco skromniej niż poprzednia wersja, wydana w okładce rozkładanej, ale jednocześnie bliższa jest wydawnictwom z Wielkiej Brytanii z lat sześćdziesiątych.

Bez wątpienia wytwórnia stanęła na wysokości zadania, dzięki czemu znowu można sięgnąć po to wyjątkowe dokonanie, do czego zachęcam zwłaszcza tych, którzy nie zdołali nabyć poprzednich wydań tej płyty. To jest pozycja podstawowa.


poniedziałek, 18 lutego 2013

ELTON JOHN

EMPTY SKY 1969

Być może jest to największe osiągnięcie Eltona Johna w jego długoletniej karierze. Z ręką na sercu mogę napisać, że jest tutaj wszystko to, co najlepsze w muzyce rockowej.

Żadna późniejsza płyta w dorobku pianisty nie ma w sobie takiego powiewu świeżości, takiej naturalności i twórczej swobody, co 'Empty Sky'. Wszystkie dziewięć piosenek, pomimo dosyć oszczędnej produkcji i skromnej - poza dwoma wyjątkami - formy, zachwyca precyzyjnym, pełnym inwencji wykonaniem oraz szlachetnym, pastelowym brzmieniem. Kompozytorski talent Eltona Johna sprawia wrażenie wykraczającego poza ówczesne kanony.

Można chyba przyjąć, że już na tej debiutanckiej płycie muzyk stworzył swój styl, później jedynie trochę ten styl modyfikując - niekoniecznie z korzyścią dla swojej twórczości - na co zapewne wywierały wpływ zmieniające się muzyczne mody.

LP otwierał, zaśpiewany z prawdziwą pasją, utwór tytułowy - najbardziej rozbudowana na płycie kompozycja przykuwa uwagę dużą dynamiką oraz ekspresją wykonawczą.
Piosenkę wzbogacono przeróżnymi dygresjami, pojawiającymi się pomiędzy zwrotkami. Każdy z tych ozdobników był inny i zagrany w zupełnie różnym stylu, stanowiąc jednak integralną część nagrania.
Pierwszy przerywnik - za sprawą wysuniętej na plan pierwszy gitary elektrycznej, sprawiającej wrażenie puszczonej wstecz - miał awangardowy odcień. W innym miejscu, za sprawą wprowadzenia fletu poprzecznego, fragment nabierał folkowego charakteru. Utwór wieńczyła zaś odrealniona końcówka, w której następuje wyciszenie emocji, pojawia się jakieś tajemnicze, złowróżbne westchnienie.

W dwóch utworach 'Val-Hala' i 'Skyline Pigeon' autor wprowadził klawesyn, nadając w ten sposób obydwu kompozycjom barokowego kolorytu.
W leniwie płynącym, zagranym razem z zespołem, 'Val-Hala' klawesyn stanowił rodzaj ornamentu, dopełnienia dla wiodących dźwięków fortepianu i organów Hammonda, a także gitary klasycznej.
Zaś w dostojnym 'Skyline Pigeon' instrument ten pełnił już rolę główną. Pierwszą zwrotkę, tego pełnego dramatyzmu nagrania, Elton John zaśpiewał jedynie z akompaniamentem tegoż instrumentu, natomiast w drugiej zwrotce dołączały organy Hammonda.





1. Empty Sky
2. Val-Hala
3. Western Ford Gateway
4. Hymn 2000
5. Lady What's Tomorrow
6. Sails
7. The Scaffold
8. Skyline Pigeon
9. Gulliver/Hay Chewed/Reprise

Skład

Elton John – Piano, Organ, Electric Piano, Harpsichord
Caleb Quaye – Electric And Acoustic Guitars, Conga Drums
Tony Murray – Bass Guitar
Roger Pope – Drums, Percussion

Don Fay – Tenor Saxophone, Flute
Graham Vickery – Harmonica
Nigel Olsson – Drums On 'Lady What's Tomorrow'





Bardziej rockowy charakter nosił przebojowy, dynamiczny 'Western Ford Gateway' ze świdrującymi organami Hammonda pojawiającymi się w chwytliwym refrenie. We wstępie i w zakończeniu zwraca uwagę melodyjna, wyrazista zagrywka gitary, która pojawia się także pomiędzy obiema zwrotkami, tworząc rodzaj leitmotivu.

Zagrany bez perkusji - z nabijającym tempo tamburynem -  w znacznej mierze akustyczny 'Hymn 2000' miał w sobie coś z muzyki gospel i folk, czarował zaś brzmieniem fletu poprzecznego. Wyczuwalne są pewne wpływy stylu znanego z twórczości Boba Dylana.

Urzekająca jest króciutka, zagrana w szybkim tempie 'Lady What's Tomorrow'. Zaśpiewana przepełnionym goryczą głosem piosenka to wzorzec przepięknej melodii, a także melancholijnego, romantycznego nastroju osnutego wokół rytmicznego fortepianu i niemal unoszących się niczym podmuch wiatru dźwięków organów Hammonda. Do tego przewijająca się w tle niemal łkająca gitara akustyczna.

Płytę wieńczył najbardziej urozmaicony, składający się z trzech kontrastowych części 'Gulliver-Hay Chewed-Reprise'.
Pierwszy fragment - rozpoczynający się od pojedynczych dźwięków gitary z dodanym pogłosem - to romantyczna piosenka zagrana w rytmie zbliżonym do walczyka - z poruszającym, podniosłym refrenem. Warto zwrócić uwagę na subtelne dźwięki gitary elektrycznej przeplatające się z melodią graną przez fortepian.
Druga część to z kolei swobodna, nabierająca tempa, rhytm and bluesowa improwizacja z saksofonem i hałaśliwą partią gitary. Kodę zaś stanowił kolaż fragmentów poszczególnych piosenek z płyty. To wszystko kończy spreparowany krzyk wokalisty.





Elton John jawi się tutaj jako inteligentny, znakomicie czujący estetykę rocka, kompozytor oraz posiadający wyjątkowy talent instrumentalista. Jego gra na instrumentach klawiszowych zaskakuje ogromną dojrzałością i wyczuciem różnorakich konwencji muzycznych.

Równie ważna była gitara elektryczna oraz gitara klasyczna - na obu instrumentach grał  utalentowany Caleb Quaye - kolega Reginalda Kennetha Dwighta z czasów Bluesology. Jego pełne wyczucia i finezji, wyważone i oszczędne partie przydały kompozycjom Eltona Johna blasku. Mało kto tak wówczas grał.

Warto też zwrócić uwagę na sekcję rytmiczną, szczególnie na bardzo wyraziste, soczyste brzmienie perkusji. Na basie zaś grał Tony Murray - muzyk zespołu Plastic Penny. Perkusista tej formacji - Nigel Olsson pojawił się w jednym nagraniu 'Lady What's Tomorrow', aby już niedługo zostać pełnoetatowym członkiem The Elton John Band.

Był to jedyny LP artysty, który w chwili premiery nie zaistniał w świadomości publiczności.

Początkowo debiut ukazał się wyłącznie w Wielkie Brytanii i przepadł na rynku niedostrzeżony. Być może dlatego oryginalne egzemplarze płyty są niezmiernie rzadkie. W dodatku panuje w tym temacie sporo zamieszania. Pewne jest jedno - większość egzemplarzy tego tytułu, które pojawiają się na aukcjach internetowych to wznowienia. Bardzo podobne do pierwszego wydania posiadają jedną zasadniczą różnicę - wytłoczone bowiem zostały na specjalnym, czerwono-krwistym winylu, który w zwykłym świetle wygląda na tradycyjną czarną płytę, natomiast prawdziwe oblicze objawia po ustawieniu pod mocnym światłem.

Śmiać mi się chce, gdy pomyślę, że po pierwszym wysłuchaniu 'Empty Sky' pomyślałem, że nie jest to nic specjalnego.

czwartek, 15 grudnia 2011

KEVIN AYERS

JOY OF A TOY (1969)

Na temat tej płyty powinienem był napisać dawno temu.
Debiutancki album byłego basisty Soft Machine jest w historii muzyki rockowej dokonaniem wyjątkowym. Paradoks polega jednak na tym, że tak naprawdę z typową rockową muzyką 'Joy Of A Toy' ma niewiele wspólnego, natomiast posiada coś z klimatu bajek opracowanych z pewną dozą humoru - przy czym jest to humor czysto muzyczny, wynikający z pomysłowych aranżacji i interpretacji poszczególnych piosenek, a nie banalnych wygłupów, jakie zdarzały się autorowi w późniejszej karierze.
Pomimo tego repertuar jest zróżnicowany i przykuwa uwagę bogactwem pomysłów i dość niekonwencjonalnych rozwiązań.





1. Joy Of A Toy Continued
2. Town Feeling
3. The Clarietta Rag
4. Girl On A Swing
5. Song For Insane Times
6. Stop This Train (Again Doing It)
7. Eleanor's Cake (Which Ate Her)
8. The Lady Rachel
9. Oleh Oleh Bandu Bandong
10. All This Crazy Gift Of Time


Trudno zakwalifikować ten album - całość utrzymana jest w kameralnym nastroju, momentami muzyka ma w sobie coś z poezji śpiewanej połączonej z poetyką bajek - na przykład w piosence 'Town Feeling' opracowanej z użyciem oboju i wiolonczeli. Śpiewający barytonem Kevin Ayers wydaje się być narratorem snującym opowieści, a nie rockowym wokalistą. Jedyne co przypomina, że to jednak wciąż rockowa konwencja, to sekcja rytmiczna oraz pojawiające się dźwięki gitary elektrycznej.
Podobnie jest w nagraniu 'Girl On A Swing', w którym tło stanowi prosty podkład fortepianu ozdabiany wibrującymi zagrywkami skrzypiec. Całość wzbogacono brzmieniem klawesynu.
Przesiąknięty tajemniczą, złowróżbną aurą 'The Lady Rachel' opracowano między innym z pomocą melodyki (harmonijka klawiszowa) oraz gitary elektrycznej.

Innym razem można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z piosenką kabaretową w starym stylu, żeby wymienić skoczny 'The Clarietta Rag', w którym pojawiają się melotron, pianino oraz puzon, w środkowej części zaś jazgotliwa partia gitary elektrycznej.

'Eleanor's Cake (Which Ate Her)' to senna, leniwa piosenka zaśpiewana z towarzyszeniem gitary akustycznej oraz fortepianu i ozdobiona dźwiękami fletu piccolo oraz wiolonczeli.

Z kolei w kompozycjach takich jak 'Song For Insane Times' i 'Stop This Train (Again Doing It)' słychać wyraźne fascynacje jazzem nowoczesnym i muzyką awangardową.
Pierwsza z tych kompozycji nagrana z towarzyszeniem zespołu Soft Machine to eteryczna jazzowa ballada mająca w sobie coś ze stylu sceny Canterbury. Przepiękny fragment.
Technikami twórców awangardowych posłużono się natomiast w groteskowym 'Stop This Train (Again Doing It)' w celu uzyskania wrażenia pędzącego pociągu. Jednostajny puls gitary basowej obudowano wszelkiej maści przetworzonymi brzmieniami. Śpiew wokalisty - właściwie to recytacja - przypominał głos dobiegający ze słuchawki aparatu telefonicznego.

Otwierający płytę pogodny 'Joy Of A Toy Continue' wprowadzał jarmarczną atmosferę. Natomiast zamykający album, zagrany z towarzyszeniem gitary akustycznej 'All This Crazy Gift Of Time' nawiązywał do twórczości Boba Dylana i zawierał wprost wspaniałe melodie grane na harmonijce ustnej.

Jak wspomniałem na początku 'Joy Of A Toy' to płyta wyjątkowa. Właśnie w takim stylu powinien być utrzymany, nagrany dwa lata wcześniej, pierwszy album Davida Bowie. Nie jest to muzyka na wypełnione tysiącami ludzi sale koncertowe czy stadiony, to muzyka adresowana tylko do tego, kto jej słucha, najlepiej w ciszy i skupieniu.

środa, 4 maja 2011

ACTION

ROLLED GOLD 1967

Całkowicie zdefiniowany rockowy styl obowiązujący na dobrą sprawę do dnia dzisiejszego. Zaskakujące jest jednak to, że materiał zawarty na tej płycie, nagrany na przełomie 1967 i 1968 roku, na premierę musiał czekać blisko trzydzieści lat, cóż jednak, lepiej późno niż wcale. Taki los spotkał wielu innych wykonawców działających w tamtych specyficznych czasach. Czasach, gdy muzyka rockowa dopiero się kształtowała i jednocześnie osiągnęła twórcze apogeum.

Słuchając 'Rolled Gold' odnoszę wrażenie, że zespół znalazł złoty środek, jak taką muzykę należy tworzyć i grać. Chociaż na pozór jednolita, przy bliższym zapoznaniu się z albumem, zaczyna zachwycać bogatą paletą barw.

Zespół zaproponował CZTERNAŚCIE lirycznych piosenek, dosyć skromnych pod względem formy, ale posiadającymi urzekające, wpadające w ucho melodie. Przy pomocy niewielkiego instrumentarium grupie udało się uzyskać wyjątkowo plastyczne brzmienie, co tylko podkreśla urodę wykonywanych kompozycji.

Z jednej strony doskonale oddają one ducha ówczesnej epoki - hipnotyzująca partia fletu poprzecznego w ujawniającym jazzowe wpływy 'Love Is All' nadawała kompozycji orientalnego kolorytu oraz pozwalała niemal namacalnie odczuć atmosferę klubów ery Swingującego Londynu.
Z drugiej strony na swój sposób wybiegały daleko w przyszłość i na dobrą sprawę stanowią jeszcze jeden dowód, że na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat w muzyce popularnej nie zdołano wymyślić niczego nowego. Trzeba pamiętać, że wszystkie utwory były jedynie przymiarkami do nagrania właściwej płyty i jako takie nigdy nie otrzymały końcowego szlifu, tym bardziej podziw budzi - pomimo tych niedociągnięć - jak profesjonalnie brzmi ta muzyka.





1. Come Around
2. Something To Say
3. Love Is All
4. Icarus
5. Strange Roads
6. Things You Cannot See
7. Brain
8. Look At The View
9. Climbing Up The Wall
10. Really Doesn't Matter
11. I'm A Stranger
12. Little Boy
13. Follow Me
14. In My Dream


Skład


Reg King - Vocals
Alan King - Guitar, Vocals
Martin Stone - Guitar
Ian Whiteman - Keybords, Flute, Vocals
Mike Evans - Bass Guitar, Vocals
Roger Powell - Drums


Większość utworów oparta jest na wyrazistych akordach gitary elektrycznej. Dopiero tutaj można zrozumieć, jak wielkim wokalistą był Reg King, jego pełne pasji i młodzieńczej buty, ujawniające duże możliwości techniczne i niezwykle dojrzałe interpretacje wokalne są siłą przewodnią płyty. Wszystkie piosenki rozsadza duża energia wykonawcza, odznaczają się zaś interesującymi aranżacjami grupowych partii wokalnych.

Przykładem chociażby 'Something To Say', gdzie podstawę stanowią mocno akcentowane pojedynczo uderzane struny. Ponad to przykuwa uwagę ciężka gra sekcji rytmicznej oraz wprowadzona w końcowej części nagrania dobiegająca jakby z oddali wokaliza. Wszystko razem tworzy spójną, przemyślaną formę.

W poruszającym i zaśpiewanym na granicy krzyku 'Brain' dźwięki gitary elektrycznej przetworzono przy pomocy efektu wah-wah. Plan dźwiękowy wypełniała mocno wyeksponowana, dudniąca sekcja rytmiczna.
Nie dziwię się teraz dlaczego piosenka dała tytuł pierwotnej edycji tego albumu. Przy czym materiał wypełniający 'Brain (The Lost Recordings 1967/1968)' pochodził z jedynego istniejącego acetatu i posiadał bardzo słabą jakość dźwięku. Dopiero, gdy cudem odnaleziono oryginalne taśmy, całość ukazała się jako 'Rolled Gold'.

Tak więc gitara rządzi tutaj niepodzielnie, czy to w formie czystej, czy też przetworzonej przez wspomniany efekt wah-wah lub z pomocą fuzzbox, jak w 'Strange Roads' oraz 'Follow Me', ale także jako gitara akustyczna - nosząca spokojniejszy charakter i wprowadzająca moment wytchnienia, wyjątkowej urody ballada 'Things You Cannot See' zaśpiewana została wyłącznie z towarzyszeniem tegoż instrumentu.

Ważną rolę odgrywa także fortepian. W przypadku rozpoczynającego zestaw pogodnego i opracowanego na głosy 'Come Around' instrument ten został zharmonizowany z dźwiękami sześciu strun.

Ponad to grupa wzbogaciła wspomniany 'Love Is All' oraz w środkową część 'Climbing Up The Wall' partiami fletu poprzecznego, dając przedsmak stylu wypracowanego ostatecznie przez Mighty Baby.
Warto przy tej okazji odnotować, że tekst 'I'm A Stranger' - ponownie elektryzujący wstęp oparty na długo wybrzmiewających akordach gitary elektrycznej - został wykorzystany na debiutanckiej płycie tejże formacji w piosence 'House Without Windows'.

Dwie z piosenek, w innych aranżacjach, zaadoptował wokalista na swoją jedyną solową płytę wydaną w 1971 roku. Były to 'Little Boy' oraz 'In My Dream'. Przebojowy 'Little Boy' w wykonaniu sekstetu posiadał bardziej przytłaczające brzmienie, na co wpływ miały charakterystyczne ciężkie akordy wybijane przez gitarę, wolniejsze tempo wykonania. Całość zaś w środkowej części ozdobiono świetnym solem gitary - chyba jedynym na płycie - na tle jednostajnego dudnienia sekcji rytmicznej.

Powstała muzyka udana, tchnąca świeżością i pomysłowością opracowania. Stanowiąca swoistą zapowiedź stylu Mighty Baby. Słychać tutaj wszystko to, co od blisko dwudziestu lat z miernym skutkiem powielają hordy zespołów legitymujących się jako rockowe.
LEKTURA NADOBOWIĄZKOWA.

Przypomnę jeszcze, że po nagraniu opisywanego materiału z The Action rozstał się wokalista Reg King i już bez niego formacja nagrała pięć ujmujących, urzekających kompozycji autorstwa Iana Whitemana, które jak na ironię na wydanie musiały czekać aż do 1985 roku, kiedy to ukazały się jako EP 'Action Speaks Louder Than'. Natomiast od kilku lat dostępne są na debiutanckim CD Mighty Baby.

sobota, 26 lutego 2011

RICHARD MORTON JACK

GALACTIC RAMBLE

Głównym twórcą 'Galactic Ramble' jest Richard Morton Jack, właściciel wytwórni Sunbeam Records specjalizującej się w reedycjach rzadkich i zapomnianych płyt z kręgu szeroko pojętego starego rocka.

To jest literatura, która w Polsce nie ma właściwie racji bytu. Najpewniej niewiele osób byłoby takim wydawnictwem zainteresowanych, dlatego też nie ma co liczyć na tłumaczenia tego typu przewodników na nasz język, ani tym bardziej na krajowe wydawnictwa poświęcone klasycznej muzyce rockowej. Wyjątkiem 'Brytyjski Rock w latach 1961-1979 - przewodnik płytowy (A-F)' Jacka Leśniewskiego, który to przewodnik ukazał się prawie sześć lat temu i był dużym zaskoczeniem dla tych wszystkich, którzy niemal przestali wierzyć, że może się w tym temacie jeszcze coś sensownego wydarzyć.




Oczywiście ktoś może powiedzieć, że przecież pojawiają się ciekawe opracowania podejmujące temat rodzimej muzyki popularnej, więc chyba nie jest źle. Można nabyć w naszych księgarniach różnego rodzaju biografie lub monografie kilku popularnych zagranicznych wykonawców. Więc po co te moje lamentowanie?

Ano dlatego, że na naszym rynku wydawniczym wszystko kręci się wokół tematów od dawna już opisanych na milion sposobów, od dawna już wyczerpanych. Tymczasem 'Galactic Ramble' prezentuje na pięciuset pięćdziesięciu stronach recenzje TRZECH TYSIĘCY płyt nagranych w latach 1963-1975 w Wielkiej Brytanii, czyli kolebce muzyki popularnej i co bardzo istotne - większość z opisanych tutaj wykonawców to artyści od dawna już zapomniani, a których dorobek - bardzo często jedno płytowy - to dzisiaj absolutna klasyka muzyki rockowej.

Autorzy przewodnika obok własnych opisów poszczególnych płyt, zamieścili mnóstwo przedruków recenzji pochodzących z epoki, czyli z chwili kiedy dany album ukazał się na rynku. Całość ozdobiono genialnymi czarno-białymi wycinkami oryginalnych reklam płytowych pochodzącymi z ówczesnych pism muzycznych, co nadaje książce nadzwyczajnego klimatu.

Jaka szkoda, że u nas nie powstają takie wspaniałości.

Można oczywiście polemizować z niektórymi recenzjami napisanymi przez twórców tego opasłego tomu. Niektóre z tych opinii są mocno krzywdzące czy wręcz irytujące. Ale trzeba wziąć poprawkę na to, że książkę pisali tacy sami zapaleńcy, jak ci, do których w gruncie rzeczy encyklopedia była adresowana. Tak więc opinie są raczej subiektywne, co z jednej strony jest uczciwe, a z drugiej strony zdecydowanie nieprofesjonalne, ponieważ według mnie, tego typu wydawnictwa powinny być jak najbardziej obiektywne.
Pod tym względem muszę przyznać, że niedoścignionym wzorcem jest mocno już wypłowiała 'Rock Encyklopedia' Wiesława Weissa z 1991 roku, w której autor opisuje wszystko bezstronnie, nigdy nie poddając własnym odczuciom czy opiniom.

Tymczasem właśnie to stanowi o słabości 'Galactic Ramble' ponieważ wiele haseł czyta się z lekkim zażenowaniem. Biorąc pod uwagę, że przewodnik pisało kilku recenzentów, to jednak może razić prostota wypowiedzi i brak profesjonalizmu w sferze pisania na temat samej muzyki.
Wszystko to są zwroty i terminologie bardzo typowe dla opisywania rockowych dokonań. Momentami zalatuje koszmarnym banałem. Myślę też, że dlatego muzyki rockowej wciąż nie traktuje się całkiem poważnie, ponieważ nikt nie potrafi o niej całkiem poważnie i merytorycznie poprawnie pisać, racząc czytelników jedynie wyświechtanymi komunałami.

Ale nie zmienia to faktu, że dzięki książce Richarda Mortona Jacka można odkryć wiele wspaniałych zespołów z istnienia których wcześniej człowiek nawet nie zdawał sobie sprawy. To jest w tym wszystkim najważniejsze.

wtorek, 4 stycznia 2011

AARDVARK 1970

Lubię tę uroczą i nieco naiwną płytę.

Na albumie Aardvark mamy kawałek miłego dla ucha hard rocka z ambicjami. Grupa inspirowała się dokonaniami takich tuzów gatunku jak Deep Purple i Atomic Rooster oraz The Nice. Problem jednak polega na tym, że płyta kwartetu, to jedno z tych dokonań, którego lepiej się słucha, gdy się ma rzeczywiście odpowiedni nastrój do takiej muzyki.





1. Copper Sunset
2. Very Nice Of You To Call
3. Many Things To Do
4. The Greencap
5. I Can't Stop
6. The Outing - Yes
7. Once Upon A Hill
8. Put That In Your Pipe And Smoke It


Skład


Stan Aldous - Bass Guitar, Celesta, Vibraphone, Marimba, Recorder
Steve Milliner - Organ, Piano
Frank Clark - Percussion
David Skillin - Vocals




Według mnie silną stroną zespołu były nagrania spokojniejsze, łączące rockową estetyką z delikatnymi wpływami jazzu, jak choćby w skocznym 'Very Nice Of You To Call', w którym na pierwszy plan wysunięte zostały jazzowe partie fortepianu ozdobione rytmicznym klaskaniem. Niby nie jest to jakieś szczególnie skomplikowane, ale słucha się wybornie.

Dla odmiany 'The Greencap' razi zupełnie niepotrzebnie zdeformowanym głosem wokalisty - pomysł najprawdopodobniej zainspirowany przez '21st Century Schizoid Man' King Crimson. Kompozycja zawiera ciekawą, chociaż niezbyt wyszukaną improwizację organów Hammonda wspartych dźwiękami wibrafonu. Całości dopełniało dość banalne canto refrenu. Muszę tutaj nadmienić, że bardzo cenię sobie owe nieco oniryczne brzmienie uzyskiwane przy pomocy organów Hammonda dominujące na płycie.

Nastrojowe preludium w 'I Can't Stop' przeistacza się w rozpędzony, ponownie dość prosty utwór zwieńczony szaloną organową kodą. Inna sprawa, że to właśnie organy Hammonda są na tej płycie instrumentem wiodącym, co zapewne wiązało się z całkowitym brakiem gitary elektrycznej w składzie formacji.

'The Outing - Yes' w pierwszej części zawiera rozczarowującą skandowaną, dynamiczną piosenką. Natomiast w części drugiej przeistacza się w atonalną, kakofoniczną i dosyć długą improwizację jakby żywcem wyjętą ze wstępu 'A Saucerful Of Secrets' grupy Pink Floyd. Bardzo ciekawy fragment, ale jednocześnie bardzo nieoryginalny.
Utwór bezpośrednio przechodzi w utrzymany w baśniowej atmosferze, delikatny 'Once Upon A Hill'. Ten z kolei płynnie łączył się z ostatnim na płycie 'Put That In Your Pipe And Smoke It'. Kolejne nagranie zdominowane przez dźwięki organów Hammonda. Trzeba uczciwie przyznać, że ten pełen szalonych improwizacji i zagrany w szybkim tempie utwór robi duże wrażenie.

Program płyty uzupełniał hard-rockowy 'Copper Sunset' zagrany na ostro przesterowanych organach Hammonda oraz ponownie zaaranżowany z pomocą fortepianu 'Many Things To Do' z fajną, katarynkową partią organów Hammonda w środkowej części i kilkoma zmianami rytmu. W przypadku pierwszego nagrania słychać było wpływ zespołu Deep Purple. Drugi zaś pobrzmiewał echem dokonań tria Atomic Rooster.

Tak więc - nie jest to płyta grzesząca oryginalnością i może stanowić przykry dowód na to, że zapomniane zespoły nie miały zbyt wiele do zaproponowania po za powielaniem patentów innych wykonawców. Mimo to dokonanie Aardvark posiada wiele niewymuszonego wdzięku i kilka świetnych momentów, i choćby z tego powodu warto zapoznać się z tą muzyką.

Cokolwiek jednak napisać, to zdjęcie zdobiące okładkę jest autentycznie przepiękne.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

PRETTY THINGS

S.F. SORROW (1968)

Gdy jakieś sześć lat temu usłyszałem 'S.F. Sorrow' po raz pierwszy, poczułem rozczarowanie. Sugerując się nazwiskiem producenta płyty oraz nazwą studia, w której została zarejestrowana, liczyłem na muzykę pokrewną stylowi 'Piper At The Gates Of Dawn' Pink Floyd czy może 'Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band' The Beatles. Tymczasem to, co zaproponowała grupa The Pretty Things wydało mi się wtedy strasznie wręcz kuriozalne, a przy tym pozbawione zapadających w pamięć melodii czy motywów.
Tak było zanim przesłuchałem inne płyty ze starym rockiem i dopóki nie zaznajomiłem się z klasycznym rockowym dorobkiem. Potrzeba było tych wszystkich płyt, abym stopniowo dostrzegł całe spektrum barw i pomysłów zawartych na tej niedocenionej w Polsce płycie, a która, jak już dzisiaj doskonale wiadomo, dała początek gatunkowi zwanemu ROCK OPERA i od wielu lat uznawana jest - obok płyty 'Tommy' The Who - za jej prekursora i najdoskonalszego przedstawiciela.

Ilość pomysłów może na początku przytłaczać i wydawać się chaotyczna, jednak po kilku przesłuchaniach okazuje się istotną częścią muzyki tutaj zawartej.
Cenię przeróżne efekty studyjne, które w tamtych czasach uzyskiwano na wciąż skromnym sprzęcie. Wiem jednak, że wielu wykonawców nie do końca potrafiło umiejscowić je w odpowiedni sposób, czasem wstawiając do swoich nagrań na siłę.
W przypadku 'S.F. Sorrow' wszystko jest doskonale wyważone, efekty dźwiękowe współgrają z muzyką, dzięki czemu można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z pozbawioną słabych momentów, frapującą całością.

Ale od początku.
Płyta została nagrana na przełomie 1967 i 1968 roku w studiu Abbey Road. W tym samym czasie grupa The Beatles nagrywała tam 'White Album'. Natomiast zespół Pink Floyd pracował nad drugą płytą 'A Saucerful Of Secrets'.
Co ciekawe, producentem 'S.F. Sorrow' został Norman Smith, który renomę zdobył jako inżynier dźwięku na wczesnych albumach słynnej czwórki z Liverpoolu oraz produkując pierwsze dwie płyty Pink Floyd oraz studyjną część 'Ummagumma'.
W tym samym czasie co Pink Floyd, producent wziął pod swoje skrzydła The Pretty Things. Tak więc Norman Smith nie tylko brał udział w tworzeniu ważnych dzieł muzyki rockowej, ale także miał wpływ na ich kształt ostateczny.





1. S.F. Sorrow Is Born
2. Bracelets Of Fingers
3. She Says Good Morning
4. Private Sorrow
5. Balloon Burning
6. Death
7. Baron Saturday
8. The Journey
9. I See You
10. Well Of Destiny
11. Trust
12. Old Man Going
13. Loneliest Person


Skład


Phil May - Vocals
Dick Taylor - Lead Guitar, Vocals
John Povey - Organ, Sitar, Percussion, Vocals
Wally Allen - Bass, Guitar, Vocals, Wind Instruments, Piano
Skip Alan - Drums
John Charles Alder - Drums


Muzyka komentująca historię głównego bohatera zachwyca swym bogactwem. Stanowi swoisty przegląd tego wszystkiego, co wówczas pojawiło się na rockowej scenie.

Pierwszy utwór 'S.F. Sorrow Is Born' pobrzmiewa elementami muzyki Wschodu - partie gitary akustycznej operujące w skali charakterystycznej dla brzmień instrumentów egzotycznych zestawione są tutaj najprawdopodobniej z brzmieniem sitaru. Natomiast w tle pojawia się melotron oraz grająca w wysokich rejestrach fanfarowa partia trąbki. Trudno to wszystko odszyfrować, więc raczej zgaduję niż poruszam się po pewnej powierzchni.

We wstępie i zakończeniu 'Bracelets Of Fingers' wprowadzono grupową partię wokalną wspartą dźwiękami instrumentów perkusyjnych - kotły oraz blachy - które nadawały temu fragmentowi orkiestrowy wydźwięk. Muszę tutaj nadmienić, że ten pomysł przywodzi mi na myśl późniejszą wokalną introdukcją w 'Bohemian Rhapsody' Queen. Przy czym w 'Bracelets Of Fingers' inaczej zaaranżowano głosy oraz całość posiada nieco senny charakter. Natomiast sam utwór - według mnie zagrany w rytmie walca - ozdobiony został krótkim instrumentalnym interludium ponownie odwołującym się do muzyki Wschodu.

Bardziej rockowy, gitarowy charakter nosiła piosenka 'She Says Good Morning' z agresywnymi grupowymi partiami wokalnymi. Zagrany w powolnym tempie i kolejny raz eksponujący brzmienie sitaru 'Death' przykuwał uwagę mistyczną aurą.

Powrotem do tradycyjnie pojmowanej rockowej piosenki był dynamiczny 'Balloon Burning' z ostrą gitarą Dicka Taylora oraz dobiegającymi z oddali zharmonizowanymi głosami. Chyba trudno ukryć, że grupowe partie wokalne odgrywają na tej płycie dość ważną rolę, co zresztą było dość typowe dla muzyki rockowej lat sześćdziesiątych.

Opartą na prostym rytmie główną część 'Baron Saturday' zaśpiewał złowieszczym głosem gitarzysta Dick Taylor. W chóralnym refrenie wprowadzono zaś natarczywe wejścia melotronu, natomiast dygresyjne interludium zaaranżowane na instrumenty perkusyjne miało w sobie coś z obrzędu, co nie dziwi, wszak tytułowy Baron Sobota, to w religii Voo Doo władca ciemności.

'The Journey' w pierwszej części akustyczny, w części drugiej przeradzał się w instrumentalną improwizację wzbogaconą kolażem krótkich motywów wcześniejszych nagrań.

Według mnie 'I See You' to jeden z kluczowych momentów płyty asymilujący wszystko to, co na płycie najistotniejsze. Nasycona wpływami muzyki orientalnej i awangardowej kompozycja stanowi mariaż akustycznych i elektrycznych brzmień.
Utwór przechodził bezpośrednio w jeszcze wyraźniej czerpiący z poszukiwań twórców muzyki awangardowej 'Well Of Destiny'. Krótka instrumentalna kompozycja oparta została na spreparowanych w studiu brzmieniach uzyskanych poprzez odwrócenie przesuwu taśmy oraz odtworzeniu jej ze zmienioną prędkością. Zabieg stosowany wówczas tak często, jak dzisiaj rysowanie płyt w klubach.

Dynamiczny, zdecydowanie rockowy 'Old Man Going' to porywający riff przesterowanej gitary, narastający refren plus ostry, zadziorny śpiew Phila Maya. Piosenka ta może stanowić wzorzec rockowego utworu.
Pojawiają się opinie jakoby zagrywka gitary akustycznej z tej piosenki, została kilka miesięcy później powtórzona przez Petera Townshenda na płycie 'Tommy' w nagraniu 'Pinball Wizard'.

Płytę podsumowywał zaśpiewany z akompaniamentem gitary akustycznej 'Loneliest Person'. Po tylu dźwiękowych wrażeniach obrazujących pogmatwane losy człowieka, był to w pełni zasłużony i przecież nieunikniony, wyciszony finał.

Pamiętam, gdy kilka lat temu wpadła w moje ręce lista bodajże pięćdziesięciu najlepszych lub najpopularniejszych rockowych oper jakie dotychczas powstały.
Na pierwszym miejscu, nie do końca zasłużenie, znalazł się album Pink Floyd 'The Wall'. Oczywiście dzieło The Pretty Things wylądowało gdzieś w dalszych rejonach owego zestawienia, co wcale mnie nie dziwi, jest to bowiem jeszcze jeden dowód na całkowite ignorowanie lat sześćdziesiątych w naszym kraju i przede wszystkim na niewiedzę naszych dziennikarzy w kwestii muzyki rockowej. Bardziej preferowane są wygładzone, działające na emocje w banalny sposób piosenki niźli rzeczy mniej oczywiste. Naturalnie, w grę wchodzą także od dawna wytarte szlaki, po których porusza się publiczność słuchająca rocka i kształtujące gusta media.

wtorek, 3 marca 2009

FAIRPORT CONVENTION

FAIRPORT CONVENTION 1968

Jednym z istotniejszych elementów, który wpłynął na moją potrzebę poznawania nieznanego rocka, była książka Jacka Leśniewskiego 'Brytyjski Rock w latach 1961 - 1979'.
Uważam, że 'Brytyjski Rock' to ewenement na naszym rynku wydawniczym, ewenement na niwie literatury dotyczącej rocka wydawanej w Polsce. Nikt wcześniej nie napisał czegoś tak interesującego. Szkoda, że tak rzadko, a właściwie wcale, podobne publikacje pojawiają się na półkach księgarń w Polsce.

Przyznam też, że trochę liczyłem, że ów przewodnik będzie jak kamyk, który poruszy lawinę i może w końcu takich tytułów pojawi się więcej. Niestety, nic takiego się nie wydarzyło. Jest to jeszcze jeden dowód, że klasyczny rock nie cieszy się u nas wielką popularnością. Nie ma zapotrzebowania na tego typu rzeczy. Dziwne o tyle, że specjalistów i wszystko wiedzących osobników u nas nie brakuje.
Ale to akurat jest temat na osobne rozważania.

Co jest bardzo ważne w przewodniku Jacka Leśniewskiego to fakt, że można bliżej zaznajomić się z wykonawcami, o których albo nie wie się zupełnie nic, albo wie bardzo niewiele. To właśnie dzięki tej książce przyjrzałem się bliżej pewnej grupie, która okazała się być jednym z moich największych odkryć ostatnich lat.
Jestem niemal pewien, że już wcześniej zetknąłem się z samą nazwą zespołu, nie pamiętam, jakie odczucia u mnie wywołała. Najpewniej pomyślałem, że to jeszcze jedna grupa ze Wschodniego Wybrzeża.

Nazwa Fairport Convention faktycznie kojarzy się z amerykańską sceną muzyczną, jednak, jak się okazało, to zespół z Wielkiej Brytanii, w dodatku jest to grupa bardzo popularna w rodzinnym kraju. Ich pierwsze płyty - zwłaszcza trzy albumy z 1969 roku - miały wielki wpływ na rozwój rocka w Wielkiej Brytanii. Jak na młody wiek muzyków, grupa prezentowała bardzo wysoki poziom, zaś rozwój muzyczny następował w szybkim tempie, czego dowodem aż pięć płyt nagranych w ciągu dwóch lat, które ukształtowały gatunek.

Na debiutanckiej płycie sekstet pozostawał jeszcze pod wpływem grup ze Stanów Zjednoczonych, takich jak Jefferson Airplane, dopiero poszukując własnego stylu

Pierwszy singiel 'If I Had A Ribbon Bow' nieodparcie kojarzy się - w dużej mierze ze względu na głos wokalistki - z muzyką wodewilową. Dostojny nastrój, ale też lekkość i wdzięk. Całość ozdobiono dźwiękami wibrafonu, a w środkowej części pojawił się zupełnie kontrastowy, lekko odrealniony motyw.





1. Time Will Show the Wiser
2. I Don't Know Where I Stand
3. If (Stomp)
4. Decameron
5. Jack O'Diamonds
6. Portfolio
7. Chelsea Morning
8. Sun Shade
9. The Lobster
10. It's Alright Ma, It's Only Witchcraft
11. One Sure Thing
12. M1 Breakdown


Na płycie znalazło się kilka interpretacji kompozycji innych artystów, jednak zespół miał talent do wydobywania z tych piosenek wszystkiego, co najlepsze, czyniąc takie nagrania jak 'I Don't Know Where I Stand' czy 'Chelsea Morning' - obydwa autorstwa Joni Mitchell - formą indywidualnej wypowiedzi. Podobny charakter nosiły kompozycje własne, dowodzące talentu twórczego i wykonawczego.
Uważam również, że pierwsza wokalistka, Judy Dyble, wykonała tutaj kawał świetnej roboty i zaprezentowała się od jak najlepszej strony. Chociaż, jeśli idzie o śpiew, to osobą pierwszoplanową na tej płycie był, obdarzony ciepłym, delikatnym głosem, Ian Matthews. Nieco odmienne oblicze ukazał zaś w piosenkach 'Time Will Show The Wiser' i 'Jack O'Diamonds'. Zwłaszcza w drugiej z nich, autorstwa Boba Dylana - chociaż możliwe, że wywiedzionej z tradycyjnej folkowej kompozycji - zaśpiewał bardziej zadziornie.

Do wersji CD dołączono cztery bonusy.
Własną wersję 'Suzanne' Leonarda Cohena - zaśpiewaną wyłącznie przez Iana Matthewsa. Prawdopodobnie utwór zarejestrowano po odejściu Judy Dyble, a przed dołączeniem do zespołu Sandy Denny, oraz singlowy 'If I Had A Ribbon Bow'. Swoją drogą, gdzie się podziała strona B tego singla, czyli If (Stomp) - inna wersja tej piosenki pojawiła się na debiucie.

Natomiast dwa ostatnie utwory zostały nagrane podczas występu w francuskiej telewizji (brakuje tylko 'Time Will Show The Wiser') w kwietniu 1968 roku. Przyznam, że wersja 'Morning Glory' Tima Buckleya w interpretacji Fairport Convention, z cudownym, przejmującym wokalem Ian Matthewsa, zawsze przyprawia mnie o gęsią skórkę.
Z kolei 'Reno Nevada' Richarda Farina ukazuje nam grupę w wersji, jaka wkrótce poszła w odstawkę, jako skłonną do dynamicznych, rockowych, rozbudowanych gitarowych improwizacji. Na innych dokonaniach Fairport Convention nie słyszałem już takiego wymiatania na gitarach panów Richarda Thompsona i Simona Nicola.





Dodam jeszcze, że producentem płyty, oraz kolejnych czterech albumów, był Joe Boyd. Prawdopodobnie bez obecności tego zasłużonego producenta, Fairport Convention nie osiągnęli by aż takiego poziomu, a ich płyty nie brzmiały by tak wyjątkowo.
Chwała mu za to.

sobota, 28 lutego 2009

THE WHO

TOMMY 1969
LIVE AT LEEDS 1970

Zastanawia mnie co by było, gdybym kilka lat temu nie postanowił sięgnąć głębiej do muzycznej studni, która prawdopodobnie nie ma dna, i nie zainteresował się muzyką rockową w znacznie większym stopniu, niż do tej pory. W pewnym momencie, można rzec, człowiek utknąłby w martwym punkcie, słuchałby w kółko tych samych płyt, zachwycał się po raz setny tymi samymi piosenkami, aż do znudzenia. Chyba znalazłem się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie.

Lecz zanim to nastąpiło, szukałem ciekawych płyt wśród tych artystów, których dokonania dzisiaj zaliczane są do kanonu rocka i odnieśli światowy sukces. Te moje poszukiwania naprowadziły mnie w końcu na grupę The Who. Zespół w świecie znany, lecz u nas stosunkowo mało popularny. Prawdopodobnie każdy kojarzy wielki przebój 'My Generation', jednak podejrzewam, że nie każdy wie, jaki zespół go wykonuje.
Jak to się stało, że poznałem The Who? Odpowiedź jest prosta - mój Ojciec miał tę piosenkę dawno temu nagraną na kasecie magnetofonowej. Byłem wtedy dzieckiem, które nie wiedziało, z czym ma do czynienia, wiedziałem natomiast, że bardzo mi się owe dźwięki podobają.
Wiele lat później, wiedziony instynktem, postanowiłem nabyć, mającą charakter przekrojowy, płytę zespołu 'My Generation - The Very Best Of The Who', która właśnie co ukazała się na rynku. To było coś wspaniałego. Po pierwsze, po latach poznałem kilka dodatkowych nagrań tej fenomenalnej grupy, a po za tym usłyszałem rzeczy, z istnienia których nie zdawałem sobie sprawy. Jednak ponownie na tej jednej składance moja znajomość z The Who na jakiś czas się skończyła, a przecież był to wierzchołek góry lodowej.

Ponownie minęło wiele lat nim powróciłem do tego tematu. Tym razem postanowiłem zapoznać się z kolejnymi płytami, jakie zespół nagrał na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Najpierw wybrałem 'Who's Next', który okazał się być płytą urzekającą w każdym calu. Wspaniałe, nowocześnie opracowane melodie - między innym z użyciem syntezatora - i ten wciąż unoszący się w powietrzu młodzieńczy bunt - czy trzeba było czegoś więcej?
Okazało się, że prawdziwe objawienie przyszło wraz z wcześniejszą w dorobku grupy płytą 'Tommy'. Przyznam, że nigdy wcześniej nie słyszałem albumu, który przy swojej objętości muzycznej -  dwadzieścia pięć nagrań - zawierałby tyle pomysłów, tyle emocji i właściwie żadnego słabego momentu. Ileż na tej płycie się dzieje - trudno opisać to słowami. Począwszy od instrumentalnej 'Overture', w której pojawiają się tematy kilku piosenek z płyty, aż po przejmujący, podnoszący na duchu utwór finałowy 'See Me Feel Me'.





Na pewno 'Tommy' to świetne podsumowanie lat sześćdziesiątych, a w każdym razie ery od narodzin The Beatles aż do 1969 roku. Mamy tu przegląd niemal wszystkich elementów muzycznych, jakie pojawiły się w tej barwnej i pionierskiej dekadzie - utwory zdecydowanie rockowe - 'Pinball Wizard', 'Acid Queen', 'We're Not Gonna Take It', 'I'm Free', kompozycje o bardziej eksperymentalnym zabarwieniu - 'Amazing Journey' połączony ze 'Sparks' -  motyw, na którym zbudowano tę kompozycję, powraca w rozbudowanym 'Underture'. W 'Eyesight To The Blind' pojawiają się elementy bluesa, trochę z muzyki country w 'Sally Simpson', nawet folku w 'Welcome'. Jest też nieco mroczny 'Cousin Kevin' i groteskowy 'Tommy's Holiday Camp'. Ponad to całość wiążą trzy powracające motywy 'Tommy Can You Hear Me', 'Listening To You' oraz 'See Me Feel Me'.

Wszystko to zagrane w bardzo indywidualny sposób, nasycone wypracowanym przez The Who na wcześniejszych trzech płytach stylem. Słychać również, że zespół doskonale orientował się w przemianach, jakie zachodziły w muzyce pod koniec dekady i w jakiś sposób 'Tommy' to także zapowiedź rodzącego się wówczas progresywnego rocka. Oczywiście, trudno już wyrokować, czy była to pierwsza rock-opera, chociaż raczej nie, wiele bowiem wskazuje na to, że dziełem, które zainspirowało lidera grupy, Pete'a Townshenda, do stworzenia tej historii , oprócz nauk Meher Baby, był także wydany nieco wcześniej album The Pretty Things 'S.F. Sorrow'.





1. Overture
2. It's A Boy
3. 1921
4. Amazing Journey
5. Sparks
6. Eyesight To The Blind (The Hawker)
7. Christmas
8. Cousin Kevin
9. Acid Queen
10. Underture
11. Do You Think It's Alright?
12. Fiddle About
13. Pinball Wizard
14. There's A Doctor
15. Go To The Mirror
16. Tommy, Can You Hear Me?
17. Smash The Mirror
18. Sensation
19. Miracle Cure
20. Sally Simpson
21. I'm Free
22. Welcome
23. Tommy's Holiday Camp
24. We're Not Gonna Take It
25. See Me Feel Me/Listening To You


To był szczytowy moment popularności The Who. Grupa prezentowała swoje nowe dzieło na koncertach, m.in. na festiwalu w Woodstock, oraz na festiwalu na wyspie Wight. Ukoronowaniem tego okresu był koncertowy album 'Live At Leeds', niestety okrojony do sześciu tylko kompozycji. Nie ma tu słabych momentów, ten koncert to esencja rockowej muzyki, czysta, skomasowana energia. Największe wrażenie robiła rozbudowana, pełna improwizacji wersja 'My Generation', która jak w soczewce skupiała wszystko to, co w muzyce The Who najlepsze i ukazywała zespół w wybornej formie.

Na niemal pełen zapis występu w Leeds trzeba było czekać aż 25 lat, kiedy to wydano go na pojedynczym CD - czternaście nagrań, zaś sześć lat później w wersji DeLuxe na dwóch kompaktach wreszcie zamieszczono pełen koncert, drugi dysk zawierał wykonaną w całości operę 'Tommy'.

Aż trudno uwierzyć, że można grać w taki sposób, z lekkością i finezją, z niezwykłym wręcz wdziękiem. Zespół różnicuje atmosferę - raz jest dynamicznie, innym razem spokojnie. Słychać też, że grupa ma znakomity kontakt z publicznością. Bez dwóch zdań The Who zaprezentowało się tutaj od jak najlepszej strony. To powinien być wzorzec postępowania dla dzisiejszych młodych grup próbujących swoich sił w muzyce popularnej.

Ciekawostka - w wersji winylowej skrócono o kilka sekund 'Young Man Blues'. Natomiast po zaśpiewaniu pierwszego wersu w 'My Generation' Roger Daltrey wydaje z siebie okrzyk, który usunięto w wersji CD, zastępując delikatnym jęknięciem wokalisty. Natomiast w końcówce 'Magic Bus', po wybrzmieniu wszystkich instrumentów, słychać krótki dźwięk harmonijki ustnej, niemal niesłyszalny w wersji kompaktowej.





Wersja LP

1. Young Man Blues
2. Substitute
3. Summertime Blues
4. Shakin' All Over
5. My Generation
6. Magic Bus


Wersja CD (1995)

1. Heaven And Hell
2. I Can't Explain
3. Fortune Teller
4. Tattoo
5. Young Man Blues
6. Substitute
7. Happy Jack
8. I'm A Boy
9. A Quick One, While He's Away
10. Amazing Journey/Sparks
11. Summertime Blues
12. Shakin' All Over
13. My Generation
14. Magic Bus


Do tematu The Who będę za pewne jeszcze wracał nie raz. Dla mnie to jeden z trzech najlepszych zespołów w historii rocka. Jedna z najważniejszych grup, jakie dotychczas poznałem.