Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop-rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop-rock. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 października 2013

STRANGE

SOUVENIR ALBUM 1979

Tytuł mówi wszystko.

Nagrany w latach 1975-1978 materiał zawierał piosenki zarejestrowane w różnych miejscach i w różnych okolicznościach. W 1978 roku płyta została skompilowana przez lidera zespołu Davida Chamberlaina - głównego twórcę repertuaru, jaki złożył się na album - i wytłoczona w nakładzie 100 EGZEMPLARZY przez właściciela maleńkiej wytwórni Yantis Recording, prowadzącego swoje wydawnictwo we własnym domu. Egzemplarze płyty były rozdawane wśród przyjaciół zespołu. Tak więc LP stanowił rodzaj pamiątki po pewnym epizodzie z życia muzyków tworzących Strange.

Biorąc pod uwagę, że zgromadzone na 'Souvenir Album' nagrania powstały w skromnym studiu oraz podczas występów, trzeba przyznać, że wszystkie one brzmią naprawdę przyzwoicie. Ponoć jest to w dużej mierze zasługa odrestaurowania dźwięku przez wytwórnię Shadoks Music, gdyż oryginalny LP nie brzmiał tak klarownie.

Rzecz jasna, ze względu na brak porządnej produkcji, jakość niektórych fragmentów jest dość nierówna - raczej typowa dla nagrań demo. Te niedostatki zauważalne są przede wszystkim w 'Twelve Boats'. Mimo to słychać, że Strange był zespołem posiadającym duży potencjał.

Płytę w znacznej mierze wypełniły nastrojowe, liryczne ballady.
Trzeba zauważyć jedną istotną rzecz - muzyka, która się tutaj znalazła w najmniejszym stopniu nie przypomina tego, co się wówczas na rynku zadomowiło. Nie ma tutaj syntezatorów, nie ma tutaj nic z punkowej maniery, nie ma wpływów popularnego wówczas disco. Formacja zaproponowała muzykę zaaranżowaną dosyć skromnie, która równie dobrze mogłaby powstać w 1970 roku. Słowem - były to dźwięki, które pochodziły z zupełnie innego bieguna w stosunku do muzycznych tendencji panujących w roku 1979.





1. Segment From BARAPP
Somebody
The Ballad Of Hollis Spaceman
Four-Eyes

2. Segment From BARAPP

3. Segment From On Winning The War
A Faced Dream
Rick's Song

4. Segment From Mushroom Wednesday
Lies By Poetic License
Twelve Boats
The Last Song


Według mnie naprawdę wyjątkowej urody jest piosenka 'Somebody'. Niezwykle poetycka otoczka wytworzona poprzez przepiękny temat grany na fortepianie wzbogacona została przez oszczędne zagrywki gitary elektrycznej. Ten powoli płynący i pełen zadumy, kameralny utwór to dzieło światowego formatu.

Skrajnie odmienny charakter nosił 'The Ballad Of Hollis Spaceman'. Był to dynamiczny, pełen młodzieńczej werwy i pewnej nerwowości, rockowy utwór ze świetnym, długim solem przesterowanej gitary elektrycznej - częstokroć dodatkowo zniekształconej przy użyciu efektu Wah-Wah. Zaśpiewany zaś został z zacięciem przez Davida Chamberlaina.

Oparty na brzmieniu gitary akustycznej i elektrycznego pianina - zagrany bez udziału perkusji - 'Four-Eyes' ponownie wprowadzał atmosferę zadumy. Balladowy, nastrojowy 'Twelve Boats' jest jedynym nagraniem na płycie, które posiada nieco gorszą jakość dźwięku. Momentami można odnieść wrażenie, że utwór zarejestrowano przy pomocy zwykłego magnetofonu kasetowego. Ale też nie chcę popadać w przesadę - mimo niedoskonałości, wszystko słychać wyraźnie.

Zaśpiewany przede wszystkim z akompaniamentem fortepianu 'Rick's Song' wzbogacony został subtelnym tłem sekcji rytmicznej oraz - w końcowej części - oszczędnymi zagrywkami gitary elektrycznej. Podobny charakter nosiły - podniosły 'Segment From On Winning The War' oraz pobrzmiewający nutą smutku 'The Last Song'. To wszystko może sprawiać wrażenie niezbyt wyszukanego, ale według mnie te nieco aseptyczne, sterylne aranżacje doskonale pasują do tego typu kompozycji.

W delikatnym, zagranym w wolnym tempie 'Segment From Mushroom Wednesday' zespół wprowadził do aranżacji nastrojową partię trąbki, która dodawała kompozycji kolorytu. Piosnka zaaranżowana została na fortepian i gitarę akustyczną, w finale zaś pojawiały się schowane w tle dźwięki organów Hammonda.

Tak więc powstał bardzo interesujący zestaw, może nie idealny, ale bez wątpienia wartościowy. Jeśli jednak ktoś oczekuje jakiejś przemyślanej, dopracowanej w najdrobniejszych szczegółach produkcji, lepiej niech poszuka gdzie indziej. Natomiast zwolennicy starego, zapomnianego przez czas i ludzi rocka będą zachwyceni.


poniedziałek, 18 lutego 2013

ELTON JOHN

EMPTY SKY 1969

Być może jest to największe osiągnięcie Eltona Johna w jego długoletniej karierze. Z ręką na sercu mogę napisać, że jest tutaj wszystko to, co najlepsze w muzyce rockowej.

Żadna późniejsza płyta w dorobku pianisty nie ma w sobie takiego powiewu świeżości, takiej naturalności i twórczej swobody, co 'Empty Sky'. Wszystkie dziewięć piosenek, pomimo dosyć oszczędnej produkcji i skromnej - poza dwoma wyjątkami - formy, zachwyca precyzyjnym, pełnym inwencji wykonaniem oraz szlachetnym, pastelowym brzmieniem. Kompozytorski talent Eltona Johna sprawia wrażenie wykraczającego poza ówczesne kanony.

Można chyba przyjąć, że już na tej debiutanckiej płycie muzyk stworzył swój styl, później jedynie trochę ten styl modyfikując - niekoniecznie z korzyścią dla swojej twórczości - na co zapewne wywierały wpływ zmieniające się muzyczne mody.

LP otwierał, zaśpiewany z prawdziwą pasją, utwór tytułowy - najbardziej rozbudowana na płycie kompozycja przykuwa uwagę dużą dynamiką oraz ekspresją wykonawczą.
Piosenkę wzbogacono przeróżnymi dygresjami, pojawiającymi się pomiędzy zwrotkami. Każdy z tych ozdobników był inny i zagrany w zupełnie różnym stylu, stanowiąc jednak integralną część nagrania.
Pierwszy przerywnik - za sprawą wysuniętej na plan pierwszy gitary elektrycznej, sprawiającej wrażenie puszczonej wstecz - miał awangardowy odcień. W innym miejscu, za sprawą wprowadzenia fletu poprzecznego, fragment nabierał folkowego charakteru. Utwór wieńczyła zaś odrealniona końcówka, w której następuje wyciszenie emocji, pojawia się jakieś tajemnicze, złowróżbne westchnienie.

W dwóch utworach 'Val-Hala' i 'Skyline Pigeon' autor wprowadził klawesyn, nadając w ten sposób obydwu kompozycjom barokowego kolorytu.
W leniwie płynącym, zagranym razem z zespołem, 'Val-Hala' klawesyn stanowił rodzaj ornamentu, dopełnienia dla wiodących dźwięków fortepianu i organów Hammonda, a także gitary klasycznej.
Zaś w dostojnym 'Skyline Pigeon' instrument ten pełnił już rolę główną. Pierwszą zwrotkę, tego pełnego dramatyzmu nagrania, Elton John zaśpiewał jedynie z akompaniamentem tegoż instrumentu, natomiast w drugiej zwrotce dołączały organy Hammonda.





1. Empty Sky
2. Val-Hala
3. Western Ford Gateway
4. Hymn 2000
5. Lady What's Tomorrow
6. Sails
7. The Scaffold
8. Skyline Pigeon
9. Gulliver/Hay Chewed/Reprise

Skład

Elton John – Piano, Organ, Electric Piano, Harpsichord
Caleb Quaye – Electric And Acoustic Guitars, Conga Drums
Tony Murray – Bass Guitar
Roger Pope – Drums, Percussion

Don Fay – Tenor Saxophone, Flute
Graham Vickery – Harmonica
Nigel Olsson – Drums On 'Lady What's Tomorrow'





Bardziej rockowy charakter nosił przebojowy, dynamiczny 'Western Ford Gateway' ze świdrującymi organami Hammonda pojawiającymi się w chwytliwym refrenie. We wstępie i w zakończeniu zwraca uwagę melodyjna, wyrazista zagrywka gitary, która pojawia się także pomiędzy obiema zwrotkami, tworząc rodzaj leitmotivu.

Zagrany bez perkusji - z nabijającym tempo tamburynem -  w znacznej mierze akustyczny 'Hymn 2000' miał w sobie coś z muzyki gospel i folk, czarował zaś brzmieniem fletu poprzecznego. Wyczuwalne są pewne wpływy stylu znanego z twórczości Boba Dylana.

Urzekająca jest króciutka, zagrana w szybkim tempie 'Lady What's Tomorrow'. Zaśpiewana przepełnionym goryczą głosem piosenka to wzorzec przepięknej melodii, a także melancholijnego, romantycznego nastroju osnutego wokół rytmicznego fortepianu i niemal unoszących się niczym podmuch wiatru dźwięków organów Hammonda. Do tego przewijająca się w tle niemal łkająca gitara akustyczna.

Płytę wieńczył najbardziej urozmaicony, składający się z trzech kontrastowych części 'Gulliver-Hay Chewed-Reprise'.
Pierwszy fragment - rozpoczynający się od pojedynczych dźwięków gitary z dodanym pogłosem - to romantyczna piosenka zagrana w rytmie zbliżonym do walczyka - z poruszającym, podniosłym refrenem. Warto zwrócić uwagę na subtelne dźwięki gitary elektrycznej przeplatające się z melodią graną przez fortepian.
Druga część to z kolei swobodna, nabierająca tempa, rhytm and bluesowa improwizacja z saksofonem i hałaśliwą partią gitary. Kodę zaś stanowił kolaż fragmentów poszczególnych piosenek z płyty. To wszystko kończy spreparowany krzyk wokalisty.





Elton John jawi się tutaj jako inteligentny, znakomicie czujący estetykę rocka, kompozytor oraz posiadający wyjątkowy talent instrumentalista. Jego gra na instrumentach klawiszowych zaskakuje ogromną dojrzałością i wyczuciem różnorakich konwencji muzycznych.

Równie ważna była gitara elektryczna oraz gitara klasyczna - na obu instrumentach grał  utalentowany Caleb Quaye - kolega Reginalda Kennetha Dwighta z czasów Bluesology. Jego pełne wyczucia i finezji, wyważone i oszczędne partie przydały kompozycjom Eltona Johna blasku. Mało kto tak wówczas grał.

Warto też zwrócić uwagę na sekcję rytmiczną, szczególnie na bardzo wyraziste, soczyste brzmienie perkusji. Na basie zaś grał Tony Murray - muzyk zespołu Plastic Penny. Perkusista tej formacji - Nigel Olsson pojawił się w jednym nagraniu 'Lady What's Tomorrow', aby już niedługo zostać pełnoetatowym członkiem The Elton John Band.

Był to jedyny LP artysty, który w chwili premiery nie zaistniał w świadomości publiczności.

Początkowo debiut ukazał się wyłącznie w Wielkie Brytanii i przepadł na rynku niedostrzeżony. Być może dlatego oryginalne egzemplarze płyty są niezmiernie rzadkie. W dodatku panuje w tym temacie sporo zamieszania. Pewne jest jedno - większość egzemplarzy tego tytułu, które pojawiają się na aukcjach internetowych to wznowienia. Bardzo podobne do pierwszego wydania posiadają jedną zasadniczą różnicę - wytłoczone bowiem zostały na specjalnym, czerwono-krwistym winylu, który w zwykłym świetle wygląda na tradycyjną czarną płytę, natomiast prawdziwe oblicze objawia po ustawieniu pod mocnym światłem.

Śmiać mi się chce, gdy pomyślę, że po pierwszym wysłuchaniu 'Empty Sky' pomyślałem, że nie jest to nic specjalnego.

czwartek, 15 listopada 2012

LOS BRINCOS

MUNDO DEMONIO CARNE (1970)

Nie znam zbyt wielu płyt z Hiszpanii, ale z tych, które miałem możliwość usłyszeć, ten album uważam za swój ulubiony. Była to ostatnia pozycja w niedużej dyskografii Los Brincos i stanowiła wspaniałe podsumowanie muzyki rockowej mijającej dekady, ukazując wszystko to, co wtedy było najciekawsze w muzyce popularnej, a co już wkrótce miało zniknąć nieodwracalnie.

Propozycję zespołu stanowił mariaż ambitnych popowych melodii z przebrzmiałym rockiem psychodelicznym, co mniej więcej oznacza, że na całości można było dostrzec odciśnięte wyraźne piętno typowe dla nowego rocka progresywnego.

Muzyka na ten longplay została zarejestrowana w londyńskim Wessex Sound Studios.
'Mundo Demonio Carne' ukazał się w Hiszpanii wydany przez wytwórnię Novola oraz w Niemczech, opublikowany staraniem firmy Vogue Schallplatten, gdzie nosił tytuł 'World Devil Body' i posiadał inny zestaw nagrań.
W 1997 roku płyta została wznowiona przez wydawnictwo Arcade w oryginalnej, ocenzurowanej okładce pierwotnie zaproponowanej przez zespół, jednak zawierała odmienny - od dwóch wyżej wymienionych wersji - repertuar. W dodatku tylko w tej kompaktowej edycji piosenki składające się na kompozycję tytułową posiadały odrębne tytuły.
Mój opis będzie opierał się na wersji hiszpańskiej.

Clou programu stanowił tutaj rozbudowany utwór tytułowy 'Mundo Demonio Carne' składający się z czterech krótkich piosenek tworzących całość. Grupie udało się uzyskać spójny, frapujący klimat wszystkich, pozornie nie przystających do siebie fragmentów.

Pierwszy motyw to rytmiczna, marszowa piosenka oparta na wyrazistych akordach gitary obudowanych zagrywkami organów Hammonda posiadającymi nieco jazzowy koloryt. Tekst utworu ukazywał naszą szarą codzienność, co dodatkowo wzmocniono poprzez wprowadzenie naturalistycznych efektów dźwiękowych.

Jako rodzaj interludium wpleciono krótką instrumentalną stylizację na muzykę Wschodu, ten niesamowity, złowieszczy motyw w pełnej krasie - pod tytułem 'Kama Sutra' - zamieszczono na końcu płyty.

Jako następny objawił się liryczny temat grany przez łkającą gitarę elektryczną na tle delikatnej gitary klasycznej, obrazu całości dopełniał pełen smutku temat wokalny zaśpiewany z niemal operowym zacięciem.
Bardzo szybko ten motyw przerywała ściana spreparowanych w studiu ponurych dźwięków zwiastujących kolejną część - ta natomiast została zbudowana wokół wybijającej quasi obrzędowy rytm perkusji wspieranej przez niepokojące, ostre gitarowe riffy oraz niemal histeryczny śpiew wokalisty. Aby wytworzyć wrażenie niesamowitości, jako kontrapunkt wprowadzono tutaj grupowe partie wokalne śpiewane głębokim, demonicznym tonem.

Kompozycję zamykała piosenka, w której zmysłowe, śpiewające w harmonii głosy opisywały części ludzkiego ciała. Ten leniwie płynący, rozmarzony, jednocześnie przesiąknięty tajemniczą aurą fragment wieńczyła melancholijna improwizacja fletu poprzecznego.





LP Hiszpania

1. Mundo Demonio Carne
2. Vive La Realidad
3. Hermano Ismael
4. Esa Mujer
5. Jenny La Genio
6. Emancipacion
7. Carmen
8. Butterfly
9. Kama Sutra


LP Niemcy

1. World Evil And Body
2. Emancipation
3. Where Is My Love
4. Jenny Miss Genius
5. Keep On Loving Me
6. Misery And Pain
7. Too Cheap Cheap
8. I Don't Know What To Do


CD (1997)

1. Crazy World
2. Angel Felt
3. Hell´s Door
4. Body And Soul
5. Promises And Dreams
6. Emancipation
7. Body Money Love
8. Misery And Pain
9. Where Is My Love
10. If I Were You


Tak więc każdy człon tytułu utworu miał swój odpowiednik w poszczególnych piosenkach. W wersji hiszpańskiej LP był to jedyny utwór zaśpiewany po angielsku. Reszta materiału opatrzona została słowami  napisanymi w języku ojczystym.

Kompozycja na dobrą sprawę zakreślała muzyczny krąg zaproponowany na płycie.
Ten krąg stanowiły romantyczne, w dużej mierze akustyczne ballady, takie jak ozdobiona delikatnymi zagrywkami melotronu oraz pogwizdywaniem 'Carmen' czy przepiękny 'Esa Mujer' (Where Is My Love), w którym grająca w stylu flamenco gitara obudowane zostały rzewnymi tonami skrzypiec - w finale zaś następował dramatyczny, zespołowy, podniosły temat z sekcją smyczkową w roli głównej.

Ale były to także nagrania stricte rockowe z doskonałym 'Emancipacion' na czele - tutaj klasę pokazał grający na organach Hammonda Oscar Lasprilla. Te jego pełne jazzowych naleciałości frazy były siłą napędzającą ten utwór - aż do instrumentalnej, narastającej kulminacji. Kolorytu dodawała zaś gitara elektryczna przetworzona z pomocą efektu Wah-Wah.

Nawet tak pogodne i bezpretensjonalne piosenki jak 'Vive La Realidad' (Keep On Loving Me) i 'Jenny La Genio' (Jenny Miss Genius) posiadały niezaprzeczalny urok. Pierwszy z wymienionych tytułów w mojej ocenie powstał pod wpływem piosenki 'Ob-La-Di Ob-La-Da' The Beatles, tylko tutaj w miejsce pianina mieliśmy skoczne akordy gitary akustycznej i rytmiczne klaskanie. 'Jenny La Genio' nasuwa mi z kolei skojarzenia z łagodniejszym obliczem dokonań Status Quo.

Hiszpańską wersję LP zamykała wspomniana fenomenalna, złowróżbna 'Kama Sutra'.
Ta instrumentalna kompozycja - imitująca indyjską mantrę - zagrana została z użyciem tabli, dudniącej w tle gitary basowej oraz hipnotycznej gitary elektrycznej, której pełne ruchliwości, improwizowane frazy nawiązywały do muzyki hinduskiej. Apokaliptycznego nastroju dodawały brzmienia melotronu.

Nad wyraz absorbujące dokonanie. Jest to jeden z najczęściej przeze mnie słuchanych tytułów, chociaż początkowo nic nie zwiastowało, by tak mnie miał zauroczyć. Po zakupie przesłuchałem kompakt bodajże dwa razy i chyba dopiero przy trzecim odsłuchu nastąpiła fascynacja.

Uważam, że było to jeszcze jedno epitafium dla ówczesnej muzyki rockowej.
Dodać też muszę, że wiele płyt nasuwa mi skojarzenia z porami rocku, choćby z tego względu, że odkrywałem je w danym momencie życia. Los Brincos 'Mundo Demonio Carne' kojarzy mi się z jesienią.

piątek, 30 grudnia 2011

CAROLE KING

TAPESTRY (1971)


Na koniec roku będzie coś z zupełnie innej beczki.

Z okładką 'Tapestry' po raz pierwszy zetknąłem się ponad dwadzieścia lat temu, gdy w prezencie od ojca otrzymałem album z reprodukcjami okładek płyt pod tytułem 'The Face Of Rock And Roll - Images Of A Generation'. Jak się miało okazać, kilka z zamieszczonych w tym albumie ilustracji po wielu latach znalazło się na mojej półce, ale już w formie CD.

Płyta jest inna niż wszystkie do tej pory przeze mnie opisane ponieważ zawiera muzykę łagodną, kameralną i z tradycyjnie pojmowanym rockowym graniem jako takim teoretycznie niewiele ma wspólnego. Sama Carole King, zasłużona dla muzyki popularnej i wówczas już niezwykle ceniona, w latach sześćdziesiątych była współautorką, wraz z ówczesnym mężem Gerry Goffinem, takich wielkich przebojów jak 'Will You Love Me Tomorrow' czy 'Loco-Motion'. Gdy więc nagrywała swój drugi solowy album, cieszyła się już dużą estymą.
Jednocześnie trudno odmówić płycie odrobiny rockowej zadziorności czy wręcz poetyki, stąd też nie jest to z mojej strony aż tak rażące odejście od tematyki bloga. Poza tym życzyłbym sobie, żeby dzisiejsze zespoły rockowe nagrywały muzykę tak krystalicznie piękną jak to uczyniła Carole King na 'Tapestry'. Czy się to komuś bowiem podoba czy nie, emocje i uczucia ważniejsze są w muzyce rockowej w stopniu większym niż szarpanie strun i wrzeszczenie lub jęczenie do mikrofonu.

Omawiany tytuł jest chyba pierwszym na tym blogu albumem, który zyskał ogromną sławę i w rezultacie osiągnął nakład blisko trzydziestu milionów egzemplarzy. Bez wątpienia jest to jeden z największych bestsellerów w historii muzyki popularnej.
Podziwu godny jest także fakt, że za stworzenie całego materiału odpowiedzialna jest bohaterka tego wpisu, która nie tylko zaśpiewała wszystkie umieszczone na płycie piosenki, ale również zagrała na fortepianie, tworząc w ten sposób swego rodzaju archetyp dla późniejszych śpiewających pianistek, które już niebawem miały wręcz zasypać rynek muzyczny swoimi - nie zawsze najwyższych lotów - dokonaniami.




1. I Feel The Earth Move
2. So Far Away
3. It's Too Late
4. Home Again
5. Beautiful
6. Way Over Yonder
7. You've Got A Friend
8. Where You Lead
9. Will You Love Me Tomorrow
10. Smackwater Jack
11. Tapestry
12. (You Make Me Feel Like) A Natural Woman


Wciąż jednak mam wrażenie, że w Polsce niewiele osób zdaje sobie sprawę z istnienia 'Tapestry'. Natomiast w Stanach Zjednoczonych jest to bezapelacyjna potęga.
Trzeba sobie jasno powiedzieć - pomimo sławy jaką album zyskał, mamy do czynienia z kompozycjami odznaczającymi się skromnymi środkami wyrazu. Nie ma tu także żadnych produkcyjnych ekstrawagancji. Utwory oparte są na prostych melodiach i aranżacjach. Z perspektywy lat może zaskakiwać jak 'Tapestry' udało się narobić tyle zamieszania w muzycznym świecie. Nie od dzisiaj wszak wiadomo, że siła tkwi w prostocie.

Carole King zaproponowała sentymentalne, pełne ciepła, romantyczne utwory przy wykonaniu których akompaniowała sobie na fortepianie. Z towarzyszeniem wyłącznie tego instrumentu kompozytorka zaśpiewała przepiękny utwór tytułowy oraz '(You Make Me Feel Like) A Natural Woman'.
W pozostałych nagraniach wsparła autorkę niewielka grupa zaproszonych do studia muzyków. Znalazło się miejsce dla piosenek dynamicznych takich jak 'I Feel The Earth Move' czy 'It's Too Late' zagranych z udziałem tradycyjnego rockowego instrumentarium. Drugą z tych kompozycji wzbogacono brzmieniem saksofonu sopranowego.
Przytłaczająca większość utworów opracowana została z użyciem minimalnego zestawu instrumentów, na który składały się - fortepian, gitara akustyczna, gitara basowa lub kontrabas oraz perkusja. W kilku kompozycjach pojawiają się żeńskie chórki.

Właśnie w takiej ascetycznej wersji autorka przypomniała wspomniany wcześniej 'Will You Love Me Tomorrow'. Interpretacja dopasowana została do koncepcji całej płyty, przez co utwór niemal pozbawiony został przebojowego charakteru jaki nosiła oryginalna wersja wylansowana przez trio wokalne The Shirelles w 1961 roku. Trudno się jednak dziwić tej zmianie - na przestrzeni dziesięciu lat muzyka uległa ogromnej metamorfozie.
Słuchając tej płyty dostrzegam jedną istotną cechę. Mimo, że całość ukazała się pod koniec 1971 roku, w wielu fragmentach słychać, że to już są lata siedemdziesiąte w pełnej krasie. Momentami delikatnie zalatuje parkietem. Reminiscencje z poprzedniej dekady są nieliczne i ledwie dostrzegalne - jak choćby pojawiająca się na końcu 'So Far Away' nastrojowa partia fletu poprzecznego, mająca w sobie w coś z folkowych dokonań z lat sześćdziesiątych.
Ale może sukces albumu polegał na tym, że brzmiał tak świeżo, nie obarczony nad to ciężarem minionego dziesięciolecia.

Trudno jest opisać zawartość płyty, gdyż jest ona dosyć jednorodna. Większość piosenek spokojnie mogłaby pretendować do miana przebojów. Mnie najbardziej urzeka 'So Far Away', rzeczywiście ponadprzeciętny fragment będący esencją tej płyty. Już sam fortepianowy wstęp powoduje, że serce człowiekowi szybciej bije. Natomiast do słabszych momentów zaliczyłbym dość nijaki, hałaśliwy i psujący konfesyjny - tak dobrze zilustrowany przez okładkę LP - charakter całości 'Smackwater Jack'.

Uważam, że mimo wszystko jest to płyta, która zasługuję na swój status. Carole King objawiła się tutaj jako inteligentna kompozytorka i doskonała, pełna wyczucia instrumentalistka. Podejrzewam, że album wywołał wówczas spory rezonans i stał się drogowskazem dla wielu innych artystów.
Muszę przyznać, że sam się sobie dziwię, że mnie się to tak bardzo podoba. Przeważnie te milionowe tytuły są zdecydowanie przereklamowane i nie do słuchania. Z 'Tapestry' na szczęście jest inaczej. Szkoda tylko, że dzisiejsze śpiewające panie nie biorą sobie do serca tego, jak taka muzyka powinna się prezentować.

Żeby tradycji stało się za dość - na koniec muszę dodać, że producentem płyty był zasłużony Lou Adler znany ze współpracy z The Mamas And The Papas oraz cenionym przez miłośników klasycznego rocka Spirit. Natomiast wszystkie partie gitary akustycznej wykonał James Taylor, w Stanach Zjednoczonych prawdziwa muzyczna ikona.

środa, 4 maja 2011

YARDBIRDS

YARDBIRDS (ROGER THE ENGINEER) 1966

Kanon muzyki rockowej i jedna z ważniejszych płyt ówczesnej dekady. Pod niepozorną, humorystyczną okładką kryła się porcja świeżych pomysłów, które były kamieniem milowym w kształtowaniu się gatunku.

Przypuszczam, że każdy zwolennik muzyki popularnej w tym kraju zetknął się z nazwą tej wybitnej i cenionej grupy, chociażby ze względu na fakt, że swoje kariery rozpoczynali tam kolejno trzej gitarzyści - Eric Clapton, Jeff Beck oraz Jimmy Page. Podejrzewam jednocześnie, że niewielu miłośników rocka w Polsce zaznajomiło się z samą muzyką Yardbirds.

To się może wydać dziwne, ale był to pierwszy i zarazem ostatni album studyjny wydany przez Yardbirds w rodzinnej Wielkiej Brytanii.
Dla mnie LP 'Yardbirds' - znany także jako ' Roger The Engineer' - obok takich płyt jak ‘Revolver’ The Beatles, ‘A Quick One’ The Who czy ‘Open' Brian Auger And The Trinity, to kwintesencja muzycznego pop-artu. Muzyka, która za sprawą dźwięków jest wręcz namacalną ilustracją wszystkiego tego, co wówczas działo się w Wielkiej Brytanii. Szczególnie przywodzi na myśl okres Swingującego Londynu z całym jego kolorytem. Namiastkę tego można zobaczyć w filmie Michelangelo Antonioni 'Powiększenie'.





1. Lost Woman
2. Over Under Sideways Down
3. The Nazz Are Blue
4. I Can't Make Your Way
5. Rack My Mind
6. Farewell
7. Hot House Of Omagarashid
8. Jeff's Boogie
9. He's Always There
10. Turn Into Earth
11. What Do You Want
12. Ever Since The World Began


Skład


Keith Relf – Lead Vocals, Harmonica
Jeff Beck – Lead Guitar
Chris Dreja – Rhythm Guitar, Vocals
Paul Samwell-Smith – Bass Guitar, Vocals
Jim McCarty – Drums, Percussion, Vocals



Płyta zaskakuje dużą rozpiętością stylistyczną oraz mnogością pomysłów, niekiedy posiadającymi cechy pastiszu.

Reinterpretacja klasycznej bluesowej kompozycji 'Someone To Love Me' - autorstwa mało znanego bluesmana Snooky Pryora - przemianowana na 'Lost Woman' i ze zmienionym tekstem była doskonałą prezentacją nowego gitarzysty.
Główna część piosenki to schematyczny blues oparty na rytmicznej linii basu i skromnym podkładzie perkusji, przerywany w refrenie nagłymi wejściami reszty zespołu. Natomiast to, co w tej kompozycji zespół zaproponował od siebie, to powoli się rozwijająca instrumentalna część środkowa - wzbogacona brzmieniem harmonijki ustnej i ponownie przykuwającą uwagę mocno wyeksponowaną partią gitary basowej - muzyka stopniowo nabiera tempa i dynamiki, aż do gitarowej, hałaśliwej kulminacji, która nagle się to urywa. Można przyjąć, że właśnie takie fragmenty stanowiły zwiastun heavy-rockowej estetyki.

Następnie trawestacja 'Guitar Boogie' Chucka Berry pod tytułem 'Jeff's Boogie'. Dynamiczny, rhythm and bluesowy 'Over Under Sideways Down', przerywany był przesyconym tajemniczą aurą wokalnym tematem, który kontrastował ze skocznym charakterem piosenki, szczególnie zaś ze skandowanym refrenem.
Nie mniej porywający 'What Do You Want' ponownie był zakorzeniony w bluesie, w finale zaś ozdobiony został ostrą, rockową partią gitary. Ponad to, wyjątkowo zaśpiewany przez Jeffa Becka, blues-rockowy 'The Nazz Are Blue'. Uroczy, mający w sobie coś z beztroskiej dziecięcej piosenki 'Farewell' zaśpiewany został z prostym akompaniamentem fortepianu. W 'Turn Into Earth' kwintet nawiązał do własnego przeboju 'Still I'm Sad' wprowadzając charakterystyczne grupowe partie wokalne imitujące chorały gregoriańskie.

Pastiszowy charakter nosił zaś 'Hot House Of Omagarashid' łączący w sobie - w warstwie wokalnej - coś na wzór hinduskiej mantry z instrumentalnym, typowym dla płyty, gitarowym podkładem wspartym różnego rodzaju humorystycznymi odgłosami, które stanowiły rytm dla tej wyjątkowo nieszablonowej piosenki. Piszę to wszystko z lekkim przekąsem i zastanowieniem, gdyż tak naprawdę sam dokładnie nie wiem, jakie elementy nosi w sobie ta kompozycja.
Kolejną, tylko bardziej bezpretensjonalną piosenką był 'I Can't Make Your Way' zaśpiewany, nieco knajpianą manierą, na głosy, które momentami nosiły nieco pijacki charakter.

We wstępie, będącego swoistym ukłonem dla przebojów doby rock and rolla, 'Ever Since The World Began' grupa dla zmyłki wprowadziła złowieszczy temat wystylizowany na coś w rodzaju czarnej mszy czy innego obrzędu.

Te wszystkie piosenki zawarte na 'Roger The Engineer' mogą sprawiać wrażenie - zwłaszcza przez opisy zamieszczone tutaj - jakiegoś bezładnego chaosu, lecz według mnie, jak na 1966 rok, płyta była jak z innej bajki. W czasach kiedy rock codziennie zmieniał swoje oblicze, zespoły z czołówki prześcigały się w pomysłach, grupa Yardbirds zaproponowała materiał urzekający swobodą i luźnym potraktowaniem dotychczasowego kanonu estetycznego muzyki młodzieżowej.

Płyta długogrająca ukazała się w kilku innych państwach, przeważnie przemianowana na 'Over Under Sideways Down' i posiadała różne okładki prezentujące odmienne, kapitalne zdjęcia zespołu. Dla przykładu w Kanadzie na froncie LP widniała fotografia kwintetu w składzie z Jimmy Pagem, którego rzecz jasna nie było w formacji, gdy materiał był rejestrowany. To były czasy.