poniedziałek, 29 marca 2010

GENESIS

TRESPASS (1970)




1. Looking For Someone
2. White Mountain
3. Visions Of Angels
1. Stagnation
2. Dusk
3. The Knife


Skład


Peter Gabriel – Vocals, Flute, Oboe, Accordion, Bass Drum, Percussion.
Anthony Phillips – Acoustic Guitar, Electric Guitar, Dulcimer, Percussion, Backing Vocals
Mike Rutherford – Bass, Classical Guitar, Cello, Backing Vocals
Tony Banks – Organ, Piano, Mellotron, Guitar, Backing Vocals
John Mayhew – Drums, Percussion, Backing Vocals


Moim zdaniem jest to najlepszy album w bogatej dyskografii Genesis.
Uważam, że później tylko na 'Foxtrot' i przede wszystkim na 'A Trick Of The Tail' zespół stworzył równie spójny i przemyślany materiał. Natomiast płyty takie jak 'Nursery Cryme', 'Selling England By The Pound', podwójny 'Lamb Lies Down On Broadway' oraz 'Wind And Wuthering' mimo, że równie wspaniałe, były jednak momentami nierówne. Obok doskonałych kompozycji pojawiały się fragmenty nieco słabsze, mniej porywające, ustępujące poziomem reszcie repertuaru.

Na 'Trespass' nie ma takich wypełniaczy, czy momentów na niższym poziomie, to płyta przemyślana od pierwszej do ostatniej sekundy. Zespół wykonał koronkową robotę utykając kompozycje z wyjątkowo delikatnych nitek.
Bardzo ważną cechą 'Trespass' jest nastrój tej płyty - wszystkie umieszczone tutaj utwory przepełnione są smutkiem, ale jest to smutek urzekający, tworzony przez cudowne, pastelowe dźwięki organów Hammonda, krystaliczne dźwięki przenikających się gitar dwunastostrunowych oraz wysublimowanej gitary elektrycznej i oszczędnej sekcji rytmicznej. Całość zaś wzbogacono o brzmienia takich instrumentów jak cymbały, akordeon oraz flet poprzeczny.

Muzyka o wyraźnie folkowym odcieniu, podana w elegijnej oprawie - słychać też pewien wpływ Procol Harum czy The Nice - zachwyca wspaniałymi melodiami.
Proszę posłuchać 'Looking For Someone'. Zbolały głos Petera Gabriela na tle subtelnych akordów granych przez organy Hammonda. Po krótkiej introdukcji dołącza reszta zespołu, w finale zaś pojawia się stylizacja - przynajmniej mnie się tak kojarzy - na rosyjską muzykę ludową wsparta zdecydowanie rockowym podkładem.
Właśnie to jest cecha szczególna tego albumu - różne linie melodyczne, a jak wspaniale się uzupełniają tworząc urzekającą całość.

 


Najbardziej wielowątkowym nagraniem na płycie okazał się 'Stagnation', który chyba w najdobitniejszy sposób obrazował aspiracje grupy - budowanie kompozycji w oparciu o akustyczne i elektryczne brzmienia oraz składanie ich z kontrastowych epizodów.
Najbardziej zachwyca moment, w którym dialog prowadzą dwie gitary dwunastostrunowe, jest to wyjątkowej urody fragment.

Prostsze formalnie i pełne rockowej werwy nagrania to bez wątpienia 'White Mountain' oraz wyjątkowo ostry i mroczny 'The Knife'. Natomiast folkowy 'Dusk' został zagrany bez udziału perkusji. Nad 'Visions Of Angels' unosi się duch epoki Baroku, charakterystyczny zresztą dla niemal całej płyty - przykuwa uwagę temat grany na fortepianie plus niemal kościelny chór w refrenie.

Trzeba też nadmienić, że w chwili ukazania się album sprzedawał się bardzo słabo.
Obecnie często zarzuca się 'Trespass', że to jeszcze nie w pełni wypracowany styl Genesis, że produkcja jest słaba, że perkusista nijaki, a także kompozycje sztucznie poskładane w dłuższe formy.
Co za bzdura.
Warto również zapoznać się z trzema nagraniami, które zespół zarejestrował na potrzeby radia BBC w lutym 1970 roku, na kilka miesięcy przed wydaniem omawianej płyty długogrającej, pierwszej nagranej dla ambitnej wytwórni Charisma Records. Niestety owe trzy akustyczne kompozycje - 'Shepherd', 'Pacidy' i 'Let Us Now Make Love' - nie ukazały się w epoce, a na ich oficjalną premierę trzeba było czekać aż do 1998 roku, kiedy to został wydany box 'Genesis Archive 1967–1975'.

Mam do 'Trespass' ogromny sentyment. Nigdy nie zapomnę, gdy kupiłem ten album na kasecie magnetofonowej w 1998 roku. Rany, jakby to było wczoraj, a jednocześnie tak dawno.

FAMILY

MUSIC IN A DOLL'S HOUSE (1968)




1. The Chase
2. Mellowing Grey
3. Never Like This
4. Me My Friend
5. Variation On A Theme Of Hey Mr. Policeman
6. Winter
7. Old Songs New Songs
8. Variation On A Theme Of The Breeze
9. Hey Mr. Policeman
10. See Through Windows
11. Variation On A Theme Of Me My Friend
12. Peace Of Mind
13. Voyage
14. The Breeze
15. 3 X Time


Skład


Roger Chapman – Lead Vocals, Harmonica
John Whitney – Guitar
Jim King – Tenor And Soprano Saxophone, Harmonica, Vocals
Ric Grech – Bass Guitar, Violin, Cello, Vocals
Rob Townsend – Drums, Percussion


Na debiutanckiej płycie kwintet zaproponował zaskakującą mieszankę muzycznego szaleństwa i groteski, niekiedy o cechach kolażu dźwiękowego. W nieszablonowo opracowanych piosenkach muzycy pomysłowo połączyli estetykę rocka z muzyką awangardową, jazzem i - w nieco mniejszym stopniu - folkiem, uwypuklając brzmienia takich instrumentów jak saksofon i skrzypce. Przykuwało uwagę ekspresyjne wibrato wokalisty.

'The Chase' zdominował krzykliwy śpiew Rogera Chapmana. W finale zaś wprowadzono zabawny efekt przyśpieszenia obrotu taśmy.
'Never Like This' to blues-rockowy, prosty rytmicznie utwór ze złowieszczymi akordami organów Hammonda i dźwiękami harmonijki ustnej. Następnie oparty na dialogu wokalnym 'Me My Friend', na przemian śpiewany podniosłym głosem, za chwilę zmieniający się w bardziej jadowity.
Znakomity 'Winter' zbudowany został wokół partii fortepianu i skrzypiec oraz dobiegającego z oddali głosu stanowiącego tło dla wysuniętego na pierwszy plan śpiewu Rogera Chapmana.

'Old Songs New Songs' to znowu brzmienie harmonijki ustnej w połączeniu ze zgryźliwym głosem wokalisty.

Przepełnione złowróżbną aurą, połączone ze sobą 'Peace Of Mind' i 'Voyage' skupiają w sobie wszystkie cechy muzyki wypełniającej płytę. W pierwszej z wymienionych piosenek prym wiodą skrzypce, natomiast druga kompozycja to przeróżne zaskakujące dysonanse i efekty brzmieniowe, jak choćby puszczona od tyłu taśma, w aranżacji zaś pojawia się melotron, który nadaje kompozycji niemal apokaliptycznego charakteru.

Jako rodzaj spoiwa pomiędzy poszczególnymi kompozycjami, wprowadzono trzy krótkie instrumentalne wariacyjne tematy oparte na motywach trzech piosenek. Pierwszy, blues-rockowy z harmonijką ustną w roli głównej. Drugi, to przede wszystkim przenikające się brzmienia organów Hammonda i fortepianu. Ostatni zaś, zagrany na sitarze, pobrzmiewał orientalną nutą.

Powstał album frapujący, zadziwiający ilością nagromadzonych pomysłów aranżacyjnych i brzmieniowych. Tchnący świeżością i bez wątpienia będący kamieniem milowym w rozwoju muzyki rockowej.

Arcydzieło.


sobota, 27 marca 2010

DAVID BOWIE (1969)




1. Space Oddity
2. Unwashed And Somewhat Slightly Dazed
3. Don't Sit Down
4. Letter To Hermione
5. Cygnet Committee
6. Janine
7. An Occasional Dream
8. Wild Eyed Boy From Freecloud
9. God Knows I'm Good
10. Memory Of A Free Festival


Pamiętam jak dziś moment, w którym świadomie zacząłem interesować się starym rockiem. Moment, w którym przykuł on moją uwagę. Pamiętam również, jak nieodparta chęć poszerzania wiedzy na jego temat sprawiła, że sięgnąłem po dokonania Davida Bowie, było nie było postaci ważnej w historii gatunku.

Można krytykować muzyka za zbyt częste wolty stylistyczne, niekoniecznie mające charakter artystyczny, częściej zaś posiadające walor komercyjny, ale też przyznać trzeba, że David Bowie posiadał talent i dużą osobowość. O ile jednak na przestrzeni lat większość jego płyt stała mi się obojętna, to drugi w dyskografii LP zatytułowany po prostu 'David Bowie' - czyli identycznie jak debiut - nadal bardzo sobie cenię, teraz nawet bardziej niż kiedyś.
Warto dodać, że album od dawna dostępny jest na rynku pod tytułem 'Space Oddity' wziętym od najpopularniejszej na płycie kompozycji, która w 1969 roku zapewniła Davidowi Bowie chwilową popularność. Na prawdziwy sukces komercyjny musiał jeszcze kilka lat poczekać.

Co do drugiej płyty.
Wspomniany 'Space Oddity' to piosenka zbudowana na bazie brzmienia gitary akustycznej, zachwyca kosmiczną aurą, co jest w dużej mierze zasługą ciekawej aranżacji, w której wprowadzono instrumenty takie jak flet poprzeczny, czy melotron. To wszystko podbudowane tajemniczymi dźwiękami instrumentu zwanego stylofon. Natomiast prosty, nieco marszowy rytm perkusji nadaje całości zdecydowanie rockowy charakter.

Istotną cechą płyty jest jej akustyczne brzmienie, to delikatna muzyka.
Uwagę przykuwały trzy dłuższe kompozycje. Wyjątkowo ciężki i dynamiczny 'Unwashed And Somewhat Slightly Dazed', energetyczny, przestrzenny blues-rock w stylu Led Zeppelin. Rzecz godna podziwu.
Ponadto - rozbudowany 'Cygnet Committee' ze świetną, dramatyczną końcówką oraz leniwie się snujący 'Memory Of A Free Festival', gdzie w drugiej części autorowi towarzyszy skandujący chór - do złudzenia przypomina to finał 'Hey Jude' The Beatles.
Pozostałe nagrania to właśnie stonowane akustyczne piosenki. Mnie najbardziej uwiodły 'Letter To Hermione' oraz 'An Occasional Dream'. Z kolei 'Wild Eyed Boy From Freecloud' wykonany została z udziałem orkiestry.




Żeby ułatwić orientację i nie rozpisywać się nadto - cała muzyka zagrana jest na styku folk-rocka z delikatnymi wpływami bardziej ambitnej odmiany rocka. Następna - chyba najlepsza - płyta 'The Man Who Sold The World' była zdecydowanie mocniejsza i świadczyła o fascynacji artysty rodzącym się wówczas ciężkim rockiem.

Jaka jest pozycja Davida Bowie w naszym kraju? Trudno odpowiedzieć. Pamiętam, że jakieś 15 lat temu pierwszy koncert artysty w Polsce został odwołany ponieważ, jeśli się nie mylę, nie było zbyt dużego zainteresowania ze strony publiczności. Mój stosunek do muzyka jest zaś raczej ambiwalentny.

piątek, 26 marca 2010

INTERMEZZO

Chwila przerwy. Chwila wytchnienia. Bo zaczyna mi się wydawać, że powtarzam się w swoich opisach. Że stają się coraz bardziej wymęczone, pisane na siłę. A tego bym nie chciał. Dodaję kolejne okładki płyt, aby mieć przygotowany grunt, ale przecież pośpiechu nie ma (zwłaszcza, że i tak nikt tego nie czyta).

Udało mi się dodać opisy do drugiej płyty Fairport Convention, do solowego albumu Twinka, czy do Ultimate Spinach. Wciąż dopisuję debiut Blossom Toes, pierwsze dwie płyty Rare Bird oraz oba LP High Tide. Andwella's Dream, co przerażające, jakoś na razie mi nie idzie, a przecież to jedna z częściej słuchanych przeze mnie płyt.
Oczywiście kilka opisów bym tu i ówdzie poprawił, ale na razie mi się nie chce. Przy okazji człowiek uświadamia sobie ubóstwo swojej wiedzy i wąski zasób słownictwa.

Jak dobrze, że piszę to tylko dla siebie. Wyobrażam sobie, jak to jest pracować pod presją czasu. Wtedy to dopiero ogarnia człowieka paraliż.
Moje opisy mogą sprawiać wrażenie, że w kółko piszę o tej samej płycie. Że te wszystkie tytuły są do siebie podobne. Jak dobrze byłoby mieć akademicką wiedzę muzyczną. Można byłoby wzbogacić recenzje, nasycić większą dozą finezji. A tak dominują u mnie gitarowe płyty, niebanalne melodie, melancholia, refleksyjne tony i tak dalej. Ale czy to źle?

P.S. Dziwna sprawa. Dlaczego po umieszczeniu okładek na stronie, ulegają one tak wyraźnemu skompresowaniu? Zagadka.

czwartek, 25 marca 2010

FIRE ESCAPE

PSYCHOTIC REACTION (1967)



1. Psychotic Reaction
2. Talk Talk
3. Love Special Delivery
4. The Trip
5. 96 Tears
6. Blood Beat
7. Trip Maker
8. Journey's End
9. Pictures And Designs
10. Fortune Teller


Był to tytuł nieporównywalnie lepszy niż opisany wcześniej The Deep 'Psychedelic Moods'. Przede wszystkim więcej w nim było dynamiki i rzeczywiście psychodelicznych klimatów bliższych tym, które preferuję najbardziej. Grupa grała z większym zębem. Czuje się, że zespół orientował się w tym, co dzieje się dookoła. Była to muzyka znacznie barwniejsza, pełna odlotowych dźwięków, które potrafią zaintrygować.

Tytułowa piosenka, to oczywiście wierna przeróbka popularnego nagrania grupy Count Five. Bardzo lubię ten utwór zarówno w wersji oryginalnej, jak i w wersji Fire Escape. To po prostu świetna garażowa kompozycja z doskonałym riffem przesterowanej gitary, okraszona dźwiękami harmonijki ustnej i kapitalnymi nagłymi przyśpieszeniami. Wiem, że się powtarzam - ale tak powinna prezentować się dobra rockowa piosenka.

Na szczęście pozostałe nagrania również były na przyzwoitym poziomie i słucha się ich z nieskrywaną przyjemnością. W tym przypadku muzyka była adekwatna do tytułów. Nie ma się co rozpisywać, bo nagrania są bardzo krótkie. Cała płyta trwa ledwie dwadzieścia pięć minut.
Uwagę przykuwa zadziorny, jakby prowokacyjny głos wokalisty. Atmosferę nagrań budowały przeważnie schowane nieco w tle organy oraz autentycznie dobre partie gitary i skromnej (bardzo typowej dla amerykańskich płyt) sekcji rytmicznej.

Wystarczy posłuchać takich nagrań jak 'The Trip', gdzie wokalista właściwie deklamuje na tle skromnego podkładu, ale za to z wysuniętymi na plan pierwszy organami.
Instrumentalny 'Blood Beat' to jednostajny puls przypominający bicie serca wzbogacony różnorodnymi kakofonicznymi dźwiękami i nieskładną improwizacją. Skromny fragment, a jednak cieszy.
'The Trip' dla odmiany zaśpiewany został niemal perwersyjnym głosem. Natomiast nawiedzony 'Journey's End' to już był psychodeliczny rock pełną gębą.

Ogólnie rzecz ujmując - jest to kawałek surowego, ale pomysłowego grania. Nie jest to arcydzieło, ale na pewno rzecz warta poznania.

Świetna, oszczędna okładka nie pozostawiała złudzeń z czym będziemy obcowali. To jest właśnie urok dawnych okładek - przykuwają uwagę, nawet jeśli sama muzyka nie robi już takiego wrażenia.
Ponieważ jednak 'Psychotic Reaction' został (jak to zwykle bywało w przypadku takich efemerycznych zespołów) wydany przez małą wytwórnię GNP Crescendo Records, to zapewne niewiele osób miało wówczas możliwość zapoznać się z tą perełką. Najdziwniejsze jest jednak to, że oryginalny LP obecnie nie jest wcale tak drogi jak nieporównywalnie słabszy The Deep, którego okładka utrzymana były w podobnym tonie, co album Fire Escape.
Stąd też nieodmiennie te płyty kojarzą mi się jako przykład kompletnie zapomnianego, wczesnego psychodelicznego rocka ze Stanów Zjednoczonych. I na tym skojarzenia właściwie się kończą.

THE DEEP

PSYCHEDELIC MOODS (1966)

Człowiekiem, który był głównym inicjatorem tego efemerycznego przedsięwzięcia był niejaki Rusty Evans, który z pomocą trzech muzyków nagrał ten owiany mgłą tajemnicy album, on również został producentem płyty oraz stworzył okładkę.

Długo zastanawiałem się czy jest sens, bym opisywał płytę na temat której nie mam zbyt wiele dobrego do przekazania, ale stwierdziłem, że raz na jakiś czas można napisać coś bardziej krytycznego, będącego w opozycji do peanów, które wznoszę na cześć ukochanych przeze mnie grup.

Czytając notkę zamieszczoną z tyłu oryginalnej okładki LP autorstwa Neila Bogarta - być może tego samego, który kilka lat później utworzył wytwórnię Casablanca Records, dla której nagrywała grupa KISS - można umrzeć z ciekawości co też za niezwykłą muzykę zawiera 'Psychedelic Moods'. Krótki tekst wprowadzający w atmosferę płyty na pewno działa na wyobraźnię.





1. Color Dreams
2. Pink Ether
3. When Rain Is Black
4. It's All A Part Of Me
5. Turned On
6. Psychedelic Moon
7. Shadows On The Wall
8. Crystal Nite
9. Trip #76
10. Wake Up And Find Me
11. Your Choice To Choose
12. On Off - Off On


Nie będę jednak nikomu mydlił oczu czy opowiadał bajek, że ma do czynienia z dziełem ponadczasowym, po przesłuchaniu którego dozna euforycznego uniesienia. Zdecydowanie nie. Nawet ja - miłośnik starych brzmień - muszę to uczciwie przyznać. Płyta The Deep to dokonanie interesujące, ale niestety głównie jeśli spojrzeć na nie w kontekście historycznym. Całość się niestety bardzo zestarzała.
Pomyśleć tylko, że być może kiedyś taka muzyka uchodziła ze szczyt mrocznego grania.

Z drugiej strony skłamałbym gdybym stwierdził, że jest to płyta nie do słuchania, aż tak źle nie jest. Jest tutaj kilka interesujących momentów. W aranżacjach dominują dźwięki kotłów i wibrafonu. Czasami pojawiają się instrumenty dęte jak flet, dominuje zaś niby ponury klimat.
Wiele obiecywała pierwsza piosenka z uderzeniami dzwonów we wstępie. Był to ciekawy, posępny i nieco diaboliczny początek.
Wolę jednak nieco późniejsze dokonania Ultimate Spinach czy Coven. Niby tylko blisko dwa lata różnicy, a jednak można odnieść wrażenie, że płyty te dzielą lata świetlne.

Jeszcze kilka dni temu napisałem, że ponoć pierwszym LP ze słowem 'PSYCHODELICZNY' w tytule był debiut 13th Floor Elevators. Otóż z informacji zamieszczonej we wkładce do wydania CD 'Psychedelic Moods' wynika, że jedyny LP The Deep ukazał się w październiku, podczas gdy zarówno 'Psychedelic Sounds Of 13th Floor Elevators' jaki i 'Psychedelic Lollipop' Blues Magoos ukazały się w listopadzie. Może i The Deep nagrali pierwszy album z przymiotnikiem 'PSYCHODELICZNY' w tytule, ale to Roky Erickson i jego grupa nagrali album z prawdziwego zdarzenia.

wtorek, 23 marca 2010

MAYPOLE 1970

Muzyka jest jak nałóg. Od kilku lat nie byłem na wczasach, nigdzie nie wyjeżdżałem, bo oznaczałoby to rozłąkę z muzyką na wiele dni. Nie wyobrażam sobie dnia bez muzyki. Rzecz jasna zdarza mi się nie słuchać niczego nawet przez dłuższy czas, ale jednak zawsze wiem, że gdyby co, to mam płyty na wyciągnięcie ręki.

Maypole to jest jedną z największych niespodzianek ostatnich lat, z jaką się zetknąłem.

Znam ten album już od blisko dwóch lat, pamiętam, że przypadł mi do gustu przy pierwszym przesłuchaniu. Nie pamiętam jedynie, co mnie w nim zainteresowało, wiem tylko, że co jakiś czas wracałem do tego tytułu. Większe zainteresowanie nastąpiło dużo później.
Nagle dostrzegłem wszystkie niuanse tej gitarowej płyty. Jakbym trafił na swój ideał. Na coś, czego poszukiwałem od bardzo dawna i w końcu znalazłem to tutaj, na tej okraszonej niepozorną okładką płycie.

Gitarowych albumów powstało tysiące, cóż więc czyni to dokonanie innym niż wszystkie?
Maypole potrafili zasymilować pełne rockowej ruchliwości motywy z tematami lirycznymi. Nieco patosu połączyć z młodzieńczą werwą, jednak nad każdym dźwiękiem unosiła się odrobina melancholii.
Muzyka zachwyca eterycznym brzmieniem i ciekawymi harmoniami. Wystarczy posłuchać współpracy dwóch gitar, które operują charakterystycznymi progresjami akordowymi - tak się to chyba nazywa - oraz przestrzennej gry sekcji rytmicznej. Bardzo dobry jest również zadziorny, młodzieńczy śpiew wokalisty.





1. Glance At The Past
2. Show Me The Way
3. Henry Stared
4. Changes Places
5. Under A Wave
6. Look At Me
7. Johnny
8. Comeback
9. You Were
10. In The Beginning
11. Dozy World
12. Stand Alone

Bonus

1. Who Was She
2. All In The Past


Skład


Dennis Tobell - Lead Guitar And Vocals
Steve Mace - Guitar And Vocals
Paul Welsh - Drums And Vocals
Kenny Ross - Percussion And Vocals
John Nickel - Bass Guitar And Vocals


Sesja nagraniowa trwała ledwie trzy dni, podczas których grupa zarejestrowała wszystkie kompozycje na żywo. Teoretycznie nic niezwykłego, wtedy przecież tak nagrywano. Podziw zaś budzi, jak klarownie to wszystko brzmi.

Jak opisać ten LP?
Przede wszystkim muszę wspomnieć, że trzy pierwsze nagrania układają się w całość. Dwie kolejne kompozycje również tworzą dłuższą formę. Odwołując się do wspomnień lidera zespołu Demiana Bella (Dennis Tobell), obie suity zostały nagrane za jednym podejściem. Reszta płyty to już osobne utwory, ale i tak układające się w spójną, przemyślaną całość.

Niemal każdy utwór na tej płycie zaskakuje pod względem kompozytorskim. Nie ma dostrzegam tu słabszych nagrań, może tylko cztery ostatnie piosenki nie są już tak efektowne, chociaż zamykający płytę, pełen zadumy 'Stand Alone' - rodzaj kołysanki - ze względu na swój dramatyzm, stanowi niejako esencję albumu.

Zespół czaruje pięknymi, natchnionymi melodiami, pomimo prostych aranżacji grupie udało się uzyskać całą paletę barw i odcieni.

Moją uwagę jak zwykle przykuwa sekcja rytmiczna, przede wszystkim gra perkusisty, finezyjnie wypełniająca plan dźwiękowy. Soczysta i momentami posiadająca ten zwiewny jazzowy koloryt. Nawet te bardziej heavy-rockowe fragmenty jak 'Look At Me' czy 'Johnny' przepełnione są sporą dozą liryzmu. Drugi z tych utworów stworzony został na bazie ostrego gitarowego motywu, a także wypełniających plan solowych partii drugiego gitarzysty.

Dwa najdłuższe utwory 'Henry Stared' i 'Stand Alone' mimo, że zbudowane na bazie dwóch czy trzech wątków melodycznych, zachwycają kunsztem wykonawczym, doskonałym dopełnianiem się dwóch gitar oraz zmiennością rytmów i przekonywującymi interpretacjami wokalnymi. Kenny Ross śpiewa z dużym zaangażowaniem, niemal każdy wers jest inny - raz wykrzyczany z desperacją, za chwilę pełen goryczy. Warto dodać, że w kilku utworach wokalistę wspomagają delikatne chórki, dodając aranżacjom refleksyjnej aury.

Dla mnie centralnym punktem płyty już na zawsze pozostanie 'Come Back'. Balladową zwrotkę  skontrastowano z bardziej żywiołowym, ekspresyjnym refrenem. Niczym leitmotiv powracał gitarowy temat sprawiający wrażenie rozpływającego się czy może lekko rozstrojonego. To jest ta sama liga, co powstały dokładnie w tym samym roku na debiutanckiej płycie Wishbone Ash 'Errors Of My Way'. Brakuje tylko typowych dla brytyjskiego kwartetu gitarowych linii melodycznych granych unisono.





Być może obok płyty zespołu Felt jest to jedno z ostatnich ciekawszych dokonań klasycznego amerykańskiego rocka. Trudno uwierzyć, że tuż za rogiem czaiła się dominacja muzyki disco i całego tego stadionowego kiczu.
Niestety z oryginalnego składu pozostali już tylko obaj gitarzyści, pozostała trójka muzyków zmarła na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

Do wydania CD dołączono dwa nagrania zarejestrowane jeszcze przed powstaniem Maypole. Obie piosenki były dziełem innego składu i pochodziły z innej bajki. Bardziej chropawe, bardziej żywiołowe - zwłaszcza optymistyczny, przebojowy 'Who Was She'. Może nie tak dopracowane pod względem harmonicznym, ale słucha się ich świetnie. Muszę przyznać, że powolny 'All In The Past' naprawdę robi wrażenie.

Jeszcze tak na sam koniec - na oryginalnym LP wprowadzono małe zamieszanie. Otóż opis nagrań na okładce nie odpowiada opisowi na nalepkach. Na okładce przez omyłkę pozamieniano kolejność niektórych kompozycji. Oryginalny winyl miał bodaj trzy różne wersje nalepek. Baśniową notkę na tyle okładki napisał perkusista Paul Welsh.