czwartek, 15 lipca 2010

THE COMMON PEOPLE

OF THE PEOPLE BY THE PEOPLE FOR THE PEOPLE FROM... (1969)

Zamiast opisywać płyty ostatnio ugrzązłem w muzyce folkowej. Ki diabeł mnie kusi, żeby ciągle odchodzić od tego, co najważniejsze na stronę tego, co również ważne i intrygujące, ale...właściwie to nie mam żadnych argumentów, aby się bronić. Muszę bowiem uczciwie przyznać, że folk jest czymś niebywałym, cudownie się tego słucha. Zajmę się tym tematem przy okazji.

Muszę nadmienić, że od wielu lat w świecie panuje zwrot na klasyczny folk-rock. Kolekcjonerzy wydają fortuny na stare i oryginalne wydania płyt z muzyką folkową, natomiast nowe wytwórnie co rusz wypuszczają na rynek wznowienia jakichś zapomnianych pereł związanych z tym nurtem. Również dałem się ponieść na fali tej mody, ale wcale nie dlatego, żeby być na czasie. Po prostu uważam, że to jest piękna kraina, do której warto się wybrać. Na całe szczęście jeszcze nigdy do żadnej muzyki nie musiałem się zmuszać, zawsze słuchałem tylko tego, co mojej duszy odpowiadało.

Aha. Może właśnie ze względu na ten folkowy zryw, za granicą tak wielką popularność zyskała Kapela Ze Wsi Warszawa? Rzecz jasna w naszym pięknym kraju panuje znieczulica na stare folkowe dokonania, z których Kapela Ze Wsi Warszawa czerpie pełnymi garściami. My preferujemy inne dźwięki.





1. Soon There'll Be Thunder
2. I Have Been Alone
3. Those Who Love
4. Go Every Way
5. Why Must I Be
6. Take From You
7. They Don’t Even Go To The Funeral
8. Feeling
9. Girl Said Know
10. Land Of A Day
11. This Life She Is Mine


Skład


Denny Robinett - Vocal, Guitar
John Bartley III - Guitar
Michael McCarthy - Bass Guitar
Jerrald Robinett - Drums
William Fausto - Piano, Organ


Ale dość tego wstępu. Dzisiaj będę przynudzał na inny temat.

Jedyny album The Common People jest jedną z trzech płyt zrealizowanych w 1969 roku przez Capitol Records, która stawiana jest w jednym szeregu obok wydanych wówczas albumów Gandalf i Food. W pierwszych trzech nagraniach panuje żałobny nastrój, ale także kilka następnych kompozycji pobrzmiewa nutą melancholii, przepełnione są smutkiem. Może być sporym i przygnębiającym zaskoczeniem dla tych, którzy po całym dniu pracy szukają ukojenia. The Common People to muzyka przygnębiająca, zwłaszcza wspomniane trzy pierwsze nagrania.

Doskonale zaaranżowane na zespół rockowy i sekcję instrumentów smyczkowych ballady zadziwiają zawartą w nich goryczą. Płytę otwiera refleksyjny 'Soon There’ll Be Thunder' z grającymi wysokie dźwięki smyczkami oraz łkającą gitarą w tle i lekko zachrypniętym, zbolałym głosem wokalisty.
Na podobnej zasadzie zbudowane są dwa kolejne utwory. 'I Have Been Alone' to przenikające się dźwięki dwóch gitar, z których jedna gra w delikatnie jazzowym stylu, natomiast zagrywki drugiej gitary przywodzą na myśl muzykę Jefferson Airplane. Całość ozdobiono partią instrumentów smyczkowych, natomiast, co jakiś czas, dość spokojna melodia zaburzana jest niepokojącym, zagranym w rytmie marsza motywem.
Z kolei 'Those Who Love' utrzymany w minorowej tonacji poprzednich nagrań, zagrany został w wolnym rytmie i ozdobiony wibrującą partią skrzypiec grającą jakby w oddali i nadającą piosence folkowy odcień. Muszę przyznać, że słuchanie tych trzech kompozycji to uczta dla zmysłów.

W dalszych utworach zespół pozwolił sobie już na większą swobodę i większe zróżnicowanie - dla przykładu niektóre nagrania zdradzały bardziej rockowe inklinacje The Common People. Nie chcę też przez to powiedzieć, że następne piosenki są słabsze. Świetnie wypadają zwłaszcza dwa nagrania. Dosyć prosty 'Go Every Way' to typowe dla tej płyty mocno wybijane akordy gitary, tutaj wzbogacone wysuniętym na plan pierwszy pianinem oraz sfuzzowaną gitarą. Takt całości natomiast nadaje puls gitary basowej oraz - jeśli się nie mylę - bęben basowy. Niezbyt to może wyszukane, ale mnie się podoba.
Jednak znacznie bardziej cenię sobie 'Take From You' - przepiękna melodia grana przez gitary i zharmonizowane głosy wspomagające śpiewającego pełnym smutku głosem wokalistę. Wszystko to wsparte znacznie żywszym rytmem niż inne nagrania tutaj zawarte.

Zupełnie odmienny charakter od reszty repertuaru posiadała humorystyczna piosenka 'They Don’t Even Go To The Funeral' nawiązująca do 'Yellow Submarine' The Beatles - czyli różnego rodzaju radosne zaśpiewy okraszone pogodnymi dźwiękami trąbki. Także tekst dotyczył kwartetu z Liverpoolu. Był to jednocześnie chyba najsłabszy moment płyty, a szkoda, bo tytuł nagrania obiecywał coś bardziej gorzkiego, coś w stylu któregoś z pierwszy trzech nagrań.

'Of The People By The People For The People From...' to płyta intrygująca i bez wątpienia zasługująca na odkrycie. W porównaniu do płyt Gandalf i Food może nieco skromniej wyprodukowana, ale posiadająca równie tajemniczy klimat.

MONOLOG WEWNĘTRZNY

Wciąż dodaję kolejne okładki. Wciąż mam pomysły na kolejne płyty do opisania. Tylko, że upał konsekwentnie zniechęca do przelewania swoich myśli na ekran monitora. Człowiek jest przez cały czas mokry jakby wyszedł prosto z wody. Mimo, że mam wiele przemyśleń na temat poszczególnych albumów, to jednak rozpływają się one w tej duchocie.
Mam nadzieję, że jak tylko się to skończy (zapewne zwieńczone burzą) to znowu dopiszę to i owo, zwłaszcza że utknąłem z wpisem do płyty Pretty Things 'S.F. Sorrow'. Nie liczę już nawet wcześniejszych rozpoczętych opisów, a także tych tytułów, których nawet nie musnąłem.
Ale pośpiechu nie ma. Byleby się ten upał skończył jak najprędzej. Na dodatek czeka mnie wyjątkowo pracowity tydzień. Ale może nie będzie tak źle. Oby do sobotniego popołudnia.

sobota, 10 lipca 2010

FIVE DAY RAIN (1970)

W tamtych czasach PRYWATNE TŁOCZENIE było praktyką dosyć często stosowaną przez zespoły, które chciały zwrócić na siebie uwagę wytwórni płytowych. Własnym - przeważnie niewielkim - kosztem rejestrowały materiał, który dzisiaj określilibyśmy jako DEMO.

W zależności od możliwości tak muzyków, jak i studia, w którym powstawał materiał, takie nagrania prezentowały bardzo różnorodny poziom. Five Day Rain tworzyli instrumentaliści nie tylko bardzo utalentowani, ale także posiadający zdolność do komponowania naprawdę dobrych piosenek. Można się wręcz zadumać nad tym, jak to możliwe, że żadna wytwórnia nie wykazała grupą zainteresowania. Zadziwia bowiem nie tylko wykonawstwo, co także strona techniczna całości nagranej w renomowanym IBC Studios pod okiem dwóch doświadczonych inżynierów dźwięku - Damona Lyon-Shawa oraz Briana Carrolla.





1. Marie’s A Woman
2. Don’t Be Mislead
3. Good Year
4. Fallout
5. Leave It At That
6. The Reason Why
7. Sea Song
8. Rough Cut Marmalade
9. Lay Me Down
10. Too Much Of Nothing

IRON PROPHET

1. Antonia
2. So Don’t Worry
3. The Boy
4. Wanna Make Love To You

Skład

Rick Sharpe - Guitars, Vocals, Harmonica, Percussion
Graham Maitland - Keyboards, Accordeon, Vocals
Clive Shepherd - Bass, Vocals
Kim Haworth - Drums


Zespół przedstawił stosunkowo zwięzłe rockowe utwory noszące melancholijny, romantyczny i balladowy charakter, ale nie wolne od wpływów ciężkiego rocka.
Repertuar zaaranżowano z użyciem typowych dla tego okresu instrumentów - wiodącą rolę powierzono organom Hammonda i gitarze elektrycznej. W kilku piosenkach prym wiódł fortepian. Z tego rodzaju muzyką doskonale współgrał pełen ciepła, rozmarzony śpiew Ricka Sharpe'a.

Właściwie każda z kompozycji przykuwa uwagę. Podniosłą atmosferę w wyjątkowej urody dynamicznym 'Good Year' budowały dźwięki melotronu oraz gitary stalowej. Utwór ozdobiono oszczędną, autentycznie przepiękną zagrywką gitary elektrycznej. Zagrana w szybkim tempie ballada 'Don’t Be Mislead' za podstawę miała liryczny temat grany na fortepianie, z którym kontrastowała schowana na drugim planie całkiem ostro brzmiąca gitara.
Pobrzmiewającą sentymentalną nutą piosenkę 'Sea Song' wzbogacono szumem morskich fal i krzykiem mew. Zaśpiewana z akompaniamentem fortepianu i zaaranżowana na głosy poetycka miniatura 'Lay Me Down' czarowała smutną aurą.

Z kompozycji bliższych estetyce ówczesnego rocka warto wymienić 'Marie’s A Woman'. Przesterowana gitara i ciężkie tony organów Hammonda stworzyły atmosferę wzorcową dla tego typu dokonań. Inny przykład to 'The Reason Why' z przetworzonym głosem wokalisty.
Przede wszystkim zaś trzeba wskazać najbardziej rozbudowany, instrumentalny 'Rough Cut Marmalade' posiadający w sobie hard-rockową intensywność. Już niepokojący, futurystyczny wstęp robi duże wrażenie. Wyjątkowo żywiołowy i pełen ruchliwości utwór zachwyca pełnymi swobodny improwizacjami gitarzysty oraz granymi z fantazją partiami organów Hammonda. Przez całe nagranie przewijają się pulsujące, zniekształcone dźwięki syntezatorów Mooga, co daje kompozycji nieco awangardowy posmak.

Zespół wykonał także przeróbkę piosenki Boba Dylana 'Too Much Of Nothing'. W pierwszej części niezwykle pogodną, niemal folkową. W finale zaś przeradzającą się w pełną zadumy kantylenę.

Warto dodać, że w sesji wzięło udział kilku dodatkowych muzyków. Wśród nich wokalistka Sharon Tandy znana ze współpracy z rewelacyjną formacją Les Fleur De Lys, która jako zespół akompaniujący pojawiła się na dwóch piosenkach sygnowanych imieniem i nazwiskiem artystki 'Hold On' i 'Daughter Of The Sun'.





Pozbawione pierwotnie okładki i wydane w nakładzie ledwie DWUDZIESTU PIĘCIU egzemplarzy dokonanie stało się podstawą dwóch reedycji, dzięki którym miłośnicy starego rocka mogli ten przepiękny album odkryć.

W 2001 roku album, ozdobiony atrakcyjną ilustracją, wydała wytwórnia Background (Wielka Brytania). Natomiast w 2006 roku wydawnictwo Night Wings Records (Włochy) wznowiło ten tytuł w innej - chociaż równie baśniowej - kopercie oraz dołączyło kilka nagrań, dzięki temu można usłyszeć nie tylko cały materiał, jaki grupa zarejestrowała w 1969 roku, ale także cztery nagrania powstałe nieco wcześniej (pod nazwą IRON PROPHET).

Odnoszę jednak wrażenie, że Five Day Rain wciąż czeka na należne mu miejsce w panteonie rockowej klasyki.

poniedziałek, 5 lipca 2010

FOOD

FOREVER IS A DREAM (1969)

Próbuję zminimalizować rozwlekłe opisy i nadać im jakiś charakter i kształt, ale idzie mi to jak po grudzie. Na dodatek cały sierpień był nie do wytrzymania przez te permanentne upały, w efekcie czego przebimbałem prawie cały okres letni. Może trochę przesadzam, jednak nie da się ukryć, że w sierpniu nie napisałem choćby jednego zdania, nie ruszyłem nawet palcem, aby dodać jakiś wpis czy okładkę płyty. Najzwyklejsze lenistwo spowodowane niesprzyjającą pogodą.

Słowem, zaniedbuję bloga, ale na pewno nie zaniedbuję muzyki. Przez ten czas udało mi się poszerzyć nieco kolekcję różnymi nowymi tytułami, na które zagiąłem parol już dawno temu, jednak zawsze coś sprawiało, że moment ich nabycia, ku mojemu niezadowoleniu, oddalał się znacznie. Cóż, takie życie. W każdym razie na skromne zrecenzowanie czeka kilka ciekawych albumów. Rzecz jasna wśród nabytków nie mogło też zabraknąć odrobiny rzeczy słabszych lub - nazwijmy rzecz po imieniu - chłamu. Ryzyko wliczone w koszta, a nie jestem entuzjastą odsłuchiwania muzyki w internecie.





1. Forever Is A Dream
2. Naive Prayers
3. No
4. Lady Miss Ann
5. Fountain Of My Mind
6. Coming Back
7. What It Seems To Be
8. In The Mirror
9. Marbled Wings
10. Traveling Light
11. Leaves
12. Here We Go Again


Skład


Steve White - Vocals
Bill Wukovich - Guitar
Erick Scott Filipowitz - Bass Guitar
Barry Mraz - Drums
Ted Ashford - Keybords


Jak łatwo zauważyć okładkę płyty Food dodałem już w lipcu. Te stare okładki były kapitalne, niekiedy tak mało pociągające, wręcz odstręczające, że aż trudno uwierzyć, albo inaczej - mnie okładka 'Forever Is A Dream' podoba się bardzo, ale wiem, że dla przeciętnego nabywcy tych czterech niezbyt atrakcyjnie wyglądających chłopaków widniejących na zdjęciu i uśmiechających się od ucha do ucha może być słabą zachętą do nabycia tej akurat płyty.
Kiedyś uważałem, że Amerykanie wyglądają niczym ze snu, że są najpiękniejsi i najatrakcyjniejsi na świecie. Cóż, okazuje się, że jednak niekoniecznie, że byli urodziwi tak samo jak mieszkańcy naszego kraju w tamtych czasach. Co za rozczarowanie.

Teraz kiedy już wyrzuciłem z siebie to, co mi leżało na wątrobie, a co z muzyką ma niewiele wspólnego, mogę z niemałym zapałem przystąpić do opisywania niniejszej płyty. Okazuje się jednak, że jest to ciężkie jak gacie z ołowiu, bo co można napisać na temat muzyki, tak żeby nie popaść w banał i przy jednoczesnym braku niezbędnej wiedzy muzycznej?

Jedno jest pewne - za niepozorną okładką, kryje się muzyka nad wyraz udana.

Ton tej wysublimowanej i bogatej pod względem kolorystycznym płycie nadawał utwór tytułowy, w nagraniu wykorzystano delikatne dźwięki fortepianu, gitary akustycznej oraz cieniującej atmosferę gitary elektrycznej, a w refrenie wzbogacono partią trąbki. Całość ozdobiono intrygującym interludium z użyciem sprzężonej - tak przynajmniej podejrzewam - gitary elektrycznej wspartej przez sekcję instrumentów smyczkowych. Kompozycja niemal bezpośrednio przechodziła w skrajnie odmienny, ostry 'Naive Prayers' z przesterowaną gitarą w roli głównej. Pogodny i zaśpiewany wyłącznie z akompaniamentem gitary akustycznej 'Lady Miss Ann' to ukłon w stronę twórczości duetu Simon And Garfunkel.
Dla odmiany utrzymany w onirycznej atmosferze 'Fountain Of My Mind' przywoływał skojarzenia z dokonaniami Pink Floyd z okresu płyty 'More'.

Nie będę wymieniał i opisywał wszystkich piosenek, które znalazły się na tej urzekającej płycie, największą uwagę przykuwa 'What It Seems To Be', nagranie, które stanowi doskonały przykład ambitnej muzyki pop. Piosenkę opracowano z użyciem między innymi gitary akustycznej, fortepianu oraz sekcji instrumentów dętych, zaś w środkowej części dodano solową partię fletu poprzecznego. Kompozycja uwodziła słuchacza charakterystyczną dla płyty senną aurą oraz leniwym, ale pełnym emocji śpiewem. To wszystko prowadziło do ekstatycznego, podniosłego i przejmującego finału.

Obok 'Forever Is A Dream' oraz 'Leaves' jest to centralny punkt tego albumu.





Z tego, co się orientuję zespół nic więcej po sobie nie pozostawił, żadnych niepublikowanych nagrań, żadnego singla. Tak więc należy się cieszyć tym jednym wspaniałym dziełem. Zapewniam jednak, że z każdym przesłuchaniem płyta zyskuje jeszcze bardziej i nie sposób się znudzić muzyką na niej zawartą.

Na koniec jeszcze ważna informacja - oryginalny LP wydany przez Capitol Records jest tylko odrobinę łatwiejszy do zdobycia niż płyty kolegów z Common People czy równie rzadki Gandalf. Za zbliżony do ideału egzemplarz trzeba wysupłać około 200 dolarów, ale bez wątpienia warto i w tym przypadku nie jest to wygórowana cena.

wtorek, 29 czerwca 2010

STONEWALL (1976)

Teoretycznie postanowiłem sobie, że będę umieszczał opisy tylko tych tytułów, do których mogę również dodać okładkę. Okłada jest dla mnie nierozłącznym i bardzo istotnym elementem dawnych płyt. Czasem stanowi nawet poważny argument dla kolekcjonerów, którzy chcą postawić płytę na półce tylko ze względu na atrakcyjną szatę graficzną. Nie ma w tym nic złego, toż to również sztuka. Dlatego tym razem z braku laku dodałem okładkę zastępczą.

 

 

1. Right On
2. Solitude
3. Bloody Mary
4. Outer Spaced
5. Try And See It Through
6. Atlantis
7. Suite (I'd Rather Be Blind - Roll Over Rover)

 

Bardzo chciałem napisać kilka słów na temat Stonewall, amerykańskim zespole owianym legendą, którego płyta ukazała się na rynku w bardzo dziwnych okolicznościach.

Ich jedyne dokonanie zostało zarejestrowane ponoć w 1972 roku, natomiast cztery lata później bez wiedzy muzyków materiał ten wydała nielegalna wytwórnia Tiger Lily. Podobno ostało się około pięciu egzemplarzy oryginalnego LP. Podejrzewam, że album wart jest obecnie kilka tysięcy dolarów.

Płyta zawiera dawkę muzyki charakteryzującą się dużą mocą i dynamiką. Momentami to już jest właściwie metal w wersji, jaka objawi się światu w kolejnej dekadzie za sprawą wykonawców z kręgu New Wave Of British Heavy Metal.

Takie skojarzenia nasuwają się przede wszystkim za sprawą zagranego z werwą, rozpędzonego 'Right On', ale także 'Outer Spaced', w którym słychać echa dokonań Black Sabbath, obydwie piosenki są już jedną nogą w nowej epoce. Trzeba też pamiętać, że płyta Stonewall została nagrana w 1972 roku. Wszystkie zamieszczone tutaj nagrania zawierają istną ścianę gitarowych dźwięków.
Grupa natomiast nie umieściła w repertuarze albumu żadnych, łagodzących całość, ballad, kompozycje epatują słuchacza niezwykle żywiołowym charakterem, zaśpiewane zostały zaś w niemal agresywny sposób. Niekiedy maniera wokalna przywodzi mi na myśl głos Johnny Rottena.

Wywodzący się z bluesa 'Suite (I'd Rather Be Blind - Roll Over Rover)' to ponownie toporny riff plus krótki solowy popis perkusisty oraz masa instrumentalnego grania wzbogaconego dźwiękami harmonijki ustnej.
Warto wspomnieć także 'Try And See It Through', pojawiają się tutaj mocne akordy organów Hammodna oraz ponownie dla okrasy partia harmonijki ustnej. Natomiast 'Bloody Mary' oparta została na riffie niemal powtarzającym 'Sunshine Of Your Love' Cream. Dla odmiany środkowa część tej kompozycji parafrazuje słynny motyw z 'You Really Got Me' The Kinks.

Oczywiście muzycy Stonewall kładli również nacisk na odpowiedni nastrój, w którym podany jest zamieszczony na płycie materiał. Wystarczy wskazać 'Solitude'. Być może działa także efekt tajemnicy, jaka otacza ten rarytas.
Moim zdaniem jest to dzieło bez słabych punktów.

Stonewall doczekał się bodajże trzech reedycji.
Za jedno wznowienie odpowiedzialna jest włoska wytwórnia Akarma, która wydała ten tytuł w zmienionej okładce (widocznej powyżej) i z dodanym tytułem 'Stoner' - zarówno jako CD jak i LP. Kolejna edycja została przygotowana przez Shadoks, tym razem w oryginalnej okładce, ale chyba tylko wyłącznie jako LP. Obecnie obie reedycje są już od dawna niedostępne.
Ostatnia jak dotąd wersja jest bodajże najwierniejszą reprodukcją albumu - nie tylko posiada odpowiednią kopertę, ale także nalepkę Tiger Lily. Niestety również funkcjonuje tylko jako LP. Szkoda, ponieważ przez te problemy wydawnicze płyta egzystuje gdzieś na obrzeżach ludzkiej świadomości i prawdopodobnie dlatego mnóstwo słuchaczy nie zna tego znakomitego dzieła.
Chyba najwyższy czas, aby ktoś ponownie wydał Stonewall w pełnej glorii na kompakcie.

 

Post poprawiłem 28 lipca 2026 roku.

Jeśli ktoś chce dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego albumu, odsyłam na interesującą stronę "It’s Psychedelic Baby! Magazine".

poniedziałek, 28 czerwca 2010

PRETTY THINGS

S.F. SORROW (1968)

Gdy jakieś sześć lat temu usłyszałem 'S.F. Sorrow' po raz pierwszy, poczułem rozczarowanie. Sugerując się nazwiskiem producenta płyty oraz nazwą studia, w której została zarejestrowana, liczyłem na muzykę pokrewną stylowi 'Piper At The Gates Of Dawn' Pink Floyd czy może 'Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band' The Beatles. Tymczasem to, co zaproponowała grupa The Pretty Things wydało mi się wtedy strasznie wręcz kuriozalne, a przy tym pozbawione zapadających w pamięć melodii czy motywów.
Tak było zanim przesłuchałem inne płyty ze starym rockiem i dopóki nie zaznajomiłem się z klasycznym rockowym dorobkiem. Potrzeba było tych wszystkich płyt, abym stopniowo dostrzegł całe spektrum barw i pomysłów zawartych na tej niedocenionej w Polsce płycie, a która, jak już dzisiaj doskonale wiadomo, dała początek gatunkowi zwanemu ROCK OPERA i od wielu lat uznawana jest - obok płyty 'Tommy' The Who - za jej prekursora i najdoskonalszego przedstawiciela.

Ilość pomysłów może na początku przytłaczać i wydawać się chaotyczna, jednak po kilku przesłuchaniach okazuje się istotną częścią muzyki tutaj zawartej.
Cenię przeróżne efekty studyjne, które w tamtych czasach uzyskiwano na wciąż skromnym sprzęcie. Wiem jednak, że wielu wykonawców nie do końca potrafiło umiejscowić je w odpowiedni sposób, czasem wstawiając do swoich nagrań na siłę.
W przypadku 'S.F. Sorrow' wszystko jest doskonale wyważone, efekty dźwiękowe współgrają z muzyką, dzięki czemu można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z pozbawioną słabych momentów, frapującą całością.

Ale od początku.
Płyta została nagrana na przełomie 1967 i 1968 roku w studiu Abbey Road. W tym samym czasie grupa The Beatles nagrywała tam 'White Album'. Natomiast zespół Pink Floyd pracował nad drugą płytą 'A Saucerful Of Secrets'.
Co ciekawe, producentem 'S.F. Sorrow' został Norman Smith, który renomę zdobył jako inżynier dźwięku na wczesnych albumach słynnej czwórki z Liverpoolu oraz produkując pierwsze dwie płyty Pink Floyd oraz studyjną część 'Ummagumma'.
W tym samym czasie co Pink Floyd, producent wziął pod swoje skrzydła The Pretty Things. Tak więc Norman Smith nie tylko brał udział w tworzeniu ważnych dzieł muzyki rockowej, ale także miał wpływ na ich kształt ostateczny.





1. S.F. Sorrow Is Born
2. Bracelets Of Fingers
3. She Says Good Morning
4. Private Sorrow
5. Balloon Burning
6. Death
7. Baron Saturday
8. The Journey
9. I See You
10. Well Of Destiny
11. Trust
12. Old Man Going
13. Loneliest Person


Skład


Phil May - Vocals
Dick Taylor - Lead Guitar, Vocals
John Povey - Organ, Sitar, Percussion, Vocals
Wally Allen - Bass, Guitar, Vocals, Wind Instruments, Piano
Skip Alan - Drums
John Charles Alder - Drums


Muzyka komentująca historię głównego bohatera zachwyca swym bogactwem. Stanowi swoisty przegląd tego wszystkiego, co wówczas pojawiło się na rockowej scenie.

Pierwszy utwór 'S.F. Sorrow Is Born' pobrzmiewa elementami muzyki Wschodu - partie gitary akustycznej operujące w skali charakterystycznej dla brzmień instrumentów egzotycznych zestawione są tutaj najprawdopodobniej z brzmieniem sitaru. Natomiast w tle pojawia się melotron oraz grająca w wysokich rejestrach fanfarowa partia trąbki. Trudno to wszystko odszyfrować, więc raczej zgaduję niż poruszam się po pewnej powierzchni.

We wstępie i zakończeniu 'Bracelets Of Fingers' wprowadzono grupową partię wokalną wspartą dźwiękami instrumentów perkusyjnych - kotły oraz blachy - które nadawały temu fragmentowi orkiestrowy wydźwięk. Muszę tutaj nadmienić, że ten pomysł przywodzi mi na myśl późniejszą wokalną introdukcją w 'Bohemian Rhapsody' Queen. Przy czym w 'Bracelets Of Fingers' inaczej zaaranżowano głosy oraz całość posiada nieco senny charakter. Natomiast sam utwór - według mnie zagrany w rytmie walca - ozdobiony został krótkim instrumentalnym interludium ponownie odwołującym się do muzyki Wschodu.

Bardziej rockowy, gitarowy charakter nosiła piosenka 'She Says Good Morning' z agresywnymi grupowymi partiami wokalnymi. Zagrany w powolnym tempie i kolejny raz eksponujący brzmienie sitaru 'Death' przykuwał uwagę mistyczną aurą.

Powrotem do tradycyjnie pojmowanej rockowej piosenki był dynamiczny 'Balloon Burning' z ostrą gitarą Dicka Taylora oraz dobiegającymi z oddali zharmonizowanymi głosami. Chyba trudno ukryć, że grupowe partie wokalne odgrywają na tej płycie dość ważną rolę, co zresztą było dość typowe dla muzyki rockowej lat sześćdziesiątych.

Opartą na prostym rytmie główną część 'Baron Saturday' zaśpiewał złowieszczym głosem gitarzysta Dick Taylor. W chóralnym refrenie wprowadzono zaś natarczywe wejścia melotronu, natomiast dygresyjne interludium zaaranżowane na instrumenty perkusyjne miało w sobie coś z obrzędu, co nie dziwi, wszak tytułowy Baron Sobota, to w religii Voo Doo władca ciemności.

'The Journey' w pierwszej części akustyczny, w części drugiej przeradzał się w instrumentalną improwizację wzbogaconą kolażem krótkich motywów wcześniejszych nagrań.

Według mnie 'I See You' to jeden z kluczowych momentów płyty asymilujący wszystko to, co na płycie najistotniejsze. Nasycona wpływami muzyki orientalnej i awangardowej kompozycja stanowi mariaż akustycznych i elektrycznych brzmień.
Utwór przechodził bezpośrednio w jeszcze wyraźniej czerpiący z poszukiwań twórców muzyki awangardowej 'Well Of Destiny'. Krótka instrumentalna kompozycja oparta została na spreparowanych w studiu brzmieniach uzyskanych poprzez odwrócenie przesuwu taśmy oraz odtworzeniu jej ze zmienioną prędkością. Zabieg stosowany wówczas tak często, jak dzisiaj rysowanie płyt w klubach.

Dynamiczny, zdecydowanie rockowy 'Old Man Going' to porywający riff przesterowanej gitary, narastający refren plus ostry, zadziorny śpiew Phila Maya. Piosenka ta może stanowić wzorzec rockowego utworu.
Pojawiają się opinie jakoby zagrywka gitary akustycznej z tej piosenki, została kilka miesięcy później powtórzona przez Petera Townshenda na płycie 'Tommy' w nagraniu 'Pinball Wizard'.

Płytę podsumowywał zaśpiewany z akompaniamentem gitary akustycznej 'Loneliest Person'. Po tylu dźwiękowych wrażeniach obrazujących pogmatwane losy człowieka, był to w pełni zasłużony i przecież nieunikniony, wyciszony finał.

Pamiętam, gdy kilka lat temu wpadła w moje ręce lista bodajże pięćdziesięciu najlepszych lub najpopularniejszych rockowych oper jakie dotychczas powstały.
Na pierwszym miejscu, nie do końca zasłużenie, znalazł się album Pink Floyd 'The Wall'. Oczywiście dzieło The Pretty Things wylądowało gdzieś w dalszych rejonach owego zestawienia, co wcale mnie nie dziwi, jest to bowiem jeszcze jeden dowód na całkowite ignorowanie lat sześćdziesiątych w naszym kraju i przede wszystkim na niewiedzę naszych dziennikarzy w kwestii muzyki rockowej. Bardziej preferowane są wygładzone, działające na emocje w banalny sposób piosenki niźli rzeczy mniej oczywiste. Naturalnie, w grę wchodzą także od dawna wytarte szlaki, po których porusza się publiczność słuchająca rocka i kształtujące gusta media.