poniedziałek, 18 lutego 2013

ELTON JOHN

EMPTY SKY 1969

Sensacyjny album. Być może największe osiągnięcie Eltona Johna w jego długoletniej karierze. Z ręką na sercu mogę napisać, że jest tutaj wszystko to, co najlepsze w muzyce rockowej. Dosłownie oszalałem na punkcie tego albumu.

Żadna późniejsza płyta w dorobku pianisty nie ma w sobie takiego powiewu świeżości, takiej naturalności i twórczej swobody, co 'Empty Sky'.
Nie ma tutaj choćby jednej niepotrzebnej piosenki, nie ma nudnej sekundy, pospolitej nuty. Wszystkie dziewięć piosenek pomimo dosyć oszczędnej produkcji i skromnej - poza dwoma wyjątkami - formy zachwycają precyzyjnym, pełnym inwencji  wykonaniem oraz szlachetnym, pastelowym brzmieniem posiadającym - typową dla roku 1969 - nieco psychodeliczną aurę, chociaż kompozytorska kreatywność Eltona Johna sprawia wrażenie wykraczającej daleko poza wówczas panujące kanony.

Można niemal przyjąć, że już na tej debiutanckiej płycie muzyk stworzył swój styl, później jedynie trochę ten styl modyfikując - niekoniecznie z korzyścią dla swojej twórczości - na co zapewne wywierały wpływ zmieniające się muzyczne mody i standardy.

LP otwierał - zaśpiewany z prawdziwą pasją - utwór tytułowy - najbardziej rozbudowana na płycie kompozycja rozpoczynała się od nieskładnych interwałów fortepianu na tle bongosów, po czym zmysły atakowały ciężki, miarowy - zagrany w średnim tempie - rytm oraz ostra gitara elektryczna.
Piosenkę wzbogacono przeróżnymi dygresjami - pojawiającymi się pomiędzy zwrotkami. Każdy z tych ozdobników był inny i zagrany w zupełnie różnym stylu, rzecz jasna stanowiąc integralną część nagrania.
Pierwszy przerywnik - za sprawą wysuniętej na plan pierwszy gitary elektrycznej, sprawiającej wrażenie puszczonej wstecz - miał iście psychodeliczny odcień. W innym miejscu, za sprawą wprowadzenia fletu poprzecznego, tego typu kojący, zwiewny fragment nabierał folkowego charakteru. Na mnie wielkie wrażenie robi odrealniona końcówka, w której następuje wyciszenie emocji, pojawia się jakieś tajemnicze, złowróżbne westchnienie - jak ze snu.

W dwóch utworach 'Val-Hala' i 'Skyline Pigeon' autor wprowadził klawesyn, nadając w ten sposób obydwu kompozycjom barokowego kolorytu.
W cudownym, leniwie płynącym, zagranym razem z zespołem 'Val-Hala' klawesyn stanowił jedynie rodzaj ornamentu, dopełnienia dla wiodących dźwięków fortepianu i organów Hammonda, a także gitary klasycznej.
Zaś w dostojnym 'Skyline Pigeon' instrument ten pełnił już rolę główną. Pierwszą zwrotkę tego pełnego dramatyzmu nagrania Elton John zaśpiewał jedynie z akompaniamentem tegoż instrumentu, natomiast w drugiej zwrotce dołączały organy Hammonda.





1. Empty Sky
2. Val-Hala
3. Western Ford Gateway
4. Hymn 2000
5. Lady What's Tomorrow
6. Sails
7. The Scaffold
8. Skyline Pigeon
9. Gulliver/Hay Chewed/Reprise

Skład

Elton John – Piano, Organ, Electric Piano, Harpsichord
Caleb Quaye – Electric And Acoustic Guitars, Conga Drums
Tony Murray – Bass Guitar
Roger Pope – Drums, Percussion

Don Fay – Tenor Saxophone, Flute
Graham Vickery – Harmonica
Nigel Olsson – Drums On 'Lady What's Tomorrow'





Zdecydowanie rockowy charakter nosił fantastyczny, przebojowy, zagrany bez wytchnienia 'Western Ford Gateway' z kapitalnymi, świdrującymi organami Hammonda pojawiającymi się w chwytliwym refrenie. We wstępie i w zakończeniu przykuwa uwagę melodyjna, wyrazista zagrywka gitary, która pojawia się także pomiędzy obiema zwrotkami, tworząc rodzaj leitmotivu.

Zagrany bez perkusji - z nabijającym tempo tamburynem -  w znacznej mierze akustyczny 'Hymn 2000' miał w sobie coś z muzyki gospel i folk, czarował zaś brzmieniem fletu poprzecznego. Wyczuwalne są pewne wpływy stylu znanego z twórczości Boba Dylana.

Wyjątkowa i ukochana przeze mnie jest króciutka, zagrana w szybkim tempie 'Lady What's Tomorrow'. Ten unikatowy drobiazg to wzorzec przepięknej melodii, a także melancholijnego, romantycznego nastroju osnutego wokół rytmicznego fortepianu i niemal unoszących się niczym podmuch wiatru dźwięków organów Hammonda, które piosence nadają psychodelicznego, przymglonego nastroju.
Do tego przewijająca się w tle niemal łkająca gitara akustyczna. Na pierwszym planie natomiast ten przepełniony goryczą głos. Trudno znaleźć bardziej poruszający fragment.

Płytę w WIELKIM STYLU wieńczył najbardziej urozmaicony, składający się z trzech kontrastowych części 'Gulliver-Hay Chewed-Reprise'.
Pierwszy fragment - rozpoczynający się od pojedynczych dźwięków gitary z dodanym pogłosem - to romantyczna, cudownej urody piosenka - zagrana w rytmie zbliżonym do walczyka - z poruszającym, podniosłym refrenem. Doprawdy nieopisane piękno. Warto zwrócić uwagę na krystaliczne wręcz dźwięki gitary elektrycznej wspaniale przeplatające się z melodią graną przez fortepian.
Druga część to z kolei swobodna, nabierająca tempa, rhytm and bluesowa improwizacja z saksofonem i świetną, hałaśliwą partią gitary. Kodę zaś stanowił kolaż fragmentów poszczególnych piosenek z płyty. To wszystko kończy spreparowany krzyk wokalisty.





Elton John jawi się tutaj jako inteligentny, znakomicie czujący estetykę rocka, kompozytor oraz posiadający wyjątkowy talent instrumentalista. Jego gra na instrumentach klawiszowych zaskakuje ogromną dojrzałością i wyczuciem różnorakich konwencji muzycznych.

Równie ważna była gitara elektryczna oraz gitara klasyczna - na obu instrumentach grał wybitnie utalentowany i bardzo niedoceniony Caleb Quaye - kolega Reginalda Kennetha Dwighta z czasów Bluesology. Nie zdawałem sobie sprawy, jak wspaniały jest to muzyk. Jego pełne wyczucia i finezji, niezwykle wyważone i oszczędne partie przydały kompozycjom Eltona Johna blasku. Mało kto tak wówczas grał.

Warto też zwrócić uwagę na oszczędną sekcję rytmiczną, szczególnie na bardzo wyraziste, soczyste brzmienie perkusji. Na basie zaś grał Tony Murray - muzyk zespołu Plastic Penny. Perkusista tej formacji - Nigel Olsson pojawił się w jednym nagraniu 'Lady What's Tomorrow', aby już niedługo zostać pełnoetatowym członkiem The Elton John Band.

Był to jedyny LP artysty, który w chwili premiery kompletnie nie zaistniał w świadomości publiczności.

Początkowo debiut ukazał się wyłącznie w Wielkie Brytanii i przepadł na rynku kompletnie niedostrzeżony. Być może dlatego oryginalne egzemplarze płyty są niezmiernie rzadkie. W dodatku panuje w tym temacie sporo zamieszania. Pewne jest jedno - większość egzemplarzy tego tytułu, które pojawiają się na aukcjach internetowych to wznowienia. Bardzo podobne do pierwszego wydania posiadają jedną zasadniczą różnicę - wytłoczone bowiem zostały na specjalnym, czerwono-krwistym winylu, który w zwykłym świetle wygląda na tradycyjną czarną płytę, natomiast prawdziwe oblicze objawia po ustawieniu pod mocnym światłem.

Śmiać mi się chce, gdy pomyślę, że po pierwszym wysłuchaniu 'Empty Sky' pomyślałem, że nie jest to nic specjalnego.