środa, 30 grudnia 2009

FOCUS (NETHERLANDS)

IN AND OUT OF FOCUS (1970)

Tak się zabieram za opisywanie kolejnych płyt (częstokroć dawno już dodanych) że szkoda słów. W ostatnim miesiącu dodałem kilka tytułów, a przytłaczająca większość nie została nawet ruszona. Lenistwo. Brak odpowiedniego nastroju. Teoretycznie powinienem coś napisać w chwili, gdy słucham danej płyty. Ale tylko teoretycznie, bo kiedy słucham, to nie mogę się z kolei skoncentrować na pisaniu.
Ale z drugiej strony, pośpiechu chyba nie ma.




1. Focus (Instrumental)
2. Black Beauty
3. Sugar Island
4. Anonymus
5. House Of The King
6. Happy Nightmare (Mescaline)
7. Why Dream
8. Focus (Vocal)

Skład

Martijn Dresden – Bass Guitar
Hans Cleuver – Drums, Percussion
Jan Akkerman - Guitar
Thijs Van Leer - Organ, Piano, Electric Piano, Harpsichord, Vibraphone


Pierwszy rok mojej pisaniny zamknę płytą, którą wprost uwielbiam. Wiem, że debiutancki album Holendrów przez wielu fanów traktowany jest po macoszemu. Że dla wielu osób pierwszym prawdziwym dokonaniem Focus była kolejna płyta 'Moving Waves'. Oczywiście również uważam, że drugi LP jest wybitny i wspaniały, ale w takim samym stopniu co 'Moving Waves' preferuję 'In And Out Of Focus'.

Dlaczego tak jest? Nie mam pojęcia. Teoretycznie całość zdominowana jest przez krótkie niemal popowe piosenki. W dodatku płyta została nagrana przez kabaretowe trio i byłego gitarzystę grupy Brainbox.
Brzmi to wszystko mało zachęcająco. Ale prawda jest taka, że mamy do czynienia z profesjonalnym, dojrzałym graniem. Jak na tak dziwny skład, to muzyka zawarta tutaj jest szalenie melancholijna i refleksyjna. Tak powinien prezentować się ambitny progresywny pop.

Głównym punktem programu jest podzielona na dwie części kompozycja 'Focus'. Utrzymany w elegijnym, podniosłym nastroju 'Focus - Vocal', to przepiękna pieśń ozdobiona natchnionym śpiewem. Natomiast repryza tego utworu 'Focus - Instrumental', to już długa instrumentalna kompozycja na początku mająca za podstawę główny temat z części pierwszej, jednak później przeradzająca się we wspaniałą improwizację.
Innym bardzo ważnym utworem jest 'Anonymus'. Chyba najbardziej dynamiczna i najbardziej rockowa kompozycja na debiucie. Ciężka sekcja rytmiczna, mocny riff gitary plus rewelacyjne improwizacje na flet i gitarę. Także perkusista zaprezentował się od jak najlepszej strony.

Generalnie chyba tylko te trzy nagrania zwiastują późniejsze dokonania zespołu.

Resztę repertuaru stanowią krótkie piosenki oparte na cudownych melodiach, nawiązujące (jak dla mnie) do piosenek The Beatles. Wszystkie zasługują na wyróżnienie i właściwie każda ma w sobie coś charakterystycznego.
Dla przykładu w 'Black Beauty' pojawia się urzekająca partia trąbki. Przepiękny i delikatny 'Happy Nightmare (Mescaline)' to lekko jazzująca ballada z uroczymi wokalnymi chórkami i pojawiającym się w tle melotronem. Naprawdę przepiękny fragment.
Najpopularniejszym nagraniem okazał się 'House Of The King'. Krótka introdukcja zagrana na flecie oraz podstawowa część kompozycji przywodzi mi na myśl muzykę dawną. W środku dla odmiany pojawia się stricte rockowa partia gitary zmieniająca na moment charakter utworu. Ta przebojowa i oparta na prostym rytmie kompozycja pierwotnie została skomponowana przez Jana Akkermana ponoć do programu telewizyjnego.

Przy okazji nasuwa mi się takie spostrzeżenie. Nie rozumiem dlaczego, gdy tylko w instrumentarium jakiejkolwiek rockowej grupy pojawią się dźwięki fletu, to zrazu ludzie przyrównują taką muzykę do dokonań Jethro Tull. Bez sensu. To tak jakby brzmienie trąbki automatycznie sugerowało inspirację dokonaniami Milesa Davisa.

Opis płyty oparłem na CD. Z debiutem jest sporo zamieszania. Na LP miał on kilka wersji. W zależności od kraju i od wydania miał on różnorakie tytuły i częstokroć inny układ nagrań. Oryginalne holenderskie tłoczenie nosiło tytuł 'Focus Plays Focus' i zawierało 'Sugar Island'. Na kolejnej wersji pojawił się 'House Of The King'. Z kolei trzecia edycja pomijała 'Sugar Island'.
W Niemczech był chyba inny układ nagrań. To właśnie w Anglii i Ameryce album ukazał się jako 'In And Out Of Focus'.
Z tego co się orientuje każda wersja miała inną okładkę. Niestety obawiam się, że moje informacje na ten temat są niepełne.
Rety...

Miało być krótko, a wyszło wypracowanie. Ale na koniec roku mogłem sobie trochę zaszaleć.

sobota, 26 grudnia 2009

ULTIMATE SPINACH 1968 (USA)



1. Ego Trip
2. Sacrifice Of The Moon (In Four Parts)
3. Plastic Raincoats/Hung Up Minds
4. (Ballad Of) The Hip Death Goddess
5. Your Head Is Reeling
6. Dove In Hawk's Clothing
7. Baroque #1
8. Funny Freak Parade
9. Pamela


Jedna z najlepszych psychodelicznych płyt z Ameryki. Szalenie narkotyczny klimat przesiąknięty substancjami halucynogennymi. Gdybym miał zorganizować imprezę w rodzaju tych, które organizował Ken Kesey (Acid Tests) to pierwsza płyta Ultimate Spinach byłaby tam pozycją wręcz obowiązkową.
Muzyka momentami przywodzi na myśli dokonania The Doors, tyle że ma w sobie coś bardziej transowego. Przykładem '(Ballad Of) The Hip Death Goddess' ozdobiony we wstępie i finale żeńskim nieco hipnotycznym, jakby nawiedzonym głosem. W środkowej części tego nagrania zespół zaproponował długą improwizację opartą na jednostajnym rytmie obudowanym różnego rodzaju dźwiękami i dysonansową partią gitary.
Dla mnie archetyp psychodelicznego rocka.

Album zachwyca swoją różnorodnością.
Nagranie 'Sacrifice Of The Moon (In Four Parts)' mimo, że bardzo krótkie składa się - co oczywiście sugeruje już tytuł - z czterech kontrastowych części. Pierwsza i ostatnia to typowa psychodelia, dwie środkowe klimatem przywodzą na myśl folk (w pierwszym z tych fragmentów pojawia się partia fujarki).

Płyta ukazała się w 1968 roku i momentami przywodzi na myśl wydany nieco wcześniej debiutancki LP Pink Floyd 'Piper At The Gates Of Dawn'. Ciekawe czy Ultimate Spinach czerpał od Brytyjczyków. Mam ku temu wątpliwości. Myślę, że po prostu wtedy wszyscy oddychali tym samym przesiąkniętym LSD powietrzem i stąd takie efekty. To był czas prawdziwej twórczej eksplozji. Niemal cały świat nadawał na tych samych falach. Inspiracje przenikały się ze wszystkich stron.
Bez wątpienia można się dopatrzeć wpływu amerykańskiej sceny garażowej.

To jest płyta marzenie. Wszystkie nagrania są przebojowe. Produkcja całości jest naprawdę świetna, gdyż z jednej strony muzyka brzmi klarownie, a z drugiej oddaje klimat występu na żywo.
Życzyłbym sobie słuchać takich płyt jak najwięcej.

wtorek, 15 grudnia 2009

ARCADIUM

BREATHE AWHILE 1969

Album genialny od pierwszego do ostatniego dźwięku. Sto razy lepszy i bardziej przejmujący niż te wszystkie milionowe tytuły grup w rodzaju U2, Police czy wielu innych (o współczesnych wykonawcach nie ma nawet co wspominać, bo szkoda czasu), którym jakimś cudem udało się odnieść sukces.




I'm On My Way
Poor Lady
Walk On The Bad Side
Woman Of A Thousand Years
Change Me
It Takes A Woman
Birth Life And Death
Sing My Song
Riding Alone


Grupa Arcadium nagrała tylko jedną płytę, ale za to wyjątkową. Nie ma drugiej takiej płyty. Nie ma drugiej takiej muzyki. Nigdzie indziej nie ma takich dźwięków i takiego ładunku emocji jak na 'Breathe Awhile'. Jak to jest możliwe, że nic nie wiadomo na temat zespołu i tworzącym go muzyków? To byli chyba jacyś kosmici.
Chylę przed nimi czoła i dziękuję za wybitny, poruszający album.

Na temat tej płyty napisano już całkiem sporo. Można wręcz uznać, że znalazła ona swoje zasłużone miejsce w panteonie klasycznych płyt rockowych. Wydany w magicznym 1969 roku LP jest obok jedynej płyty Writing On The Wall bez wątpienia najlepszym tytułem z niewielkiego katalogu wytwórni Middle Earth.
Trzeba też przyznać, że nagrywając w tak skromnych warunkach, zespół wykazał się naprawdę ogromną biegłością wykonawczą. To nie są nagrania dopieszczane przez pół roku ścieżka po ścieżce, instrument po instrumencie. Słychać, że całość nagrano na żywo w studiu z pewnymi dodatkowymi nakładkami. Stąd być może to przestrzenne i żywe brzmienie. Uwielbiam takie klimaty.

Nastrój desperacji i smutku przepełnia muzykę Arcadium. Nie ma tu uśmiechu, nie ma nadzieji. Przy 'Breathe Awhile' dokonania Nicka Cave'a czy The Cure brzmią jak radosne piosenki dla nastolatek. Mimo wszystko słucha się tej płyty z nieskrywaną przyjemnością. Może dlatego, że przy pomocy skromnych środków wyrazu i standardowego instrumentarium muzycy stworzyli płytę niezwykle barwną, intrygującą. Bez zbędnych nut.

Charakterystyczną cechą zespołu były potężne tony organów Hammonda oraz przepełniony smutkiem głos wokalisty. Bardzo ważnym (chociaż nie najważniejszym) elementem stylu Arcadium była także dosyć ostro brzmiąca gitara.

Dygresja.
W pewnym popularnym piśmie (deklarującym się jako rockowe) jeden dziennikarzyna napisał, że na 'Breathe Awhile' gitara elektryczna brzmi archaicznie. Co za debilizm. Co za totalna bzdura. Po za tym co to ma do rzeczy? Na płycie, na której wiodącym instrumentem są organy Hammonda, facet koncentruje się na drugoplanowym instrumencie. Równie dobrze można by napisać, że na ówczesnych płytach Boba Dylana czy jakiegokolwiek innego artysty folkowego gitary również brzmią archaicznie (w domyśle autora recenzji chyba zbyt delikatnie). Ale nic to.

Wracając do tematu. Muzykę Arcadium często przyrównuje się do dokonań Pink Floyd. Czy ja wiem? Moim zdaniem bliżej grupie do zespołów Arzachel czy Writing On The Wall. Osobiście wprost kocham ten rodzaj brzmienia. Tak jakby muzyka nagrywana była w jakiś mrocznych katakumbach. W dodatku nie ma tu miejsca na upiększenia, przez co całość jest cudownie chropowata i naturalna. Momentami wręcz autentycznie przerażająca. Jest to zdecydowanie psychodeliczne granie przechodzące w kształtujący się wówczas rock progresywny.
Przy czym muszę tutaj nadmienić, że wbrew utartym opiniom produkcja płyt takich jak 'Breathe Awhile' jest zdecydowanie rewelacyjna. Dla wielu, wychowanych na późniejszych wypicowanych tytułach, płyta Arcadium brzmi zapewne - używając popularnego określenia - surowo. Kolejna bzdura. Uważam, że płyta brzmi idealnie. Szkoda, że dzisiejsze produkcje nie brzmią tak ekscytująco. Ale chyba tak musi być, bo publiczność woli jednak taką landrynkową muzyczkę.
Wychwala się pod niebiosa dzisiejszych producentów takich jak Rick Rubin oraz kilku innych jemu podobnych, którzy tak na prawdę niewiele potrafią. Ciekawe, jak by sobie poradzili czterdzieści lat temu, kiedy nie było jeszcze takich możliwości studiów nagraniowych jak są obecnie.

Zauważyłem, że cały czas odchodzę od głównego tematu. Trochę jednak musiałem wyrzucić z siebie wszelkie frustracje.




Nie ma co wymieniać i opisywać wszystkich kompozycji zawartych na tym fenomenalnym albumie. Wszystkie są doskonałe i jedyne w swoim rodzaju. Wszystkie zostały skomponowane przez przez lidera zespołu, Miguela Sergidesa.
Dla mnie najwspanialszymi momentami płyty są 'Poor Lady' za genialną melodię i unoszące się złowieszczo w tle potężne chóry (kolejna charakterystyczna cecha stylu Arcadium) plus oczywiście przeszywające na wskroś dźwięki organów Hammonda. Coś tak niesamowitego i poruszającego, że trudno opisać.
Największym wydarzeniem płyty jest jednak - składający się niejako z dwóch części - zaczynający się od wycia syren 'Birth Life And Death'. Najpierw długa improwizacja. Potem spowolnienie toku narracji i pojawia się ten przejmujący, przepełniony smutkiem głos. Również tutaj w tle pojawiają się dodatkowe głosy wzmacniające efekt niesamowitości. Aż dochodzimy do finału - narastającego bardzo powoli, zwiastującego jakąś tragedię. Tak jakby za chwilę miał nastąpić koniec świata. Oto w jaki sposób za pomocą dźwięków i czystej muzyki można wyrazić emocje.

Do wydania CD dołączono dwa nagrania z singla 'Sing My Song - Riding Alone'. Obie te krótkie piosenki stoją na tak wysokim poziomie, że mogłyby bez problemu pojawić się na LP. Stanowią jego idealne dopełnienie i potwierdzają wyjątkowy talent kompozytorski Miguela Sergidesa. Nastrojem smutku nawiązują wprost do 'Breathe Awhile'.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

ARZACHEL 1969



1. Garden Of Earthly Delights
2. Azathoth
3. Queen St. Gang
4. Leg
5. Clean Innocent Fun
6. Metempsychosis


To jest dla mnie święta trójca. Arcadium, Writing On The Wall i właśnie Arzachel.
Płyty te łączy nie tylko rok wydania, ale coś jeszcze. Jakaś cmentarna aura. Tyle że na płycie grupy Arzachel to wszystko podniesione jest do ekstremum.

Niewyobrażalne, że tak młodzi ludzie (średnia wieku osiemnaście lat) byli w stanie zarejestrować w kilka godzin muzykę tak dojrzałą. Nie mieści się to w mojej głowie. Płyta ma tak niesamowity klimat, że aż trudno uwierzyć, że została nagrana w zwykłym studiu. Mam wrażenie, że równie dobrze mogła zostać nagrana w czyśćcu lub piekle.
To jest album tak wybitnie doskonały, że nawet gdybym napisał bardzo dużo, to w najmniejszym stopniu i tak nie przybliży to tego, czym ta muzyka jest. Jaki ma w sobie ładunek emocji. Ekspresji wykonawczej. Naprawdę można odnieść wrażenie, że jest to dźwiękowy obraz piekła.
Zachwyca niezwykła sprawność młodych instrumentalistów. Pracować w takim tempie i wykazać się taką biegłością wykonawczą? Takim zgraniem? Padam do ich stóp.

Natomiast co muzyki.
Jeśli ktoś kocha brzmienie organów Hammonda, to słuchając tego arcydzieła, poczuje się niczym w raju. Potężne, mocno przesterowane i niemal kościelne dźwięki tego instrumentu dominują na tej płycie niepodzielnie. Po za tym pełne finezji partie gitary - ostre i bardzo przestrzenne, momentami jakby bluesowe - nadające poszczególnym kompozycjom dodatkowego kolorytu. A także świetnie zapełniająca muzyczny plan bardzo ciężka sekcja rytmiczna. To wszystko razem musiało dać autentycznie powalający efekt.
Produkcja nadaje całości bardzo żywy charakter. To że jest nieco chropowata i nie wypracowana, dodaje jedynie autentyzmu muzyce.

Wystarczy wskazać genialną przeróbkę 'Rollin' and Tumblin' zatytułowaną 'Leg' - tutaj jest to mosiężny kawał bardzo ciężkiego bluesa. Albo nawiązujący do dokonań J.S. Bacha 'Queen St. Gang'.
I te niesamowite partie instrumentalne w większości nagrań. Cała masa bardzo kapitalnych, dynamicznych i nieszablonowych (czasem mających charakter atonalny) improwizacji.
W nagraniach 'Azathoth' i najbardziej rozbudowanym 'Metempsychosis' do głosu doszły fascynacje twórczością H. P. Lovecrafta. W pierwszej z tych kompozycji - tytuł pochodził wprost z mitologii stworzonej przez popularnego autora powieści grozy - grupa wprowadziła intrygujący obrazek dźwiękowy być może będący ilustrującą kosmicznego monstrum. W środkowej części, na tle jazgotliwych tonów organów Hammonda, które tworzą prawdziwą ścianę dźwięku, pojawiają się krzyki i jęki potępionych dusz oraz tajemnicze recytacje.
Podobny fragment można usłyszeć w 'Metempsychosis'. Tylko tym razem jest jakby spokojniej. Dobiegające z oddali lamentujące głosy i subtelniejsze tło organów Hammonda. Uwielbiam ten moment. Nie potrafię opisać obrazów, które mam przed oczami, gdy tego słucham.

To jest album marzenie. Prawdziwa podróż przez zakamarki ludzkiego umysłu.
Gdybym mógł to dzieło przyrównać do dokonań innych grup, to na pewno do Pink Floyd i The Nice. Ale moim zdaniem ten LP jest nieporównywalny do jakiejkolwiek innej płyty.
Oryginalna winylowa edycja wydana została w kilku państwach przez różnorakie wytwórnie i w każdej wersji miała inny kolor tła. To były czasy. Jednak pomimo to, tytuł ten i tak jest rzadki i bardzo drogi - zwłaszcza tłoczenie brytyjskie.

Zaraz po nagraniu płyty z grupą rozstał się gitarzysta Steve Hillage. Pozostali trzej muzycy kontynuowali muzyczną karierę pod nazwą Egg.

WRITING ON THE WALL

THE POWER OF THE PICTS (1969)

Ponad rok zabierałem się do opisania płyty Writing On The Wall. Nie żebym przez ten czas doznał olśnienia i dojrzał coś, czego być może nikt wcześniej nie dostrzegł, ale jak pisać to od serca, nie na siłę.

Przede wszystkim jedno się rzuca w oczy słuchając 'The Power Of The Picts'. Momentami zespół proponował rozwiązania jakie dopiero kilka miesięcy później zaproponowała grupa Deep Purple na płycie 'In Rock'.
Przykład? Wystarczy posłuchać finału rozbudowanej kompozycji 'Aries'. Te spiętrzające się, agresywne, grane z prędkością światła dźwięki organów Hammonda i niesamowity śpiew Linnie Patersona. Brakuje tylko charakterystycznego dla Iana Gillana przeszywającego krzyku i wypisz wymaluj mamy końcową część 'Child In Time' słynnego kwintetu. Nie jest to chyba bez znaczenia, bowiem 'In Rock', a w szczególności znajdujący się tam 'Child In Time' uważa się za dzieło przełomowe dla muzyki rockowej.

Niczego też nie zamierzam odbierać płycie Deep Purple, gdyż sam bardzo cenię ten tytuł, ale przykład ten pokazuje, że wiele nowatorskich idei rodziło się wówczas na muzycznym poboczu. Na muzycznych obrzeżach.

A co do zawartości płyty Writing On The Wall, to zespół zaproponował podróż przez najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Lubię czasem takie hiperbole. Pierwszy na CD utwór 'Bogeyman' rozpoczyna się zwodniczo od czegoś w rodzaju ludowej przyśpiewki z akompaniamentem akordeonu. Ten sielski nastrój zostaje nagle zaburzony przez wejście zespołu, który z marszu wprowadza atmosferę niepokoju. Ciężki rytm wspomagany jest przez klawinet. Natomiast kulminacją każdej zwrotki jest zupełnie obłędny krzyk wokalisty.

Druga kompozycja we wstępie cytuje - wręcz idealny na ten album - 'Mars' Gustava Holsta z suity 'The Planets'. Ale potem następuje zwolnienie toku narracji i już jest własne granie z niepokojącą deklamacją wokalisty z tłem muzycznym, które zostaje zaburzane dynamicznymi wejściami zespołu.

Mógłbym tak długo walić takie truizmy, ale nie ma to najmniejszego sensu. Dlatego podam tylko esencję.
W tych, wydawałoby się niezbyt złożonych kompozycjach dominują świdrujące zmysły brzmienia organów Hammonda. Ostre i na swój sposób finezyjne partie gitary elektrycznej oraz ciężka i na prawdę doskonała sekcja rytmiczna. Właśnie polot wykonawczy muzyków czyni te proste pod względem konstrukcji utwory ciekawymi, dzięki czemu nawet przez chwilę nie nużą.
Natomiast osobną kwestię stanowi głos Linnie Patersona. Bez wątpienia zainspirowanego przez Arthura Browna. Wokalista autentycznie śpiewa tak jakby od tego zależało jego życia. Nawet w spokojniejszych fragmentach, te jego interpretacje wokalne są pełne pasji. Przeważnie Linnie Paterson nie oszczędza gardła. Uwielbiam jego pełne grozy wrzaski i pokrzykiwania.




1. Bogeyman
2. Shadow Of Man
3. Taskers Successor
4. Hill Of Dreams
5. Virginia Water
6. It Came On A Sunday
7. Mrs. Coopers Pie
8. Ladybird
9. Aries


Skład


Linnie Paterson - Vocals
Willy Finlayson - Guitar
Jake Scott - Bass Guitar
Jimmy Hush - Drums
Bill Scott - Hammond Organ, Piano, Clavinet


Gdybym miał wskazać swoje ulubione nagrania z tej równej i spójnej płyty wskazałbym piorunujący wręcz 'It Came On A Sunday'. Świetny utwór z prostą i niezwykle melodyjną linią basu obudowaną mocnymi partiami gitary i wypełniającymi tło organami Hammonda. Świetny jest tutaj instrumentalne interludium, w którym wspomniane dwa instrumenty prowadzą ze sobą rodzaj dialogu. Nad każdym dźwiękiem unosi się zaś ta nieopisana aura zagrożenia. Dla mnie jest to rewelacyjna piosenka.
W żadnym nagraniu kwintet nie spuszczał z tonu, zawsze grał na całego.

Natomiast absolutne apogeum stanowi wspomniany już 'Aries' będący interpretacją nagrania amerykańskiej grupy The Zodiac z płyty 'Cosmic Sounds'. W wersji Writing On The Wall całość została nie tylko rozbudowana względem oryginału, ale także zyskała bardziej cięższy, mroczniejszy kształt.
Całość to pełne desperacji melorecytacje wokalisty oraz miażdżące interludia zespołu z brzmiącymi niczym armagedon organami Hammonda w roli głównej. Grający na nich Bill Scott miał chyba dziesięć par rąk. To jest nie do opisania co on tam wyczyniał. Dla odmiany w środkowej części na plan pierwszy wysuwa się gitara elektryczna proponując bardzo swobodną improwizację na tle równie stonowanej sekcji rytmicznej. Jednak jest to tylko preludium do ekstatycznego finału z pełnym trwogi, bliskim krzyku głosem wokalisty oraz ponownie przeszywającymi na wskroś, zabójczymi dźwiękami organów Hammonda.

Jak to wszystko wygląda banalnie na monitorze. Ale dla mnie jest to jeden z najbardziej poruszających utworów w historii rocka. Zawsze mam ciarki na całym ciele, gdy tego słucham.




Niewyobrażalne jest to, że albumu, który powstał w nie najlepszym studiu i za pewne bez wielkiego budżetu, słucha się tak dobrze. Chyba tylko wyjątkowym umiejętnościom działających wówczas muzyków zawdzięczamy to, że nagrywane przez nich płyty bronią się po latach i w większości przypadków w ogóle się nie starzeją. Nadal jakoś nie udaje się współczesnym wykonawcom przeskoczyć tego kosmicznego poziomu. Jak to jest możliwe?

"The Power Of The Picts' tak jak album grupy Arcadium 'Breathe Awhile' ukazał w się w listopadzie 1969 wydany przez tę samą wytwórnię, czyli Middle Earth.
Rok 1969 to był dopiero rocznik. Chyba nigdy później nie nagrywano płyt tak bardzo depresyjnych i ekscytujących zarazem.
Jeśli istnieje muzyczne niebo lub muzyczne piekło, to za sprawą takich płyt jak 'Power Of The Picts' człowiek rzeczywiście może się tam znaleźć. Ekstaza i przygnębienie. To wszystko jest na tej wspaniałej płycie.

Na moim wydaniu zasłużonej wytwórni Repertoire Records nie wiedzieć czemu przestawiono kolejność nagrań. Tak więc cztery pierwsze nagrania wylądowały na końcu, zaś pięć kolejnych z drugiej strony oryginalnego LP przesunięto na początek. Muszę nawet przyznać, że ma to sens. Trochę dziwi bowiem oryginalny układ tych kompozycji, gdzie pierwszą stronę LP wieńczy 'Aries', natomiast na drugiej stronie nie ma już AŻ TAK mocnego punktu kulminacyjnego.
Dzięki zabiegowi niemieckiej wytwórni album zyskał na dramaturgii ponieważ CD otwiera idealny wręcz na początek 'Bogeyman', a potem napięcie rośnie.
Rzecz jasna, to tylko moje odczucia, zapewne wynikłe z przyzwyczajenia do edycji kompaktowej tego niesamowitego dokonania.

Aha. Jeszcze tradycyjnie na koniec dodam, że do wydania kompaktowego dorzucono dwa nagrania pochodzące z singla 'Child On A Crossing - Lucifer Corpus'. Intrygująca jest szczególnie druga z tych kompozycji. Bez wątpienia jednak, tak jak w przypadku singla grupy Arcadium, tak i w tym przypadku te dwie piosenki mogłyby śmiało znaleźć się na płycie długogrającej. Są doskonałym dopełnieniem 'The Power Of The Picts'.

sobota, 12 grudnia 2009

AFTER ALL 1969 (USA)



1. Intangible She
2. Blue Satin
3. Nothing Left To Do
4. And I Will Follow
5. Let It Fly
6. Now What Are You Looking For
7. A Face That Doesn't Matter
8. Waiting


Skład


Bill Moon - Bass Guitar And Vocals
Mark Ellerbee - Drums And Vocals
Alan Gold - Organ
Charles Short - Guitar


O tej grupie wiem niewiele. Tylko tyle, że czterech muzyków połączyło siły po to, aby w ciągu kilku dni pod szyldem After All nagrać jedyną płytę dla wytwórni Athena.
Okładkę zdobi jedna z najbardziej lubianych przeze mnie ilustracji. Rewelacyjny pomysł.
Natomiast sama muzyka utrzymana jest w żałobnym tonie. Zmęczony, zachrypnięty głos wokalisty przywodzi na myśl śpiew Gary Brookera. After All może nie proponował jakiś rewolucyjnych pomysłów, ale mimo to te wyciszone i pełne rezygnacji nastroje bardzo do mnie przemawiają. Trafiają do mojego jestestwa.
Muszę też nadmienić, że pomimo tak poważnego podejścia do tematu ze strony grupy, mamy do czynienia ze zdecydowanie rockowym dziełem. Czasem aż trudno uwierzyć, że ten album nagrali Amerykanie. Całość zdominowana jest bowiem przez stricte europejskie brzmienia nawiązujące do stylu Procol Harum czy Rare Bird.

Co by tu napisać, żeby nie przynudzać, a jednocześnie zawrzeć esencję tego, co płyta zawiera?
Prym wiodą brzmienia organów Hammonda oraz klasycyzujące - momentami niby to nokturnowe - dźwięki fortepianu. Muzyka sama w sobie nie jest może szczególnie zróżnicowana. Zaś poszczególne nagrania wydają się być do siebie podobne (bynajmniej nie jest to zarzut). Zagrane są w gruncie rzeczy w podobnym tempie i oczywiście wszystkie bez wyjątku wprowadzają słuchacza w świat pełen goryczy i cierpienia.
Mimo to, trudno jest się nudzić przy takiej płycie. Zagrana jest oszczędnie i z uczuciem. Doskonałe kompozycje wykonane są z dostojeństwem, chociaż nie brak im lekkości, dzięki czemu nawet przez moment całość nie staje się pretensjonalna czy nużąca.

Warto zwrócić uwagę, że w nagraniu 'Nothing Left To Do' pojawia się motyw przywodzący na myśl finalną część 'Skip Softly (My Moonbeans)' Procol Harum, która z kolei bez wątpienia zainspirowana została przez 'Sabre Dance' Arama Chaczaturiana.

Recenzja skromna, ale zapewniam że warto zapoznać się z dokonaniem After All. Jest to godny odkrycia doskonały album.

STARK NAKED 1971 (USA)

BABY GRANDMOTHERS 1968 (SWEDISH)




1. Somebody Keeps Calling My Name
2. Being Is More Than Life
3. Bergakungen
4. Being Is More Than Life 2
5. St. George's Dragon
6. St. George's Dragon 2
7. Raw Diamond


Kenny Håkansson - Guitar
Bella Fehrlin (Bengt Linnarsson) - Bass
Pelle Ekman - Drums


Właściwie to nawet nie jest to płyta. Wydany na CD i LP 'Baby Grandmothers' to zbiór nagrań szwedzkiego zespołu z lat 1967-1968. Mamy więc tutaj jedyny singiel 'Somebody Keeps Calling My Name - Being Is More Than Life' oraz nagrania pochodzące z dwóch koncertów w 1967 i 1968 roku.
Piszę o tym wszystkim niby tak od niechcenia, ale prawda jest taka, że gdy to usłyszałem, to omal nie umarłem. Ten zespół to kompletnie zapomniany fenomen. Singlowe nagrania, zwłaszcza pierwsza strona, to po prostu muzyczny kosmos.

Zaczyna się powoli, leniwie. Z cudownie snującą się wokalizą. Od początku wyczuwalne jest pewne narastające napięcie. Utwór przyśpiesza stopniowo, ale gdy osiąga apogeum, to mamy do czynienia z takim grzaniem i wymiataniem o jakim prawdopodobnie nikt w 1968 roku nie śnił. Po prostu istny heavy-psychodeliczny czad. Rzadko wpadam w taką egzaltację, ale w tym przypadku trudno zachować się inaczej.
Zespół zasuwa tak ciężko i tak ostro jak tylko możliwe. Wszystko jest tutaj rewelacyjne.

Druga strona singla jest już spokojniejsza, utrzymana w wolnym tempie. Baby Grandmothers w jeszcze większym stopniu kładą tutaj nacisk na budowanie klimatu.

Natomiast koncertowe nagrania to już wyższa szkoła jazdy. W trzech pierwszych utworach Baby Grandmothers jawią się jako mistrzowie długich mocno improwizowanych kompozycji. Biorąc pod uwagę rok oraz w jakich warunkach całość została zarejestrowana, to aż trudno uwierzyć jak rewelacyjnie to wszystko brzmi i jak doskonale się tego słucha. Istne muzyczne niebo. Jest tu i niesamowity, tajemniczy zmienny nastrój i zmiany tempa. I ciężkie gitarowe granie kontrastujące z delikatniejszymi motywami.

Słowem jest tutaj wszystko to, co miłośnicy ostrego gitarowego grania potrzebują do szczęścia. Baby Grandmothers zdecydowanie tkwili już w innej epoce.

sobota, 5 grudnia 2009

ICECROSS 1973 (ICELAND)



HIGH TIDE

SEA SHANTIES 1969
HIGH TIDE 1970



Połączenie folku, heavy rocka i wczesnych progresywnych ambicji zrodziło dwie wspaniałe płyty grupy High Tide.
Być może dostrzegam tam folk-rockowe wpływy ze względu na obecność skrzypiec. Natomiast bez wątpienia mamy do czynienia z muzyką miażdżącą swoim brzmieniem. Chyba można przyjąć, że jest to apogeum ostrego, ciężkiego grania lat 60. I jest to granie mimo wszystko czarujące, momentami wręcz (zwłaszcza na drugiej płycie) natchnione.

Grupę utworzył Tony Hill. W 1966 roku gitarzysta związany był z amerykańskim zespołem The Misunderstood - sprowadzonym do Anglii przez Johna Peela - z którym nagrał sześć epokowych, autentycznie powalających piosenek. Tylko dwie z nich ukazały się na singlu w tym samym rocku ('I Can Take You To The Sun - Who Do You Love'). Natomiast kolejne dwie dopiero w 1969 roku ('Children Of The Sun - I Unseen'), kiedy już dawno było po sprawie.

C.D.N.








wtorek, 1 grudnia 2009

IRISH COFFEE 1971 (BELGIUM)

IT'S ALL MEAT 1970 (CANADA)



1. You Don't Notice The Time You Waste
2. Make Some Use Of Your Friends
3. Crying Into The Deep Lake
4. Roll My Own
5. Self Confessed Lover
6. If Only
7. You Brought Me Back To My Senses
8. Sunday Love


Skład


Wayne Roworth - Guitar
Norm White - Guitar
Rick Aston - Bass
Jed MacKay - Organ, Piano
Rick McKim - Drums


Nagrania takie jak rozciągnięty w czasie, niesamowicie odrealniony, a przy tym niewyobrażalnie wręcz psychodeliczny 'Crying Into The Deep Lake' podsuwają mi wiele obrazów, działają na moją wyobraźnię. Fajnie, gdy muzyka kojarzy się z wieloma rzeczami. Dla mnie to zawsze ogromna zaleta. Przy czym nie mam bynajmniej na myśli muzyki z tak zwanym przesłaniem. Dla mnie muzyka, to przede wszystkim dźwięk, a nie słowo.
Jak słyszę coś na temat przesłania w muzyce, to od razu wiem, że albo ludzie coś wymyślają kompletnie od rzeczy albo wykonawca będzie przynudzał.

Wracając do tematu. Bardzo trudno stworzyć utwór oparty na prostej melodii, oparty na prostym powtarzającym się motywie, tak by nie nużył. Tak by kompozycja nie stała się banalna. Kanadyjska grupa It's All Meat wyszła z tego zadania obronną ręką.

'Crying Into The Deep Lake' to synteza stylów The Doors i Pink Floyd (zwłaszcza w finale słychać nawiązanie do końcowej części 'A Saucerful Of Secrets') podana w niezwykle onirycznej otoczce. Utwór zbudowany jest wokół powtarzanego w kółko organowego motywu. Zagrana w powolnym tempie kompozycja ma w sobie coś hipnotyzującego, tajemniczego. Trudno to opisać. Wrażenie jest niesamowite.

Drugi tak rozbudowany, jednocześnie skrajnie odmienny utwór na płycie to 'Sunday Love'. Główny temat to niezwykle subtelna, romantyczna ballada zaśpiewana delikatnym, rozmarzonym głosem. Ten piękny temat niespodziewanie zostaje przerwany ostrą, zadziorną melodią, która po krótkiej chwili milknie, zaś w jej miejsce pojawia się motyw pobrzmiewający orientalnymi wpływami - grany najpierw powoli i cicho, stopniowo nabiera jednak wigoru aż do hałaśliwej kulminacji.

Pozostałe nagrania, to już garażowo-psychodeliczne granie z nieco innej, ale równie wspaniałej bajki.
Bez wątpienia w krótszych utworach słychać wpływ The Rolling Stones i The Doors. Rytm, prowadzenie melodii, ale też artykulacja wokalna - to wszystko przywodzi na myśl brytyjski kwintet. Natomiast brzmienie organów, to już dziedzictwo The Doors. Już w pierwszym nagraniu 'You Don't Notice The Time You Waste' mamy charakterystyczną dla Micka Jaggera wokalną manierę.
W kolejnym utworze, gdzie dominuje świetna ostra gitara, słychać echa piosenek w rodzaju 'Get Off Of My Cloud' czy '19th Nervous Breakdown' plus ten nieco mistyczny nastrój typowy dla wczesnych płyt The Doors.
Ale czy to wada? Zdecydowanie nie w tym przypadku. Bo It's All Meat mieli fenomenalny wręcz zmysł do świetnych, wpadających w ucho melodii. W dodatku wszystko potrafili ubrać we własne szaty. Mamy tutaj więc ostre, dzikie brzmienia zdominowane przez dźwięki organów i niesamowicie (że się tak wyrażę) tnącą gitarę. Wokalista w gruncie rzeczy śpiewa bez chwili wytchnienia (np. 'Roll My Own' czy 'You Brought Me Back To My Senses'). Wszystko to, czego nie zdołali nagrać na swoich płytach The Rolling Stones i The Doors znajdziemy właśnie tutaj.

Nawiązywanie (czy wręcz powielanie) to jedno, a twórcze naśladownictwo to drugie. Jak się okazuje, może to dawać świetne rezultaty. Dla mnie muzyka zawarta na tej fenomenalnej płycie to wzorzec rocka psychodelicznego. I należy żałować, że grupa nagrała tylko jeden taki album.

Z tego co się orientuję płytę wydano wyłącznie w Kanadzie na klasycznym czerwonym labelu Columbia 360 i obecnie jest potwornie rzadka, co rzecz jasna ma swoje odbicie w cenie oscylującej w granicach 1000 dolarów. Dlaczego zawsze tak się dzieje, że świetne płyty muszą w oryginalych tłoczeniach kosztować taki majątek?

Obiecałem sobie, że nie będę się rozpisywał tylko streszczał. Natomiast notki biograficzne i ciekawostki związane z opisywanymi przeze mnie zespołami na pewno można znaleźć gdzieś w internecie.

poniedziałek, 2 listopada 2009

środa, 28 października 2009

STEAMHAMMER

REFLECTION 1969

Zacznę od ciekawostki, która przez długi czas nie dawała mi spokoju.
Otóż zachodziłem w głowę cóż oznacza napis REFLECTION na okładce płyty Steamhammer. Z pomocą przyszedł mi David Lewis, dawniej muzyk Andwella's Dream. Dlaczego akurat ten muzyk i dlaczego ten zespół? Ponieważ także na płycie Andwella's Dream 'Love And Poetry' można dostrzec ów napis REFLECTION. W dodatku napisany tą samą czcionką. Co automatycznie wyklucza, że jest to tytuł pierwszego dokonania Steamhammer.

W każdym razie z wywiadu zamieszczonego na nadzwyczajnej stronie Marmalade Skies można się dowiedzieć, że REFLECTION to po prostu nazwa wydawnictwa płytowego - Reflection Records.

W przypadku niemieckiej edycji płyty grupy Steamhammer tamtejsza wytwórnia płytowa chyba najzwyczajniej w świecie nie zdawała sobie sprawy z tego drobnego faktu i niepozorny napis REFLECTION uznała za tytuł i na dobrą sprawę album do dzisiaj funkcjonuje na rynku jako 'Reflection'.




1. Water (Part One)
2. Junior's Wailing
3. Lost You Too
4. She Is The Fire
5. You'll Never Know
6. Even The Clock
7. Down The Highway
8. On Your Road
9. Twenty-Four Hours
10. When All Your Friends Are Gone
11. Water (Part Two)


Skład


Kieran White - Vocals, Harmonica
Martin Pugh - Lead Guitar
Martin Quittenton - Guitar
Steve Davy - Bass Guitar
Michael Rushton - Drums


Co do samej płyty, to zawiera ona dawkę muzyki nadzwyczajnej.
Debiutancki album Steamhammer zachwyca bogactwem kolorystycznym rzadko spotykanym wówczas w muzyce bluesowej. Według mnie ta płyta dorównuje, a może nawet przewyższa wydany w tym samym czasie pierwszy LP Led Zeppelin.

Trzeba pamiętać, że Led Zeppelin w połowie był współtworzony przez dwóch dobrze już doświadczonych muzyków, podczas gdy Steamhammer na dobrą sprawę tworzyli nowicjusze. Tak więc biorąc to pod uwagę, uważam że ich płyta dojrzałością przewyższa nieco jednowymiarowy debiut Led Zeppelin.
Przestrzenna, potężna produkcja sprawia, że muzyka brzmi bardzo żywo i naturalnie. Niemal jakby całość została zarejestrowana podczas koncertu. Czasem wręcz odnoszę wrażenie jakbym tam wtedy był i słyszał wszystkie szumy głośników, pulsowanie wzmacniaczy reagujących na zbyt głośne dźwięki. Cudowne uczucie.

Punktem wyjścia jest zawsze blues w jego najrozmaitszych odsłonach.
Są tu nagrania tak zróżnicowane jak przebojowy, ciężki 'Junior's Wailing'. Niesamowicie atmosferyczny, wyrastający z tradycji psychodelicznej epoki 'Lost You Too'. Prosty, akustyczny 'On Your Road' zawierający w środkowej części zupełnie kontrastową, krótką partię przesterowanej gitary elektrycznej. Tradycyjny, ozdobiony partią harmonijki ustnej i najbardziej na płycie rozbudowany powolny blues 'Twenty-Four Hours' autorstwa Eddie Boyda.
We wstępie kompozycji 'She Is The Fire' jako rodzaj ornamentu wprowadzono dynamiczną zagrywkę trąbki. Dalej zaś gitarzysta Martin Pugh czaruje słuchaczy partiami gitary przetworzonej przy pomocy efektu wah-wah.

Właśnie. Chociaż błyszczy cały zespół, to jednak gitarowe popisy Martina Pugha bezwzględnie wybijają się tutaj na plan pierwszy i robią ogromne wrażenie. Gitarzysta gra z typową dla bluesa swobodną i pasją, nasyconą jednak wyrazistym rockowym pierwiastkiem. Dzięki jego finezyjnej grze, atmosfera nagrań zmienia się jak w kalejdoskopie. Prawdziwa gitarowa ekstraklasa. Duże wrażenie robi też mocna gra perkusisty Michaela Rushtona oraz oryginalna, ekspresyjna barwa głosu Kierana White'a (momentami przywodząca na myśl śpiew Iana Andersona).

Koniec dygresji.
Skomponowany przez B.B. Kinga 'You'll Never Know' zagrany został z udziałem pianina oraz zwracał uwagę ostrym brzmieniem gitary elektrycznej. Dwa nagrania - 'Down The Highway' oraz arcy genialny 'Even The Clock' wzbogacono partią fletu poprzecznego. Druga z tych kompozycji zdradzała progresywne aspiracje formacji tak wyraziście rozwinięte na dwóch kolejnych płytach.

Album zaś rozpoczynała i kończyła przepiękna i zdecydowanie za krótka impresja zagrana na dwie przenikające się gitary elektryczne, wzbogacona odgłosami szumu fal morskich.




Wiem.
Ten opis jest wybitnie nieporadny i zapewne nieraz w przypływie natchnienia będzie ulegał modyfikacji. Tak ciężko coś sensownego napisać na temat takiej muzyki. A jestem zdania, że jest to muzyka wielopoziomowa, wymagająca od słuchacza bardzo wiele skupienia i uwagi, pomimo że na początku może sprawiać wrażenie stosunkowo prostej. Ale właśnie w tym tkwi tajemnica tej płyty. Nic nie jest tak oczywiste jakby się mogło wydawać.

Jeszcze na sam koniec muszę nadmienić, że po odejściu z kwintetu, drugi gitarzysta i obok Kierana White'a główny twórca repertuaru, Martin Quittenton wspomagał twórczo Roda Stewarta na najwcześniejszych solowych płytach wokalisty i był współtwórcą chyba największego przeboju artysty 'Maggie May'.

czwartek, 22 października 2009

ROOM

PRE-FLIGHT 1970



1. Preflight
2. Where Did I Go Wrong
3. No Warmth In My Life
4. Big John Blues
5. Andromeda
6. War
7. Cemetery Junction

Steve Edge - Lead And Rhythm Guitar
Chris Williams - Lead Guitars
Bob Jenkins - Drums, Congas And Percussion
Jane Kevern - Vocals And Tambourine
Roy Putt - Bass And Artistic Design


Kolejna bardzo dobra pozycja, która dotarła do mojej świadomości ze sporym opóźnieniem.
Nie będę pisał na temat grupy, bo w internecie jest świetny blog poświęcony zespołowi, prowadzony przez samego Steve Edge'a - gitarzystę zespołu. Tak więc skupię się raczej na moich odczuciach w stosunku do samej płyty i muzyce na niej zawartej. Po za tym mój zasób wiedzy na tematy historii opisywanych wykonawców jest raczej niewielki i nie ma się czym chwalić. W tym przypadku wolę chyba czyste rozważania na tematy muzyczne. Oczywiście i tutaj poruszam się po omacku i polegam na własnych gustach.
Dowcip polega na tym, aby uporządkować sobie pewne sprawy związane ze zbieraniem płyt.

Co do Room. Ich jedyna płyta 'Pre-Flight' to progresywne granie na całego. Był rok 1970 i progresywny gatunek stał się faktem. Szczęśliwie wówczas zespoły czerpały jeszcze z dziedzictwa lat sześćdziesiątych i oprócz polotu wykonawczego dbały także o klimat nagrań - oczywiście podanych w psychodelicznej otoczce. Już wkrótce miało się to zmienić na niekorzyść - przynajmniej dla mnie.

Ozdobiony kapitalną i przekorną okładką, zupełnie nie pasującą do posępnej muzyki, album pozbawiony był tak charakterystycznych dla rocka progresywnego organów Hammonda. W zamian Room zaproponowali mariaż klasycznego rockowego instrumentarium z sekcją instrumentów dętych i smyczkowych. Co akurat w tym przypadku było idealnym rozwiązaniem i muszę przyznać, że jest to jeden z nielicznych przypadków, kiedy taki pomysł bardzo mi odpowiada. Zarówno sam zespół jak i towarzyszące im trąbki i smyczki doskonale ze sobą współgrają. Tworzą wspaniałe przestrzenie. Co istotne - aranżacje wcale nie sprawiają wrażenia przeładowanych. Odnoszę uczucie, że są bardzo oszczędne, subtelne.

Nie jest mi łatwo napisać na temat muzyki ponieważ jest dość złożona. Bez wątpienia zespół grał po swojemu, wypracował własny styl, chociaż tu i ówdzie słyszalne są pewne wpływy i charakterystyczne dla tamtego okresu podejście do grania.
Ostra gitara czasem przywodzi na myśl brzmienie zbliżone do debiutanckiej płyty Black Sabbath. Wystarczy posłuchać 'War'. Sekcja rytmiczna, dość typowa dla tamtego okresu, ma jazzowe inklinacje, chociaż momentami jest stosunkowo ciężka. Kocham takie brzmienie perkusji.
Najbardziej te jazzowe wpływy słychać w 'No Warmth In My Life'. Natomiast w 'Where Did I Go Wrong' słychać bluesa. Z kolei 'Big John Blues' to, jak sugeruje tytuł, także blues zagrany jednak ze swingiem i ozdobiony pełną żaru wokalizą Jane Kevern.
Ale nawet w takich kompozycjach zespół potrafi stworzyć odpowiedni nastrój. Czarować tą pełną wewnętrznego niepokoju atmosferą. W dodatku doskonały żeński wokal sugestywnie wyraża ten dziwny lęk, pasuje do tej muzyki wprost idealnie.

Wszystkie te cechy skupiał w sobie wielowątkowy utwór tytułowy. Poczynając od jazzowych improwizacji, poprzez zinstrumentowane z eterycznym orkiestrowym tłem impresje, a na klasycznym rockowym graniu skończywszy.

Podsumowaniem tego wszystkiego jest finałowy utwór instrumentalny 'Cemetery Junction' - obok 'Preflight' najbardziej rozbudowana kompozycja na płycie. Najpierw jest spokojnie. Na pierwszym planie delikatna gitara. Potem dołączają instrumenty dęte. Następuje krótki dialog gitary i trąbki. Następnie przyśpieszenie i mamy grające razem trzy frakcje - zespół, instrumenty dęte oraz smyczkowe. Po czym wszyscy się zatrzymują i słychać dobiegające z oddali uderzenia w dzwon. Wyłaniająca się wspaniała nostalgiczna partia trąbki, to chyba najbardziej przejmujący i poruszający moment 'Pre-Flight' (nasuwają się skojarzenia z filmowymi kompozycjami Ennio Morricone).
I znowu następuje przyśpieszenie. Potem krótki muzyczny zgiełk i ponownie pojawiają się ponure dźwięki dzwonu.
Jako kodę grupa wprowadza riff niemal nawiązujący do tego z poprzedniej kompozycji 'War'.

Jak wspaniale, że wytwórnia Esoteric (Eclectic) wydaje te wszystkie stare tytuły. Niemal każdy wznowiony przez nich album, to wydarzenie.

piątek, 16 października 2009

czwartek, 15 października 2009

SWEET SLAG

TRACKING WITH CLOSE-UPS (1971)

Jedna z najbardziej intrygujących i specyficznych, i jednocześnie niemal całkowicie zapomnianych, płyt lat siedemdziesiątych.
Jeśli ktoś szuka mocno kombinowanych instrumentalnych i bardzo mrocznych partii, to 'Tracking With Close-Ups' jest płytą marzeniem. Tutaj znajduje się to wszystko za co kocham to stare nieszablonowe granie.





1. Specific
2. Milk Train
3. Rain Again
4. Patience
5. Twisted Trip Woman
6. World Of Ice
7. Babyi Ar


Muzyka jest niezwykle posępna, mroczna.
Na początku specyficzne brzmienie może sprawiać wrażenie przybrudzonego, odstręczającego, czy wręcz prymitywnego. Tak jakby całość nagrano za jednym podejściem, w obskurnych warunkach. Nic bardziej mylnego. Z każdym kolejnym przesłuchaniem mam wrażenie, że kompozycje i ich struktura są przemyślane, ale nie pozbawione elementu szaleństwa i twórczej swobody.
Żywe brzmienie, to tylko wielka zaleta płyty.

Zawartość to przede wszystkim dość ciężkie jazz-rockowe improwizacje podane w psychodelicznej otoczce. Słowem - wczesny progresywny rock, tyle że nagrany dość późno, bo w 1971 roku. Szalenie nastrojowy, klimatyczny.
Jedyne do czego mogę się przyczepić, to głos wokalisty. Trochę zbyt warczący, nachalny. Chociaż w 'Rain Again' śpiewa dla odmiany naprawdę delikatnie i nastrojowo.
Gdy zespół chce, gra z ogromną desperacją i wściekłością, wręcz heavy-rockowo jak w 'Babyi Ar'. Innym razem bez problemu potrafi uwieść szalenie nastrojowymi, spokojniejszymi dźwiękami jak w 'World Of Ice', w którym odpowiednią atmosferę pomagają budować kotły perkusji oraz pojawiająca się w środkowej części partia trąbki.

Dodam jeszcze, że okładka, jaką posiada 'Tracking With Close-Ups' jest jedną z najpiękniejszych, jakie widziałem. Cóż za piękny układ śmieci rozrzuconych pod ścianą jakiegoś zaułka. Jak te wszystkie odpadki wspaniale się komponują. Cudowne wysypisko. Nigdy nie mogę się napatrzeć na to dzieło.


niedziela, 27 września 2009

GANDALF 1969 (1967)



1. Golden Earrings
2. Hang On To A Dream
3. Never Too Far
4. Scarlet Ribbons
5. You Upset The Grace Of Living
6. Can You Travel In The Dark Alone
7. Nature Boy
8. Tiffany Rings
9. Me About You
10. I Watch The Moon


Skład

Peter Sando - Guitar
Bob Muller - Bass
Frank Hubach - Keyboards
Dave Bauer - Drums


Jedyne dokonanie amerykańskiej grupy Gandalf posiada jeden z najpiękniejszych i poruszających finałów w historii fonografii. Mam na myśli 'I Watch The Moon'. To już nie jest tylko zwykła pop psychodeliczna piosenka. To arcydzieło muzyki. Zarówna podstawowa część utworu z cudowną melodią, jak i instrumentalna kulminacja z hałaśliwą partią organów, sięgają zenitu ludzkich emocji. Takie dźwięki są w stanie poruszyć nawet mur. Uczucie aż wylewa się z głośników. To nie jest żaden banał, żadna słodka piosenka. Proporcje wyważone są idealnie.
Absolutny majstersztyk.

Przyjęło się uważać ten tytuł za dokonanie na niwie rocka psychodelicznego. Niby tak. Ale czy rzeczywiście?

Piosenki, które znalazły się na tej cudownej płycie są krótkie i raczej nieskomplikowane. Nie jest to zarzut. Cała magia tego albumu opiera się na wyjątkowym ich wykonaniu. Grupa w obrębie tych wszystkich krótkich form operuje nastrojem jak nikt inny. Raczej próżno szukać podobnych klimatów u innych artystów.
Oniryczna atmosfera, jakiej nie ma nigdzie indziej, tutaj wręcz pochłania bez reszty. Wystarczy posłuchać dwóch pierwszych piosenek 'Golden Earrings' oraz 'Hang On To A Dream'. Tajemnicza aura, delikatne wykonanie, odrobina pogłosu, całość jak ze snu. To daje naprawdę świetne efekty. Po za tym nawet w dynamicznych fragmentach piosenki 'Hang On To A Dream' czy w wyjątkowo energetycznym 'Never Too Far' muzyka nawet na moment nie traci nic z nastroju całości.

Zachwyca mnie, jakim wyczuciem aranżacyjnym zespół operuje na płycie. Na przykład w 'Scarlet Ribbons' pojawia się klawesyn. W 'Golden Earrings' smyczki. Natomiast w klaustrofobicznym i pobrzmiewającym orientalną nutą 'Can You Travel In The Dark Alone' (chyba najlepsza obok 'I Watch The Moon' kompozycja na płycie) wibrafon. Bez wątpienia pomogło to wzbogacić piosenki.
Całość zaś została zaśpiewana tym eterycznym, przejmującym głosem. Bez zbędnej brawury. Ponadto w każdym nagraniu zwracają uwagę świetne partie organów Hammonda. We wspomnianym już 'I Watch The Moon' przesterowane dźwięki tego instrumentu, to klasa sama w sobie.

Na albumie dominują przeróbki.
Często bardzo zaskakujące są źródła, z których zespół czerpał. Dla przykładu pierwotna wersja 'Golden Earrings' pochodzi z filmu z 1947 roku. Aż trzy nagrania ('Hang On To A Dream', 'Never Too Far' i 'You Upset The Grace Of Living') to kompozycje Tima Hardina. Inny przykład to 'Nature Boy', piosenka wykonywana chyba przez wszystkich - by wymienić Nat King Cola, Franka Sinatre, Bobby Darina, Johna Coltrane'a, Davida Bowie oraz Celine Dion - niezła zbieranina. Nie będzie chyba jednak zbyt dużym zaskoczeniem, jeśli stwierdzę, że preferuję wersję Gandalf.
W dodatku tutaj pojawia się, chyba jedyne na płycie, autentycznie przeszywające na wskroś solo gitary.

Podsumowując - ta płyta to arcydzieło. Perła w koronie muzyki rockowej. Niby zahaczająca o pop, ale jest to pop w najlepszym wydaniu. Niby psychodeliczna. Ale jest to psychodelia nieco inna.
Psychodelia czy nie, ja album grupy Gandalf uwielbiam.

czwartek, 10 września 2009

FAIRPORT CONVENTION

WHAT WE DID ON OUR HOLIDAYS 1969

Gdyby ktoś mnie spytał o moją ulubioną płytę 1969 roku, a może ulubioną w ogóle, to bez namysłu wskazałbym 'What We Did On Our Holidays'. I nie jest to wcale stwierdzenie podyktowane impulsem chwili. Zbyt długo trwa owa chwila.
Począwszy od pierwszych dźwięków gitary akustycznej w nieziemskim 'Fotheringay', a na ostatnich sekundach przepięknego 'End Of A Holiday' skończywszy, ten album to absolutne arcydzieło, płyta niewyobrażalnie wręcz fenomenalna. Elektryzująca swoim pięknem. I nigdy, przenigdy nie popadająca w banał. Przy tak delikatnej muzyce bardzo łatwo przekroczyć pewną niemal niedostrzegalną granicę między ambitnym zamysłem a trywialnością. Jednak grupie Fairport Convention w jakiś cudowny, magiczny sposób udawało się tego unikać. Niezwykłe.

Był to pierwszy album nagrany z Sandy Denny. Była to jednocześnie pierwsza poważna próba odejścia od amerykańskiego brzmienia obecnego na debiucie. Grupa zaczęła tworzyć swój własny styl opierający się na łączeniu rocka z folklorem Wysp Brytyjskich i w mniejszym stopniu z bluesem. Na 'What We Did On Our Holidays' wszystkie te eksperymenty nie są jeszcze tak wyraźne jak na kolejnej płycie. Na pewno też swój ostateczny zamknięty kształt osiągnęły na 'Liege And Lief'.




1. Fotheringay
2. Mr Lacey
3. Book Song
4. The Lord Is In This Place...How Dreadful Is This Place
5. No Man's Land
6. I'll Keep It With Mine
7. Eastern Rain
8. Nottamun Town
9. Tale In Hard Time
10. She Moves Through The Fair
11. Meet On The Ledge
12. End Of A Holiday


Skład

Sandy Denny - Vocals, Acoustic And 12-String Acoustic Guitars, Organ, Piano, Harpsichord
Ian Matthews - Vocals, Congas
Richard Thompson - Electric, Acoustic And 12-String Acoustic Guitars, Piano Accordion, Vocals
Ashley Hutchings - Bass, Backing Vocals
Simon Nicol - Electric And Acoustic Guitars, Electric Autoharp, Electric Dulcimer, Backing Vocals
Martin Lamble - Drums, Percussion, Violin, Tabla And Footsteps

with

Bruce Lacey And His Robots On "Mr Lacey"
Claire Lowther - Cello On "Book Song"
Kingsley Abbott - Coins On "The Lord Is In This Place...How Dreadful Is This Place" Backing Vocals On "Meet On The Ledge"
Paul Ghosh, Andrew Horvitch And Marc Ellington - Backing Vocals On "Meet On The Ledge"


Zwiastunem nowego podejścia do muzyki był zapewne 'Fotheringay'. Słychać było tutaj wpływ muzyki średniowiecznej - zarówno w warstwie opracowania partii gitar akustycznych jak i pojawiającego się chóru (być może inspirowanego chorałami gregoriańskimi). Stąd już było niedaleko do klimatów muzyki celtyckiej. Przepiękna kompozycja.
Dla odmiany 'Mr Lacey' to standardowy blues, w środkowej części wzbogacony efektami dźwiękowymi. Ale w wersji Fairport Convention nawet takie proste piosenki nabierały magii.
Kolejne nagranie to cudowny, odrealniony (to takie moje ulubione określenie) 'Book Song'. Niby piosenka opracowana została w stylistyce country (skrzypce), ale dzięki przepięknie zharmonizowanym głosom Sandy Denny i Iana Matthewsa oraz wprowadzeniu, w formie ornamentu, sitaru całość zyskała prawie mistyczny charakter. Genialny fragment.
Potem następował ponownie wywodzący się z bluesa 'The Lord Is In This Place...How Dreadful Is This Place?' Tylko przygrywająca gitara akustyczna i pomrukująca wokalistka. Niby nic niezwykłego, ale mimo wszystko lubię ten dwuminutowy drobiazg, który był wprowadzeniem do fenomenalnego 'No Man's Land'. Ten dynamiczny utwór - w rodzaju piosenki biesiadnej - ozdobiony został porywającą partią akordeonu oraz rytmicznym klaskaniem. Przyznam, że jest to wyborny przykład (właściwie jak cały album) jak przy pomocy subtelnej i prostej aranżacji osiągnąć poruszający i niebanalny efekt.
Nie ma drugiej takiej piosenki.

Interpretacja piosenki Boba Dylana 'I'll Keep It With Mine' to absolutne arcydzieło. Właściwie to amerykański bard powinien być wdzięczny Fairport Convention za tak wspaniałe opracowania jego dokonań. Wystarczy posłuchać wstępu zagranego na gitarach przez Richarda Thompsona i Simona Nicola. To właśnie powinna być szkoła dla przyszłych gitarzystów. Te przenikające się dźwięki sześciu strun, jakby muskanych przez wiatr. Niezwykłe jakie brzmienie udało się uzyskać obydwu muzykom. Nie do opisania. Potem pojawiał się cudowny, melancholijny głos Sandy Denny w refrenie wspomagany przez anielski wokal Iana Matthewsa.
Ten zespół był niepowtarzalny.

Na drugiej stronie LP grupa zaproponowała senny folkowy 'Eastern Rain' ponownie urzekający głosami obydwojga wokalistów.
'Nottamun Town' to kolejny dowód nowych fascynacji. Akustyczny, przesiąknięty pierwotną naturą utwór miał w sobie coś z obrzędu. W środkowej części pojawił się genialny dialog transowej akustycznej gitary oraz skrzypiec w stylu orientalnym.
Pozornie prościutki 'Tale In Hard Time' (proszę wymyślić taką melodię) to przede wszystkim poruszający do głębi głos Iana Matthewsa. Ten niedoceniony wokalista potrafił bez zbędnych popisów wydobyć jakieś niezwykłe pokłady emocji z śpiewanych przez siebie nut.
'She Moves Through The Fair' to kolejna tradycyjna pieśń. Tym razem z Sandy Danny w roli głównej. Jakiż ona miała silny głos.
A potem następowała chyba najważniejsza piosenka w historii zespołu, czyli 'Meet On The Ledge'. Na przemian zaśpiewana zbolałym głosem przez Iana Matthewsa i tchnącą trochę optymizmu Sandy Denny. Kapitalny refren został odśpiewany przez cały zespół.
Po prostu żyć, nie umierać.
Jako kodę wprowadzono przepełniony smutkiem akustyczny 'End Of A Holiday'. Zagrana jedynie z akompaniamentem gitary przez Simona Nicola instrumentalna miniatura miała w sobie coś z przemijania, pobrzmiewała żalem za czymś co odeszło. Jedna z najpiękniejszych kompozycji w historii rocka. Chociaż muszę dodać, że jej główny temat autor zaczerpnął prawdopodobnie z piosenki Jefferson Airplane 'Comin' Back To Me'.

Nieważne.
Ten zjawiskowy album to absolutne arcydzieło. Majstersztyk. Nad całością unosi się jakaś dziwna nieopisana aura. Coś z jesiennego dnia. Z każdej zagranej nuty bije nostalgia. 'What We Did On Our Holidays' został nagrany przez najlepszy skład jaki ukonstytuował się w długiej historii zespołu. Jaka szkoda, że zaraz potem grupę opuścił Ian Matthews. Jaka szkoda, że tak krótko Fairport Convention wytrwali w tej konfiguracji. Pozostaje zatem cieszyć się tym, co po sobie pozostawili.

Uważam, że album ten (podobnie jak dwa kolejne) miał ogromny wpływ na rozwój rocka w Wielkiej Brytanii. Podejrzewam, że gdyby nie Fairport Convention, muzyka King Crimson na ich debiutanckim LP 'In The Court Of The Crimson King' nie przyjęłaby tego samego kształtu, który wszyscy znamy. Bez Fairport Convention grupa Jethro Tull zapewne nie poszłaby w rejony ukazane na 'Aqualung'.
Przykłady można by mnożyć.
1969 roku bez dwóch zdań należał do Fairport Convention.

wtorek, 8 września 2009

FAIRPORT CONVENTION

UNHALFBRICKING 1969

Jedna z najlepszych płyt 1969 roku. Trzeba tutaj nadmienić, że 1969 to był rok płyt wybitnych i wyjątkowych, prawdopodobnie najbardziej twórczy i najwspanialszy rocznik w historii całej muzyki popularnej.
Tak więc konkurencja była ogromna.

'Unhalfbricking' był trzecią płytą w dorobku Fairport Convention i stanowi syntezę wszystkiego co w muzyce rockowej (nie tylko folkowej) najlepsze. Wspaniałe i inteligentne kompozycje, przejmujące melodie, doskonałe partie gitar, niepowtarzalny bardzo melancholijny klimat, przepiękny oryginalny głos wokalistki oraz doskonała produkcja całości.
Biorąc pod uwagę tempo w jakim zespół pracował, to aż dech zapiera, że udało się stworzyć dzieło tak wybitne.




1. Genesis Hall (Richard Thompson)
2. Si Tu Dois Partir (Bob Dylan)
3. Autopsy (Sandy Denny)
4. A Sailor's Life (Traditional - Arranged By Sandy Denny, Richard Thompson, Simon Nicol, Ashley Hutchings, Martin Lamble)

1. Cajun Woman (Richard Thompson)
2. Who Knows Where the Time Goes? (Sandy Denny)
3. Percy's Song (Bob Dylan)
4. Million Dollar Bash (Bob Dylan)


Skład

Sandy Denny - Vocals, Harpsichord
Richard Thompson - Electric & Acoustic Guitars, Electric Dulcimer, Piano Accordion, Organ, Backing Vocals
Ashley Hutchings - Bass, Backing Vocals
Simon Nicol - Electric & Acoustic Guitars, Electric Dulcimer, Backing Vocals
Martin Lamble - Drums

with

Ian Matthews - Backing Vocals On "Percy's Song"
Dave Swarbrick - Fiddle On "Si Tu Dois Partir", "A Sailor’s Life" And "Cajun Woman" And Mandolin On "Million Dollar Bash"
Trevor Lucas - Triangle On "Si Tu Dois Partir"
Marc Ellington - Vocals On "Million Dollar Bash"


Na płycie znajduje się osiem nagrań. Pięć utworów koncypowanych jest całkiem poważnie i po prostu porażają swoim pięknem. Trzy pozostałe stanowią rodzaj pogodnego kontrapunktu dla takich perełek jak 'Genesis Hall', 'Autopsy', 'Who Knows Where The Time Goes' czy wprost fenomenalnego 'Percy's Song'.
Osobny temat stanowi kompozycja 'A Sailor's Life'. Na początku jest to spowity tajemniczą, mistyczną aurą szant. W drugiej połowie nagranie przeistacza się w niemal transowe granie na dwie gitary i skrzypce plus grającą jak w amoku sekcję rytmiczną. Ten utwór to rzecz epokowa.

To samo tyczy się wspomnianego 'Percy's Song'. Ten skomponowany przez Boba Dylana utwór wprost zniewala swoim liryzmem. Powoli narastająca melodia, pojawiające się instrumenty, śpiewany chóralnie refren, poruszające ale oszczędne wykonanie i ten przepiękny finał z jakby oddalającą się partią cymbałów (dulcimer). Nie sposób opisać. To jest muzyka, która opanowuje człowieka i nie opuszcza go już nigdy.

Płyta ukazała się w momencie dla grupy bardzo dramatycznym. Zanim LP pojawił się na rynku, zespół spotkała tragedia. W drodze z koncertu samochód, którym podróżowali uległ wypadkowi w wyniku, którego życie stracił perkusista Martin Lamble oraz dziewczyna Richarda Thompsona - Jeannie Franklyn (Jack Bruce zadedykował jej swoją pierwszą solową płytę 'Song For A Tailor').

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

TWINK

THINK PINK 1970



1. The Coming Of The One
2. Ten Thousand Words In A Cardboard Box
3. Dawn Of Majic
4. Tiptoe On The Highest Hill
5. Fluid
6. Mexican Grass War
7. Rock And Roll The Join
8. Suicide
9. Three Little Piggies
10. The Sparrow Is A Sign

Skład

Twink – Drums, Vocals
Paul Rudolph – Guitar, Bass, Vocals
John Wood – Bass
Wally Allen – Piano
John Povey – Sitar, Mellotron
Steve Peregrin Took – Guitar, Percussion, Vocals
Viv Prince – Drums (Mexican Grass War)
Mick Farren – Producer


Niesamowicie psychodeliczna solowa płyta perkusisty Tomorrow, Pretty Things oraz Pink Fairies.

Zły odlot. Koszmar narkotyczny. Różne określenia przychodzą na myśl, gdy słucham płyty takiej jak ten album. Przerażająco wręcz obłąkana muzyka i zniewalająco wręcz brzmiąca. Chociaż czasem człowiek ma uczucie, że jest to materiał cudownie niemuzyczny. Co akurat mnie nie przeszkadza, bo ja kocham takie dźwięki.
Jednak, żeby nie odstraszać, trzeba sobie jasno powiedzieć, że jest tu masa zdecydowanie ciężkiego gitarowego grania. Nie powinno to dziwić, wszak John Alder (prawdziwe personalia Twinka) zaprosił do nagrania 'Think Pink' muzyków grup The Pretty Things i Deviants (Pink Fairies) oraz byłego muzyka Tyrannosaurus Rex - Steve Peregrin Tooka. Produkcją całości zajął się zaś sam Mick Farren.

Chyba przyznają Państwo, że w takiej konfiguracji i w takich okolicznościach trudno jest stworzyć normalną, przewidywalną płytę.

Kolaże dźwiękowe. Zniekształcone, złowieszcze dźwięki. Powolne rytmy i bardzo mroczny klimat całości. Pojawiający się w kilku fragmentach sitar dodający mistycznej aury. To wszystko jest na tej intrygującej płycie.
Można nawet pomyśleć, że Twink to niemal psychodeliczny guru, gdyby nie fakt, że jednak muzyka zawarta tutaj nie jest jakoś szczególnie oryginalna. Jest enigmatyczna, świetnie zagrana - to fakt. Ale muzycznego prochu nie wynaleziono, nie wytyczono nowych horyzontów.

Co więc tu mamy?
Rodzaj apokaliptycznej introdukcji 'The Coming Of The One' to jednocześnie najbardziej posępny fragment płyty. Krzyki, kakofoniczne dźwięki, recytacja, wrzaski i jęki potępionych. Fantastyczny wstęp doskonale określający charakter całego albumu.
W 'Mexican Grass War' ciekawie zestawiono z sobą marszowy rytm z czymś co kojarzy się z plemiennymi obrzędami.
W 'Suicide' instrumentem wiodącym jest gitara akustyczna wsparta rytmicznym klaskaniem. Pojawiają się również refleksyjne, odrealnione przerywniki nawiązujące do nagrań The Pretty Things z czasów 'S.F. Sorrow' okraszone delikatnymi dźwiękami melotronu i wibrafonu. Druga część utworu zarezerwowana została wyłącznie dla gitary akustycznej.

Natomiast warto zwrócić szczególną uwagę na bardzo atmosferyczny, zaśpiewany natchnionym głosem 'Tiptoe On The Highest Hill', w którym słychać echa dokonań Jimi Hendrixa oraz Pink Floyd. Ta nagrana z pogłosem kompozycja to kawałek świetnego rockowego grania.

Najbardziej przebojową piosenką na płycie jest bez wątpienia 'Ten Thousand Words In A Cardboard Box'. Skomponowana przez Twinka jeszcze w czasach Aquarian Age, tutaj zaproponowana w zupełnie innej aranżacji, w której oczywiście uwypuklono mocarne, ponure brzmienie. Pierwsza część - rozpoczynająca się od fenomenalnego, prostego gitarowego motywu - to przetworzony głos śpiewający niczym przez megafon na tle oszczędnego podkładu. W finale zaś utwór przeradza się w dosyć długą rewelacyjną gitarową improwizację.
Nic dodać, nic ująć.

Ciekawostką związaną z 'Think Pink' jest to, że pomimo iż jest to solowy album perkusisty, to jednak nawet przez moment perkusja nie wysuwa się na plan pierwszy. Jest instrumentem równorzędnym z pozostałymi. Nie ma nawet modnego wówczas sola perkusji. Każdy muzyk ma możliwość zabłysnąć. Jest to po prostu typowe zespołowe granie.

JEFFERSON AIRPLANE

AFTER BATHING AT BAXTER'S 1967



Streetmasse
1. The Ballad Of You & Me & Pooneil
2. A Small Package Of Value Will Come To You, Shortly
3. Young Girl Sunday Blues

The War Is Over
4. Martha
5. Wild Tyme (H)

Hymn To An Older Generation
6. The Last Wall Of The Castle
7. Rejoyce

How Suite It Is
1. Watch Her Ride
2. Spare Chaynge

Schizoforest Love Suite
3. Two Heads
4. Won't You Try / Saturday Afternoon


Skład

Grace Slick – Piano, Organ, Recorder, Vocals
Marty Balin – Rhythm Guitar, Vocals
Paul Kantner – Rhythm Guitar, Vocals
Jorma Kaukonen – Lead Guitar, Sitar, Vocals
Jack Casady – Bass
Spencer Dryden – Drums, Percussion, Horn Arrangement


Pierwszy mój kontakt z płytą 'After Bathing At Baxter's' to był fragment piosenki 'Watch Her Ride', którą usłyszałem bodajże w połowie lat dziewięćdziesiątych. Wówczas wiedziałem jaki zespół ją wykonuje, ale nie znałem tytułu nagrania. Próbowałem dowiedzieć się, z której płyty pochodzi, ale moje wysiłki spełzły na niczym. Sprawa została uznana za niebyłą. Aż do teraz. Nie tak dawno bowiem zacząłem kolekcjonować dorobek Jefferson Airplane na CD i nagle ta niezapomniana przez tyle lat melodia uderzyła mnie we wspaniały sposób po uszach.

Ten album, to moim zdaniem, esencja sceny z Zachodniego Wybrzeża. Jest tu wszystko co sprawiło, że wokół młodych grup z San Francisco zrobiło się głośno.
Szaleństwo, anarchia, nieprzewidywalna, improwizowana gra zespołu - by wskazać dla przykładu rewelacyjny, gitarowy 'Spare Chaynge'. Bardzo psychodeliczny, wręcz narkotyczny nastrój całości - dość kontrowersyjny kolaż dźwiękowy 'A Small Package Of Value Will Come To You, Shortly' - oraz jakaś dziwna szlachetność i swoisty liryzm. W kilku fragmentach - jak choćby w 'The Last Wall Of The Castle' - słychać było zauroczenie zespołu cięższymi brzmieniami spod znaku The Jimi Hendrix Experience.
Płyta idealnie oddaje atmosferę roku 1967 na rockowej scenie. 'After Bathing At Baxter's' to także chyba najlepszy LP Jefferson Airplane.

Muszę przyznać, że słuchając tej płyty przekonałem się także do śpiewu Marty Balina. Ten jego wibrujący, nieco płaczliwy głos zawsze wydawał mi się nijaki. Tym bardziej dziwiło mnie powierzanie mu głównych partii wokalnych w wielu nagraniach. Teraz już wiem jak bardzo się myliłem. Może brak mu zadziorności charakterystycznej dla Grace Slick, ale właśnie przecież na tym polega urok tego duetu - na kontraście. Głos Marty Balina jest stworzony do łagodniejszych tematów, podczas gdy Grace Slick zdecydowanie urodziła się by śpiewać ostrzej.
Chociaż...Akurat wspomniany na początku wspaniały, przebojowy 'Watch Her Ride' jest tego zaprzeczeniem.

Zamieszczona przeze mnie okładka pochodzi z bardzo rzadkiej japońskiej edycji oryginalnego LP. Dlaczego wybrałem tę wersję, zamiast właściwej amerykańskiej? Nie wiem. To pewno przez moje małe zboczenie na punkcie psychodelii i wszystkiego co z tym nurtem związane - od muzyki poprzez stronę wizualną, a na ubiorach skończywszy.

wtorek, 18 sierpnia 2009

EARTH AND FIRE 1970




1. Wild And Exciting
2. Twilight Dreamer
3. Ruby Is The One
4. You Know The Way
5. Vivid Shady Land
6. 21th Century Show
7. Seasons
8. Love Quiver
9. What's Your Name

Skład

Jerney Kaagman - Lead Vocals
Chris Koerts - Guitar
Gerard Koerts - Guitar, Keyboards
Hans Ziech - Bass Guitar
Cees Kalis - Drums


Holenderski zespół Earth And Fire na przestrzeni 12 lat nagrał osiem płyt, ale tak na prawdę dla rockowego ucha liczą się tylko dwa-trzy pierwsze, mające progresywne ambicje, tytuły.

Debiut to wspaniałe majestatyczne, lekko baśniowe nagrania. Oczywiście dominującymi instrumentami były organy Hammonda i gitara. Grupa posiadała łatwość w komponowaniu chwytliwych, ale niebanalnych melodii. Zaś blasku dodawał im kobiecy głos Jerney Kaagman. Muszę przyznać, że czasem owe kobiece wokale okazywały się znacznie ciekawsze i bardziej na miejscu niż męskie. Przy okazji okazuje się, że na przełomie lat sześćdziesiątych-siedemdziesiątych bardzo dużo pań brało na siebie obowiązki wokalne. Okazuje się, że ten okres w muzyce nie należał wyłącznie do mężczyzn.

Ta płyta to właściwie ideał progresywnego lub art rockowego grania.
Właśnie - czym się różnią te dwa terminy? Jedni uważają, że niczym, że oba odnoszą się do tego samego rodzaju muzyki. Inni natomiast twierdzą, że różnice są i to dość wyraźne.
Muszę przyznać, że sam nie bardzo wiem o co w tym wszystkim chodzi. Mogę jedynie zgadywać.
Progresywny rock jest chyba w większym stopniu syntezą różnych odmian muzyki, nieco bardziej opiera się na psychodelicznym dziedzictwie. Natomiast art rock jest chyba delikatniejszy, spowity baśniową aurą.
Oczywiście to tylko moje domysły. Lecz jeśli tak jest, to płyta Earth And Fire doskonale spaja oba nurty.

Muszę przyznać, że tej płyty słucha mi się naprawdę wybornie. Z jednej strony potężne brzmienie, z drugiej zaś trochę uśmiechu, wyraźnej radości wspólnego grania. I o to chodzi.

Mam uczucie - być może mylne - że obecnie grupom grającym progresywnego rocka (jeśli tym mianem można określić współczesną sieczkę) trochę brakuje dystansu, ale przede wszystkim polotu wykonawczego. Chcą być poważni na siłę. Efekt jest raczej zabawny i nudny. Nie raz o tym wspominałem i za pewne jeszcze nie raz wspomnę.

Wracając do Earth And Fire. Ciekawym pomysłem jest grupowe odśpiewywanie refrenów. Niemal skandowanie. Jak dla mnie, to dość nietypowa maniera, jak na tego typu muzykę. Głos wokalistki przypomina barwą nieodżałowaną Mariske Veres z pochodzącej także z Holandii grupy Shocking Blue.

Genialną okładkę brytyjskiej wersji LP zaprojektował Roger Dean. Dla odmiany holenderska edycja płyty posiadała kopertę zrobioną na wzór pudełka zapałek.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

SHAPES AND SOUNDS

VOLUME 1



VOLUME 2



VOLUME 3



ALPHABEAT

niedziela, 26 lipca 2009

OCTOPUS

RESTLESS NIGHT 1970



1. The River
2. I Was So Young
3. Summer
4. Council Plans
5. Restless Night
6. Orchard Bloom
7. Thief
8. Queen And The Pauper
9. I Say
10. Johns' Rock
11. Rainchild
12. Tide


Cudowna płyta. Jedno z moich największych odkryć ostatnich miesięcy.

Utrzymane w stylistyce późnych The Beatles melodie po prostu wpadają w ucho przy pierwszym przesłuchaniu. Ktoś powie, że ten album robiłby większe wrażenie gdyby się ukazał jakieś dwa lata wcześniej, że to taka spóźniona płyta. Jak dla mnie nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ na 'Restless Night' jest wszystko to co lubię.

Momentami nieco tajemniczy, odrealniony nastrój - jak w niewydanym pierwotnie na LP, ale obecnym dopiero na kompaktowej reedycji wytwórni Rev-Ola, 'Orchard Bloom'. Piękne melancholijne tematy - w również wycofanym w ostatniej chwili z LP urzekającym 'I Was So Young' zaaranżowanym na gitarę akustyczną i fortepian oraz wzbogaconym dźwiękami melotronu, ale także romantycznym 'I Say'.

Bardziej dynamiczne, gitarowe oblicze zespół zaprezentował w 'The River' czy w nagraniu tytułowym - z mocno przesterowaną gitarą elektryczną i zadziornym śpiewem - który przechodził we wspomniany 'Orchard Bloom' (jak można było usunąć tak genialny fragment?). Ponad to zamykający całość dostojny - zwłaszcza w rewelacyjnym instrumentalnym finale - i w dużym stopniu instrumentalny 'Tide'.

Bardzo wyraźne wpływy słynnej czwórki z Liverpoolu dostrzegalne są chociażby w rytmicznym 'Queen And The Pauper', gdzie prym wiodą świetne, falujące partie organów Hammonda.

Właściwie we wszystkich zaprezentowanych piosenkach kwartet duży nacisk położył na grupowe harmonie wokalne, co w 1970 roku powoli odchodziło do lamusa. Niesłusznie.
Moim zdaniem na płycie nie ma słabego momentu. Nawet dodane do CD bonusy są wspaniałe. Zwłaszcza ukochany przeze mnie 'Call Me A Fool'.

Jak już wspomniałem - Octopus opierali swoją muzykę głównie na dorobku The Beatles, ale gdzieś tam było słychać wpływ Pink Floyd - chociażby w 'Orchard Bloom', gdzie motyw grany na gitarze z efektem wah-wah przypomina nieco 'The Narrow Way Part Three' z albumu 'Ummagumma' - i trochę wczesnego progresywnego grania.
Natomiast jako całość płytę można zaliczyć do pop-psychodelii i jest to pop-psychodeliczne granie z najwyżej półki. Uwielbiam tę płytę. Mogę ją słuchać do znudzenia. Ma w sobie jakiś intymny, ulotny klimat.

Oryginalny LP wydała wytwórnia Penny Farthing. Oczywiście, co wówczas było dość częstym zjawiskiem, płytę wytłoczono w tak nikłym nakładzie, że chyba tylko nieliczne grono fanów zdołało nabyć ten świetny LP. Podobno ukazało się tylko pięćset egzemplarzy 'Restless Night'. W dodatku, żeby nie było zbyt przyjemnie, wytwórnia narzuciła grupie niezbyt przekonującą okładkę.
To takie typowe dla tamtych czasów.

czwartek, 23 lipca 2009

JUNIOR'S EYES

BATTERSEA POWER STATION 1969



1. Total War
2. Circus Days
3. Imagination
4. My Ship
5. Miss Lizzy
6. So Embarrassed
7. Freak In
8. Playtime
9. I’m Drowning
10. White Light
11. By The Tree


Kolejna świetna, a zupełnie niedoceniona płyta pochodząca ze stajni Regal Zonophone (m.in. Procol Harum, The Move).

Junior's Eyes nagrali świetny album będący kolejnym dowodem, że w 1969 roku w muzyce rockowej nie było żadnych granic.
Tytułowy mocno schizofreniczny utwór, to połączone ze sobą bardzo różnorodne piosenki. Czyli coś, co powoli stawało się specjalnością progresywnego gatunku. Uwielbiam 'Battersea Power Station'. Szaleństwo przeplata się z liryzmem. Jarmarczna atmosfera z poezją. A wszystko ma kształt przemyślany i spójny. Zróżnicowane pod względem melodycznym piosenki są naprawdę wpadające w ucho i nie nużą. Zespół wypruwa sobie flaki przez cały czas trwania tej świetnej suity. Nie ma wprawdzie jakiś studyjnych atrakcji, ale za to jest niesamowita energia od samego początku ('Total War') aż do końca ('Freak In').
A pomiędzy tymi nagraniami można usłyszeć mieszankę wszystkiego, co tylko miłośnik dobrego grania może zapragnąć.

Jest więc przebojowy 'Circus Day' z zacięciem zaśpiewany przez wokalistę (w finale pojawiają się instrumenty dęte). Cięższe zróżnicowane granie grupa proponuje w świetnym 'Imagination', gdzie w końcowej części pojawia się rewelacyjna ostra gitarowa kanonada. Uwielbiam to. W poetyckim i niemal akustycznym 'My Ship' dominuje melotron. Zawsze mam ciarki gdy słucham tego niebiańskiego utworu. Potem składający się z jakby dwóch kontrastujących ze sobą motywów 'Miss Lizzy'. Lekko wodewilowe granie (wspomagane przez drumle) gładko przechodzi tutaj w niepokojący monumentalny refren. Po tych wszystkich emocjach zespół zaproponował hard-rockowy 'So Embarrassed' wsparty brzmieniem organów Hammonda.
Na finał otrzymaliśmy hałaśliwym 'Freak In' ozdobiony kapitalnym skandowaniem.

Drugą stronę oryginalnego LP można uznać za swoiste nawiązanie do tytułowej suity, tyle że nagrania są bardziej zwięzłe. Jednak nawet w krótszych formach grupa potrafiła różnicować nastroje i skutecznie wprowadzić tę nieco zwariowaną otoczkę.
Bez wątpienia wyróżniał się 'White Light'. Ponownie była to kompozycja, oparta na dwóch różniących się między sobą tematach. Powolny i niezwykle tajemniczy - bazujący na atmosferycznej zagrywce gitary. Bardziej żywiołowa część utworu, to natomiast skandowany refren.
Ciekawy kontrast.

'I’m Drowning' to akustyczna, właściwie folkowa piosenka. 'Playtime' to powrót do bardziej ciężkich klimatów.

Kocham ten album. W tym miejscu chciałbym podziękować grupie Junior's Eyes za wspaniałą płytę. Mam jednak wrażenie, że wciąż jakby niedocenioną, niezbyt znaną nawet wśród kolekcjonerów. Może się jednak mylę. Mam taką nadzieję, bo 'Battersea Power Station' to dzieło genialne.
Polecam Junior's Eyes 'Battersea Power Station' wszystkim fanom dobrego grania.

KILLING FLOOR

OUT OF URANUS 1970

Co tu dużo pisać? Drugi i niestety ostatni album w dorobku Killing Floor, to rockowy dynamit w najbardziej skomasowanej wersji jaką można sobie wyobrazić. Bezkompromisowy i pozbawiony słabych punktów.
Zespół od początku atakuje uszy słuchacza gitarową kanonadą, tak jak w przypadku intrygującego debiutu, wyrastającą z bluesa. O ile jednak pierwsza płyta to blues-rock z wyraźniejszym ukłonem w stronę bluesowej tradycji i nasycony muzyką psychodeliczną, to 'Out Of Uranus' jest już zdecydowanie rockową propozycją z niewielką domieszką psychodelicznych reminiscencji. Oczywiście odniesienia do bluesa nadal są bardzo wyraźne, ale jako całość płyta ma bardziej heavy-progresywny charakter.




1. Out Of Uranus
2. Soon There Will Be Everything
3. Acid Bean
4. Where Nobody Ever Goes
5. Sun Keeps Shining
6. Call For The Politicians
7. Fido Castrol
8. Lost Alone
9. Son Of Wet
10. Milkman


Już utwór tytułowy to iście archetypowa rockowa petarda, gdzie zespół prezentuje się od jak najlepszej strony. Proszę zwrócić uwagę na tnące jak brzytwa brawurowe partie gitary oraz na te wszystkie pauzy. Killing Floor jawi się tutaj niczym sprawnie działająca maszyna. Nie ulega wątpliwości, że grupie nie brakowało polotu i wyobraźni.

Dużo jest na 'Out Of Uranus' nawiązań do klasyki bluesa oraz do osiągnięć innych wykonawców działających w tym czasie.
Dla przykładu w 'Acid Bean' pojawia się zagrywka gitary niemal żywcem zaczerpnięta z 'Oh Well' grupy Fleetwood Mac. Natomiast sam utwór tytułowy oparty został na riffie gitary mocno kojarzącym się z tym, na którym zbudowany został 'Born To Be Wild' zespołu Steppenwolf. Ale może mi się zdaje? Natomiast ewidentnie hołdem dla klasycznego bluesa jest niesamowicie dynamiczny 'Lost Alone', którego główny motyw jest parafrazą 'I'm A Man' autorstwa Bo Diddleya. 'Sun Keeps Shining' to uroczy pastisz przebojów doby rock and rolla w środkowej części okraszony zupełnie kontrastową improwizacją gitary i gitary basowej.

W nagraniu 'Soon There Will Be Everything' grupa w sposób frapujący wykorzystała brzmienie melotronu, dzięki czemu muzyka zabrzmiała niezwykle posępnie i oczywiście bardzo progresywnie.
Wiele nagrań zostało wzbogaconych dźwiękami harmonijki ustnej. Sekcja rytmiczna sprawiła zaś, że muzyka nabrała piorunującej wręcz dynamiki, czego dowodem rewelacyjne solo perkusji w 'Son Of Wet'. Swoją drogą, także na debiucie Bas Smith uraczył słuchaczy solową prezentacją swoich umiejętności. Jednak na drugiej płycie to już jest istny karabin maszynowy.

Osobna pochwała należy się wokaliście. Bill Thorndycraft śpiewa tym swoim zadziornym, pełnym żaru głosem w sposób niezwykle porywający i wyrazisty. Uwielbiam jego głos znacznie bardziej niż na przykład koszmarne popiskiwania Roberta Planta.

Oryginalny LP wydany został przez wytwórnię Penny Farthing zarówno w Wielkiej Brytanii jak i w Niemczech. Ponieważ jednak wówczas prawie nikt nie był zainteresowany tym świetnym dokonaniem, to obecnie płyta jest dużym rarytasem poszukiwanym przez kolekcjonerów i osiąga bajońskie sumy. Muszę też przyznać, że już sama okłada, ozdobiona dość prowokacyjnymi ilustracjami sprawia, że również chciałbym posiadać ten album.
Reasumując. 'Out Of Uranus' jest płytą niemal idealną. Gdzie heavy-rockowe granie zyskało bardzo szlachetne rysy. Porywająca płyta.

BLOSSOM TOES

WE ARE EVER SO CLEAN 1967




1. Look At Me I'm You
2. I'll Be Late For Tea
3. The Remarkable Saga Of The Frozen Dog
4. Telegram Tuesday
5. Love Is
6. What's It For
7. People Of The Royal Parks
8. What On Earth
9. Mrs Murphy's Budgerigar
10. I Will Bring You This And That
11. Mister Watchmaker
12. When The Alarm Clock Rings
13. The Intrepid Balloonist's Handbook - Volume One
14. You
15. Track For Speedy Freaks (Or Instant LP Digest)


Skład


Brian Belshaw - Bass, Vocals
Jim Cregan - Guitar, Vocals
Brian Godding - Guitar, Keyboards, Vocals
Kevin Westlake - Drums


Blossom Toes jest klinicznym przykładem jak dziwnymi prawami rządzi się przemysł muzyczny i jak niesprawiedliwy bywa los. Zespół był czołowym przedstawicielem brytyjskiego rockowego undergroundu i niestety nigdy na powierzchnię nie zdołał się wydostać. Jak to możliwe? Nie mam pojęcia. Czy publiczność nie miała dostępu do płyt? Czy może nie wyraziła zainteresowania obydwoma wydanymi przez zespół albumami? A może to wytwórnia nie wytłoczyła wystarczającej ilości egzemplarzy i zawaliła promocję?
Takich pytań można by mnożyć więcej. Prawda być może leży gdzieś po środku.
Nie zmieni to przykrego faktu, że Blossom Toes pozostał grupą niemal zapomnianą, mimo że odcisnął spore piętno na muzyce rockowej drugiej połowy lat 60.

Dominującymi osobowościami w grupie byli dwaj gitarzyści Brian Godding oraz Jim Cregan.
To właśnie pierwszy z nich odpowiedzialny był za lwią część repertuaru zamieszczonego na debiutanckiej płycie. Trzeba przyznać, że są to kompozycje dowodzące nieprzeciętnego talentu. Biorąc pod uwagę ogrom materiału (aż piętnaście piosenek) to nie ma właściwie ani jednego chybionego pomysłu. Nie ma chwili nudy. Po za tym z jaką lekkością i wdziękiem zespół porusza się po różnych obszarach stylistycznych, nawet na moment nie pozbawiając swojej muzyki pop-psychodelicznego wdzięku. Album aż skrzy się od pomysłów i wspaniałych melodii.

Grupa na pewno miała swój własny styl, ale jako całość album nawiązuje do takich muzycznych dokonań jak 'Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band' The Beatles czy 'Face To Face' The Kinks. Czyli odrobina angielskiego poczucia humoru - jak choćby w postrzelonym 'The Remarkable Saga Of The Frozen Dog' - momentami nieco wodewilowy charakter niektórych nagrań, cała gama barw i odcieni oraz zdecydowanie rockowy wydźwięk. Oczywiście nie mogło zabraknąć różnego rodzaju efektów dźwiękowych. Ponadto wiele nagrań wzbogacono czarującym partiami instrumentów dętych.

Mnie te piosenki kojarzą się z próbą ukazania dnia codziennego i odsłonięcia jego magicznego wymiaru.
Wymienię tylko kilka piosenek, które należą do moich ulubionych.
Na otwarcie płyty kapitalny 'Look At Me I'm You'. Świetny psychodeliczny rock z pojawiającymi się w tle efektami puszczanych od tyłu taśm. Kolejna wspaniała piosenka, to 'I'll Be Late For Tea'. Dynamiczny utwór posiadający niezwykle refleksyjny - zwłaszcza w zwrotkach - charakter i wzbogacony brzmieniem trąbki.

Wiem, że się powtarzam w tych moich opisach, ale proszę mi wierzyć, że dobra muzyka rockowa, to nie jest tylko banalny łomot, ale przede wszystkim jakaś forma muzycznej poezji. Próba oddziaływania na zmysły słuchacza poprzez inteligentnie rozplanowane dźwięki. Subtelna próba zmuszenie słuchającego do przemyśleń.
Wiem. Strasznie to pretensjonalne.





Wracając do tematu. Przepiękny 'Love Is' to ze smakiem zaaranżowana - instrumenty smyczkowe, flet poprzeczny oraz delikatne dźwięki fortepianu - niezwykle kameralna, osnuta tajemniczą aurą ballada. Cudowny fragment.
'Mister Watchmaker' to mój ukochany moment płyty. Zagrana w rytmie walczyka, pełna ulotnego czaru, niezwykle melancholijna kompozycja, ponownie urzekająca tymi wysublimowanymi aranżacjami, tak nietypowymi dla rockowej estetyki. Przepiękna muzyka do ostatniej sekundy. Ileż tutaj jest emocji.
Jako ostatni wymienię 'You'. Rewelacyjny gitarowy utwór z genialnym pogłosem na wysokości refrenu. Zawsze mam ciarki, gdy tego słucham. Na koniec albumu Blossom Toes zaproponowali kolaż dźwiękowy będący wiązanką tematów ze wszystkich piosenek na 'We Are Ever So Clean'.

Fenomenalna płyta. Idealny przykład ambitnej muzyki pop. Psychodelicznej czy nie, ale bez dwóch zdań - wspaniałej.

MORGEN 1969

Ponieważ nie bardzo mam czas (i trochę natchnienie) do opisywania płyt, które wywarły na mnie ogromne wrażenie, postanowiłem, że na razie będę zamieszczał tylko okładki. Dzięki temu będę miał wszystko uporządkowane, a za czas jakiś na pewno dodam opisy - może nieco bardziej zwięzłe niż dotychczas.


środa, 27 maja 2009

THE ZOMBIES

ODESSEY AND ORACLE 1968

Można nie znać debiutu Soft Machine. Można nie znać 'Surrealistic Pillow' Jefferson Airplane. Można nie kojarzyć 'Their Satanic Majesties Request' The Rolling Stones. Ale nie znać 'Odessey And Oracle' to grzech. Zwłaszcza, jeśli ktoś uważa się za miłośnika rockowego grania (nie tylko z lat sześćdziesiątych).




1. Care Of Cell 44
2. A Rose For Emily
3. Maybe After He's Gone
4. Beechwood Park
5. Brief Candles
6. Hung Up On A Dream
7. Changes
8. I Want Her She Wants Me
9. This Will Be Our Year
10. Butcher's Tale (Western Front 1914)
11. Friends Of Mine
12. Time Of The Season


Colin Blunstone – Vocals
Rod Argent – Organ, Piano, Mellotron, Vocals
Paul Atkinson – Guitar
Chris White – Bass, Vocals
Hugh Grundy – Drums



Drugi i niestety ostatni album Zombies, to absolutne arcydzieło rocka. Skończony majstersztyk. Płyta tak genialna, że nie sposób opisać emocje i uczucia jakie niesie w sobie muzyka tutaj zawarta. Płyta wręcz piorunująca swym pięknem. Bez dwóch zdań jest to jeden z najlepszych tytułów jaki kiedykolwiek został nagrany. Miliard razy lepszy niż te wszystkie milionowe bestsellery.
Dzisiaj to prawdziwy ołtarz dla fanów ambitnej pop psychodelii.
Jednak w chwili ukazania się 'Odessey And Oracle' przepadł na rynku. Rozgoryczeni muzycy rozwiązali zespół. Osobiście uważam porażkę tej cudownej płyty za jedną z największych pomyłek w historii fonografii. Nie rozumiem jak można było tak zawalić promocję albumu. W dodatku posiadającego tak fantastyczną okładkę. Właściwie ideał psychodelicznej ilustracji.

Grupa Zombies istniała około siedmiu lat. W tak krótkim czasie udało im się wydać jedynie dwie płyty. Pierwszą nagrali dla wytwórni Decca, zaś omawianą tutaj płytę nagrali dla CBS. Za wybitnie melodyjne kompozycje odpowiedzialne były tylko dwie osoby - Rod Argent i Chris White.

W nagraniach panuje bardzo kameralny, melancholijny nastrój. To nic, że za sprawą melotronu brzmienie staję się momentami bardzo potężne. Zespół nigdy nie uderza w patetyczny, pretensjonalny ton. Gra z niezwykłym wdziękiem i dostojeństwem. Uczucie jest takie jakby piosenki adresowane były bezpośrednio do słuchacza.
Czego tu nie ma. Oparty na optymistycznej melodii 'Care Of Cell 44' to wspaniały początek płyty. Utwór (jak niemal wszystkie pozostałe) od razu wpada w ucho. I te rewelacyjnie zharmonizowane głosy - znak rozpoznawczy płyty (bez wątpienia inspiracją były dokonania grupy The Beach Boys). Albo 'Brief Candles'. Zwłaszcza końcowa partia fortepianu i jego oddalające się dźwięki. Niezwykle poruszający moment. Potem fenomenalny i niewyobrażalnie wręcz porażający swoim dramatyzmem 'Hung Up On A Dream' z dominującym brzmieniem melotronu. Cóż za kompozycja. Trudno to opisać. Muzyczne wydarzenie.
Nad piosenką 'Beechwood Park' unosiła się jakaś dziwna, tajemnicza oniryczna aura. Z kolei utwór 'Butcher's Tale (Western Front 1914)' zagrany jedynie z akompaniamentem organów ma w sobie taką dawkę dramatyzmu (zwłaszcza w refrenie) że aż ciarki po plecach przechodzą.
Mógłbym się tak zachwycać bez końca.

Nie lubię przeklinać (zwłaszcza, gdy ktoś inny może to przeczytać). Ale powiem wprost - pieprzę współczesną muzykę. Te wszystkie tandetne, trywialne i nijakie pioseneczki. Te pseudo ambitne zespoliki, które mydlą nam oczy, że tworzą coś wyjątkowego. Chrzanię tę całą masówkę, która zalewa nas ze wszystkich stron. Kiedy słucham płyt takich jak 'Odessey And Oracle' wiem, że najlepsze i najbardziej wyjątkowe były lata 60. To mi w zupełności wystarcza.

sobota, 16 maja 2009

GOLDEN DAWN

POWER PLANT 1967

MIGHTY BABY 1969



1. Egyptian Tomb
2. Friend You Know But Never See
3. I've Been Down So Long
4. Same Way From The Sun
5. House Without Windows
6. Trials Of A City
7. I'm From The Country
8. At A Point Between Fate And Destiny

Bonus (The Action 1968)

9. Only Dreaming
10. Dustbin Full Of Rubbish
11. Understanding Love
12. Favourite Days
13. Saying For Today


Cóż za wspaniała płyta. Cóż za wspaniałe odkrycie.
Przyznam, że taka muzyka sprawia, że czuję się lepszym człowiekiem. Pewniejszym siebie. Silniejszym wewnętrznie. Jak to cudownie, że kiedyś byli tacy muzycy, którzy byli w stanie tworzyć rzeczy tak wspaniałe. Poruszające.
W każdym razie moja dusza śpiewa, gdy słyszę takie albumy.

Mighty Baby powstał po rozpadzie The Action.
Legendarny kwintet uważany jest za jeden z najważniejszych brytyjskich zespołów połowy lat sześćdziesiątych. Niestety pomimo podpisania kontraktu z wytwórnią Parlophone i nagrania pięciu singli z Georgem Martinem jako producentem, nie udało się The Action zdobyć uznania szerszej publiczności. W 1967 roku do czterech muzyków formacji dołączyli - były gitarzysta Savoy Brown, Martin Stone oraz multiinstrumentalista, Ian Whiteman.

Wówczas zespół zarejestrował materiał na niewydany - niestety odrzucony przez wytwórnię - album, który ukazał się dopiero w latach dziewięćdziesiątych, najpierw jako 'Brain', a następnie pod tytułem 'Rolled Gold'.
Także w tym czasie (1968 rok) zostało zarejestrowanych pięć nagrań, które ujrzały światło dopiero w 1985 roku. W składzie nie było już wokalisty Rega Kinga. Tak więc w tym momencie ukonstytuował się skład grupy Mighty Baby, która nagrała tylko dwie płyty.

Debiut to dzieło zachwycające. Grupie w magiczny sposób udało się połączyć elementy dość wyrafinowanego gitarowego grania oraz zanikającego powoli rocka psychodelicznego. Słychać też bardzo delikatne wpływy grup z Zachodniego Wybrzeża - zwłaszcza Quicksilver Messenger Service - oraz bardzo delikatne elementy muzyki country.

Mnie płyta zachwyca swoim szlachetnym brzmieniem i jeszcze bardziej finezyjnym, pełnym uczucia wykonaniem - świetne gitarowe partie Martina Stone'a oraz wspaniała gra na instrumentach dętych Iana Whitemana. Bardzo plastyczna, ale zdecydowanie mocna i dynamiczna sekcja rytmiczna plus z wyobraźnią wypełniająca tło, w niektórych kompozycjach, gra na instrumentach klawiszowych - fortepian lub organy Hammonda - dopełniały obrazu całości. Przy czym nie ma tutaj ani krzty wirtuozerii czy efekciarskich popisów. Mamy do czynienia z muzyką grupową, wykonywaną przez doskonale zgranych ze sobą muzyków, z których żaden nie stara się wychylać przed szereg.

Płytę wyprodukował Guy Stevens znany wówczas ze współpracy z Art (formacja potem przeobrażona w Spooky Tooth), Free oraz Mott The Hoople. W późniejszym czasie został zaś producentem albumu 'London Calling' grupy The Clash.

Najbardziej zapadającym w pamięć nagraniem jest bez wątpienia, otwierający płytę 'Egyptian Tomb'. Ten hipnotyzujący utwór zniewala wspaniałą melodią, transową partią saksofonu oraz unoszącą się nad całością orientalną aurą. Słychać również echa debiutu East Of Eden 'Mercator Projected'. Dla mnie jest to jedna z najważniejszych piosenek całych lat sześćdziesiątych.

Materiał, który wypełnił LP był różnorodny.
Znalazło się miejsce chociażby dla żywiołowego boogie w 'Trials Of A City'.
Wieńcząca płytę 'At A Point Between Fate And Destiny' to wyciszona, melancholijna piosenka zagrana bez udziału perkusji - zaśpiewana na tle wysuniętych na plan pierwszy rozciągniętych dźwięków organów Hammonda oraz wyrazistego pulsującego basu. Aranżację uzupełniała pogrywająca w tle gitara akustyczna. W finale natomiast pojawiał się eteryczny, pobrzmiewający smutkiem saksofon.

Osobną kwestię stanowi pięć bonusowych nagrań. Jak wspomniałem we wstępie, piosenki pochodzą z sesji z 1968 roku, a na wydanie czekały aż do 1985, kiedy to ukazały się jako Mini LP 'Action Speak Louder Than'.

Moim zdaniem, te krótkie, niezwykle refleksyjne piosenki, to prawdziwe arcydzieła. Wpadające w ucho cudowne, lekko psychodeliczne melodie zahaczające wyraźnie o progresywne rejony. Nastrój zadumy i doprawdy poruszające wykonanie.
Słychać jak doskonałym gitarzystą był bardzo niedoceniony Martin Stone. Ale zachwyca także szlachetne brzmienie organów Hammonda oraz misternie budowane zespołowe partie wokalne.
Nie mogę zrozumieć, jak można było nie wydać tego w epoce. Jaka szkoda, że zespół nie zarejestrował wówczas więcej takich wspaniałości. Bez wątpienia powstałby majstersztyk na miarę 'Odessey And Oracle' Zombies.

Aha. Jeszcze jedno. Dla odmiany producentem tych nagrań był Peter Jenner, były menadżer Pink Floyd.

Na zakończenie dodam, że początkowo myślałem, że pod groźnie wyglądającą okładką kryje się muzyka zdecydowanie ostrzejsza.