sobota, 17 kwietnia 2010

BEZ TYTUŁU

Ostatnie dni upływają pod znakiem tragedii narodowej. Dużo łez. Dużo smutku. I oczywiście dużo emocji - nie zawsze mających wydźwięk żałoby po ofiarach katastrofy lotniczej. Jaka szkoda, że nawet w tak przykrych okolicznościach pojawiają się różnego rodzaju przepychanki i animozje. Rzecz jasna media też dolewają oliwy do ognia. Inaczej być nie może. Nie będę się wypowiadał na ten temat na forum publicznym. Mam swoje poglądy, ale te zachowam wyłącznie dla siebie.

Ogarnęła mnie chwilowa inercja. Także ze względu na aurę. Niby jest słonecznie, ale jednocześnie strasznie sennie. Nijak. Chyba wiosna wtargnęła zbyt intensywnie w moje życie. Dlatego w tym tygodniu nic nie dopisałem. Nie dodałem chociażby nowej okładki płyty. Nic.
Ale to się zmieni.

Dzisiejszy dzień upłynął mi na długim spacerze. Było przepięknie. Tłumy ludzi. Młodszych i starszych. Życie tętniło. Wszystko już obudziło się z zimowego letargu. Jest pięknie. Aż przyjemnie było obserwować. I mimo, że nie przepadam za takim hałasem i ruchem, to akurat są dni kiedy mam ochotę w tym uczestniczyć i tylko żałuję, że nie mogę być w kilku miejscach jednocześnie.

Dzisiaj - bez wątpienia - był taki dzień.

wtorek, 6 kwietnia 2010

MONKS

BLACK MONK TIME (1966)



1. Monk Time
2. Shut Up
3. Boys Are Boys And Girls Are Choice
4. Higgle-Dy-Piggle-Dy
5. I Hate You
6. Oh, How To Do Now
7. Complication
8. We Do Wie Du
9. Drunken Maria
10. Love Came Tumblin' Down
11. Blast Off
12. That's My Girl


Skład


Gary Burger – Vocals, Guitar
Larry Clark – Organ
Roger Johnston – Drums
Eddie Shaw – Bass Guitar
Dave Day – Banjo


Tym razem napiszę o grupie Monks. Nie dlatego, że jestem zagorzałym wielbicielem ich muzyki, ale dlatego, że było to zjawisko wyjątkowo kuriozalne.
Grupę tworzyło czterech tak zwanych Marines, stacjonujących w Niemczech. Chcąc wyróżniać się pośród setek innych zespołów, wymyślili dla siebie nietypowy wizerunek. Otóż zgolili włosy na samym czubku głowy na wzór Mnichów, natomiast u szyi zawiesili sobie liny imitujące sznur od szubienicy.
Dziwne.
Wydaje mi się, że nawet przy dzisiejszych standardach, taki pomysł jest zdecydowanie nietypowy.

Co do muzyki.
Nazwa zespołu w połączeniu z czarną okładką mogłaby sugerować jakieś wyjątkowo posępne klimaty. Tymczasem mamy do czynienia z klasycznym garage-rockiem. W dodatku, jak na mój gust, nieco już staromodnym. Faktem jest natomiast, że w warstwie literackiej, Monks proponowali dosyć ostry atak na ówczesną sytuację społeczno-polityczną. Ale to akurat ma najmniejsze znacznie.

Płyta, jak i sam zespół ma liczne grono wielbicieli. Sam LP - oryginalnie wydany wyłącznie w Niemczech - jest popularny przede wszystkim ze względu na jego ogromną cenę. W stanie idealnym 'Black Monk Time' osiąga cenę około 1000 Euro.

Dlaczego ponownie postanowiłem trochę skrytykować ulubioną muzykę?
Ponieważ uważam, że czasem tak wypada. To nieprofesjonalne ciągle wyłącznie zachwalać. A tak całkiem poważnie. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych powstawało mnóstwo zespołów. W tym natłoku wykonawców niektórzy, moim zdaniem, nie prezentowali jakiegoś szczególnie wyjątkowego poziomu. Na dodatek w tym okresie spora część grup brzmiała po prostu strasznie prymitywnie. Dlatego nie bardzo rozumiem te wszystkie bezkrytyczne zachwyty wobec wielu zapomnianych artystów.

W porównaniu do zamieszczonego poniżej The Misunderstood - Monks sprawiają wrażenie jakby zostali wygrzebani z odkrywkowej kopalni węgla brunatnego. Trudno się potem dziwić, że wielu ludzi słysząc coś takiego, krytykuje klasycznego rocka. Też bym raczej nie wpadł w euforię.
Proszę mi jednak wierzyć - to nie jest granie reprezentatywne dla tego okresu.

Nie wszystko złoto, co się świeci. W przypadku Monks - czarnym blaskiem.

piątek, 2 kwietnia 2010

MISUNDERSTOOD

BEFORE THE DREAM FADED (1965-1966)



Produced By Dick Leahy. Recorded 1966 In London At Fontana Studios And IBC

Colour Of Their Sound

1. Children Of The Sun
2. My Mind
3. Who Do You Love
4. I Unseen
5. Find The Hidden Door
6. I Can Take You To The Sun

1965 USA Recordings (Preserved From Acetate)

Blue Day In Riverside

1. I’m Not Talking
2. Who’s Been Talking?
3. I Need Your Love
4. You Don’t Have To Go
5. I Cried My Eyes Out
6. Like I Do


Ten amerykański zespół był wielkim odkryciem Johna Peela. Słynny prezenter radiowy sprowadził The Misunderstood do Anglii i pokierował ich krótkotrwałą karierą. Już na miejscu do grupy dołączył utalentowany gitarzysta Tony Hill, jednocześnie główny twórca repertuaru, który wypełnił połowę omawianej przeze mnie kompilacji.

Otóż to.
Opisywany zestaw podzielony został na dwie części. Pierwsze sześć nagrań zarejestrowane zostały w 1966 roku w Anglii. Natomiast pozostałe piosenki pochodzą jeszcze z 1965 roku, kiedy grupa egzystowała w Kalifornii.

Moją uwagę skoncentruję na tych nagraniach, które powstały w Anglii. To był czas Swingującego Londynu. W kulturze młodych ludzi następowały nieodwracalne przemiany obyczajowe. W tym momencie rozpoczęło się prawdziwe rockowe granie. Klasyczny beat i rhythm and blues w naturalny sposób przekształcił się w nieco mocniejszy i ostrzejszy freak-beat oraz garage. Ponieważ w tym samym czasie kształtował się również nurt rocka psychodelicznego, to te dwa kierunki zaczęły się przenikać. Właśnie jednym z pierwszych rzeczywiście doskonałych pod względem artystycznym wyrazicieli był Misunderstood.

W 1966 roku ich muzyka mogła wydawać się ekstremalna. Niestety problem polegał na tym, że z kilku zarejestrowanych przez zespół utworów wytwórnia Fontana wówczas wybrała tylko dwa, które wydała na singlu.

Na pierwszej stronie pojawił się innowacyjny 'I Can Take You To The Sun'. Utwór krótki, ale jak na singiel posiadający taki ładunek dramatyzmu i naładowany taką kanonadą nowatorskich pomysłów, że chyba publiczność nie była przygotowana na takie rewolucyjne rozwiązania i singiel przepadł. Pierwsza część nagrania to niezwykle atmosferyczne, psychodeliczne granie z głębokim głosem Ricka Browna i gitarą slide w roli głównej. Natomiast druga część kompozycji przeradza się w gitarową miażdżącą ścianę dźwięku, by w finale przejść w grane na gitarze klasycznej flamenco. Co tu dużo pisać - ta piosenka to majstersztyk.
Na drugiej stronie figurował 'Who Do You Love?'. Zagrana w bezkompromisowy sposób i bardzo dynamiczna interpretacja kompozycji Bo Diddleya.

Niestety wkrótce po ukazaniu się singla dwóch muzyków grupy dostało powołanie do wojska, co oznaczało wyjazd na wojnę w Wietnamie oraz koniec zespołu.
Gdy trzy lata później wytwórnia Fontana wydała kolejnego singla 'Children Of The Sun - I Unseen' (oba nagrania pochodziły z tej samej sesji z 1966 roku) świat muzyki rockowej uległ diametralnej przemianie, zaś sam The Misunderstood działał już wtedy w zupełnie innym składzie.

W każdym razie 'Children Of The Sun' to niesamowicie chwytliwy i zagrany bez taryfy ulgowej, wzorcowy przykład garażowego rocka. Wielu uważa ten utwór za mocniejszy wariant 'Shapes Of Things' Yardbirds (prawdopodobnie ze względu na nieco marszowy rytm). Możliwe, że tak jest. Ale dla mnie to dynamit. Chociaż w 1969 roku grało się już inaczej i takie piosenki nie miały prawa zainteresować kogokolwiek.
Na odwrocie umieszczono złowieszczy, zaśpiewany ponurym głosem 'I Unseen' ozdobiony dźwiękami harmonijki ustnej.

Pozostałe dwa nagrania w niczym nie ustępowały wyżej wymienionym. Trzeba jedno przyznać - grupa tworzyła wyjątkowo mroczną atmosferę jak na 1966 rok. 'Find A Hidden Door' to niemal muzyczny armagedon - ciekawe zastosowanie pauz w zwrotce, natomiast refren to nagłe przyśpieszenie i desperacki śpiew Ricka Browna. Wciąż podkreślam, ale powtórzę raz jeszcze - wtedy to było muzyczne ekstremum.

Aż trudno uwierzyć, że grupa nie zarejestrowała wówczas więcej materiału, a to co wtedy powstało nie doczekało się publikacji choćby w formie EP. Tak więc w tej konfiguracji The Misunderstood nie dokonał już nic więcej i zespół, na skutek różnych niesprzyjających okoliczności, zakończył działalność. Jak to możliwe, że taki fenomen przeszedł niezauważony? Nie jestem w stanie tego pojąć. To były dziwne czasy.
Jakiś czas potem gitarzysta Glenn Campbell zebrał zupełnie nowy skład, gdzie sekcję rytmiczną stanowili Nic Potter i Guy Evans, czyli muzycy Van Der Graaf Generator. Wtedy też powstały takie fantastyczne nagrania jak 'Never Had A Girl Like You Before' czy 'Golden Glass'. Był to już jednak zupełnie inne granie, bo i czasy się zmieniły.

ATOMIC ROOSTER (1970)



1. Friday The 13th
2. And So To Bed
3. Winter
4. Decline And Fall
5. Banstead
6. S.L.Y.
7. Broken Wings
8. Before Tomorrow


Skład


Vincent Crane: Hammond Organ, Piano, Backing Vocals
Carl Palmer: Drums, Percussion
Nick Graham: Bass Guitar, Vocals, Flute


Zastanawia mnie czy w wytwórni Sanctuary Records mieli problemy ze słuchem? Jak można było tak niechlujnie przygotować reedycję debiutanckiej płyty Atomic Rooster? Nie chodzi mi ani o zawartość czy oprawę graficzną. To nie budzi najmniejszych zastrzeżeń. Moja irytacja wynika z fatalnej wręcz jakości dźwięku. Coś strasznego. Jedyne co sprawia, że wytrzymuję do końca kompaktu, to doskonała muzyka. Tej nie jest w stanie popsuć nawet metaliczne, puste brzmienie CD.

Dlaczego postanowiłem napisać o pierwszej płycie? Z dwóch powodów - ponieważ bardzo mi się podoba powolny, mocny rytm nagrań tutaj zawartych oraz dlatego, że wyjątkowo lubię dwie kompozycje 'Friday The 13th' i 'Winter'.

Nie jest to jeszcze dzieło na miarę 'Death Walks Behind You', ale przecież nie można od razu nagrywać arcydzieł. Po za tym - co bardzo istotne - album został nagrany w składzie z Nickiem Grahamem oraz Carlem Palmerem, którzy grając z rockową werwą, zdradzają częstokroć jazzowe inklinacje. Na kolejnej płycie, gdy ich miejsca zostaną zajęte przez Johna Du Canna oraz Paula Hammonda elementy jazzu zostaną niemal wyeliminowane. Po za tym także organy Hammonda lidera grupy mają na tym pierwszym albumie jazzowy koloryt.
Oczywiście muzyka nosi wyraźne elementy heavy-rockowego gatunku. Chociażby za sprawą motorycznych rytmów oraz intensywnych partii Vincenta Crane'a na organach Hammonda. Ale nawet pomimo tego, niektóre nagrania pobrzmiewają nutą refleksji czy wręcz smutku. Atomic Rooster nie zamyka się w obrębie jednego stylu. Zespół wprowadza do aranżacji także brzmienie instrumentów dętych czy fletu poprzecznego.

Słychać również, że LP był kierunkowskazem dla późniejszych poczynań Emerson Lake And Palmer głównie w okresie debiutu czy Nicholasa Greenwooda na jego jedynym albumie 'Cold Cuts'.

Co do Emerson Lake And Palmer. Nasuwają się skojarzenia w instrumentalnych organowo-perkusyjnych dialogach, które zostaną niemal powtórzone lub rozwinięte w utworach takich jak 'The Barbarian' czy 'Knife-Edge'. Proszę posłuchać choćby instrumentalnego 'Before Tomorrow'.
Inny przykład to kompozycja 'Winter'. Piękna melodyjna piosenka uatrakcyjniona długą jazzową improwizacją na fortepian, flet poprzeczny i kotły. Mnie to nasuwa skojarzenia z 'Take A Pebble'.
Proszę jednak nie traktować tych moich przyrównań jako zarzut przeciw Emerson Lake And Palmer. Nie. Uwielbiam ten zespół. Chciałem jedynie ukazać jak twórczym muzykiem był Vincent Crane.

Natomiast aranżacje instrumentów dętych w bardzo podobnej formie słychać na 'Cold Cuts'. Chociaż w tym przypadku i Vincent Crane i Nicholas Greenwood mogli czerpać z doświadczeń zebranych w czasach ich występów w Crazy World Of Arthur Brown.
Rzecz jasna są to moje spostrzeżenia, niekoniecznie zgodne ze stanem faktycznym. Dodam jeszcze, że głos Nicka Grahama barwą przypomina mi głos jego następcy w zespole Johna Du Canna.

Kariera Atomic Rooster z różnym skutkiem trwała do połowy dekady. Potem jeszcze dwukrotnie grupa wznawiała działalność.
W 1989 roku Vincent Crane odebrał sobie życie.