wtorek, 29 czerwca 2010

STONEWALL (1976)

Teoretycznie postanowiłem sobie, że będę umieszczał opisy tylko tych tytułów, do których mogę również dodać okładkę. Okłada jest dla mnie nierozłącznym i bardzo istotnym elementem dawnych płyt. Czasem stanowi nawet poważny argument dla kolekcjonerów, którzy chcą postawić płytę na półce właśnie tylko ze względu na atrakcyjną szatę graficzną. Nie ma w tym nic złego. Toż to sztuka.
Dlatego tym razem z braku laku dodałem okładkę zastępczą.




1. Right On
2. Solitude
3. Bloody Mary
4. Outer Spaced
5. Try And See It Through
6. Atlantis
7. Suite (I'd Rather Be Blind - Roll Over Rover)


Strasznie chciałem napisać kilka słów na temat Stonewall.
Amerykański zespół owiany legendą. Ich jedyne dokonanie zostało zarejestrowane ponoć w 1972 roku, natomiast kilka lat później bez wiedzy muzyków materiał ten wydała nielegalna wytwórnia Tiger Lily. Podobno ostało się około pięciu egzemplarzy oryginalnego LP. Podejrzewam, że album wart jest obecnie kilka tysięcy dolarów.

Uważam, że płyta zawiera dawkę muzyki piorunującej. Momentami to już jest właściwie metal w wersji jaka objawi się światu w kolejnej dekadzie za sprawą wykonawców z kręgu New Wave Of British Heavy Metal.

Takie skojarzenia nasuwają mi się przede wszystkim za sprawą miażdżącego zmysły 'Right On'. Ale także 'Outer Spaced' gdzie słychać echa dokonań Black Sabbath, jest już jedną nogą w nowej epoce. Trzeba też pamiętać, że płyta Stonewall została nagrana w 1972 roku. Wszystkie zamieszczone tutaj nagrania zawierają istną ścianę gitarowych dźwięków.
Nie ma tutaj żadnych łagodzących całość ballad. Prawdziwe ekstremum. Dodatkowo zaśpiewane bez taryfy ulgowej przez wypruwającego sobie wnętrzności wokalistę. Momentami jego maniera wokalna przywodzi mi na myśl głos Johnny Rottena.

Świetny wywodzący się z bluesa 'Suite (I'd Rather Be Blind - Roll Over Rover)' to ponownie toporny riff plus krótki solowy popis perkusisty oraz cała masa kapitalnego instrumentalnego grania wzbogaconego dźwiękami harmonijki ustnej. Genialne.
Warto wspomnieć także heavy-progresywny 'Try And See It Through' gdzie pojawiają się mocne akordy organów Hammodna oraz ponownie dla okrasy partia harmonijki ustnej. Natomiast 'Bloody Mary' oparta została na riffie niemal powtarzającym 'Sunshine Of Your Love' Cream. Dla odmiany środkowa część tej kompozycji parafrazuje słynny motyw z 'You Really Got Me' The Kinks. Rzecz jasna tutaj jest więcej mocy.

Oczywiście nie jest to wyłącznie gitarowe młócenie, ale również odpowiedni klimat w jakim podane są kompozycje. Wystarczy wskazać 'Solitude'. Być może działa także efekt tajemnicy jaka otacza ten rarytas.
Moim zdaniem jest to dzieło bez słabych punktów.

Stonewall doczekał się bodajże trzech reedycji.
Za jedno wznowienie odpowiedzialna jest włoska wytwórnia Akarma, która wydała ten tytuł w zmienionej okładce (widocznej powyżej) i z dodanym tytułem 'Stoner' zarówno jako CD jak i LP. Kolejna edycja została przygotowana przez Shadoks. Tym razem w oryginalnej okładce, ale chyba tylko wyłącznie jako LP. Obecnie obie reedycje są już od dawna niedostępne.
Ostatnia jak dotąd wersja jest bodajże najwierniejszą reprodukcją albumu - nie tylko posiada odpowiednią kopertę, ale także label Tiger Lily. Niestety również funkcjonuje tylko jako LP. Szkoda, ponieważ przez te problemy wydawnicze płyta egzystuje gdzieś na obrzeżach ludzkiej świadomości i prawdopodobnie dlatego mnóstwo słuchaczy nie zna tego genialnego dzieła.
Chyba najwyższy czas, aby ktoś ponownie wydał Stonewall w pełnej glorii na kompakcie.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

PRETTY THINGS

S.F. SORROW (1968)

Gdy jakieś sześć lat temu usłyszałem 'S.F. Sorrow' po raz pierwszy, poczułem rozczarowanie. Sugerując się nazwiskiem producenta płyty oraz nazwą studia, w której została zarejestrowana, liczyłem na muzykę pokrewną stylowi 'Piper At The Gates Of Dawn' Pink Floyd czy może 'Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band' The Beatles. Tymczasem to, co zaproponowała grupa The Pretty Things wydało mi się wtedy strasznie wręcz kuriozalne, a przy tym pozbawione zapadających w pamięć melodii czy motywów.
Tak było zanim nie przesłuchałem innych płyt ze starym rockiem i dopóki nie zaznajomiłem się z klasycznym rockowym graniem nieco bliżej. Potrzeba było tych wszystkich płyt, abym stopniowo dostrzegł całe spektrum barw i pomysłów zawartych na tej niedocenionej w Polsce płycie, a która, jak już dzisiaj doskonale wiadomo, dała początek gatunkowi zwanemu ROCK OPERA i od wielu lat uznawana jest - obok płyty 'Tommy' The Who - za jej najdoskonalszego przedstawiciela i prawdziwego prekursora.

Ogrom pomysłów może na początku przytłaczać i wydawać się chaotyczny, jednak po kilku przesłuchaniach staje się mocną stroną muzyki tutaj zawartej.
Jestem zagorzałym wielbicielem przeróżnych efektów studyjnych, które w tamtych czasach uzyskiwano na wciąż skromnym sprzęcie. Wiem jednak, że wielu wykonawców nie do końca potrafiło umiejscowić je w odpowiedni sposób, czasem wręcz wstawiając do swoich nagrań na siłę.
W przypadku 'S.F. Sorrow' wszystko jest idealnie wyważone, efekty studyjne współgrają z czystą muzyką i być może dzięki temu odnosi się wrażenie, że wszystko to tworzy pozbawioną słabych momentów, frapującą całość.

Ale od początku.
Płyta została nagrana na przełomie 1967 i 1968 roku w studiu Abbey Road. Dosłownie w tym samym czasie grupa The Beatles nagrywała tam 'White Album'. Natomiast zespół Pink Floyd pracował nad drugą płytą 'A Saucerful Of Secrets'.
Co ciekawe, producentem 'S.F. Sorrow' został Norman Smith, który renomę zdobył jako inżynier dźwięku na wczesnych albumach słynnej czwórki z Liverpoolu oraz produkując pierwsze dwie płyty Pink Floyd oraz studyjną część 'Ummagumma'.
Właśnie w tym samym czasie co Pink Floyd, legendarny producent wziął pod swoje skrzydła The Pretty Things. Tak więc Norman Smith nie tylko brał udział w tworzeniu słynnych dzieł muzyki rockowej, ale także miał ogromny wpływ na ich kształt ostateczny.




1. S.F. Sorrow Is Born
2. Bracelets Of Fingers
3. She Says Good Morning
4. Private Sorrow
5. Balloon Burning
6. Death
7. Baron Saturday
8. The Journey
9. I See You
10. Well Of Destiny
11. Trust
12. Old Man Going
13. Loneliest Person


Skład


Phil May - Vocals
Dick Taylor - Lead Guitar, Vocals
John Povey - Organ, Sitar, Percussion, Vocals
Wally Allen - Bass, Guitar, Vocals, Wind Instruments, Piano
Skip Alan - Drums
John Charles Alder - Drums


Muzyka komentująca historię głównego bohatera zachwyca swym bogactwem. Można przyjąć, że stanowi przegląd tego wszystkiego, co wówczas pojawiło się na rockowej scenie.

Tak więc pierwszy utwór 'S.F. Sorrow Is Born' pobrzmiewa elementami muzyki Wschodu - partie gitary akustycznej operujące w skali charakterystycznej dla brzmień instrumentów egzotycznych zestawione są tutaj najprawdopodobniej z brzmieniem sitaru. Natomiast w tle pojawia się melotron oraz grająca w wysokich rejestrach fanfarowa partia trąbki. Naprawdę ciężko to wszystko odszyfrować, więc raczej zgaduję niż poruszam się po pewnej powierzchni.

We wstępie i zakończeniu 'Bracelets Of Fingers' wprowadzono grupową partię wokalną wspartą dźwiękami instrumentów perkusyjnych - kotły oraz blachy - które nadawały temu fragmentowi orkiestrowy wydźwięk. Muszę tutaj nadmienić, że ten pomysł bardzo mi się kojarzy z późniejszą wokalną introdukcją w 'Bohemian Rhapsody' Queen. Przy czym w 'Bracelets Of Fingers' inaczej zaaranżowano głosy oraz całość posiada nieco senny charakter. Natomiast sam utwór - według mnie zagrany w rytmie walca - ozdobiony został krótkim instrumentalnym interludium ponownie odwołującym się do muzyki Wschodu.

Bardziej rockowy, gitarowy charakter nosiła piosenka 'She Says Good Morning' ze świetnymi, agresywnymi grupowymi partiami wokalnymi. Zagrany w powolnym tempie i kolejny raz eksponujący brzmienie sitaru 'Death' przykuwał uwagę mistyczną, spowitą psychodeliczną mgiełką aurą.

Powrotem do tradycyjnie pojmowanej rockowej piosenki był dynamiczny 'Balloon Burning' ze świetną, ostrą gitarą Dicka Taylora oraz dobiegającymi jakby z oddali zharmonizowanymi głosami. Chyba trudno ukryć, że grupowe partie wokalne odgrywają na tej płycie dość ważną rolę. Co zresztą było dość typowe dla muzyki rockowej lat sześćdziesiątych.

Opartą na prostym rytmie główną część 'Baron Saturday' zaśpiewał złowieszczym głosem gitarzysta Dick Taylor. W chóralnym refrenie wprowadzono zaś natarczywe wejścia melotronu. Natomiast dygresyjne interludium zaaranżowane na instrumenty perkusyjne miało w sobie coś z obrzędu. Nie dziwi to, wszak tytułowy Baron Sobota, to rzecz jasna w religii Voo Doo władca ciemności.

'The Journey' w pierwszej części akustyczny, w części drugiej przeradzał się w najbardziej psychodeliczną, instrumentalną orgię, w której na tle fantastycznej instrumentalnej improwizacji wprowadzono kolaż krótkich motywów wcześniejszych nagrań. REWELACYJNY FRAGMENT.

Jednym z kluczowych momentów płyty jest dla mnie 'I See You' asymilujący wszystko to, co na płycie najistotniejsze. Tak więc był to mariaż akustycznych i elektrycznych brzmień. Rockowa kompozycja połączona z wpływami muzyki orientalnej i awangardowej oraz psychodelicznej.
Utwór przechodził bezpośrednio w jeszcze wyraźniej czerpiący z poszukiwań twórców muzyki awangardowej 'Well Of Destiny'. Krótka instrumentalna kompozycja oparta została na spreparowanych w studiu brzmieniach uzyskanych poprzez odwrócenie przesuwu taśmy oraz odtworzeniu jej ze zmienioną prędkością. Zabieg stosowany wówczas tak często, jak dzisiaj rysowanie płyt w klubach.

Genialny 'Old Man Going' to już istna muzyczna petarda. Wprost fenomenalny riff przesterowanej gitary oraz ten narastający refren plus ostry jak brzytwa śpiew Phila Maya...Nie do opisania. Dla mnie po prostu wzorzec rocka.
Uważa się, że zagrywka gitary akustycznej z tej piosenki, została kilka miesięcy później niemal dosłownie powtórzona przez Petera Townshenda na płycie 'Tommy' w nagraniu 'Pinball Wizard'.

Płytę podsumowywał zaśpiewany z akompaniamentem gitary akustycznej 'Loneliest Person'. Po tylu dźwiękowych wrażeniach obrazujących pogmatwane losy człowieka, był to w pełni zasłużony i przecież nieunikniony, wyciszony finał.

Pamiętam, jak kilka lat temu wpadła w moje ręce lista bodajże pięćdziesięciu najlepszych (lub najpopularniejszych) rockowych oper jakie dotychczas powstały.
Na pierwszym miejscu, nie do końca zasłużenie, znalazł się album Pink Floyd 'The Wall'. Oczywiście dzieło The Pretty Things wylądowało gdzieś w dalszych rejonach owego zestawienia i wcale mnie to nie dziwi. Jest to jeszcze jeden dowód na całkowite ignorowanie lat sześćdziesiątych w naszym kraju i przede wszystkim na niewiedzę naszych dziennikarzy w kwestii muzyki rockowej. Bardziej preferowane są wygładzone, działające na emocje w banalny sposób piosenki niźli rzeczy mniej oczywiste. Naturalnie w grę wchodzą także od dawna wytarte szlaki, po których porusza się publiczność słuchająca rocka i kształtujące gusta media.

TRAFFIC

MR FANTASY (1967)

CARAVAN (1968)

MAN

REVELATION (1969)

AORTA (1969)

niedziela, 27 czerwca 2010

GHOST

WHEN YOU'RE DEAD - ONE SECOND (1970)

Po kolei.

Pierwszy raz usłyszałem ten album kilka lat temu. Wtedy muzyka na nim zamieszczona bardzo mnie rozczarowała. Co to jest? Kiedy to zostało nagrane? W epoce kamienia łupanego? Ironia polegała jednak na tym, że co jakiś czas do tego tytułu powracałem, aż w końcu okazało się, że nie jest tak zły jak z początku mi się wydawało. Nie ma się jednak co oszukiwać - płyta jest specyficzna i dla dzisiejszego miłośnika muzyki rockowej może być nie do przebrnięcia. Mnie jednak, w zależności od samopoczucia, potrafi fascynować. Im częściej jej słucha, tym bardziej mi się podoba.

The Ghost utworzył Paul Eastment, wówczas były muzyk, równie zapomnianego i także odpowiedzialnego za jeden album, Velvett Fogg.




1. When You're Dead
2. Hearts And Flowers
3. In Heaven
4. Time Is My Enemy
5. Too Late To Cry
6. For One Second
7. Night Of The Warlock
8. Indian Maid
9. My Castle Has Fallen
10. Storm
11. Me And My Loved Ones
12. I've Got To Get To Know You


Skład


Terry Guy - Organ, Piano
Shirley Kent - Acoustic Guitar, Tambourine, Lead Vocals
Paul Eastment - Lead Guitar, Lead Vocals
Daniel MacGuire - Bass Guitar
Charlie Grima - Drums, Percussion


Co zwraca uwagę, to suche, pozbawione jakichkolwiek produkcyjnych niuansów, brzmienie całości. Jak w przypadku wielu zapomnianych albumów, można odnieść wrażenie, że został on zarejestrowany za jednym podejściem w dosyć ubogim studiu. Oczywiście taki rodzaj niewyszukanej, prostej produkcji sprzyjał tego typu muzyce - dosyć posępnej, mrocznej, pozbawionej uśmiechu.

Kolejna rzecz, która przykuwa uwagę już przy pierwszym odsłuchu to specyficzne brzmienie organów. Ich wysokie, chwilami niemal piskliwe tony dodają poszczególnym kompozycją nieco staroświeckiego uroku, co czyni muzykę prowokacyjnie wręcz archaiczną. Tak jakby powstała w zamierzchłych czasach. W dodatku śpiewane w większości na dwa głosy utwory niekiedy przypominają pogańskie obrzędy. W każdym razie mnie nasuwają się takie skojarzenia.

Do ciekawszych fragmentów LP bez wątpienia należą 'When You're Dead' oraz 'Too Late To Cry'.
Pełne niepokoju pierwsze z tych nagrań to połączenie rockowej, mocno psychodelicznej estetyki z quasi obrzędowym klimatem spotęgowanym przez obłąkane wokale - zwłaszcza śpiewane w wysokich rejestrach wokalizy Shirley Kent robią niesamowite wrażenie - oraz wspomniane niecodzienne dźwięki organów. Trudno to jakkolwiek zaklasyfikować.
'Too Late To Cry' to już pełnokrwiste rockowe dzieło. Wyrazisty i melodyjny, grany na gitarze, motyw wsparto prostym rytmem granym przez sekcję rytmiczną oraz oszczędnymi, schowanymi w dalszym planie partiami organów. Zaskakujące jest zwłaszcza świetne, rozbudowane solo Paula Eastmenta na gitarze. Na ogromny plus należy także zaliczyć dostojny i obowiązkowo bardzo posępny śpiew obojga wokalistów.

Zupełnie inny charakter posiadały dwie folkowe ballady skomponowane przez Shirley Kent.
Zaśpiewany przez autorkę kontraltem 'Hearts And Flowers' lśni niczym diament wśród tych wszystkich surowych kompozycji. Krystaliczne dźwięki gitary akustycznej, delikatna sekcja rytmiczna oraz łagodne tony organów tworzą rzeczywiście piękną melodię.
Podobny charakter nosił zdecydowanie elektryczny 'Time Is My Enemy'.

Warto zwrócić uwagę na zdominowany przez brzmienie organów 'For One Second'. Począwszy od nieprzystającej do reszty nagrania swoistej klamry - bardzo wysokie, niemal piskliwe tony tegoż instrumentu oraz przygrywająca banalny temat gitara elektryczna. Poprzez właściwy i wyjątkowo dynamiczny - zagrany unisono przez wszystkie instrumenty - wstęp oraz nagłą zmianę na dosyć błahą, zagraną na blues-rockową modłę piosenkę. Na ciężkich, wibrujących partiach organów w środkowej części skończywszy. Terry Guy, jako twórca utworu, dał sobie duże pole do popisu.

Bardzo mi się podoba niepokojący wstęp do kończącego album 'Me And My Loved Ones'. Niestety utwór przeistacza się w skoczną piosenkę i tylko w momentach instrumentalnych odzyskuje swój intrygujący koloryt.




Na dobrą sprawę tak prezentuje się cały 'When You're Dead - One Second'. Nienaganny od strony instrumentalnej, ze względu na niedociągnięcia produkcji, może sprawiać wrażenie niezgrabnej zbieraniny niedopracowanych pomysłów. Ale z drugiej strony, właśnie brak wypracowanego w studiu brzmienia sprawia, że album posiada momenty autentycznie intrygujące. Słychać, że muzycy potrafią grać, nie są dyletantami. Tylko po prostu trzeba dużego skupienia i odpowiedniego nastroju, aby to wszystko uchwycić.

Można by rzec, że jedyny LP Ghost stanowi dziwną syntezą folku, schyłkowego rocka psychodelicznego oraz, coraz wyraźniej odsłaniającego swe oblicze, progresywnego rocka. Tak więc muzycznie wszystko wydaje się być jak najbardziej na czasie. Natomiast brzmieniowo album tkwi w sobie tylko znanej przestrzeni. Chyba właśnie ta niemożność przypisania kwintetu do jakiegokolwiek gatunku czy trendu, czyni 'When You're Dead - One Second' oryginalnym i wartym zapoznania.

Aha. Pierwsze wydanie płyty z 1970 roku ukazało się w Wielkiej Brytanii nakładem malutkiej - jak to zwykle w takich przypadkach bywa - wytwórni Gemini. Ta sama wytwórnia wydała w tym samym czasie jedynego singla zupełnie nieznanej grupy Iron Maiden 'Falling - Ned Kelly'. Rzecz jasna ten brytyjski kwartet nie ma kompletnie nic wspólnego z późniejszą wersją utworzoną przez Steve Harrisa.

Na koniec - gitarzysta i wokalista The Ghost - Paul Eastment prywatnie jest kuzynem sławnego lidera Black Sabbath - Tony'ego Iommiego.

HOLDERLIN

HOLDERLINS TRAUM (1972)



1. Waren Wir
2. Peter
3. Strohhalm
4. Requiem Fur Einen Wicht
5. Erwachen
6. Wetterbericht
7. Traum

czwartek, 24 czerwca 2010

MAQUINA

WHY? (1970)



1. I Believe
2. Why?
3. Let Me Be Born


Cóż za cudowny materiał.
Utwór tytułowy jest tak długi, że stanowi centralny punkt programu. Podzielony na dwie części wypełnia połowę płyty. Chociaż dwa krótsze utwory wcale nie są jedynie dodatkiem. Ale nie to jest ważne. Dla mnie istotne jest to, że muzyka, która płynie z głośników nie nudzi nawet przez moment. Po za tym stylistycznie jest to wycieczka w stronę rocka psychodelicznego rodem z Anglii roku 1967. Gdy słyszę kompozycję 'Why?' to od razu mam przed oczami kluby Londynu w rodzaju UFO czy Middle Earth i oczywiście te wszystkie rozpływające się na ścianach światła niczym chemiczne mikstury.
Prawdziwy raj.

Rzecz jasna, ktoś może powiedzieć, że jak na 1970 rok to jest to muzyka kompletnie nie na czasie. Być może w jakimś stopniu będzie miał rację. Jednak nie można zapomnieć, że Maquina pochodziła z Hiszpanii. Wówczas ten kraj jedną nogą był jeszcze w poprzedniej dekadzie i trudno się temu dziwić. 'Why?' był być może jednym z pierwszych prawdziwie rockowych dokonań powstałych w tym kraju.
Tak więc znając życie, fani rasowego progresywnego rocka będą raczej zawiedzeni, natomiast miłośnicy psychodelicznych brzmień mogą poczuć się pozytywnie zaskoczeni.

Nie chcę też powiedzieć, że na debiutanckiej płycie grupy nie ma elementów progresywnego rocka. Można się ich dopatrzeć, tylko że nie jest to jeszcze ten rodzaj muzyki jaki zaproponowała chociażby grupa Pan Y Regaliz.
Jednocześnie obie formacje nawet w niewielkim stopniu nie wprowadziły do swoich kompozycji elementów muzyki hiszpańskiej, za to pełnymi garściami czerpały ze skarbnicy brytyjskiego rocka.
Ale może się mylę i te moje wywody są błędne?

Co do Maquiny - na płycie dominuje improwizowane instrumentalne granie.
Album otwiera przepiękny 'I Believe'. Podstawą tej kompozycji jest jazzowa partia fortepianu wygrywająca proste akordy. Można niemal przyjąć, że razem z ciekawie grającą perkusją, fortepian nadaje rytm muzyce. Całość zaś obudowano doskonałą improwizacją przesterowanej gitary. Pojawia się także subtelna partia organów Hammonda.

'Why?' to długie swobodne improwizacje, niemal wyrastające z tradycji takich nagrań jak 'Interstellar Overdrive' Pink Floyd, tylko podane w nieco bardziej jazzowej otoczce. Ale chyba inaczej być nie mogło w tym przypadku, gdyż można przyjąć, że 'Why?' nosi cechy kompozycji aleatorycznej. Chociaż ponoć improwizacja i aleatoryzm mogą się wykluczać. Nieistotne.
Wszystkie instrumenty pełnią role równorzędne. Organy Hammonda i czarująca świetnym zastosowaniem efektu wah-wah gitara oraz po prostu fantastyczna sekcja rytmiczna. Przyznam, że perkusistę Maquina miała rewelacyjnego. Operujący mocnym uderzeniem Joan Maria Vilaseca nadaje tej muzyce dynamikę i przestrzeń, ale też niezbędną swobodę. Ponad to całość zachwyca żywym, plastycznym brzmieniem.

Druga część to już istna kanonada. Rewelacyjne pojedynki zniekształconych brzmień organów Hammonda z gitarą elektryczną. Muzyka zaś płynie sobie niczym obłok niesiony przez wiatr. Bardzo trudno to wszystko ogarnąć. Jeszcze trudniej opisać. Dla mnie jednak to autentyczna bomba.
Na marginesie - gdy słuchałem 'Why?' po raz pierwszy, myślałem że partia wokalna na początku i końcu nagrania wykonywana jest przez kobietę. Ale okazuje się, że to jednak męski głos.

Osobną kwestię stanowi okładka płyty. Ktoś kto wymyślił croissanta z wbitym w niego zegarkiem kieszonkowym musiał mieć wyobraźnię godną najwybitniejszych artystów.
Kocham te dawne okładki płyt. Te artystyczne, prowokacyjne kompozycje pozbawione uładzonego charakteru dzisiejszych ilustracji. To były takie politycznie niepoprawne koncepcje i raczej pod względem komercyjnym niezbyt pomagające płycie. Za to efekt artystyczny był zniewalający. Niemal osobne dzieło mogące spokojnie funkcjonować bez muzyki, którą niejako firmowało.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

THE ATTACK

ABOUT TIME - DEFINITIVE MOD-POP COLLECTION 1967-1968



1. Any More Than I Do
2. Feel Like Flying (Making It)
3. Created By Clive (Radio Session Recording)
4. Try It
5. Go Your Way
6. Too Old
7. Colour Of My Mind
8. Lady Orange Peel
9. Sympathy For The Devil
10. Neville Thumbcatch
11. Strange House
12. Created By Clive
13. Mr Pinnodmy's Dilemma
14. Come On Up (Radio Session Recording)
15. Freedom For You
16. Hi-Ho Silver Lining
17. Magic In The Air (Watch With Mother)
18. Anything
19. We Don't Know


Jak sugeruje tytuł, jest to kompilacja. Kompilacja wręcz powalająca.
Grupie The Attack nigdy nie udało się nagrać płyty długogrającej, chociaż była bardzo blisko. Jest to kolejny kliniczny przykład tego, jak wtedy funkcjonował przemysł muzyczny, który miał za nic raczkującą wówczas muzykę pop. Albo raczej rodzącego się właśnie rocka. Nie od razu ten nowy muzyczny gatunek trafił na podatny grunt, droga była w tamtych czasach wyjątkowo wyboista. Dużo czynników się na to składało. Czasem oczywiście zawodził sam zespół, który najnormalniej w świecie nie miał siły przebicia. Muzycy, którzy nie wiedzieli ile pracy i wysiłku kosztuje próba odniesienia choćby najmniejszego sukcesu.
Również wytwórnie płytowe nie ułatwiały zadania. Jako że rządził rynek singlowy, młode zespoły musiały udowodnić wpierw swoją wartość komercyjną, aby móc kontynuować dalszą karierę i ewentualnie dostąpić zaszczytu nagrania płyty. Niestety w tamtej epoce to wszystko było bardzo trudne. Dlatego mnóstwo świetnych wykonawców nigdy nie doczekała się LP. Dość powiedzieć że, niektórym nie udało się nagrać nawet jednego singla.
Były też liczne przypadki, kiedy to grupa miała na koncie kilka singli bez powodzenia i niestety możliwość nagrania albumu przechodziła koło nosa.

Właśnie do tej ostatniej kategorii należy zespół The Attack.
Ta wyjątkowa i po prostu wspaniała formacja nagrała cztery single oraz materiał na płytę, który niestety jednak został przez wytwórnię odrzucony.

Jak to dobrze, że te wszystkie stare acetaty czy oryginalne taśmy (taśmy-matki) po tylu latach są jeszcze w na tyle dobrym stanie, że gorliwi pasjonaci wkładają tak wiele pracy w jak najlepsze ich odrestaurowanie i przeniesienie na nowy nośnik. Chwała im za to.

Natomiast co do zestawu tutaj zamieszczonego, to jest to mieszanka wybuchowa. Istny dynamit. Praktycznie cały dorobek The Attack na tym jednym CD.
Wszystkie single. Materiał z niewydanej płyty o roboczym tytule 'Roman God Of War'. Dwa nagrania z sesji dla radia BBC oraz demo 'Sympathy For The Devil' z repertuaru The Rolling Stones.
Słowem niezły przekrój ukazujący moment, w którym ciężki, dynamiczny beat (określany jako freak-beat) przeistaczał się w psychodelię, a następnie w początkujący heavy rock.
Genialne sprawa.

Pierwsze dwa single nagrane z gitarzystą Davidem O'Listem zawierały tak fantastyczne piosenki jak dynamiczny, gitarowy 'Try It'. Lekko już psychodeliczny 'We Don't Know' oraz fenomenalny 'Anymore Than I Do' z genialnymi gitarami w roli głównej. To już nie były przelewki, tylko kolejny krok w stronę coraz mocniejszych brzmień.
To jest właśnie to czego najbardziej brakuje mi w dzisiejszej muzyce. Młodzieńczej werwy. Polotu wykonawczego i odpowiedniego klimatu. Po za tym, to jest żywioł. Tu nie ma kalkulacji. Młodzi muzycy (lider i wokalista zespołu, Richard Shirman miał wówczas ledwie siedemnaście lat) nie pieszczą się ze wszystkim tak jak to ma miejsce obecnie, a dźwięki jakie wydobywają są szczere i porywające.
Zdecydowanie psychodeliczne oblicze zespołu reprezentowały takie nagrania jak 'Lady Orange Peel' (druga strona ostatniego singla 'Neville Thumbcatch').

Gdy na przełomie 1967 i 1968 roku do zespołu dołączył John Du Cann grupa zawędrowała w stronę jeszcze cięższych rejonów i zaproponowała muzykę jaka wówczas nie miała jeszcze precedensu.

Głównym kompozytorem takich arcydzieł jak 'Go Your Way', 'Too Old' oraz uwielbianego przeze mnie 'Strange House' był właśnie nowy gitarzysta. Prawdziwa eksplozja pomysłów. Prawdziwy wulkan inwencji. Okazało się, że John Du Cann potrafił stworzyć i zagrać kompozycje jakie wtedy nikomu się jeszcze nie śniły. The Attack w tym momencie mogli stać się potęgą.
Proszę posłuchać niewyobrażalnego 'Strange House', który epatuje ultra ciężkim riffem gitary i tą tajemniczą, złowrogą aurą. Plus szept Richarda Shirmana w refrenie. Coś niesamowitego. Albo miażdżący 'Go Your Way'. Niby prosta, powtarzana w kółko zagrywka gitary, ale jaka jest tego moc. To jest wzorzec heavy rocka.
Bardziej psychodeliczny odcień posiadał 'Mr Pinnodmy's Dilemma'. Z kolei bardzo zgrabnie spajał te wszystkie cechy transowy 'Feel Like Flying' z fajnymi trylami gitary.

Jak można było odrzucić taką muzykę? Nie rozumiem.
Wymienione nagrania oraz kilka innych zostało zarejestrowanych z myślą o wspomnianej płycie długogrającej. Niestety wytwórnia Decca Records zrezygnowała z usług zespołu i właściwie na tym zakończyła się działalność tej pionierskiej grupy.

Jeszcze w tym samym roku Richard Shirman zarejestrował swoją wersję 'Sympathy For The Devil'. Niestety z braku porozumienia na płaszczyźnie czysto muzycznej z wytwórnią Elektra, kariera tego świetnego, nieprzejednanego w swej postawie wokalisty dobiegła końca. Szkoda.
Oczywiście muszę wspomnieć, że David O'List jeszcze w 1967 roku zasilił szeregi grupy The Nice kierowanej przez Keitha Emersona. Nagrał z tym zespołem tylko jeden album 'The Thoughts of Emerlist Davjack'. Natomiast kolejny okrutnie niedoceniony gitarzysta John Du Cann najpierw utworzył zespół Andromeda, następnie dołączył do Atomic Rooster.

piątek, 18 czerwca 2010

THE OPEN MIND (1969)

Grupa The Open Mind odpowiedzialna jest za jeden z najgenialniejszy singli w historii fonografii 'Magic Potion - Cast A Spell'.
To wręcz niesamowite, że ten sam zespół kilka miesięcy wcześniej wydał album, który moim zdaniem okazał się niewypałem. Czy to prawdopodobne żeby zmienić podejście do muzyki w tak krótkim okresie czasu? Żeby nagle uderzyć we właściwe dźwięki? Gdyby nie wspomniany singiel, to bym chyba nie uwierzył.

Rzecz w tym, że album długogrający ma kilka grzechów.
Po pierwsze nagrania są do siebie podobne. Wszystkie zagrane są w powolnym tempie. No dobrze, na początku może się to podobać. Trzy-cztery pierwsze kompozycje nie są jeszcze takie złe. Ale przy każdej kolejnej piosence robi się to mocno nużące. Do tego dochodzą te eksploatowane w niektórych piosenkach zespołowe falsety. Niestety nie jestem miłośnikiem tego typu śpiewania. Jako ornament, czemu nie. Ale całe długie nagrania okraszone takim pianiem, to już niekoniecznie. A niestety piosenki na płycie The Open Mind mimo, że wcale nie takie znowu rozbudowane, to jednak ciągną się niemiłosiernie.
Brakuje tutaj jakiegoś punktu zaczepienia. Jakiś nagłych zmian, które zaburzałyby ustalony porządek. Czegoś zaskakującego. Brakuje dramaturgii. Najnormalniej brakuje pomysłów. Dobrych, świeżych pomysłów. Nie ma tutaj życia.
Winiłbym niezbyt dobre kompozycje, ale przede wszystkim producenta, który nie wykrzesał z tych utworów czegoś więcej. Chociaż być może nic więcej nie dałoby się z nimi zrobić. Dlatego dziwię się, że ludzie są w stanie płacić za oryginalne tłoczenie albumu nagranego dla wytwórni Philips nawet 1000 funtów.
Obłęd.




1. Dear Louise
2. Try Another Day
3. I Feel The Same Way Too
4. My Mind Cries
5. Can't You See
6. Thor The Thunder God
7. Horses And Chariots
8. Before My Time
9. Free As The Breeze
10. Girl I'm So Alone
11. Soul And My Will
12. Falling Again


Jak właściwie określić muzykę, która wypełniła LP?
Trudna sprawa. Niby jest to psychodeliczny rock. Ale słychać też elementy freak-beatu. Czasem zespół zahacza o brzmienia nieco cięższe (parafraza tematu z 'Sunshine Of Your Love' grupy Cream w 'I Feel The Same Way Too' lub 'Thor The Thunder God', którego wstęp przywodzi na myśl pierwsze takty 'Happenings Ten Years Time Ago' Yardbirds) ale i tak braknie temu siły. Jak dla mnie najciekawszym fragmentem płyty jest 'My Mind Cries'. Aż trudno uwierzyć, że album ukazał się w 1969 roku.

Co innego singiel. To jest już zupełnie inna bajka. Czy to aby na pewno ten sam zespół?
Oczywiście, że tak, bo pewne elementy charakterystyczne dla stylu kwartetu pozostały. Głos wokalisty i nawet partie gitar. Tyle, że taki 'Magic Potion' to już jest inny ciężar gatunkowy. Grupa doznała chyba jakiegoś olśnienia, jak należy grać i stworzyła dzieło ponadczasowe. Fantastyczny ciężki riff gitary. Niemal mosiężna perkusja. I autentycznie świetnie dopełniający obrazu całości śpiew. Każdy element tej układanki pasuje idealnie. Dodatkowo grupa zintensyfikowała muzykę pod względem rytmicznym. Zespół nawet na moment nie odpuszcza. Nagranie pędzi do przodu bez żadnego wysiłku. Świetnym pomysłem było wprowadzenie w środkowej części gitary przetworzonej przez wah-wah. Wszystko ma tutaj swoje twórcze zastosowanie.

Warto dodać, że pewnym novum było tak wyraźne uwypuklenie partii perkusji granych na dwóch bębnach basowych.

Wyobrażam sobie, że kształt całości, to ogromna zasługa świetnego producenta Fritza Fryera. Gdyby to on wziął zespół w obroty podczas nagrywania płyty, to prawdopodobnie broniłaby się znacznie lepiej. Jaka szkoda, że po nagraniu tego wiekopomnego singlowego dzieła The Open Mind nie zarejestrowali już nic więcej i to w chwili, gdy właśnie rozwijali skrzydła.

Na drugiej stronie singla widniał równie rewelacyjny 'Cast A Spell'. Nieco wolniejszy, ale posiadający bardziej hipnotyzującą aurę. Również ze świetną gitarą na pierwszym planie. Zespół znalazł patent jak grać. W obu przypadkach genialne były nie tylko zwrotki, ale także zapadające w pamięć chwytliwe (ale nie trywialne) refreny.
Tak więc singiel ten jest archetypem rockowego grania. Tylko dlaczego zespół nie grał tak fantastycznie na płycie?

Dodam, że przed pierwszym LP grupa nagrała całkiem sympatycznego singla 'Day And Night - Get Out Of My Way'. Żadne z wydawnictw zespołu nie osiągnęło choćby minimalnego sukcesu. Dziwi zwłaszcza w przypadku 'Magic Potion - Cast A Spell'. Dlatego singiel ten wart jest obecnie około 600 funtów.

WIEŚCI ZE ŚWIATA

Trochę zaniedbałem mojego bloga. Ale to przez tę paskudną pogodę. Dwa tygodnie temu upał był okrutny. Dla odmiany co drugi dzień padał obowiązkowy deszcz. Słowem, istna huśtawka, która nie pomaga w koncentrowaniu się nad przelewanym na ekran monitora tekstem.

W dodatku sam sobie narobiłem problemów. Punktem wyjścia dla tego bloga miało być opisywanie własnych odczuć na temat przesłuchiwanych płyt. Bez zbędnego udziwniania. Prosto, krótko i czasem nie na temat. Tymczasem wychodzą mi jakieś długie tyrady. Jakieś kuriozalne teksty.
Nie wiem skąd we mnie to przeświadczenie, że trzeba się rozpisywać? Ilekroć staram się odrobinę zawęzić tekst opisywanej płyty, wychodzi na opak.

Dwie wiadomości. Jedna bardzo smutna. Druga nawet sympatyczna.
Wiadomość pierwsza.
Wczoraj, czyli 17 czerwca, zmarła Elżbieta Czyżewska. Muszę przyznać, że ta śmierć szczególnie mną poruszyła. Nawet gdy zmarli moi ukochani Janusz Christa i Richard Wright nie poczułem takiego smutku. Dziwne dlaczego? Może dlatego, że w stylu gry aktorskiej Elżbiety Czyżewskiej było dużo melancholii? Nawet pomimo faktu, że celowała przede wszystkim w rolach komediowych. Chociaż grała także role dramatyczne, poważne.
Aktorka zmarła w Nowym Jorku.
Przykre jest to i przecież nieuniknione, że odchodzą ludzie tak bardzo wyjątkowi. Niby człowiek powinien się oswoić z tą myślą, ale chyba jednak nigdy nie uda się uniknąć cierpienia czy też różnych refleksji w chwili, gdy odchodzi ktoś bliski czy ważny naszemu sercu.
Zdajemy sobie wtedy sprawę, że już nigdy nie ujrzymy tej osoby.

Druga wiadomość.
W kwietniu 2011 roku przyjeżdża do Polski, a konkretnie do Łodzi, Roger Waters.
Przywozi ze sobą spektakl 'The Wall'. Czyli fajnie, bo może w końcu zdecyduję się zobaczyć tego pana na żywo. Ale niefajnie, bo to już jednak odgrzewanie kotletów i trochę odcinanie kuponów od dawnych sukcesów. Koniunkturalizm. I to w wykonaniu człowieka, którego nieprzejednana postawa artystyczna dostarczała nam kiedyś muzykę tak nowatorską, że wyznaczała kierunek poszukiwań wśród rzesz innych wykonawców.
Ale cóż, to było dawno temu. Jednak moja sympatia do Rogera Watersa sprawia, że nie mam mu za złe takich sentymentalnych wycieczek w przeszłość (niekoniecznie podyktowanych chęcią wspominania dawnych lat).

czwartek, 3 czerwca 2010

NUGGETS VOLUME 1

ORIGINAL ARTYFACTS FROM THE FIRST PSYCHEDELIC ERA 1965-1968



DISC 1

1. I Had Too Much To Dream (Last Night) - The Electric Prunes
2. Dirty Water - The Standells
3. Night Time - The Strangeloves
4. Lies - The Knickerbockers
5. Respect - The Vagrants
6. Public Execution - Mouse And The Traps
7. No Time Like The Right Time - The Blues Project
8. Oh Yeah - Shadows Of Knight
9. Pushin' Too Hard - The Seeds
10. Moulty - The Barbarians
11. Don't Look Back - The Remains
12. Invitation To Cry - The Magicians
13. Liar, Liar - The Castaways
14. You're Gonna Miss Me - 13th Floor Elevators
15. Psychotic Reaction - The Count Five
16. Hey Joe - The Leaves
17. Romeo And Juliet - Michael And The Messengers
18. Sugar And Spice - The Cryan' Shames
19. Baby Please Don't Go - The Amboy Dukes
20. Tobacco Road - Blues Magoos
21. Let's Talk About Girls - The Chocolate Watchband
22. Sit Down, I Think I Love You - The Mojo Men
23. Run, Run, Run - Third Rail
24. My World Fell Down - Sagittarius
25. Open My Eyes - Nazz
26. Farmer John - The Premiers
27. It's-A-Happening - Magic Mushrooms

DISC 2

1. Talk Talk - The Music Machine
2. Last Time Around - The Del-Vetts
3. Nobody But Me - The Human Beinz
4. Journey To Tyme - Kenny And The Kasuals
5. No Friend Of Mine - The Sparkles
6. Outside Chance - The Turtles
7. Action Woman - Litter
8. Spazz - The Elastik Band
9. Sweet Young Thing - The Chocolate Watchband
10. Incense And Peppermints - Strawberry Alarm Clock
11. I Ain't No Miracle Worker - The Brogues
12. Seven And Seven Is - Love
13. Time Won't Let Me - The Outsiders
14. Going All The Way - The Squires
15. I'm Gonna Make You Mine - Shadows Of Knight
16. Trip - Kim Fowley
17. Can't Seem To Make You Mine - The Seeds
18. Why Do I Cry - The Remains
19. Laugh, Laugh - The Beau Brummels
20. Little Black Egg - The Nightcrawlers
21. I Wonder - The Gants
22. I See The Light - The Five Americans
23. Who Do You Love - Woolies
24. Double Shot (Of My Baby's Love) - The Swingin' Medallions
25. Live - The Merry-Go-Round
26. Steppin' Out - Paul Revere And The Raiders
27. Diddy Wah Diddy - Captain Beefheart And His Magic Band
28. Strychnine - The Sonics
29. Little Girl - The Syndicate Of Sound
30. (We Ain't Got) Nothin' Yet - Blues Magoos
31. Shape Of Things To Come - Max Frost And The Troopers

DISC 3

1. Let It Out (Let It All Hang Out) - Hombres
2. Fight Fire - The Golliwogs
3. At The River's Edge - New Colony Six
4. Jack Of Diamonds - The Daily Flash
5. Follow Me - Lyme And Cybelle
6. It's Cold Outside - The Choir
7. Beg, Borrow And Steal - Rare Breed
8. She's About A Mover - The Sir Douglas Quintet
9. Little Bit O'Soul - Music Explosion
10. Put The Clock Back On The Wall - The E-Types
11. Falling Sugar - The Palace Guard
12. Run Run Run - The Gestures
13. I Need You - The Rationals
14. Knock, Knock - The Humane Society
15. Primitive - Groupies
16. Psycho - The Sonics
17. So What - The Lyrics
18. You Must Be A Witch - The Lollipop Shoppe
19. Question Of Temperature - The Balloon Farm
20. Maid Of Sugar-Maid Of Spice - Mouse And The Traps
21. You Ain't Tuff - The Uniques
22. Sometimes Good Guys Don't Wear White - The Standells
23. She's My Baby - The Mojo Men
24. Story Of My Life - Unrelated Segments
25. I'm Five Years Ahead Of My Time - The Third Bardo
26. Mirror Of My Mind - We The People
27. Bad Little Woman - Shadows Of Knight
28. Double Yellow Line - The Music Machine
29. Optical Sound - The Human Expression
30. Journey To The Center Of The Mind - The Amboy Dukes

DISC 4

1. Are You Gonna Be There (At The Love-In) - The Chocolate Watchband
2. Too Many People - The Leaves
3. (Would I Still Be) Her Big Man - The Brigands
4. Are You A Boy Or Are You A Girl - The Barbarians
5. Wooly Bully - Sam The Sham And The Pharaohs
6. I Want Candy - The Strangeloves
7. Louie Louie - The Kingsmen
8. One Track Mind - The Knickerbockers
9. Out Of Our Tree - The Wailers
10. I Think I'm Down - The Harbinger Complex
11. What Am I Going Do - The Dovers
12. Codine - The Charlatans
13. Johnny Was A Good Boy - The Mystery Trend
14. Stop-Get A Ticket - Clefs Of Lavender Hill
15. Complication - The Monks
16. Witch - The Sonics
17. Get Me To The World On Time - The Electric Prunes
18. Mr. Pharmacist - The Other Half
19. Open Up Your Door - Richard And The Young Lions
20. Just Like Me - Paul Revere And The Raiders
21. You Burn Me Up And Down - We The People
22. I Live In The Springtime - The Lemon Drops
23. Mindrocker - Fenwyck
24. Hold Me Now - The Rumors
25. Love's Gone Bad - The Underdogs
26. Why Pick On Me - The Standells
27. Bad Girl - Zakary Thaks
28. Blackout Of Gretely - The Gonn
29. Voices Green And Purple - Bees
30. Blues' Theme - Davie Allan And The Arrows


Realizując moje zamierzenie, że będę pisał przede wszystkim na temat psychodelicznego rocka, postanowiłem sięgnąć po działo wielkiego kalibru, czyli serię Nuggets.
Ogółem ukazały się aż trzy takie wielkie pudełka zawierające po cztery CD. Każda część zawiera grubą książkę opisującą wszystkich wykonawców, którzy znaleźli się w tym wyjątkowym zestawieniu. Prawdziwa potęga. Mój opis dotyczyć zaś będzie części pierwszej poświęconej wyłącznie amerykańskim dokonaniom z lat 1965-1968.

Amerykański rock bardzo się różnił od tego tworzonego w Wielkiej Brytanii. Zespoły ze Zjednoczonego Królestwa miały do muzyki podejście nieco intelektualne, awangardowe czy eksperymentalne. Muzyka rockowa była pretekstem do poszukiwań nowej formy wypowiedzi. Można wręcz odnieść wrażenie, że liczył się każdy dźwięk. Wszystko było nieco szlachetniejsze. Nie tyle wypolerowane, co opracowane w bogatszy sposób. Duże znaczenie w brytyjskim rocku psychodelicznym miały aranżacje oraz te wszystkie dźwiękowe niuanse.
Tymczasem w Stanach Zjednoczonych liczył się przede wszystkim autentyczny, bezpośredni przekaz. Amerykanie raczej sporadycznie sięgali po nowinki techniczne. Do pewnego momentu nie stanowiły one punktu odniesienia dla tworzonej muzyki. Nie chcę też przez to powiedzieć, że ich muzyka była uboższa. Nie. Po prostu mniej zwracano uwagę na efekt kolorystyczny nagrań, bardziej natomiast opierano się na czystym brzmieniu instrumentów. Nie było w tym aż tak bardzo czuć produkcji studyjnej.
Wiadomo ponadto, że i dziedzictwo kulturowe odgrywa tutaj istotną rolę. Ale nie chcę się zapędzać w jakieś mętne wywody, bo tak naprawdę muzyka wszędzie jest taka sama - dobra lub zła.

To jest bardzo skomplikowany temat i rzeczywiście trzeba by poświęcić mu osobne rozważania. Nie wykluczone jednak, że nieraz będę powracał do tej kwestii ponieważ zauważyłem, że wciąż trwają spory o to kto miał większy wpływ na rozwój muzyki popularnej - Brytyjczycy czy Amerykanie? Otóż moim zdaniem zdecydowanie Wielka Brytania.

Co do omawianej kompilacji, to na czterech kompaktach zamieszczono prawie 120 nagrań wykonawców przeważnie dawno już zapomnianych lub takich, którzy pamiętani są przez garstkę zapaleńców. Bardzo dużo umieszczonych tu zespołów nigdy nie nagrało nawet jednej płyty. Całość zaś oscyluje pomiędzy garażem, dynamicznym rhythm and bluesem i oczywiście wczesną psychodelią. Muszę przyznać, że niemal wszystkie piosenki to strzał w dziesiątkę. Wiele z nich to prawdziwa rewelacja i bez dwóch zdań należy do ścisłego rockowego kanonu i nie znać tych dokonań, to wstyd.

Rany, aż można dostać zawrotu głowy od mnogości świetnych zespołów. Czego tu nie ma? Legendarny The Electric Prunes i ich powalający swą energią 'I Had Too Much To Dream (Last Night)'. Równie energetyczny 'Pushin' Too Hard' grupy The Seeds. Są aż trzy utwory Chocolate Watchband. Jest kierowany przez Teda Nugenta Amboy Dukes. Znalazło się miejsce dla trzech nagrań The Sonics. Jest też powalający 'Don't Look Back' The Remains. Oczywiście nie mogło zabraknąć Count Five 'Psychotic Reaction' i rzecz jasna '13th Floor Elevators'. Po za tym jeszcze tak ważne zespoły jak Shadows Of Knight czy Litter. Natomiast piosenka grupy Blues Magoos '(We Ain't Got) Nothin' Yet' to oczywiście słynny motyw pożyczony później przez Deep Purple w 'Black Night'. Chociaż istnieją poważne przypuszczenia, że również Blues Magoos zaczerpnęli tę zagrywkę z innego źródła. Jest też bardzo ceniony Strawberry Alarm Clock i autentycznie bardzo ostry jak na owe czasy 'You Must Be A Witch' The Lollipop Shoppe.

To i tak są dosyć znane i klasyczne grupy, bo właściwie cała reszta niekiedy nawet nie zaistniała w świadomości szerszego grona słuchaczy, a ich nagrań nie usłyszymy na płytach długogrających. Właśnie dlatego warto zapoznać się z tą wspaniale dobraną kompilacją. Po za tym jak to jest zagrane. W większości przypadków na całego. Bez taryfy ulgowej. Można odnieść wrażenie, że niektórzy wokaliści śpiewają tak, jakby od tego zależało ich życie. Nie oszczędzają gardeł.

Dodam jeszcze, że od jakiegoś czasu panuje moda na wydawanie takich kompilacji ze starym, zapomnianym materiałem z lat 60. Obecnie dostępnych na rynku płyt tego typu jest dosyć sporo. Tak więc nie pozostaje nic innego jak uzbroić się w cierpliwość i starać się dotrzeć do tych rarytasów, bo warto. Chociaż uważam, że Nuggets już na zawsze pozostanie prekursorem w tej dziedzinie, bo dzięki tym płytom - oryginał ukazał się w 1972 roku jako podwójny winyl z zestawem powtórzonym na pierwszym kompakcie - świat zwrócił uwagę na tę starą, ale GENIALNĄ I PONADCZASOWĄ muzykę będącą archetypem prawdziwego rockowego grania.

P.S. Czerwiec jest okropny. Albo jest duszno. Albo szaro i pada. Jeśli tak będzie wyglądać całe lato, to raczej nie ma co liczyć na komfort psychiczny. Właśnie gdy piszę te słowa za oknem grzmi, a otoczenie nabrało niemal żółtego kolorytu.