czwartek, 5 grudnia 2013

A - AUSTR

MUSICS FROM HOLYGROUND 1970

wtorek, 26 listopada 2013

wtorek, 15 października 2013

STRANGE

SOUVENIR ALBUM 1979

Tytuł mówi wszystko.

Nagrany w latach 1975-1978 materiał zawierał piosenki zarejestrowane w różnych miejscach i w różnych okolicznościach. W 1978 roku płyta została skompilowana przez lidera zespołu Davida Chamberlaina - głównego twórcę repertuaru, jaki złożył się na album - i wytłoczona w nakładzie 100 EGZEMPLARZY przez właściciela maleńkiej wytwórni Yantis Recording, prowadzącego swoje wydawnictwo we własnym domu. Egzemplarze płyty były rozdawane wśród przyjaciół zespołu. Tak więc LP stanowił rodzaj pamiątki po pewnym epizodzie z życia muzyków tworzących Strange.

Biorąc pod uwagę, że zgromadzone na 'Souvenir Album' nagrania powstały w skromnym studiu oraz podczas występów, trzeba przyznać, że wszystkie one brzmią naprawdę przyzwoicie. Ponoć jest to w dużej mierze zasługa odrestaurowania dźwięku przez wytwórnię Shadoks Music, gdyż oryginalny LP nie brzmiał tak klarownie.

Rzecz jasna ze względu na brak porządnej produkcji, jakość niektórych fragmentów jest dość nierówna - raczej typowa dla nagrań demo. Te niedostatki zauważalne są przede wszystkim w 'Twelve Boats'. Mimo to słychać, że Strange był zespołem posiadającym duży potencjał.

Płytę w znacznej mierze wypełniły nastrojowe, liryczne ballady.
Trzeba zauważyć jedną istotną rzecz - muzyka, która się tutaj znalazła w najmniejszym stopniu nie przypomina tego, co się wówczas na rynku zadomowiło. Nie ma tutaj syntezatorów. Nie ma tutaj nic z punkowej maniery. Nie ma wpływów popularnego wówczas disco. Formacja zaproponowała muzykę zaaranżowaną dosyć skromnie, która równie dobrze mogłaby powstać w 1970 roku. Słowem - były to dźwięki, które pochodziły z zupełnie innego bieguna w stosunku do muzycznych tendencji panujących w roku 1979.





1. Segment From BARAPP
Somebody
The Ballad Of Hollis Spaceman
Four-Eyes

2. Segment From BARAPP

3. Segment From On Winning The War
A Faced Dream
Rick's Song

4. Segment From Mushroom Wednesday
Lies By Poetic License
Twelve Boats
The Last Song


Według mnie naprawdę wyjątkowej urody jest piosenka 'Somebody'. Niezwykle poetycka otoczka wytworzona poprzez przepiękny temat grany na fortepianie wzbogacona została przez oszczędne zagrywki gitary elektrycznej. Ten powoli płynący i pełen zadumy, kameralny utwór to dzieło światowego formatu.

Skrajnie odmienny charakter nosił 'The Ballad Of Hollis Spaceman'. Był to dynamiczny, pełen młodzieńczej werwy i pewnej nerwowości, rockowy utwór ze świetnym, długim solem przesterowanej gitary elektrycznej - częstokroć dodatkowo zniekształconej przy użyciu efektu Wah-Wah. Zaśpiewany zaś został z zacięciem przez Davida Chamberlaina.

Oparty na brzmieniu gitary akustycznej i elektrycznego pianina -zagrany bez udziału perkusji - 'Four-Eyes' ponownie wprowadzał atmosferę zadumy. Balladowy, nastrojowy 'Twelve Boats' jest jedynym nagraniem na płycie, które posiada nieco gorszą jakość dźwięku. Momentami można odnieść wrażenie, że utwór zarejstrowano przy pomocy zwykłego magnetofonu kasetowego. Ale też nie chcę popadać w przesadę - mimo niedoskonałości, wszystko słychać wyraźnie.

Zaśpiewany przede wszystkim z akompaniamentem fortepianu 'Rick's Song' wzbogacony został subtelnym tłem sekcji rytmicznej oraz - w końcowej części - oszczędnymi zagrywkami gitary elektrycznej. Podobny charkter nosiły - podniosły 'Segment From On Winning The War' oraz pobrzmiewający nutą smutku 'The Last Song'. To wszystko może sprawiać wrażenie niezbyt wyszukanego, ale według mnie te nieco aseptyczne, sterylne aranżacje doskonale pasują do tego typu kompozycji.

W delikatnym, zagranym w wolnym tempie 'Segment From Mushroom Wednesday' zespół wprowadził do aranżacji nastrojową partię trąbki, która dodawała kompozycji kolorytu. Piosnka zaaranżowana została na fortepian i gitarę akustyczną, w finale zaś pojawiały się schowane w tle dźwięki organów Hammonda.

Tak więc powstał bardzo interesujący zestaw. Może nie idealny, ale bez wątpienia wartościowy. Jeśli jednak ktoś oczekuje jakiejś przemyślanej, dopracowanej w najdrobniejszych szczegółach produkcji, lepiej niech poszuka gdzie indziej. Natomiast zwolennicy starego, zapomnianego przez czas i ludzi rocka będą zachwyceni.


piątek, 11 października 2013

GENESIS

IN THE BEGINNING 1968

poniedziałek, 2 września 2013

MORNING DEW 1970

WZNOWIENIA

Ponieważ ten blog niemal przestał funkcjonować, wypiszę kilka interesujących tytułów, które pojawiły się na rynku w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Kompakty te są ciekawe także z tego powodu, że albo nie były wznawiane od bardzo dawna, albo były dostępne jedynie w nielegalnych wersjach.


Tak więc -

Na 30 września 2013 roku firma Cherry Red Records zapowiedziała wydanie kilku ciekawych i ważnych płyt -

Obie płyty dowodzonej przez byłego basistę Jethro Tull Glenna Cornicka grupy Wild Turkey.

Wszystkie trzy płyty folk-rockowej grupy Spirogyra.
Wprawdzie w tym przypadku dyskografia tej grupy była dostępna dzięki firmie Repertoire Records - wzbogacona o dodatkowy CD z niepublikowanym materiałem - jednak z tego, co się orientuję nakład jest już wyczerpany, a w każdym razie ostatni w dorobku zespołu 'Bells, Boots And Shambles' jest niemal nie do zdobycia.

Dwie płyty Hapshash And The Coloured Coat nagrane w latach 1967-1969.
Był to efemeryczny duet stworzony przez dwóch grafików, którzy wsławili się chociażby projektami psychodelicznych plakatów dla pierwszej ligi ówczesnych wykonawców rockowych jak Cream czy The Who. Na płycie pierwszej zatytułowanej 'Featuring The Human Host And The Heavy Metal Kids' duetowi towarzyszyli muzycy grupy Art, która już wkrótce przemianowała się na Spooky Tooth.


Ukazały się zaś -

Jedyny album szwedzkiego tria Life na podwójnym CD.
Na pierwszym dysku zamieszczono szwedzkojęzyczną wersję płyty. Na drugim natomiast ten sam materiał, ale zaśpiewany po angielsku. Obie te wersje w 1970 roku wydał szwedzki oddział EMI Columbia.
Warto tutaj dodać, że nieco wcześniej płytę przypomniała specjalistyczna wytwórnia Golden Pavilion Records, ale jedynie w wersji LP śpiewanej w języku angielskim.

Pojawiły się - również wydane przez niestrudzony Cherry Red Records - obie płyty Keith Tippett Group. Album 'Dedicated To You, But You Weren’t Listening' wciąż chyba jest dostępny w edycji Repertoire Records.

Warte odnotowania są dwie płyty Spriguns. Te wydane w latach 1976-1977 albumy folk-rockowej formacji zostały nagrane dla Decca Records. Trzeba też dodać, że wcześniejsze dwa tytuły zespół nagrał własnym kosztem pod nazwą Spriguns Of Tolgus. Ale kiedy zostaną przypomniane?

W kilku - często mocno kombinowanych - wersjach wznowiono klasyczną płytę Hawkwind 'Warrior On The Edge of Time' z 1975 roku. Było to ostatnie dokonanie z Lemmym Kilmisterem, który jak wiadomo po opuszczeniu zespołu założył Motörhead.

Właśnie co pojawiły się obie płyty pierwszej grupy Kena Hensleya The Gods. Debiut wydano na podwójnym CD, na dyskach zamieszczono wersje MONO i STEREO albumu 'Genesis'. Trzeba też dodać, że w grupie grali także Paul Newton i Lee Kerslake. Wszyscy trzej wspomniani muzycy współtworzyli później na dłużej lub krócej Uriah Heep.
Oba albumy nadal są dostępne w wersji Repertoire Records. Przy czym pierwsza płyty tylko jako STEREO. Tak więc wersja MONO pojawia się na CD prawdopodobnie po raz pierwszy.

Z kolei Shadoks Music też nie próżnuje.
Na razie jednak wymienię dwa bardzo ciekawe tytuły.

Jedyny album pochodzącej z Danii grupy Old Man And The Sea nagranej w 1972 roku oraz również jedyne dokonanie norweskiego kwintetu Dream 'Get Dreamy'. Album ukazał się pierwotnie w roku 1967.

piątek, 26 lipca 2013

DONOVAN

SUNSHINE SUPERMAN 1966



 

piątek, 28 czerwca 2013

MARK FRY

DREAMING WITH ALICE (1972)

Uznanie dla psychodelicznej odmiany folku wśród miłośników starego rocka jest bardzo duże. Rzeczywiście, powstało w tym gatunku sporo interesujących, znakomitych tytułów. Jednym z nich jest wręcz wzorcowe i stanowiące wielkie osiągnięcie jedyne dokonanie młodego muzyka z Wielkiej Brytanii. Wówczas dwudziestoletni gitarzysta Mark Fry - z pomocą grupy szkockich muzyków sesyjnych - podczas pobytu we Włoszech zarejestrował materiał, który ukazał się wyłącznie na tamtejszym rynku pod tytułem 'Dreaming With Alice'.

Uwielbiam ten album, mimo że tak naprawdę artysta nie odkrywa tutaj nic nowego. Ale bajkowy klimat utkany z balladowych kompozycji nie ma sobie równych. Całość sprawia wrażenie owianego psychodeliczną mgiełką, natomiast dosyć uboga, chropowata produkcja pozwala odczuć w sposób niemal namacalny atmosferę rodem z jakiegoś zadymionego klubu.
 




1. Dreaming With Alice (Verse 1)
2. The Witch
3. Dreaming With Alice (Verse 2)
4. Song For Wilde
5. Dreaming With Alice (Verse 3)
6. Roses For Columbus
7. A Norman Soldier
8. Dreaming With Alice (Verse 4)
9. Dreaming With Alice (Verse 5)
10. Lute And Flute
11. Dreaming With Alice (Verse 6)
12. Down Narrow Streets
13. Dreaming With Alice (Verse 7)
14. Mandolin Man
15. Dreaming With Alice (Verses 8-9)
16. Rehtorb Ym No Hcram


Sensacją jest tutaj rozpoczynający płytę 'The Witch'.
Ten zagrany w szybkim tempie i nasycony pierwiastkami muzyki Wschodu utwór zniewala hipnotycznym rytmem - nabijanym przez pulsującą gitarę basową - oraz wręcz natrętnymi, przeszywającymi zmysły partiami sitaru napędzanymi dźwiękami gitary akustycznej. To wszystko jest przeplatane tu i ówdzie przez brzmienie fletu poprzecznego.
Prosty pomysł, ale zagrany z taką brawurą, że aż dech zapiera.

Zupełnie wyjątkowa piosenka.
Resztę repertuaru stanowiły akustyczne piosenki wyrastające - jak już wspomniałem - z folku, ale posiadające bardziej psychodeliczny odcień. Wszystkie one czarowały urodziwymi, niewymuszonymi melodiami. Zaśpiewane zostały przez autora delikatnym, sennym głosem przy akompaniamencie gitary akustycznej, czasem zaś z subtelnym wsparciem zaproszonych do studia muzyków.

Większość nagrań stanowiły natchnione, wyciszone ballady w rodzaju 'Song For Wilde' czy autentycznie przepięknej 'Roses For Columbus' posiadające cudowny odrealniony nastrój. Druga z tych piosenek ponownie została wzbogacona subtelnymi zagrywkami fletu poprzecznego. Instrument ten stał się ozdobą kompozycji bardziej pogodnej 'Lute And Flute'.

Ale znalazło się miejsce także dla piosenek bardziej żywiołowych, takich jak 'Mandolin Man' czy 'A Norman Soldier' - obok 'The Witch' były to kompozycje chyba najbliższe estetyce rocka. 'Mandolin Man' jako jedyny utwór na płycie został zagrany z użyciem perkusji, a do aranżacji wprowadzono nawet ostro przesterowaną gitarę elektryczną. Kodę zaś stanowiła tutaj dosyć dziwna folkowa, a po części nieco jazzowa mantra.

Warto zwrócić uwagę, że we wszystkich utworach towarzyszący liderowi muzycy udzielali się w chórkach. Idealnym tego przykładem romantyczny 'Down Narrow Streets' czy wspomniany już 'Lute And Flute'.

Jako spoiwo łączące poszczególne fragmenty tej historii - zainspirowanej przez 'Alicję w Krainie Czarów' Lewisa Carrolla, wówczas, ze względu na surrealistyczną tematykę, niezwykle popularną w kręgach muzyków grających rocka - wprowadzono powracający temat przewijający się między piosenkami - była to miniatura zagrana na gitarze akustycznej i zaśpiewana z lekkim pogłosem.

Oryginalny LP wydała włoska filia wytwórni RCA Records - IT Dischi. Obecnie płyta jest prawdziwym białym krukiem wartym blisko 4000 dolarów - dokładnie 4061 dolarów jakiś kolekcjoner zapłacił za egzemplarz tego tytułu w maju tego roku na aukcji internetowej Ebay.

wtorek, 11 czerwca 2013

środa, 8 maja 2013

środa, 1 maja 2013

SAM GOPAL

ESCALATOR 1969




1. Cold Embrace
2. The Dark Lord
3. The Sky Is Burning
4. You're Alone Now
5. Grass
6. It's Only Love
7. Escalator
8. Angry Faces
9. Midsummer Night's Dream
10. Season Of The Witch
11. Yesterlove


Skład


Sam Gopal - Tabla, Percussion
Ian Willis - Vocals, Rhythm Guitar
Roger D'Elia - Guitar
Phil Duke - Bass Guitar

DAVID BOWIE

THE MAN WHO SOLD THE WORLD 1971

piątek, 19 kwietnia 2013

BLOOD CEREMONY (2008)




1. Master Of Confusion
2. I’m Coming With You
3. Into The Coven
4. A Wine Of Wizardry
5. The Rare Lord
6. Return To Forever
7. Hop Toad
8. Children Of The Future
9. Hymn To Pan


Skład


Alia O’Brien - Vocals, Flute, Organ
Sean Kennedy - Guitar
Lucas Gadke - Bass Guitar
Michael Carrillo - Drums


Płyta, która co prawda nie powstała w przedziale czasowym, któremu poświęcony jest ten blog, ale brzmi tak jakby została żywcem wyjęta z tamtej epoki, a konkretnie z wczesnych lat siedemdziesiątych. Dlatego wyjątkowo postanowiłem przybliżyć ten wydany w 2008 roku przez Rise Above Records tytuł, ponieważ naprawdę na to zasługuje i bezsprzecznie jest hołdem złożonym tym wszystkim wspaniałym pionierskim wykonawcom, których także i niżej podpisany uwielbia.

Do momentu, w którym usłyszałem Blood Ceremony uważałem, że grupy imitujące klasyczne rockowe dokonania to kompletny niewypał. To, co do tej pory miałem możność poznać nie dawało się słuchać. Owszem, brzmiało po staremu, jednak od strony muzycznej była to zwykła dłubanina bez pomysłu.
Na całe szczęście Blood Ceremony zmąciła ten obraz.

Debiutancki album zespołu z Kanady to urzekający dla ucha mariaż brzmień spod znaku wczesnego Black Sabbath i Jethro Tull. Fascynację pierwszą z wymienionych grup oddawały ciężkie riffy gitary oraz mocna sekcja rytmiczna niemal wyjęte z pierwszych trzech płyt kwartetu. Ducha twórczości Jethro Tull przywoływały dynamiczne partie fletu poprzecznego, które dodawały muzyce folkowego odcienia.
Grupa starała się oddać atmosferę starego rockowego grania jak najwierniej poprzez wprowadzenie do instrumentarium także organów.

Trzeba też mocno podkreślić - to nie jest jedynie bierne naśladownictwo pionierów gatunku, ale udana próba odświeżenia tego, co w muzyce rockowej najlepsze, jednocześnie kompletnie pozbawiona komercyjnego charakteru tak nachalnie epatującego z niemal wszystkich przedsięwzięć, które pojawiają się na rynku.

Mimo, że nie jest to muzyka jakoś szczególnie oryginalna pod względem melodycznym, a same kompozycje są do siebie dosyć podobne, to jednak słucha się tego wybornie, utwory zostały wykonane z prawdziwą pasją i posiadają wzorcowo zbudowany klimat.
Muszę przyznać, że w ciągu tygodnia przesłuchałem ten album kilka razy. Bez cienia zmuszania się, bez znużenia.
Może jedynie głos wokalistki Alia O’Brien nie do końca przekonuje, ale na szczęście wykonawstwo jest tak mocne, że nie wpływa to ujemnie na odbiór.

Uważam, że jest to jedno z najciekawszych wydarzeń, jakie na rockowej scenie pojawiło się w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat. To jest właśnie alternatywa dla tej całej miernej masówki, która od dłuższego czasu zalewa nas ze wszystkich stron. Alternatywa, przy której ta, wychwalana przez środowiska młodych, wykształconych z dużych miast, wydaje się jakimś kiepskim dowcipem niczym nie różniącym się od dzisiejszego głównego nurtu.

piątek, 12 kwietnia 2013

SHUTTAH

THE IMAGE MAKER (1971)

Ten fascynujący, koncepcyjny, nagrany w 1971 roku album przez długie lata nie wyszedł poza formę acetatu. Aż do roku 2002, kiedy to został zaprezentowany światu przez szacowną wytwórnię Shadoks Music.

Powstała muzyka posiadająca cechy kolażu dźwiękowego. Powiązane ze sobą piosenki tworzyły opowieść rozgrywającą się w czasie drugiej wojny światowej, zaś efekt dramaturgiczny pogłębiały przeróżne efekty dźwiękowe. Zespół nie stronił od eksperymentów - częstokroć nawiązujących do muzyki awangardowej. Starał się wzbogacić aranżacje poprzez wprowadzenie instrumentów dętych.

Niekiedy też kładł spory nacisk na grupowe harmonie wokalne.
Materiał - nagrany przez nikomu nieznanych muzyków w profesjonalnym studiu - budzi duży podziw autentycznie udanymi melodiami oraz znakomitą produkcją. Niebywałe zjawisko.
Znalazło się tutaj miejsce na tematy stonowane, spokojne, ale też na repertuar stricte rockowy, posiadający niemal hard-rockową intensywność, przytłaczający posępną, niepokojącą atmosferą. Wiele kompozycji ujawniało zamiłowanie zespołu do funku. Całość zdradzała jednak wpływy i ambicje rocka progresywnego.





1. Image Maker
2. Bull Run
3. Cry My Little Darling
4. Lady Smith
5. Village Green
6. The Crimp
7. Christmas 1914
8. The Fens
9. Guernica
10. World War II
11. Concrete
12. Imjin
13. She's A Bad Girl
14. The Wizard
15. Tell Me Why
16. Conclusion


Cóż więc tu mamy?
Tytułowa, nieco funkowa piosenka kontrastowała z powolnym, mrocznym 'Bull Run' opartym na ciężkich tonach mocno przesterowanych, niemal rzężących organów Hammonda oraz dźwiękach natarczywej i również przesterowanej gitary elektrycznej. Muzyczna tkanka nagrania obudowana została różnego rodzaju naturalistycznymi odgłosami wojny. Dodatkowo pojawiały się zniekształcone, agresywne dźwięki instrumentów dętych.
Utwór wieńczyła nastrojowa impresja zagrana przez trąbkę i fortepian.

'Cry My Little Darling' to z kolei krystalicznie czysta, szlachetna, dynamiczna piosenka cudownie oplatana dźwiękami elektrycznego klawesynu. 'Lady Smith' w początkowej fazie miał w sobie coś ze spokojnej twórczości Carlosa Santany, by w drugiej części powrócić do funkowych zapędów Shuttah.

W 'The Crimp' zwykła piosenka zostaje przerwana niespodziewanie kakofonią dźwięków. Po chwili następuje powrót do normalnego, w dużej mierze instrumentalnego grania mającego jazzowe zabarwienie - z partią trąbki i pełnym werwy solem gitary.

Rozpoczynający się od melodii pozytywki 'Christmas 1941' to najpiękniejszy fragment płyty. Jest to melancholijna, zagrana na wodewilową nutę miniatura zaśpiewana jedynie z akompaniamentem fortepianu, zaś w zwrotkach wspaniale zaaranżowana na głosy. Warto zatrzymać się przy tych właśnie chórkach ponieważ nieodparcie kojarzą mi się one z aranżacjami partii wokalnych w muzyce Yes, a także Queen.

'The Fens' we wstępie ozdobiony fortepianowym tematem był następnym powrotem na bardziej rockowe terytoria - z uwypuklonymi brzmieniami organów Hammonda na tle prostego, równomiernego podkładu sekcji rytmicznej. W środkowej części jako kontrapunkt pojawiły się zespołowe chórki.

Miniatura 'Guernica' to impresja na gitarze elektrycznej solo.

'World War II' to kolejna synteza funku i jazzu, w drugiej połowie wzbogacona efektami dźwiękowymi - syrenami alarmowymi, odgłosami wojny. Całość kończył zwiewny temat wokalny. Nie przepadam za funkiem, ale na tej płycie - jako element składowy w ramach rockowej konwencji - świetnie się broni.

W głównej części 'Imjin' rytm nadawał hi-hat punktowany przez pojedyncze uderzenia gitary elektrycznej. Następnie zespół przechodził do krótkiej instrumentalnej, dosyć swobodnej improwizacji z uwypuklonymi partiami perkusji - zwłaszcza talerza. Piosenkę wieńczył refleksyjny, wyciszony fragment oparty na grze gitary akustycznej i pobrzmiewających w drugim głosie organach Hammonda.

'The Wizard' to najpierw subtelny wokalny temat oraz tajemniczy szept na tle stonowanych, sugestywnych dźwięków organów Hammonda.
Po chwili jednak muzyka się ożywia i otrzymujemy porywającą, rockową improwizację wspomnianego wyżej instrumentu przeplataną przez ponownie funkującą gitarę. Całość zaś po raz kolejny wskazywała pewne wpływy twórczości Carlosa Santany, ale także miała w sobie coś z ówczesnych undergroundowych, progresywnych zespołów z Wielkiej Brytanii.

Płytę zamykał wielowątkowy i zróżnicowany - potężny organowy motyw skontrastowano z delikatną partią trąbki - 'Conclusion' na moje ucho będący czymś na kształt wariacji osnutej wokół 'Bull Run'. Kompozycję wieńczył niepokojący quasi chór.





Nie ma sensu drobiazgowego opisywania i rozkładania na czynniki pierwsze każdej kompozycji, zbyt wiele jest tu szczegółów. Najlepiej samemu posłuchać. Jest czego - ponieważ materiał ten stanowi wzorcowy przykład rockowego podziemia z tamtych czasów. Niemal każdy dźwięk jest przesiąknięty tym dziwnym klimatem, jaki panował tylko wtedy. Poza tym niektóre fragmenty naprawdę świdrują umysł, zaś moje opisy są zbyt uproszczone, aby oddać urodę wszystkich drobiazgów tutaj zawartych.
Ponad to jest to tytuł, który z każdym przesłuchaniem smakuje coraz lepiej.

W roku 2002 wydany przez Shadoks Music 'Image Maker' ukazał się jako podwójny LP w grubej, skórzanej okładce z wklejonymi czterema fotografiami oraz reprodukcjami winylowych nalepek studia IBC, gdzie materiał na ten album został zarejestrowany.
Dopiero w 2007 roku tytuł ukazał się na podwójnym CD.

MARSUPILAMI

ARENA (1971)

MARSUPILAMI 1970

Nagrane dla wytwórni Transatlantic Records dwie płyty sekstetu zawierały bardzo ciekawą i ekscytującą odsłonę nowego rocka progresywnego. Grupa zaprezentowała porywający mariaż ciężkiego rocka i muzyki dawnej, całość zaś nasyciła elementami jazzu. Wszystko to razem wykonywała - zwłaszcza na drugiej płycie - z niemal teatralną dramaturgią, co potęgował głos wokalisty częstokroć oscylujący na granicy melodeklamacji.
Swój repertuar formacja osnuła wokół brzmień organów Hammonda, gitary elektrycznej oraz instrumentów dętych takich jak flet poprzeczny oraz - na drugim albumie - saksofon.

Grupie udało się połączyć różnorodne wpływy w spójne, frapujące kompozycje charakteryzujące się dużą dynamiką wykonania oraz umiejętnością budowania nastroju przy pomocy łączenia zmiennych, częstokroć bardzo kontrastowych motywów. Duży nacisk położono także na opracowanie grupowych partii wokalnych, mających częstokroć charakter wokaliz.

Żeby jednak nie być gołosłownym przytoczę kilka przykładów.
Otwierający płytę 'Dorian Deep' rozpoczynała zaśpiewana w dwugłosie niepokojąca wokaliza na tle subtelnych tonów organów Hammonda. Następnie przeradzał się w rozpędzony heavy-rockowy utwór przerywany różnego rodzaju dygresjami wykorzystującymi brzmienie fletu oraz głosu, a nawet harmonijki ustnej. Ponad to uwagę przykuwało rewelacyjne solo gitary, dla którego rodzaj kontrapunktu stanowiły, uzupełniające plan dźwiękowy, partie organów Hammonda.
Fantastyczny muzyka.





1. Dorian Deep
2. Born To Be Free
3. And The Eagle Chased The Dove To Its Ruin
4. Ab Initio Ad Finem (The Opera)
5. Facilis Descensus Averni


Przesycony atmosferą tajemniczości wstęp wielowątkowego 'Ab Initio Ad Finem (The Opera)' rozpoczynała melodia pozytywki, która przechodziła w niemal kościelne, acz delikatne akordy organów Hammonda. Niezwykłej aury dodawało tutaj wprowadzenie dobiegających z oddali odgłosów kraczących wron.
Kolejny motyw - oparty na powtarzanej figurze rytmicznej granej przez perkusję i pojedynczych dźwiękach organów - posiadał w sobie ów pierwiastek muzyki dawnej. Następna część kompozycji to był już świetny hard-rock z gitarą elektryczną w roli głównej. Po tym pojawiał się melancholijny temat, w którym rola instrumentu wiodącego przypadła grającej na flecie poprzecznym Jessice Stanley Clarke. Za chwilę muzyka ponownie nabierała żywiołowości uwypuklając partie organów Hammonda i gitary. Zwieńczeniem zaś był pełen dysonansów motyw, z którego łagodnie wyłaniał się organowy temat będący repryzą tematu rozpoczynającego kompozycję.

Jak nietrudno zauważyć, zespół nie stronił od długich improwizacji, które nie tylko ujawniały dążność do rozbudowanej formy, ale także ukazywały fascynację instrumentalistów różnymi gatunkami muzyki i próbę ich asymilacji w przemyślaną całość.
Bardziej jednorodny charakter nosiły utwory 'Born To Be Free' oraz 'And The Eagle Chased The Dove To Its Ruin'.

Pierwsza z wyżej wymienionych piosenek to cudowna, rozmarzona ballada zdominowana przez falujące niczym liście na wietrze dźwięki fletu poprzecznego, które skontrastowano z jazzowymi, oszczędnymi zagrywkami gitary elektrycznej tworzącymi subtelne tło. W środkowej części następowało zupełnie kontrastowe instrumentalne przyśpieszenie - na plan pierwszy wysuwała się tutaj ostra gitara elektryczna. Pojawiała się nawet dosyć natarczywa harmonijka ustna.

Wszystkie te utwory zachwycają niezwykle klarownym brzmieniem, umiejętnym operowaniem barwami i tworzeniem różnorodnych nastrojów oraz - jak na ówczesną muzykę rockową - śmiałością rozwiązań kompozytorskich. Zachwyca swoboda wykonawcza, przy pomocy której grupa buduje te wszystkie niezwykle mroczne klimaty niczym z innej epoki, podane jednak w iście rockowym stylu.

Już za moment ten rodzaj grania stał się normą, jednak w marcu 1970 roku, gdy debiut Marsupilami ujrzał światło dzienne, wciąż było to spore novum.

Czysta rockowa poezja.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

SPECTRUM

GERACAO BENDITA (1971)
 

wtorek, 19 marca 2013

LIVERPOOL

POR FAVOR SUCESSO (1969)





DENNY GERRARD

SINISTER MORNING (1970)

sobota, 16 marca 2013

poniedziałek, 18 lutego 2013

ELTON JOHN

EMPTY SKY 1969

Sensacyjny album. Być może największe osiągnięcie Eltona Johna w jego długoletniej karierze. Z ręką na sercu mogę napisać, że jest tutaj wszystko to, co najlepsze w muzyce rockowej. Dosłownie oszalałem na punkcie tego albumu.

Żadna późniejsza płyta w dorobku pianisty nie ma w sobie takiego powiewu świeżości, takiej naturalności i twórczej swobody, co 'Empty Sky'.
Nie ma tutaj choćby jednej niepotrzebnej piosenki, nie ma nudnej sekundy, pospolitej nuty. Wszystkie dziewięć piosenek pomimo dosyć oszczędnej produkcji i skromnej - poza dwoma wyjątkami - formy zachwycają precyzyjnym, pełnym inwencji  wykonaniem oraz szlachetnym, pastelowym brzmieniem posiadającym - typową dla roku 1969 - nieco psychodeliczną aurę, chociaż kompozytorska kreatywność Eltona Johna sprawia wrażenie wykraczającej daleko poza wówczas panujące kanony.

Można niemal przyjąć, że już na tej debiutanckiej płycie muzyk stworzył swój styl, później jedynie trochę ten styl modyfikując - niekoniecznie z korzyścią dla swojej twórczości - na co zapewne wywierały wpływ zmieniające się muzyczne mody i standardy.

LP otwierał - zaśpiewany z prawdziwą pasją - utwór tytułowy - najbardziej rozbudowana na płycie kompozycja rozpoczynała się od nieskładnych interwałów fortepianu na tle bongosów, po czym zmysły atakowały ciężki, miarowy - zagrany w średnim tempie - rytm oraz ostra gitara elektryczna.
Piosenkę wzbogacono przeróżnymi dygresjami - pojawiającymi się pomiędzy zwrotkami. Każdy z tych ozdobników był inny i zagrany w zupełnie różnym stylu, rzecz jasna stanowiąc integralną część nagrania.
Pierwszy przerywnik - za sprawą wysuniętej na plan pierwszy gitary elektrycznej, sprawiającej wrażenie puszczonej wstecz - miał iście psychodeliczny odcień. W innym miejscu, za sprawą wprowadzenia fletu poprzecznego, tego typu kojący, zwiewny fragment nabierał folkowego charakteru. Na mnie wielkie wrażenie robi odrealniona końcówka, w której następuje wyciszenie emocji, pojawia się jakieś tajemnicze, złowróżbne westchnienie - jak ze snu.

W dwóch utworach 'Val-Hala' i 'Skyline Pigeon' autor wprowadził klawesyn, nadając w ten sposób obydwu kompozycjom barokowego kolorytu.
W cudownym, leniwie płynącym, zagranym razem z zespołem 'Val-Hala' klawesyn stanowił jedynie rodzaj ornamentu, dopełnienia dla wiodących dźwięków fortepianu i organów Hammonda, a także gitary klasycznej.
Zaś w dostojnym 'Skyline Pigeon' instrument ten pełnił już rolę główną. Pierwszą zwrotkę tego pełnego dramatyzmu nagrania Elton John zaśpiewał jedynie z akompaniamentem tegoż instrumentu, natomiast w drugiej zwrotce dołączały organy Hammonda.





1. Empty Sky
2. Val-Hala
3. Western Ford Gateway
4. Hymn 2000
5. Lady What's Tomorrow
6. Sails
7. The Scaffold
8. Skyline Pigeon
9. Gulliver/Hay Chewed/Reprise

Skład

Elton John – Piano, Organ, Electric Piano, Harpsichord
Caleb Quaye – Electric And Acoustic Guitars, Conga Drums
Tony Murray – Bass Guitar
Roger Pope – Drums, Percussion

Don Fay – Tenor Saxophone, Flute
Graham Vickery – Harmonica
Nigel Olsson – Drums On 'Lady What's Tomorrow'





Zdecydowanie rockowy charakter nosił fantastyczny, przebojowy, zagrany bez wytchnienia 'Western Ford Gateway' z kapitalnymi, świdrującymi organami Hammonda pojawiającymi się w chwytliwym refrenie. We wstępie i w zakończeniu przykuwa uwagę melodyjna, wyrazista zagrywka gitary, która pojawia się także pomiędzy obiema zwrotkami, tworząc rodzaj leitmotivu.

Zagrany bez perkusji - z nabijającym tempo tamburynem -  w znacznej mierze akustyczny 'Hymn 2000' miał w sobie coś z muzyki gospel i folk, czarował zaś brzmieniem fletu poprzecznego. Wyczuwalne są pewne wpływy stylu znanego z twórczości Boba Dylana.

Wyjątkowa i ukochana przeze mnie jest króciutka, zagrana w szybkim tempie 'Lady What's Tomorrow'. Ten unikatowy drobiazg to wzorzec przepięknej melodii, a także melancholijnego, romantycznego nastroju osnutego wokół rytmicznego fortepianu i niemal unoszących się niczym podmuch wiatru dźwięków organów Hammonda, które piosence nadają psychodelicznego, przymglonego nastroju.
Do tego przewijająca się w tle niemal łkająca gitara akustyczna. Na pierwszym planie natomiast ten przepełniony goryczą głos. Trudno znaleźć bardziej poruszający fragment.

Płytę w WIELKIM STYLU wieńczył najbardziej urozmaicony, składający się z trzech kontrastowych części 'Gulliver-Hay Chewed-Reprise'.
Pierwszy fragment - rozpoczynający się od pojedynczych dźwięków gitary z dodanym pogłosem - to romantyczna, cudownej urody piosenka - zagrana w rytmie zbliżonym do walczyka - z poruszającym, podniosłym refrenem. Doprawdy nieopisane piękno. Warto zwrócić uwagę na krystaliczne wręcz dźwięki gitary elektrycznej wspaniale przeplatające się z melodią graną przez fortepian.
Druga część to z kolei swobodna, nabierająca tempa, rhytm and bluesowa improwizacja z saksofonem i świetną, hałaśliwą partią gitary. Kodę zaś stanowił kolaż fragmentów poszczególnych piosenek z płyty. To wszystko kończy spreparowany krzyk wokalisty.





Elton John jawi się tutaj jako inteligentny, znakomicie czujący estetykę rocka, kompozytor oraz posiadający wyjątkowy talent instrumentalista. Jego gra na instrumentach klawiszowych zaskakuje ogromną dojrzałością i wyczuciem różnorakich konwencji muzycznych.

Równie ważna była gitara elektryczna oraz gitara klasyczna - na obu instrumentach grał wybitnie utalentowany i bardzo niedoceniony Caleb Quaye - kolega Reginalda Kennetha Dwighta z czasów Bluesology. Nie zdawałem sobie sprawy, jak wspaniały jest to muzyk. Jego pełne wyczucia i finezji, niezwykle wyważone i oszczędne partie przydały kompozycjom Eltona Johna blasku. Mało kto tak wówczas grał.

Warto też zwrócić uwagę na oszczędną sekcję rytmiczną, szczególnie na bardzo wyraziste, soczyste brzmienie perkusji. Na basie zaś grał Tony Murray - muzyk zespołu Plastic Penny. Perkusista tej formacji - Nigel Olsson pojawił się w jednym nagraniu 'Lady What's Tomorrow', aby już niedługo zostać pełnoetatowym członkiem The Elton John Band.

Był to jedyny LP artysty, który w chwili premiery kompletnie nie zaistniał w świadomości publiczności.

Początkowo debiut ukazał się wyłącznie w Wielkie Brytanii i przepadł na rynku kompletnie niedostrzeżony. Być może dlatego oryginalne egzemplarze płyty są niezmiernie rzadkie. W dodatku panuje w tym temacie sporo zamieszania. Pewne jest jedno - większość egzemplarzy tego tytułu, które pojawiają się na aukcjach internetowych to wznowienia. Bardzo podobne do pierwszego wydania posiadają jedną zasadniczą różnicę - wytłoczone bowiem zostały na specjalnym, czerwono-krwistym winylu, który w zwykłym świetle wygląda na tradycyjną czarną płytę, natomiast prawdziwe oblicze objawia po ustawieniu pod mocnym światłem.

Śmiać mi się chce, gdy pomyślę, że po pierwszym wysłuchaniu 'Empty Sky' pomyślałem, że nie jest to nic specjalnego.

wtorek, 15 stycznia 2013

środa, 2 stycznia 2013

ASTRAL NAVIGATIONS (1971)




LIGHT YEARS AWAY

1. Fourth Coming
2. Path Of Stone
3. Windows Of Limited Time - The Astral Navigator
4. Yesterday
5. Today (North Country Cinderella)
6. Tomorrow (Buffalo)
7. Stellar Amber
8. Face My Foot
9. The Tale Of The Blue Tortoise


THUNDERMOTHER

1. Someday
2. Country Lines
3. Boogie Music
4. Rock Me (UFO Mix)
5. Duce Blues
6. Rock Me Jam

wtorek, 1 stycznia 2013

CHRIS HARWOOD

NICE TO MEET MISS CHRISTINE (1970)




1. Mama
2. Crying To Be Heard
3. Wooden Ships
4. Ain't Gonna Be Your Slave
5. Question Of Time
6. Gotta Do My Best
7. Before You Right Now
8. Never Knew What Love Was
9. Flies Like A Bird