środa, 30 grudnia 2009

FOCUS (NETHERLANDS)

IN AND OUT OF FOCUS (1970)

Tak się zabieram za opisywanie kolejnych płyt (częstokroć dawno już dodanych) że szkoda słów. W ostatnim miesiącu dodałem kilka tytułów, a przytłaczająca większość nie została nawet ruszona. Lenistwo. Brak odpowiedniego nastroju. Teoretycznie powinienem coś napisać w chwili, gdy słucham danej płyty. Ale tylko teoretycznie, bo kiedy słucham, to nie mogę się z kolei skoncentrować na pisaniu.
Ale z drugiej strony, pośpiechu chyba nie ma.




1. Focus (Instrumental)
2. Black Beauty
3. Sugar Island
4. Anonymus
5. House Of The King
6. Happy Nightmare (Mescaline)
7. Why Dream
8. Focus (Vocal)

Skład

Martijn Dresden – Bass Guitar
Hans Cleuver – Drums, Percussion
Jan Akkerman - Guitar
Thijs Van Leer - Organ, Piano, Electric Piano, Harpsichord, Vibraphone


Pierwszy rok mojej pisaniny zamknę płytą, którą wprost uwielbiam. Wiem, że debiutancki album Holendrów przez wielu fanów traktowany jest po macoszemu. Że dla wielu osób pierwszym prawdziwym dokonaniem Focus była kolejna płyta 'Moving Waves'. Oczywiście również uważam, że drugi LP jest wybitny i wspaniały, ale w takim samym stopniu co 'Moving Waves' preferuję 'In And Out Of Focus'.

Dlaczego tak jest? Nie mam pojęcia. Teoretycznie całość zdominowana jest przez krótkie niemal popowe piosenki. W dodatku płyta została nagrana przez kabaretowe trio i byłego gitarzystę grupy Brainbox.
Brzmi to wszystko mało zachęcająco. Ale prawda jest taka, że mamy do czynienia z profesjonalnym, dojrzałym graniem. Jak na tak dziwny skład, to muzyka zawarta tutaj jest szalenie melancholijna i refleksyjna. Tak powinien prezentować się ambitny progresywny pop.

Głównym punktem programu jest podzielona na dwie części kompozycja 'Focus'. Utrzymany w elegijnym, podniosłym nastroju 'Focus - Vocal', to przepiękna pieśń ozdobiona natchnionym śpiewem. Natomiast repryza tego utworu 'Focus - Instrumental', to już długa instrumentalna kompozycja na początku mająca za podstawę główny temat z części pierwszej, jednak później przeradzająca się we wspaniałą improwizację.
Innym bardzo ważnym utworem jest 'Anonymus'. Chyba najbardziej dynamiczna i najbardziej rockowa kompozycja na debiucie. Ciężka sekcja rytmiczna, mocny riff gitary plus rewelacyjne improwizacje na flet i gitarę. Także perkusista zaprezentował się od jak najlepszej strony.

Generalnie chyba tylko te trzy nagrania zwiastują późniejsze dokonania zespołu.

Resztę repertuaru stanowią krótkie piosenki oparte na cudownych melodiach, nawiązujące (jak dla mnie) do piosenek The Beatles. Wszystkie zasługują na wyróżnienie i właściwie każda ma w sobie coś charakterystycznego.
Dla przykładu w 'Black Beauty' pojawia się urzekająca partia trąbki. Przepiękny i delikatny 'Happy Nightmare (Mescaline)' to lekko jazzująca ballada z uroczymi wokalnymi chórkami i pojawiającym się w tle melotronem. Naprawdę przepiękny fragment.
Najpopularniejszym nagraniem okazał się 'House Of The King'. Krótka introdukcja zagrana na flecie oraz podstawowa część kompozycji przywodzi mi na myśl muzykę dawną. W środku dla odmiany pojawia się stricte rockowa partia gitary zmieniająca na moment charakter utworu. Ta przebojowa i oparta na prostym rytmie kompozycja pierwotnie została skomponowana przez Jana Akkermana ponoć do programu telewizyjnego.

Przy okazji nasuwa mi się takie spostrzeżenie. Nie rozumiem dlaczego, gdy tylko w instrumentarium jakiejkolwiek rockowej grupy pojawią się dźwięki fletu, to zrazu ludzie przyrównują taką muzykę do dokonań Jethro Tull. Bez sensu. To tak jakby brzmienie trąbki automatycznie sugerowało inspirację dokonaniami Milesa Davisa.

Opis płyty oparłem na CD. Z debiutem jest sporo zamieszania. Na LP miał on kilka wersji. W zależności od kraju i od wydania miał on różnorakie tytuły i częstokroć inny układ nagrań. Oryginalne holenderskie tłoczenie nosiło tytuł 'Focus Plays Focus' i zawierało 'Sugar Island'. Na kolejnej wersji pojawił się 'House Of The King'. Z kolei trzecia edycja pomijała 'Sugar Island'.
W Niemczech był chyba inny układ nagrań. To właśnie w Anglii i Ameryce album ukazał się jako 'In And Out Of Focus'.
Z tego co się orientuje każda wersja miała inną okładkę. Niestety obawiam się, że moje informacje na ten temat są niepełne.
Rety...

Miało być krótko, a wyszło wypracowanie. Ale na koniec roku mogłem sobie trochę zaszaleć.

sobota, 26 grudnia 2009

ULTIMATE SPINACH 1968 (USA)



1. Ego Trip
2. Sacrifice Of The Moon (In Four Parts)
3. Plastic Raincoats/Hung Up Minds
4. (Ballad Of) The Hip Death Goddess
5. Your Head Is Reeling
6. Dove In Hawk's Clothing
7. Baroque #1
8. Funny Freak Parade
9. Pamela


Jedna z najlepszych psychodelicznych płyt z Ameryki. Szalenie narkotyczny klimat przesiąknięty substancjami halucynogennymi. Gdybym miał zorganizować imprezę w rodzaju tych, które organizował Ken Kesey (Acid Tests) to pierwsza płyta Ultimate Spinach byłaby tam pozycją wręcz obowiązkową.
Muzyka momentami przywodzi na myśli dokonania The Doors, tyle że ma w sobie coś bardziej transowego. Przykładem '(Ballad Of) The Hip Death Goddess' ozdobiony we wstępie i finale żeńskim nieco hipnotycznym, jakby nawiedzonym głosem. W środkowej części tego nagrania zespół zaproponował długą improwizację opartą na jednostajnym rytmie obudowanym różnego rodzaju dźwiękami i dysonansową partią gitary.
Dla mnie archetyp psychodelicznego rocka.

Album zachwyca swoją różnorodnością.
Nagranie 'Sacrifice Of The Moon (In Four Parts)' mimo, że bardzo krótkie składa się - co oczywiście sugeruje już tytuł - z czterech kontrastowych części. Pierwsza i ostatnia to typowa psychodelia, dwie środkowe klimatem przywodzą na myśl folk (w pierwszym z tych fragmentów pojawia się partia fujarki).

Płyta ukazała się w 1968 roku i momentami przywodzi na myśl wydany nieco wcześniej debiutancki LP Pink Floyd 'Piper At The Gates Of Dawn'. Ciekawe czy Ultimate Spinach czerpał od Brytyjczyków. Mam ku temu wątpliwości. Myślę, że po prostu wtedy wszyscy oddychali tym samym przesiąkniętym LSD powietrzem i stąd takie efekty. To był czas prawdziwej twórczej eksplozji. Niemal cały świat nadawał na tych samych falach. Inspiracje przenikały się ze wszystkich stron.
Bez wątpienia można się dopatrzeć wpływu amerykańskiej sceny garażowej.

To jest płyta marzenie. Wszystkie nagrania są przebojowe. Produkcja całości jest naprawdę świetna, gdyż z jednej strony muzyka brzmi klarownie, a z drugiej oddaje klimat występu na żywo.
Życzyłbym sobie słuchać takich płyt jak najwięcej.

wtorek, 15 grudnia 2009

ARCADIUM

BREATHE AWHILE 1969

Album genialny od pierwszego do ostatniego dźwięku. Sto razy lepszy i bardziej przejmujący niż te wszystkie milionowe tytuły grup w rodzaju U2, Police czy wielu innych (o współczesnych wykonawcach nie ma nawet co wspominać, bo szkoda czasu), którym jakimś cudem udało się odnieść sukces.




I'm On My Way
Poor Lady
Walk On The Bad Side
Woman Of A Thousand Years
Change Me
It Takes A Woman
Birth Life And Death
Sing My Song
Riding Alone


Grupa Arcadium nagrała tylko jedną płytę, ale za to wyjątkową. Nie ma drugiej takiej płyty. Nie ma drugiej takiej muzyki. Nigdzie indziej nie ma takich dźwięków i takiego ładunku emocji jak na 'Breathe Awhile'. Jak to jest możliwe, że nic nie wiadomo na temat zespołu i tworzącym go muzyków? To byli chyba jacyś kosmici.
Chylę przed nimi czoła i dziękuję za wybitny, poruszający album.

Na temat tej płyty napisano już całkiem sporo. Można wręcz uznać, że znalazła ona swoje zasłużone miejsce w panteonie klasycznych płyt rockowych. Wydany w magicznym 1969 roku LP jest obok jedynej płyty Writing On The Wall bez wątpienia najlepszym tytułem z niewielkiego katalogu wytwórni Middle Earth.
Trzeba też przyznać, że nagrywając w tak skromnych warunkach, zespół wykazał się naprawdę ogromną biegłością wykonawczą. To nie są nagrania dopieszczane przez pół roku ścieżka po ścieżce, instrument po instrumencie. Słychać, że całość nagrano na żywo w studiu z pewnymi dodatkowymi nakładkami. Stąd być może to przestrzenne i żywe brzmienie. Uwielbiam takie klimaty.

Nastrój desperacji i smutku przepełnia muzykę Arcadium. Nie ma tu uśmiechu, nie ma nadzieji. Przy 'Breathe Awhile' dokonania Nicka Cave'a czy The Cure brzmią jak radosne piosenki dla nastolatek. Mimo wszystko słucha się tej płyty z nieskrywaną przyjemnością. Może dlatego, że przy pomocy skromnych środków wyrazu i standardowego instrumentarium muzycy stworzyli płytę niezwykle barwną, intrygującą. Bez zbędnych nut.

Charakterystyczną cechą zespołu były potężne tony organów Hammonda oraz przepełniony smutkiem głos wokalisty. Bardzo ważnym (chociaż nie najważniejszym) elementem stylu Arcadium była także dosyć ostro brzmiąca gitara.

Dygresja.
W pewnym popularnym piśmie (deklarującym się jako rockowe) jeden dziennikarzyna napisał, że na 'Breathe Awhile' gitara elektryczna brzmi archaicznie. Co za debilizm. Co za totalna bzdura. Po za tym co to ma do rzeczy? Na płycie, na której wiodącym instrumentem są organy Hammonda, facet koncentruje się na drugoplanowym instrumencie. Równie dobrze można by napisać, że na ówczesnych płytach Boba Dylana czy jakiegokolwiek innego artysty folkowego gitary również brzmią archaicznie (w domyśle autora recenzji chyba zbyt delikatnie). Ale nic to.

Wracając do tematu. Muzykę Arcadium często przyrównuje się do dokonań Pink Floyd. Czy ja wiem? Moim zdaniem bliżej grupie do zespołów Arzachel czy Writing On The Wall. Osobiście wprost kocham ten rodzaj brzmienia. Tak jakby muzyka nagrywana była w jakiś mrocznych katakumbach. W dodatku nie ma tu miejsca na upiększenia, przez co całość jest cudownie chropowata i naturalna. Momentami wręcz autentycznie przerażająca. Jest to zdecydowanie psychodeliczne granie przechodzące w kształtujący się wówczas rock progresywny.
Przy czym muszę tutaj nadmienić, że wbrew utartym opiniom produkcja płyt takich jak 'Breathe Awhile' jest zdecydowanie rewelacyjna. Dla wielu, wychowanych na późniejszych wypicowanych tytułach, płyta Arcadium brzmi zapewne - używając popularnego określenia - surowo. Kolejna bzdura. Uważam, że płyta brzmi idealnie. Szkoda, że dzisiejsze produkcje nie brzmią tak ekscytująco. Ale chyba tak musi być, bo publiczność woli jednak taką landrynkową muzyczkę.
Wychwala się pod niebiosa dzisiejszych producentów takich jak Rick Rubin oraz kilku innych jemu podobnych, którzy tak na prawdę niewiele potrafią. Ciekawe, jak by sobie poradzili czterdzieści lat temu, kiedy nie było jeszcze takich możliwości studiów nagraniowych jak są obecnie.

Zauważyłem, że cały czas odchodzę od głównego tematu. Trochę jednak musiałem wyrzucić z siebie wszelkie frustracje.




Nie ma co wymieniać i opisywać wszystkich kompozycji zawartych na tym fenomenalnym albumie. Wszystkie są doskonałe i jedyne w swoim rodzaju. Wszystkie zostały skomponowane przez przez lidera zespołu, Miguela Sergidesa.
Dla mnie najwspanialszymi momentami płyty są 'Poor Lady' za genialną melodię i unoszące się złowieszczo w tle potężne chóry (kolejna charakterystyczna cecha stylu Arcadium) plus oczywiście przeszywające na wskroś dźwięki organów Hammonda. Coś tak niesamowitego i poruszającego, że trudno opisać.
Największym wydarzeniem płyty jest jednak - składający się niejako z dwóch części - zaczynający się od wycia syren 'Birth Life And Death'. Najpierw długa improwizacja. Potem spowolnienie toku narracji i pojawia się ten przejmujący, przepełniony smutkiem głos. Również tutaj w tle pojawiają się dodatkowe głosy wzmacniające efekt niesamowitości. Aż dochodzimy do finału - narastającego bardzo powoli, zwiastującego jakąś tragedię. Tak jakby za chwilę miał nastąpić koniec świata. Oto w jaki sposób za pomocą dźwięków i czystej muzyki można wyrazić emocje.

Do wydania CD dołączono dwa nagrania z singla 'Sing My Song - Riding Alone'. Obie te krótkie piosenki stoją na tak wysokim poziomie, że mogłyby bez problemu pojawić się na LP. Stanowią jego idealne dopełnienie i potwierdzają wyjątkowy talent kompozytorski Miguela Sergidesa. Nastrojem smutku nawiązują wprost do 'Breathe Awhile'.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

ARZACHEL 1969



1. Garden Of Earthly Delights
2. Azathoth
3. Queen St. Gang
4. Leg
5. Clean Innocent Fun
6. Metempsychosis


To jest dla mnie święta trójca. Arcadium, Writing On The Wall i właśnie Arzachel.
Płyty te łączy nie tylko rok wydania, ale coś jeszcze. Jakaś cmentarna aura. Tyle że na płycie grupy Arzachel to wszystko podniesione jest do ekstremum.

Niewyobrażalne, że tak młodzi ludzie (średnia wieku osiemnaście lat) byli w stanie zarejestrować w kilka godzin muzykę tak dojrzałą. Nie mieści się to w mojej głowie. Płyta ma tak niesamowity klimat, że aż trudno uwierzyć, że została nagrana w zwykłym studiu. Mam wrażenie, że równie dobrze mogła zostać nagrana w czyśćcu lub piekle.
To jest album tak wybitnie doskonały, że nawet gdybym napisał bardzo dużo, to w najmniejszym stopniu i tak nie przybliży to tego, czym ta muzyka jest. Jaki ma w sobie ładunek emocji. Ekspresji wykonawczej. Naprawdę można odnieść wrażenie, że jest to dźwiękowy obraz piekła.
Zachwyca niezwykła sprawność młodych instrumentalistów. Pracować w takim tempie i wykazać się taką biegłością wykonawczą? Takim zgraniem? Padam do ich stóp.

Natomiast co muzyki.
Jeśli ktoś kocha brzmienie organów Hammonda, to słuchając tego arcydzieła, poczuje się niczym w raju. Potężne, mocno przesterowane i niemal kościelne dźwięki tego instrumentu dominują na tej płycie niepodzielnie. Po za tym pełne finezji partie gitary - ostre i bardzo przestrzenne, momentami jakby bluesowe - nadające poszczególnym kompozycjom dodatkowego kolorytu. A także świetnie zapełniająca muzyczny plan bardzo ciężka sekcja rytmiczna. To wszystko razem musiało dać autentycznie powalający efekt.
Produkcja nadaje całości bardzo żywy charakter. To że jest nieco chropowata i nie wypracowana, dodaje jedynie autentyzmu muzyce.

Wystarczy wskazać genialną przeróbkę 'Rollin' and Tumblin' zatytułowaną 'Leg' - tutaj jest to mosiężny kawał bardzo ciężkiego bluesa. Albo nawiązujący do dokonań J.S. Bacha 'Queen St. Gang'.
I te niesamowite partie instrumentalne w większości nagrań. Cała masa bardzo kapitalnych, dynamicznych i nieszablonowych (czasem mających charakter atonalny) improwizacji.
W nagraniach 'Azathoth' i najbardziej rozbudowanym 'Metempsychosis' do głosu doszły fascynacje twórczością H. P. Lovecrafta. W pierwszej z tych kompozycji - tytuł pochodził wprost z mitologii stworzonej przez popularnego autora powieści grozy - grupa wprowadziła intrygujący obrazek dźwiękowy być może będący ilustrującą kosmicznego monstrum. W środkowej części, na tle jazgotliwych tonów organów Hammonda, które tworzą prawdziwą ścianę dźwięku, pojawiają się krzyki i jęki potępionych dusz oraz tajemnicze recytacje.
Podobny fragment można usłyszeć w 'Metempsychosis'. Tylko tym razem jest jakby spokojniej. Dobiegające z oddali lamentujące głosy i subtelniejsze tło organów Hammonda. Uwielbiam ten moment. Nie potrafię opisać obrazów, które mam przed oczami, gdy tego słucham.

To jest album marzenie. Prawdziwa podróż przez zakamarki ludzkiego umysłu.
Gdybym mógł to dzieło przyrównać do dokonań innych grup, to na pewno do Pink Floyd i The Nice. Ale moim zdaniem ten LP jest nieporównywalny do jakiejkolwiek innej płyty.
Oryginalna winylowa edycja wydana została w kilku państwach przez różnorakie wytwórnie i w każdej wersji miała inny kolor tła. To były czasy. Jednak pomimo to, tytuł ten i tak jest rzadki i bardzo drogi - zwłaszcza tłoczenie brytyjskie.

Zaraz po nagraniu płyty z grupą rozstał się gitarzysta Steve Hillage. Pozostali trzej muzycy kontynuowali muzyczną karierę pod nazwą Egg.

WRITING ON THE WALL

THE POWER OF THE PICTS (1969)

Ponad rok zabierałem się do opisania płyty Writing On The Wall. Nie żebym przez ten czas doznał olśnienia i dojrzał coś, czego być może nikt wcześniej nie dostrzegł, ale jak pisać to od serca, nie na siłę.

Przede wszystkim jedno się rzuca w oczy słuchając 'The Power Of The Picts'. Momentami zespół proponował rozwiązania jakie dopiero kilka miesięcy później zaproponowała grupa Deep Purple na płycie 'In Rock'.
Przykład? Wystarczy posłuchać finału rozbudowanej kompozycji 'Aries'. Te spiętrzające się, agresywne, grane z prędkością światła dźwięki organów Hammonda i niesamowity śpiew Linnie Patersona. Brakuje tylko charakterystycznego dla Iana Gillana przeszywającego krzyku i wypisz wymaluj mamy końcową część 'Child In Time' słynnego kwintetu. Nie jest to chyba bez znaczenia, bowiem 'In Rock', a w szczególności znajdujący się tam 'Child In Time' uważa się za dzieło przełomowe dla muzyki rockowej.

Niczego też nie zamierzam odbierać płycie Deep Purple, gdyż sam bardzo cenię ten tytuł, ale przykład ten pokazuje, że wiele nowatorskich idei rodziło się wówczas na muzycznym poboczu. Na muzycznych obrzeżach.

A co do zawartości płyty Writing On The Wall, to zespół zaproponował podróż przez najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Lubię czasem takie hiperbole. Pierwszy na CD utwór 'Bogeyman' rozpoczyna się zwodniczo od czegoś w rodzaju ludowej przyśpiewki z akompaniamentem akordeonu. Ten sielski nastrój zostaje nagle zaburzony przez wejście zespołu, który z marszu wprowadza atmosferę niepokoju. Ciężki rytm wspomagany jest przez klawinet. Natomiast kulminacją każdej zwrotki jest zupełnie obłędny krzyk wokalisty.

Druga kompozycja we wstępie cytuje - wręcz idealny na ten album - 'Mars' Gustava Holsta z suity 'The Planets'. Ale potem następuje zwolnienie toku narracji i już jest własne granie z niepokojącą deklamacją wokalisty z tłem muzycznym, które zostaje zaburzane dynamicznymi wejściami zespołu.

Mógłbym tak długo walić takie truizmy, ale nie ma to najmniejszego sensu. Dlatego podam tylko esencję.
W tych, wydawałoby się niezbyt złożonych kompozycjach dominują świdrujące zmysły brzmienia organów Hammonda. Ostre i na swój sposób finezyjne partie gitary elektrycznej oraz ciężka i na prawdę doskonała sekcja rytmiczna. Właśnie polot wykonawczy muzyków czyni te proste pod względem konstrukcji utwory ciekawymi, dzięki czemu nawet przez chwilę nie nużą.
Natomiast osobną kwestię stanowi głos Linnie Patersona. Bez wątpienia zainspirowanego przez Arthura Browna. Wokalista autentycznie śpiewa tak jakby od tego zależało jego życia. Nawet w spokojniejszych fragmentach, te jego interpretacje wokalne są pełne pasji. Przeważnie Linnie Paterson nie oszczędza gardła. Uwielbiam jego pełne grozy wrzaski i pokrzykiwania.




1. Bogeyman
2. Shadow Of Man
3. Taskers Successor
4. Hill Of Dreams
5. Virginia Water
6. It Came On A Sunday
7. Mrs. Coopers Pie
8. Ladybird
9. Aries


Skład


Linnie Paterson - Vocals
Willy Finlayson - Guitar
Jake Scott - Bass Guitar
Jimmy Hush - Drums
Bill Scott - Hammond Organ, Piano, Clavinet


Gdybym miał wskazać swoje ulubione nagrania z tej równej i spójnej płyty wskazałbym piorunujący wręcz 'It Came On A Sunday'. Świetny utwór z prostą i niezwykle melodyjną linią basu obudowaną mocnymi partiami gitary i wypełniającymi tło organami Hammonda. Świetny jest tutaj instrumentalne interludium, w którym wspomniane dwa instrumenty prowadzą ze sobą rodzaj dialogu. Nad każdym dźwiękiem unosi się zaś ta nieopisana aura zagrożenia. Dla mnie jest to rewelacyjna piosenka.
W żadnym nagraniu kwintet nie spuszczał z tonu, zawsze grał na całego.

Natomiast absolutne apogeum stanowi wspomniany już 'Aries' będący interpretacją nagrania amerykańskiej grupy The Zodiac z płyty 'Cosmic Sounds'. W wersji Writing On The Wall całość została nie tylko rozbudowana względem oryginału, ale także zyskała bardziej cięższy, mroczniejszy kształt.
Całość to pełne desperacji melorecytacje wokalisty oraz miażdżące interludia zespołu z brzmiącymi niczym armagedon organami Hammonda w roli głównej. Grający na nich Bill Scott miał chyba dziesięć par rąk. To jest nie do opisania co on tam wyczyniał. Dla odmiany w środkowej części na plan pierwszy wysuwa się gitara elektryczna proponując bardzo swobodną improwizację na tle równie stonowanej sekcji rytmicznej. Jednak jest to tylko preludium do ekstatycznego finału z pełnym trwogi, bliskim krzyku głosem wokalisty oraz ponownie przeszywającymi na wskroś, zabójczymi dźwiękami organów Hammonda.

Jak to wszystko wygląda banalnie na monitorze. Ale dla mnie jest to jeden z najbardziej poruszających utworów w historii rocka. Zawsze mam ciarki na całym ciele, gdy tego słucham.




Niewyobrażalne jest to, że albumu, który powstał w nie najlepszym studiu i za pewne bez wielkiego budżetu, słucha się tak dobrze. Chyba tylko wyjątkowym umiejętnościom działających wówczas muzyków zawdzięczamy to, że nagrywane przez nich płyty bronią się po latach i w większości przypadków w ogóle się nie starzeją. Nadal jakoś nie udaje się współczesnym wykonawcom przeskoczyć tego kosmicznego poziomu. Jak to jest możliwe?

"The Power Of The Picts' tak jak album grupy Arcadium 'Breathe Awhile' ukazał w się w listopadzie 1969 wydany przez tę samą wytwórnię, czyli Middle Earth.
Rok 1969 to był dopiero rocznik. Chyba nigdy później nie nagrywano płyt tak bardzo depresyjnych i ekscytujących zarazem.
Jeśli istnieje muzyczne niebo lub muzyczne piekło, to za sprawą takich płyt jak 'Power Of The Picts' człowiek rzeczywiście może się tam znaleźć. Ekstaza i przygnębienie. To wszystko jest na tej wspaniałej płycie.

Na moim wydaniu zasłużonej wytwórni Repertoire Records nie wiedzieć czemu przestawiono kolejność nagrań. Tak więc cztery pierwsze nagrania wylądowały na końcu, zaś pięć kolejnych z drugiej strony oryginalnego LP przesunięto na początek. Muszę nawet przyznać, że ma to sens. Trochę dziwi bowiem oryginalny układ tych kompozycji, gdzie pierwszą stronę LP wieńczy 'Aries', natomiast na drugiej stronie nie ma już AŻ TAK mocnego punktu kulminacyjnego.
Dzięki zabiegowi niemieckiej wytwórni album zyskał na dramaturgii ponieważ CD otwiera idealny wręcz na początek 'Bogeyman', a potem napięcie rośnie.
Rzecz jasna, to tylko moje odczucia, zapewne wynikłe z przyzwyczajenia do edycji kompaktowej tego niesamowitego dokonania.

Aha. Jeszcze tradycyjnie na koniec dodam, że do wydania kompaktowego dorzucono dwa nagrania pochodzące z singla 'Child On A Crossing - Lucifer Corpus'. Intrygująca jest szczególnie druga z tych kompozycji. Bez wątpienia jednak, tak jak w przypadku singla grupy Arcadium, tak i w tym przypadku te dwie piosenki mogłyby śmiało znaleźć się na płycie długogrającej. Są doskonałym dopełnieniem 'The Power Of The Picts'.

sobota, 12 grudnia 2009

AFTER ALL 1969 (USA)



1. Intangible She
2. Blue Satin
3. Nothing Left To Do
4. And I Will Follow
5. Let It Fly
6. Now What Are You Looking For
7. A Face That Doesn't Matter
8. Waiting


Skład


Bill Moon - Bass Guitar And Vocals
Mark Ellerbee - Drums And Vocals
Alan Gold - Organ
Charles Short - Guitar


O tej grupie wiem niewiele. Tylko tyle, że czterech muzyków połączyło siły po to, aby w ciągu kilku dni pod szyldem After All nagrać jedyną płytę dla wytwórni Athena.
Okładkę zdobi jedna z najbardziej lubianych przeze mnie ilustracji. Rewelacyjny pomysł.
Natomiast sama muzyka utrzymana jest w żałobnym tonie. Zmęczony, zachrypnięty głos wokalisty przywodzi na myśl śpiew Gary Brookera. After All może nie proponował jakiś rewolucyjnych pomysłów, ale mimo to te wyciszone i pełne rezygnacji nastroje bardzo do mnie przemawiają. Trafiają do mojego jestestwa.
Muszę też nadmienić, że pomimo tak poważnego podejścia do tematu ze strony grupy, mamy do czynienia ze zdecydowanie rockowym dziełem. Czasem aż trudno uwierzyć, że ten album nagrali Amerykanie. Całość zdominowana jest bowiem przez stricte europejskie brzmienia nawiązujące do stylu Procol Harum czy Rare Bird.

Co by tu napisać, żeby nie przynudzać, a jednocześnie zawrzeć esencję tego, co płyta zawiera?
Prym wiodą brzmienia organów Hammonda oraz klasycyzujące - momentami niby to nokturnowe - dźwięki fortepianu. Muzyka sama w sobie nie jest może szczególnie zróżnicowana. Zaś poszczególne nagrania wydają się być do siebie podobne (bynajmniej nie jest to zarzut). Zagrane są w gruncie rzeczy w podobnym tempie i oczywiście wszystkie bez wyjątku wprowadzają słuchacza w świat pełen goryczy i cierpienia.
Mimo to, trudno jest się nudzić przy takiej płycie. Zagrana jest oszczędnie i z uczuciem. Doskonałe kompozycje wykonane są z dostojeństwem, chociaż nie brak im lekkości, dzięki czemu nawet przez moment całość nie staje się pretensjonalna czy nużąca.

Warto zwrócić uwagę, że w nagraniu 'Nothing Left To Do' pojawia się motyw przywodzący na myśl finalną część 'Skip Softly (My Moonbeans)' Procol Harum, która z kolei bez wątpienia zainspirowana została przez 'Sabre Dance' Arama Chaczaturiana.

Recenzja skromna, ale zapewniam że warto zapoznać się z dokonaniem After All. Jest to godny odkrycia doskonały album.

STARK NAKED 1971 (USA)

BABY GRANDMOTHERS 1968 (SWEDISH)




1. Somebody Keeps Calling My Name
2. Being Is More Than Life
3. Bergakungen
4. Being Is More Than Life 2
5. St. George's Dragon
6. St. George's Dragon 2
7. Raw Diamond


Kenny Håkansson - Guitar
Bella Fehrlin (Bengt Linnarsson) - Bass
Pelle Ekman - Drums


Właściwie to nawet nie jest to płyta. Wydany na CD i LP 'Baby Grandmothers' to zbiór nagrań szwedzkiego zespołu z lat 1967-1968. Mamy więc tutaj jedyny singiel 'Somebody Keeps Calling My Name - Being Is More Than Life' oraz nagrania pochodzące z dwóch koncertów w 1967 i 1968 roku.
Piszę o tym wszystkim niby tak od niechcenia, ale prawda jest taka, że gdy to usłyszałem, to omal nie umarłem. Ten zespół to kompletnie zapomniany fenomen. Singlowe nagrania, zwłaszcza pierwsza strona, to po prostu muzyczny kosmos.

Zaczyna się powoli, leniwie. Z cudownie snującą się wokalizą. Od początku wyczuwalne jest pewne narastające napięcie. Utwór przyśpiesza stopniowo, ale gdy osiąga apogeum, to mamy do czynienia z takim grzaniem i wymiataniem o jakim prawdopodobnie nikt w 1968 roku nie śnił. Po prostu istny heavy-psychodeliczny czad. Rzadko wpadam w taką egzaltację, ale w tym przypadku trudno zachować się inaczej.
Zespół zasuwa tak ciężko i tak ostro jak tylko możliwe. Wszystko jest tutaj rewelacyjne.

Druga strona singla jest już spokojniejsza, utrzymana w wolnym tempie. Baby Grandmothers w jeszcze większym stopniu kładą tutaj nacisk na budowanie klimatu.

Natomiast koncertowe nagrania to już wyższa szkoła jazdy. W trzech pierwszych utworach Baby Grandmothers jawią się jako mistrzowie długich mocno improwizowanych kompozycji. Biorąc pod uwagę rok oraz w jakich warunkach całość została zarejestrowana, to aż trudno uwierzyć jak rewelacyjnie to wszystko brzmi i jak doskonale się tego słucha. Istne muzyczne niebo. Jest tu i niesamowity, tajemniczy zmienny nastrój i zmiany tempa. I ciężkie gitarowe granie kontrastujące z delikatniejszymi motywami.

Słowem jest tutaj wszystko to, co miłośnicy ostrego gitarowego grania potrzebują do szczęścia. Baby Grandmothers zdecydowanie tkwili już w innej epoce.

sobota, 5 grudnia 2009

ICECROSS 1973 (ICELAND)



HIGH TIDE

SEA SHANTIES 1969
HIGH TIDE 1970



Połączenie folku, heavy rocka i wczesnych progresywnych ambicji zrodziło dwie wspaniałe płyty grupy High Tide.
Być może dostrzegam tam folk-rockowe wpływy ze względu na obecność skrzypiec. Natomiast bez wątpienia mamy do czynienia z muzyką miażdżącą swoim brzmieniem. Chyba można przyjąć, że jest to apogeum ostrego, ciężkiego grania lat 60. I jest to granie mimo wszystko czarujące, momentami wręcz (zwłaszcza na drugiej płycie) natchnione.

Grupę utworzył Tony Hill. W 1966 roku gitarzysta związany był z amerykańskim zespołem The Misunderstood - sprowadzonym do Anglii przez Johna Peela - z którym nagrał sześć epokowych, autentycznie powalających piosenek. Tylko dwie z nich ukazały się na singlu w tym samym rocku ('I Can Take You To The Sun - Who Do You Love'). Natomiast kolejne dwie dopiero w 1969 roku ('Children Of The Sun - I Unseen'), kiedy już dawno było po sprawie.

C.D.N.








wtorek, 1 grudnia 2009

IRISH COFFEE 1971 (BELGIUM)

IT'S ALL MEAT 1970 (CANADA)



1. You Don't Notice The Time You Waste
2. Make Some Use Of Your Friends
3. Crying Into The Deep Lake
4. Roll My Own
5. Self Confessed Lover
6. If Only
7. You Brought Me Back To My Senses
8. Sunday Love


Skład


Wayne Roworth - Guitar
Norm White - Guitar
Rick Aston - Bass
Jed MacKay - Organ, Piano
Rick McKim - Drums


Nagrania takie jak rozciągnięty w czasie, niesamowicie odrealniony, a przy tym niewyobrażalnie wręcz psychodeliczny 'Crying Into The Deep Lake' podsuwają mi wiele obrazów, działają na moją wyobraźnię. Fajnie, gdy muzyka kojarzy się z wieloma rzeczami. Dla mnie to zawsze ogromna zaleta. Przy czym nie mam bynajmniej na myśli muzyki z tak zwanym przesłaniem. Dla mnie muzyka, to przede wszystkim dźwięk, a nie słowo.
Jak słyszę coś na temat przesłania w muzyce, to od razu wiem, że albo ludzie coś wymyślają kompletnie od rzeczy albo wykonawca będzie przynudzał.

Wracając do tematu. Bardzo trudno stworzyć utwór oparty na prostej melodii, oparty na prostym powtarzającym się motywie, tak by nie nużył. Tak by kompozycja nie stała się banalna. Kanadyjska grupa It's All Meat wyszła z tego zadania obronną ręką.

'Crying Into The Deep Lake' to synteza stylów The Doors i Pink Floyd (zwłaszcza w finale słychać nawiązanie do końcowej części 'A Saucerful Of Secrets') podana w niezwykle onirycznej otoczce. Utwór zbudowany jest wokół powtarzanego w kółko organowego motywu. Zagrana w powolnym tempie kompozycja ma w sobie coś hipnotyzującego, tajemniczego. Trudno to opisać. Wrażenie jest niesamowite.

Drugi tak rozbudowany, jednocześnie skrajnie odmienny utwór na płycie to 'Sunday Love'. Główny temat to niezwykle subtelna, romantyczna ballada zaśpiewana delikatnym, rozmarzonym głosem. Ten piękny temat niespodziewanie zostaje przerwany ostrą, zadziorną melodią, która po krótkiej chwili milknie, zaś w jej miejsce pojawia się motyw pobrzmiewający orientalnymi wpływami - grany najpierw powoli i cicho, stopniowo nabiera jednak wigoru aż do hałaśliwej kulminacji.

Pozostałe nagrania, to już garażowo-psychodeliczne granie z nieco innej, ale równie wspaniałej bajki.
Bez wątpienia w krótszych utworach słychać wpływ The Rolling Stones i The Doors. Rytm, prowadzenie melodii, ale też artykulacja wokalna - to wszystko przywodzi na myśl brytyjski kwintet. Natomiast brzmienie organów, to już dziedzictwo The Doors. Już w pierwszym nagraniu 'You Don't Notice The Time You Waste' mamy charakterystyczną dla Micka Jaggera wokalną manierę.
W kolejnym utworze, gdzie dominuje świetna ostra gitara, słychać echa piosenek w rodzaju 'Get Off Of My Cloud' czy '19th Nervous Breakdown' plus ten nieco mistyczny nastrój typowy dla wczesnych płyt The Doors.
Ale czy to wada? Zdecydowanie nie w tym przypadku. Bo It's All Meat mieli fenomenalny wręcz zmysł do świetnych, wpadających w ucho melodii. W dodatku wszystko potrafili ubrać we własne szaty. Mamy tutaj więc ostre, dzikie brzmienia zdominowane przez dźwięki organów i niesamowicie (że się tak wyrażę) tnącą gitarę. Wokalista w gruncie rzeczy śpiewa bez chwili wytchnienia (np. 'Roll My Own' czy 'You Brought Me Back To My Senses'). Wszystko to, czego nie zdołali nagrać na swoich płytach The Rolling Stones i The Doors znajdziemy właśnie tutaj.

Nawiązywanie (czy wręcz powielanie) to jedno, a twórcze naśladownictwo to drugie. Jak się okazuje, może to dawać świetne rezultaty. Dla mnie muzyka zawarta na tej fenomenalnej płycie to wzorzec rocka psychodelicznego. I należy żałować, że grupa nagrała tylko jeden taki album.

Z tego co się orientuję płytę wydano wyłącznie w Kanadzie na klasycznym czerwonym labelu Columbia 360 i obecnie jest potwornie rzadka, co rzecz jasna ma swoje odbicie w cenie oscylującej w granicach 1000 dolarów. Dlaczego zawsze tak się dzieje, że świetne płyty muszą w oryginalych tłoczeniach kosztować taki majątek?

Obiecałem sobie, że nie będę się rozpisywał tylko streszczał. Natomiast notki biograficzne i ciekawostki związane z opisywanymi przeze mnie zespołami na pewno można znaleźć gdzieś w internecie.