poniedziałek, 29 marca 2010

GENESIS

TRESPASS (1970)



1. Looking For Someone
2. White Mountain
3. Visions Of Angels
1. Stagnation
2. Dusk
3. The Knife


Skład


Peter Gabriel – Vocals, Flute, Oboe, Accordion, Bass Drum, Percussion.
Anthony Phillips – Acoustic Guitar, Electric Guitar, Dulcimer, Percussion, Backing Vocals
Mike Rutherford – Bass, Classical Guitar, Cello, Backing Vocals
Tony Banks – Organ, Piano, Mellotron, Guitar, Backing Vocals
John Mayhew – Drums, Percussion, Backing Vocals


Moim zdaniem jest to najlepszy album w bogatej dyskografii Genesis.
Uważam, że później tylko na 'Foxtrot' i przede wszystkim na 'A Trick Of The Tail' zespół stworzył równie spójny i przemyślany materiał. Natomiast płyty takie jak 'Nursery Cryme', 'Selling England By The Pound', podwójny 'Lamb Lies Down On Broadway' oraz 'Wind And Wuthering' mimo, że równie wspaniałe, były jednak momentami nierówne. Obok fenomenalnych kompozycji pojawiały się fragmenty nieco słabsze, mniej porywające, ustępujące poziomem reszcie repertuaru.

Na 'Trespass' nie ma takich wypełniaczy czy momentów poniżej dopuszczalnej normy. To płyta przemyślana od pierwszej do ostatniej sekundy. Kompozycje utkane są z wyjątkowo delikatnych nitek. Wybitnie koronkowa robota.
Bardzo ważną cechą 'Trespass' jest nastrój tej płyty. Wszystkie umieszczone tutaj utwory przepełnione są wyjątkowym smutkiem. Ale jest to smutek naprawdę przepiękny, tworzony przez cudowne, pastelowe dźwięki organów Hammonda, krystaliczne dźwięki przenikających się gitar 12-strunowych oraz wysublimowanej gitary elektrycznej i oszczędnej sekcji rytmicznej. Całość zaś wzbogacono o brzmienia takich instrumentów jak cymbały, akordeon czy flet poprzeczny.

Muzyka o wyraźnie folkowym odcieniu, podana w elegijnej oprawie - słychać też pewien wpływ Procol Harum czy The Nice - zachwyca wspaniałymi melodiami.
Proszę posłuchać 'Looking For Someone'. Ten zbolały głos Petera Gabriela na tle subtelnych akordów granych przez organy Hammonda. Po krótkiej introdukcji dołącza reszta zespołu i zaczyna się prawdziwy rockowy majstersztyk. W finale pojawia się stylizacja - przynajmniej mnie się tak kojarzy - na rosyjską muzykę ludową wsparta zdecydowanie rockowym podkładem.
Właśnie to jest cecha szczególna tego genialnego albumu. Różne linie melodyczne, a jak wspaniale się uzupełniają tworząc urzekającą całość.

Najbardziej wielowątkowym nagraniem na płycie okazał się 'Stagnation', który chyba w najdobitniejszy sposób obrazował aspiracje grupy - budowanie kompozycji w oparciu o akustyczne i elektryczne brzmienia oraz składanie ich z kontrastowych epizodów.
Mnie najbardziej zniewala moment, w którym dialog prowadzą dwie gitary 12-strunowe. Po prostu ciarki mam na całym ciele, a serce bija znacznie szybciej. Nie sposób opisać czegoś tak wyjątkowego.

Prostsze formalnie i pełne rockowej werwy nagrania to bez wątpienia fenomenalny wręcz 'White Mountain' oraz wyjątkowo ostry i mroczny 'The Knife'. Natomiast wybitnie folkowy jest zagrany bez udziału perkusji 'Dusk'. Nad 'Visions Of Angels' unosi się duch epoki Baroku (charakterystyczny zresztą dla niemal całej płyty). Wspaniały temat grany na fortepianie plus cudowny, niemal kościelny chór w refrenie, to przykład prawdziwych uczuć zaklętych w muzyce.

Trzeba też nadmienić, że w chwili ukazania się, album sprzedawał się bardzo słabo.
Obecnie często zarzuca się 'Trespass', że to jeszcze nie w pełni wypracowany styl Genesis. Że produkcja słaba. Że perkusista nijaki. I że kompozycje sztucznie poskładane w dłuższe formy.
Co za bzdura.
Warto również zapoznać się z trzema nagraniami, które zespół zarejestrował na potrzeby radia BBC w lutym 1970 roku, na kilka miesięcy przed wydaniem omawianej płyty długogrającej (pierwszej nagranej dla ambitnej wytwórni Charisma Records). Niestety owe trzy akustyczne kompozycje - 'Shepherd', 'Pacidy' i 'Let Us Now Make Love' - nie ukazały się w epoce, a na ich oficjalną premierę trzeba było czekać aż do 1998 roku, kiedy to został wydany box 'Genesis Archive 1967–1975'.

Mam do 'Trespass' ogromny sentyment. Nigdy nie zapomnę, gdy kupiłem ten album na kasecie magnetofonowej w 1998 roku. Rany, jakby to było wczoraj, a jednocześnie tak dawno.

FAMILY

MUSIC IN A DOLL'S HOUSE (1968)



1. The Chase
2. Mellowing Grey
3. Never Like This
4. Me My Friend
5. Variation On A Theme Of Hey Mr. Policeman
6. Winter
7. Old Songs New Songs
8. Variation On A Theme Of The Breeze
9. Hey Mr. Policeman
10. See Through Windows
11. Variation On A Theme Of Me My Friend
12. Peace Of Mind
13. Voyage
14. The Breeze
15. 3 X Time


Skład


Roger Chapman – Lead Vocals, Harmonica
John Whitney – Guitar
Jim King – Tenor And Soprano Saxophone, Harmonica, Vocals
Ric Grech – Bass Guitar, Violin, Cello, Vocals
Rob Townsend – Drums, Percussion


Nie ma drugiej takiej płyty. I nie ma drugiego takiego wokalisty obdarzonego tak nawiedzonym, obłąkanym głosem jak Roger Chapman. Ta płyta to istne muzyczne szaleństwo. Totalny chaos. Ale chaos kontrolowany. Poparty zabójczymi melodiami. Nieszablonowymi aranżacjami. Działającymi na wyobraźnię produkcyjnymi innowacjami. Słowem - jest to album więcej niż genialny czy fenomenalny. To jest muzyczna rozkosz. Rozkosz działająca niczym narkotyk.

Trudno opisać styl Family. Jeszcze trudniej opisać piosenki jakie zostały na 'Music In A Doll's House' zawarte.

Charakterystyczną cechą jest oczywiście szalone, dzikie wibrato Rogera Chapmana. Który raz śpiewa tak przeraźliwie, że człowiek ma ciarki na całym ciele, by za chwilę czarować łagodniejszym, kojącym głosem. Po za tym nieszablonowe partie skrzypiec, niekiedy wprowadzające autentycznie niepokojącą atmosferę. Dla odmiany brzmienie saksofonu nadaje muzyce nieco jarmarczny charakter. Do tego wszystkiego oszczędne partie gitary - niby zwykłe, ale pełne inwencji. Sekcja rytmiczna zaś dba, aby wszystko razem miało solidne podstawy.
Naprawdę niełatwo jest scharakteryzować ten rodzaj muzyki. Najprościej rzecz ujmując, ma ona cechy kolażu dźwiękowego.

Na płycie nie ma ani jednego słabego momentu, ani jednego wypełniacza. Wymienię jednak tylko kilka nagrań. Chociaż wydaje mi się, że dla wielu może być to dosyć trudna muzyka.
Już pierwszy utwór zwiastuje z czym przyjdzie nam się zmierzyć. 'The Chase' zaczyna się od przeszywającego krzyku Rogera Chapmana. Na końcu zaś wprowadzono zabawny efekt przyśpieszenia obrotu taśmy.

Doskonały 'Never Like This' to blues-rockowy, prosty rytmicznie utwór ze złowieszczymi akordami organów Hammonda i dźwiękami harmonijki ustnej. Następnie oparty na dialogu wokalnym 'Me My Friend'. Raz śpiew jest podniosły, dostojny, by za moment przeistoczyć się w niesamowicie jadowity, zgorzkniały. Ten utwór potrafi wryć się w umysł.
Potem genialny 'Winter' którego brzmienie zostało tak pomyślane, aby muzyka rzeczywiście kojarzyła się z krainą pełną śniegu i lodowców. Albo to moja wyobraźnia tak to odbiera. Nie wiem. Ważną rolę w budowaniu odpowiedniego klimatu spełnia tutaj dobiegający jakby z oddali głos będący kontrapunktem dla wysuniętego na pierwszy plan śpiewu Rogera Chapmana.

'Old Songs New Songs' to znowu brzmienie harmonijki ustnej w połączeniu ze zgryźliwym głosem wokalisty. Bardzo lubię tę piosenkę. Podoba mi się jak świetnie pędzi do przodu. Podoba mi się jak pod sam koniec zespół jeszcze bardziej zwiększa tempo i pojawia się kapitalna partia gitary Johna Whitneya. Na 'Music In A Doll's House' nawet - wydawałoby się - szablonowe kompozycje nabierają zupełnie innego wymiaru.

Dla mnie jednak najważniejsze na płycie są dwa połączone ze sobą nagrania 'Peace Of Mind' i 'Voyage'. Obydwa przepełnione są jakąś trudną do opisania złowieszczą aurą. W obydwu ważną rolę odgrywają niepokojące partie skrzypiec. W finale 'Peace Of Mind' pojawia się genialna partia wokalna bez słów, która przeradza się w krzyk trwogi. To jest coś tak niesamowitego, że jestem bezsilny by to opisać.
Utwór przechodzi w apokaliptyczny 'Voyage'. Bardzo ważną rolę odgrywa tu potężnie brzmiący, złowróżebny melotron. Pozornie zwykłe fragmenty zmącane są dysonansowymi partiami gitary. Na koniec zaś otrzymujemy prawdziwy muzyczny armagedon.

Jako rodzaj spoiwa pomiędzy poszczególnymi kompozycjami, wprowadzono trzy krótkie instrumentalne wariacyjne tematy oparte na motywach trzech piosenek. Pierwszy, blues-rockowy z harmonijką ustną w roli głównej. Drugi, to przede wszystkim przenikające się brzmienia organów Hammonda i fortepianu. Ostatni zaś, zagrany na sitarze, z oczywistych względów pobrzmiewał orientalną nutą.

Ta płyta zapiera dech w piersi. Sprawia, że człowiek zupełnie inaczej zaczyna postrzegać muzykę. Tylko trzydzieści siedem minut rockowego grania. Ale za to jakiego grania. To są wyżyny rockowej sztuki. Ileż pomysłów umieszczono na tak niewielkim obszarze czasowym. Nie sposób policzyć. Ileż prawdziwego muzycznego szaleństwa, tak obcego współczesnym wykonawcom. Człowiek kupując taką płytę wie, że nie wyrzucił pieniędzy w błoto. Taka płyta warta jest każdych pieniędzy.

Arcydzieło.

sobota, 27 marca 2010

DAVID BOWIE (1969)



1. Space Oddity
2. Unwashed And Somewhat Slightly Dazed
3. Don't Sit Down
4. Letter To Hermione
5. Cygnet Committee
6. Janine
7. An Occasional Dream
8. Wild Eyed Boy From Freecloud
9. God Knows I'm Good
10. Memory Of A Free Festival


Pamiętam jak dziś moment, w którym świadomie zacząłem interesować się starym rockiem. Moment, w którym przykuł on moją uwagę. Pamiętam również, jak nieodparta chęć poszerzania wiedzy na jego temat sprawiła, że sięgnąłem po dokonania Davida Bowie. Było nie było postać ważna w historii gatunku.

Można krytykować muzyka za zbyt częste wolty stylistyczne, niekoniecznie mające charakter artystyczny, częściej zaś posiadające walor komercyjny, ale też przyznać trzeba, że David Bowie posiadał talent i charyzmę. O ile jednak na przestrzeni lat większość jego płyt stała mi się trochę obojętna, to drugi w dyskografii LP zatytułowany po prostu 'David Bowie' (czyli identycznie jak debiut) nadal bardzo sobie cenię. Teraz nawet bardziej niż kiedyś.
Warto dodać, że album od dawna funkcjonuje na rynku pod tytułem 'Space Oddity' wziętym od najpopularniejszej na płycie kompozycji, która w 1969 roku zapewniła Davidowi Bowie chwilową popularność. Na prawdziwy sukces komercyjny musiał jeszcze kilka lat poczekać.

Co do drugiej płyty.
Wspomniany 'Space Oddity' to autentycznie wspaniała piosenka. Zbudowana na bazie brzmienia gitary akustycznej zachwyca niezwykłą, kosmiczną aurą, co jest w dużej mierze zasługą ciekawej aranżacji, w której wprowadzono instrumenty takie jak flet poprzeczny czy melotron. To wszystko podbudowane tajemniczymi dźwiękami instrumentu zwanego stylofon. Natomiast prosty, nieco marszowy rytm perkusji nadaje całości zdecydowanie rockowy charakter.

Istotną cechą płyty jest jej akustyczne brzmienie. To delikatna muzyka.
Uwagę przykuwały trzy dłuższe kompozycje. Wyjątkowo ciężki i dynamiczny 'Unwashed And Somewhat Slightly Dazed'. Energetyczny, przestrzenny blues-rock w stylu Led Zeppelin. Rzecz godna podziwu.
Ponadto - zdecydowanie progresywny 'Cygnet Committee' ze świetną, dramatyczną końcówką oraz leniwie się snujący 'Memory Of A Free Festival', gdzie w drugiej części autorowi towarzyszy skandujący chór - do złudzenia przypomina to finał 'Hey Jude' The Beatles.
Pozostałe nagrania, to właśnie stonowane akustyczne piosenki. Mnie najbardziej uwiodły 'Letter To Hermione' oraz 'An Occasional Dream'. Z kolei 'Wild Eyed Boy From Freecloud' wykonany została z udziałem orkiestry.




Żeby ułatwić orientację i nie rozpisywać się nadto - cała muzyka zagrana jest na styku nieco psychodelicznego folk-rocka z delikatnymi wpływami rocka progresywnego. Następna - chyba najlepsza - płyta 'The Man Who Sold The World' była zdecydowanie mocniejsza. Klasyczny heavy-rock lub heavy-progressive. Jak kto woli.

Jaka jest pozycja Davida Bowie w naszym kraju? Trudno odpowiedzieć. Pamiętam, że jakieś 15 lat temu pierwszy koncert artysty w Polsce został odwołany ponieważ (jeśli się nie mylę) nie było zbyt dużego zainteresowania ze strony publiczności.
Zaś mój stosunek do muzyka jest raczej ambiwalentny.

piątek, 26 marca 2010

INTERMEZZO

Chwila przerwy. Chwila wytchnienia. Bo zaczyna mi się wydawać, że powtarzam się w swoich opisach. Że stają się coraz bardziej wymęczone, pisane na siłę. A tego bym nie chciał. Dodaję kolejne okładki płyt, aby mieć przygotowany grunt, ale przecież pośpiechu nie ma (zwłaszcza, że i tak nikt tego nie czyta).

Udało mi się dodać opisy do drugiej płyty Fairport Convention, do solowego albumu Twinka, czy do Ultimate Spinach. Wciąż dopisuję debiut Blossom Toes, pierwsze dwie płyty Rare Bird oraz oba LP High Tide. Andwella's Dream, co przerażające, jakoś na razie mi nie idzie, a przecież to jedna z częściej słuchanych przeze mnie płyt.
Oczywiście kilka opisów bym tu i ówdzie poprawił, ale na razie mi się nie chce. Przy okazji człowiek uświadamia sobie ubóstwo swojej wiedzy i wąski zasób słownictwa.

Jak dobrze, że piszę to tylko dla siebie. Wyobrażam sobie, jak to jest pracować pod presją czasu. Wtedy to dopiero ogarnia człowieka paraliż.
Moje opisy mogą sprawiać wrażenie, że w kółko piszę o tej samej płycie. Że te wszystkie tytuły są do siebie podobne. Jak dobrze byłoby mieć akademicką wiedzę muzyczną. Można byłoby wzbogacić recenzje, nasycić większą dozą finezji. A tak dominują u mnie gitarowe płyty, niebanalne melodie, melancholia, refleksyjne tony i tak dalej. Ale czy to źle?

P.S. Dziwna sprawa. Dlaczego po umieszczeniu okładek na stronie, ulegają one tak wyraźnemu skompresowaniu? Zagadka.

czwartek, 25 marca 2010

FIRE ESCAPE

PSYCHOTIC REACTION (1967)



1. Psychotic Reaction
2. Talk Talk
3. Love Special Delivery
4. The Trip
5. 96 Tears
6. Blood Beat
7. Trip Maker
8. Journey's End
9. Pictures And Designs
10. Fortune Teller


Był to tytuł nieporównywalnie lepszy niż opisany wcześniej The Deep 'Psychedelic Moods'. Przede wszystkim więcej w nim było dynamiki i rzeczywiście psychodelicznych klimatów bliższych tym, które preferuję najbardziej. Grupa grała z większym zębem. Czuje się, że zespół orientował się w tym, co dzieje się dookoła. Była to muzyka znacznie barwniejsza, pełna odlotowych dźwięków, które potrafią zaintrygować.

Tytułowa piosenka, to oczywiście wierna przeróbka popularnego nagrania grupy Count Five. Bardzo lubię ten utwór zarówno w wersji oryginalnej, jak i w wersji Fire Escape. To po prostu świetna garażowa kompozycja z doskonałym riffem przesterowanej gitary, okraszona dźwiękami harmonijki ustnej i kapitalnymi nagłymi przyśpieszeniami. Wiem, że się powtarzam - ale tak powinna prezentować się dobra rockowa piosenka.

Na szczęście pozostałe nagrania również były na przyzwoitym poziomie i słucha się ich z nieskrywaną przyjemnością. W tym przypadku muzyka była adekwatna do tytułów. Nie ma się co rozpisywać, bo nagrania są bardzo krótkie. Cała płyta trwa ledwie dwadzieścia pięć minut.
Uwagę przykuwa zadziorny, jakby prowokacyjny głos wokalisty. Atmosferę nagrań budowały przeważnie schowane nieco w tle organy oraz autentycznie dobre partie gitary i skromnej (bardzo typowej dla amerykańskich płyt) sekcji rytmicznej.

Wystarczy posłuchać takich nagrań jak 'The Trip', gdzie wokalista właściwie deklamuje na tle skromnego podkładu, ale za to z wysuniętymi na plan pierwszy organami.
Instrumentalny 'Blood Beat' to jednostajny puls przypominający bicie serca wzbogacony różnorodnymi kakofonicznymi dźwiękami i nieskładną improwizacją. Skromny fragment, a jednak cieszy.
'The Trip' dla odmiany zaśpiewany został niemal perwersyjnym głosem. Natomiast nawiedzony 'Journey's End' to już był psychodeliczny rock pełną gębą.

Ogólnie rzecz ujmując - jest to kawałek surowego, ale pomysłowego grania. Nie jest to arcydzieło, ale na pewno rzecz warta poznania.

Świetna, oszczędna okładka nie pozostawiała złudzeń z czym będziemy obcowali. To jest właśnie urok dawnych okładek - przykuwają uwagę, nawet jeśli sama muzyka nie robi już takiego wrażenia.
Ponieważ jednak 'Psychotic Reaction' został (jak to zwykle bywało w przypadku takich efemerycznych zespołów) wydany przez małą wytwórnię GNP Crescendo Records, to zapewne niewiele osób miało wówczas możliwość zapoznać się z tą perełką. Najdziwniejsze jest jednak to, że oryginalny LP obecnie nie jest wcale tak drogi jak nieporównywalnie słabszy The Deep, którego okładka utrzymana były w podobnym tonie, co album Fire Escape.
Stąd też nieodmiennie te płyty kojarzą mi się jako przykład kompletnie zapomnianego, wczesnego psychodelicznego rocka ze Stanów Zjednoczonych. I na tym skojarzenia właściwie się kończą.

THE DEEP

PSYCHEDELIC MOODS (1966)

Człowiekiem, który był głównym inicjatorem tego efemerycznego przedsięwzięcia był niejaki Rusty Evans, który z pomocą trzech muzyków nagrał ten owiany mgłą tajemnicy album. On również został producentem płyty oraz stworzył okładkę.

Długo zastanawiałem sie czy jest sens bym opisywał płytę na temat której nie mam zbyt wiele dobrego do przekazania. Ale stwierdziłem, że raz na jakiś czas można napisać coś bardziej krytycznego. Będącego w opozycji do peanów, które wznoszę na cześć ukochanych przeze mnie grup.

Czytając notkę zamieszczoną z tyłu oryginalnej okładki LP autorstwa Neila Bogarta (być może tego samego, który kilka lat później utworzył wytwórnię Casablanca Records, dla której nagrywała grupa KISS) naprawdę można umrzeć z ciekawości co też za niezwykłą muzykę zawiera 'Psychedelic Moods'. Krótki tekst wprowadzający w atmosferę płyty na pewno działa na wyobraźnię.




1. Color Dreams
2. Pink Ether
3. When Rain Is Black
4. It's All A Part Of Me
5. Turned On
6. Psychedelic Moon
7. Shadows On The Wall
8. Crystal Nite
9. Trip #76
10. Wake Up And Find Me
11. Your Choice To Choose
12. On Off - Off On


Nie będę jednak nikomu mydlił oczu czy opowiadał bajek, że ma do czynienia z dziełem ponadczasowym po przesłuchaniu którego dozna euforycznego uniesienia. Zdecydowanie nie. Nawet ja - miłośnik starych brzmień - muszę to uczciwie przyznać. Płyta The Deep, to dokonanie interesujące, ale niestety głównie jeśli spojrzeć na nie w kontekście historycznym. Całość się niestety bardzo zestarzała.
I pomyśleć, że być może kiedyś taka muzyka uchodziła ze szczyt mrocznego grania.

Z drugiej strony skłamałbym gdybym stwierdził, że jest to płyta wybitnie nie do słuchania. Aż tak źle to nie jest. Jest tutaj kilka interesujących momentów. W aranżacjach dominują dźwięki kotłów i wibrafonu. Czasami pojawiają się instrumenty dęte (flet). Dominuje niby ponury klimat.
Wiele obiecywała pierwsza piosenka z uderzeniami dzwonów we wstępie. Był to fajny, posępny i nieco diaboliczny początek.
Wolę jednak nieco późniejsze dokonania Ultimate Spinach czy Coven. Niby tylko blisko dwa lata różnicy, a jednak można odnieść wrażenie, że płyty te dzielą lata świetlne.

Jeszcze kilka dni temu napisałem, że ponoć pierwszym LP ze słowem 'PSYCHODELICZNY' w tytule był debiut 13th Floor Elevators. Otóż z informacji zamieszczonej we wkładce do wydania CD 'Psychedelic Moods' wynika, że jedyny LP The Deep ukazał się w październiku, podczas gdy zarówno 'Psychedelic Sounds Of 13th Floor Elevators' jaki i 'Psychedelic Lollipop' Blues Magoos ukazały się w listopadzie. Może i The Deep nagrali pierwszy album z przymiotnikiem 'PSYCHODELICZNY' w tytule, ale to Roky Erickson i jego grupa nagrali album z prawdziwego zdarzenia.

wtorek, 23 marca 2010

MAYPOLE 1970

Muzyka jest jak nałóg. Od kilku już lat nie byłem na wczasach, nigdzie nie wyjeżdżałem, bo oznaczałoby to rozłąkę z muzyką na wiele dni. Nie wyobrażam sobie dnia bez muzyki. Rzecz jasna zdarza mi się nie słuchać niczego nawet przez dłuższy czas, ale jednak zawsze wiem, że gdyby co, to mam płyty na wyciągnięcie ręki.

Bez płyty Maypole nie wyobrażam sobie żyć. Od pierwszych dźwięków słychać, że będziemy obcować z dziełem wyjątkowym. Według mnie jest to muzyka wybitna i na swój sposób piękna.
Teoretycznie znam ten album już od jakiś dwóch lat. Pamiętam, że spodobał mi się od pierwszego przesłuchania. Nie pamiętam jedynie, co mnie w nim zainteresowało. Wiem tylko, że co jakiś czas wracałem do tego tytułu. Prawdziwe objawienie nastąpiło dużo później.
Nagle dostrzegłem wszystkie niuanse tej gitarowej płyty. Jakbym trafił na swój ideał. Na coś, czego poszukiwałem od bardzo dawna i w końcu znalazłem to tutaj, na tej okraszonej niepozorną okładką płycie.

Przecież gitarowych albumów powstało miliony. Co więc czyni to dokonanie innym niż wszystkie?
Jak nikt Maypole potrafili zasymilować pełne rockowego ognia motywy z niezwykle lirycznymi tematami. Odrobinę czarującego patosu połączyć z młodzieńczą werwą. Jednak nad każdym dźwiękiem unosi się trudna do opisania gorycz. Całość zaś sprawia, że serce mi kwitnie.
Muzyka zachwyca eterycznym brzmieniem i ciekawymi harmoniami. Wystarczy posłuchać współpracy dwóch gitar, które operują charakterystycznymi progresjami akordowymi - tak się to chyba nazywa - oraz przestrzennej gry sekcji rytmicznej. Bardzo dobry jest również zadziorny, młodzieńczy śpiew wokalisty.




1. Glance At The Past
2. Show Me The Way
3. Henry Stared
4. Changes Places
5. Under A Wave
6. Look At Me
7. Johnny
8. Comeback
9. You Were
10. In The Beginning
11. Dozy World
12. Stand Alone

Bonus

1. Who Was She
2. All In The Past


Skład


Dennis Tobell - Lead Guitar And Vocals
Steve Mace - Guitar And Vocals
Paul Welsh - Drums And Vocals
Kenny Ross - Percussion And Vocals
John Nickel - Bass Guitar And Vocals


Wiem. Wypisuję jakieś banały, ale inaczej nie potrafię.
Sesja nagraniowa trwała ledwie trzy dni, podczas których grupa zarejestrowała wszystkie kompozycje na żywo. Niby nic niezwykłego. Wtedy przecież tak się nagrywało. Niezwykłe jest jednak to, jak klarownie to wszystko brzmi. Pink Floyd potrzebowali kilku miesięcy, aby stworzyć 'Dark Side Of The Moon'. Tymczasem Maypole wystarczyły tylko trzy dni, aby nagrać arcydzieło równe słynnemu dziełu Pink Floyd.
Proszę mnie źle nie zrozumieć. Kocham Pink Floyd. Ale nie uważam, żeby muzyka kończyła się tylko na tych najpopularniejszych i od dawna uznanych dokonaniach.

Jak opisać ten wybitny LP?
Przede wszystkim muszę wspomnieć, że trzy pierwsze nagrania układają się w całość. Dwie kolejne kompozycje również tworzą dłuższą formę. Jak wspomina lider zespołu Demian Bell (Dennis Tobell) obie suity zostały nagrane za jednym podejściem. Reszta płyty to już osobne utwory. Ale i tak układające się w spójną i przemyślaną całość.

Niemal każdy utwór na tej płycie zaskakuje pod względem kompozytorskim. Właściwie nie ma słabej, niepotrzebnej nuty. Może tylko cztery ostatnie nagrania nie są już tak efektowne. Chociaż zamykający płytę 'Stand Alone' - rodzaj hard-rockowej kołysanki - ze względu na swój dramatyzm, stanowi niejako esencję albumu. W każdym nagraniu zespół czaruje tymi nieszablonowymi, pięknymi melodiami i mimo prostych aranżacji grupie udaje się uzyskać całą paletę barw i odcieni.
Moją uwagę jak zwykle przyciąga sekcja rytmiczna. Przede wszystkim gra perkusisty. Tutaj finezyjnie wypełniająca plan dźwiękowy. Soczysta, tak jak lubię i momentami posiadająca ten zwiewny jazzowy koloryt.
Album zaś utrzymany jest w nastroju melancholii i zadumy. Nawet te bardziej heavy-rockowe fragmenty jak 'Look At Me' czy 'Johnny' przepełnione są sporą dozą liryzmu. Drugi z tych utworów stworzony został na bazie świetnego, wyrazistego riffu gitary oraz, wypełniających plan, solowych partiach drugiego gitarzysty. Ależ rewelacyjnie to ze sobą współgra, tworzy porywającą całość.

Dwa najdłuższe utwory 'Henry Stared' i 'Stand Alone' mimo, że zbudowane na bazie dwóch czy trzech wątków melodycznych, zachwycają niezwykłym kunsztem wykonawczym. Wspaniałą współpracą dwóch przenikających się gitar oraz zmiennością rytmów. Doskonałymi przekonywującymi interpretacjami wokalnymi. Kenny Ross śpiewa z ogromną pasją. Niemal każdy wers jest inny. Raz wykrzyczany z desperacją. Za chwilę pełen goryczy. Warto dodać, że w niemal każdym nagraniu wokalistę wspomagają delikatne chórki dodając aranżacjom tej dziwnej nostalgicznej aury.

Dla mnie centralnym punktem płyty już na zawsze pozostanie 'Comeback'. Balladową zwrotkę  skontrastowano z bardziej żywiołowym, ekspresyjnym refrenem. Niczym leitmotiv powracał gitarowy temat sprawiający wrażenie rozpływającego się czy może lekko rozstrojonego. To jest ta sama liga, co powstały dokładnie w tym samym roku na debiutanckiej płycie Wishbone Ash 'Errors Of My Way'. Brakuje tylko typowych dla brytyjskiego kwartetu gitarowych linii melodycznych granych unisono.





Być może obok płyty zespołu Felt jest to jedno z ostatnich arcydzieł klasycznego amerykańskiego rocka. Aż trudno uwierzyć, że tuż za rogiem czaiła się dominacja muzyki disco i całego tego stadionowego kiczu.
Niestety z oryginalnego składu pozostali już tylko obaj gitarzyści. Pozostała trójka muzyków zmarła na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

Do wydania CD dołączono dwa nagrania zarejestrowane jeszcze przed powstaniem Maypole. Obie piosenki były dziełem innego składu i pochodziły jakby z innej bajki. Bardziej chropawe. Bardziej żywiołowe - zwłaszcza optymistyczny, przebojowy 'Who Was She'. Może nie tak dopracowane pod względem harmonicznym, ale słucha się ich świetnie. Muszę przyznać, że powolny 'All In The Past' naprawdę robi wrażenie.

Jeszcze tak na sam koniec - na oryginalnym LP wprowadzono małe zamieszanie. Otóż opis nagrań na okładce nie odpowiada opisowi na labelach. Po prostu na okładce przez omyłkę pozamieniano kolejność niektórych kompozycji. Oryginalny winyl miał chyba z trzy różne wersje labela. Magiczną notkę na tyle okładki napisał perkusista Paul Welsh.

NOSFERATU (1970)



1. Highway
2. Willie The Fox
3. Found My Home
4. No. 4
5. Work Day
6. Vanity Fair

poniedziałek, 22 marca 2010

INDIAN SUMMER (1971)



1. God Is The Dog
2. Emotions On Man
3. Glimpse
4. Half Change Again
5. Balck Sunshine
6. From The Film Of The Same Name
7. Secret Reflects
8. Another Three Will Grow


Skład


Malcolm Harker - Bass, Vibes, Vocals
Paul Hooper - Drums, Percussion, Vocals
Bob Jackson - Lead Vocals, Keyboards
Colin Williams - Guitar, Backing Vocals


Chyba mam problemy ze słuchem.
Nie wiedzieć czemu do niedawna nie byłem zagorzałym fanem jedynej płyty grupy Indian Summer. Teraz natomiast uważam, że zawiera ona świetny materiał. Ilekroć tego słucham, to wydaje mi się, że grupa miała wielki potencjał. Na płycie znajduje się osiem dosyć długich zróżnicowanych kompozycji. Wszystko jest wykonane z polotem i wyczuciem. Zespół wymieszał urokliwe tematy z pełnymi inwencji instrumentalnymi improwizacjami, jednocześnie doskonale operując nastrojem.

To będzie bardzo schizofreniczny opis.
Trudno mi powiedzieć czy grupa była wystarczająco oryginalna czy jednak opierała swoją muzykę na dokonaniach innych wykonawców. Muszę uczciwie przyznać, że jak dla mnie LP 'Indian Summer' jest dość specyficzny, nie mogę także dopatrzeć się jakiś punktów stycznych z dorobkiem innych, działających wtedy grup. Ewentualnie słychać wpływ Procol Harum lub fascynacje dokonaniami Carlosa Santany.
No dobrze, wtedy grał tak prawie każdy. Finezyjna gitara, świdrujące dźwięki organów Hammonda i kombinująca i dosyć mocna sekcja rytmiczna. Trochę elementów jazzu i odrobina psychodelii, a może nawet folku. Czyli progresywny rock.

Ale jest w tej muzyce jakaś szlachetna szczerość.
Czasem można się przyczepić, że nastrój jest nieco zbyt patetyczny. Że głos wokalisty zbyt nachalny, jakby kwękający. Ale za to jakie wspaniałe są tutaj melodie. Chociażby instrumentalny 'From The Film Of The Same Name' z cudowną linią organów Hammonda. Albo delikatny 'Secret Reflects'. Wszystkie zawarte tutaj kompozycje pobrzmiewają refleksyjną nutą.
Dla mnie osobiście centralnym punktem płyty są nagrania 'God Is The Dog' oraz 'Half Change Again'.

C.D.N.

LITTER

DISTORTIONS (1967)

Jeszcze kilka lat temu nie przepadałem za amerykańską odmianą rockowego grania. Amerykańska scena muzyczna niemal nie istniała w mojej świadomości. Wprawdzie lubiłem duet Simon And Garfunkel. Lubiłem grupy The Byrds czy Jefferson Airplane. Ale już za The Doors nigdy specjalnie nie przepadałem. Natomiast Bob Dylan był mi kompletnie obojętny. Legendarne zespoły jak Allman Brothers Band czy Grateful Dead wydawały mi się natomiast koszmarnie nudne.

Popełniłbym jednak niewybaczalny błąd gdybym zawczasu nie przyjrzał się bliżej muzyce do niedawna tak przeze mnie wzgardzonej. Okazało się jak niewielkie mam o niej pojęcie. Poszukując zapomnianych płyt, coraz częściej przekonywałem się jak porywającą muzykę wykonywali kiedyś Amerykanie. Jak wiele było tam fenomenalnych grup, które czekają tylko aby odkrywać ich dorobek.




Debiutancki LP - pochodzącej z Minneapolis grupy Litter - pod wiele mówiącym tytułem 'Distortions' skrywał taką dawkę młodzieńczej energii, że można by nią spokojnie obdzielić kilka płyt.

Właściwie są tutaj niemal wyłącznie same przeróbki. Natomiast dwie kompozycje oryginale 'Action Woman' oraz 'Soul Searchin' wyszły spod pióra producenta zespołu Warrena Kendricka. Rozpoczynający płytę 'Action Woman' to absolutnie genialny, miażdżący gitarowym brzmieniem chwytliwy utwór, który należy do ścisłej klasyki rocka. Co tu dużo pisać? Tak powinien prezentować się prawdziwy rock.
Natomiast działo jeszcze większego kalibru zespół wytoczył na zakończenie. Znany z repertuaru Yardbirds i The Who 'I'm A Man' Bo Diddleya w wersji Amerykanów to była istna muzyczna petarda. Najpierw była to znana wszystkim dynamiczna bluesowa piosenka. Natomiast w drugiej części przeradzała się w instrumentalną, gitarową kanonadę. Przesterowane gitary, cudowny jazgot efektów dźwiękowych i sprzężeń.
Psychodeliczny odlot.

Pomiędzy tymi dwoma majstersztykami można było znaleźć sporo świetnych nagrań utrzymanych w poetyce garażowego rocka, ale nawiązujących także do brytyjskiego freakbeatu. Czego tylko dusza zapragnie.
Dwie przeróbki nagrań The Who. 'A Legal Matter' pochodzący z debiutanckiej płyty 'My Generation' oraz singlowy 'Substitute'. Spopularyzowany przez The Spencer Davis Group 'Somebody Help Me'. Pochodzący z repertuaru Yardbirds 'Rack My Mind'. Znany z pierwszej płyty grupy Cream 'I'm So Glad' autorstwa Skipa Jamesa oraz 'Whatcha Gonna Do About It' Small Faces. Znalazło się także miejsce dla świetnej interpretacji klasycznego 'Codine'.

Nawet jeśli nowe wersje popularnych piosenek nie odbiegały jakoś specjalnie od pierwowzorów, to na pewno ujmy im nie przynosiły. Wprost przeciwnie. Słucha się ich wybornie. To dlatego, że przez cały czas wyczuwalny jest prawdziwy entuzjazm z jakim grają muzycy Litter. Ale jednak najistotniejszy jest fakt, że grupa prezentowała wysoki poziom wykonawczy. Młodym muzykom nie brakowało polotu.

Muszę jeszcze wspomnieć o kapitalnych bonusach dodanych do pięknie przygotowanego wznowienia CD. Czasem te praktyki z dodawaniem rzadkich lub nigdy niepublikowanych nagrań mają sens. Chociaż niekiedy mam wrażenie, że dodawane są na siłę. Ale na pewno nie w tym przypadku.
Litter nagrali jeszcze dwie płyty. '100$ Fine' mam zamiar opisać jak najszybciej to możliwe, gdyż w mojej opinii jest jeszcze lepszy niż debiut. Natomiast ostatniego w niewielkiej dyskografii zespołu 'Emerge' nie miałem jeszcze sposobności usłyszeć. Mam jednak nadzieję, że uda mi się nadrobić tę zaległość.

Aha, tak przy okazji. Oryginalny LP 'Distortions' wydała malutka wytwórnia Warick i dzisiaj jest koszmarnie drogi. Za idealny egzemplarz trzeba zapłacić co najmniej astronomiczne 1500 dolarów.

Osobiście jestem wielkim fanem 'Distortions'.

TWENTIETH CENTURY ZOO

THUNDER ON A CLEAR DAY 1968

Zasadniczo nie jestem entuzjastą dodawania do wydań kompaktowych dużej ilości bonusowych nagrań. Jeszcze pół biedy, gdy wydawnictwo traktuje przeróżne rarytasy jedynie jako uzupełnienie podstawowej płyty, czyli umieszczając takowe na końcu głównego albumu. Natomiast jeśli jakiś pomysłowy jegomość wykombinuje, aby wszelkie dodatki wszczepiać w ustaloną dawno temu tkankę płyty, to jest to już dla mnie całkowita dewastacja dzieła i takich CD unikam niczym ognia.

Dlatego aż sam się sobie dziwię, że jednym z wyjątków - właściwie chyba to jedynym - jest kompaktowe wznowienie płyty amerykańskiej grupy Twentieth Century Zoo 'Thunder On A Clear Day'. Wytwórnia Sundazed Music zaproponowała bowiem, aby bonusy umieścić przed i po materiale podstawowym. Czyli cztery nagrania z singli na początku i pięć utworów na końcu.

Jakimś dziwnym trafem w ogóle mi to nie przeszkadza. Powiem więcej - wręcz już sobie nie wyobrażam innego początku płyty niż rewelacyjny 'You Don't Remember' rozpoczynający się ostro sprzężoną i przesterowaną gitarą. Po za tym jest to znakomity przykład, jak powinna brzmieć garażowa piosenka podana w ewidentnie psychodelicznej otoczce. 'You Don't Remember' to wzorzec muzyki tego typu - ostro, z pasją oraz zadziornie i przede wszystkim do bólu melodyjnie.
Warto dodać, że na CD piosenka występuje dwukrotnie. Oprócz wersji singlowej, także w zmienionej i trochę łagodniejszej aranżacji umieszczonej na płycie długogrającej, za to z uwypuklonymi brzmieniami organów Hammonda. Wiele razy pisałem już na temat mojego stosunku do organów Hammonda, więc chyba nie ma sensu się powtarzać, że po prostu wielbię całym sercem rozpływające się dźwięki tego instrumentu.

Muszę też nadmienić, że tak jak w przypadku kilku dalszych kompozycji Twentieth Century Zoo, tak i tutaj wyczuwalne jest zauroczenie grupy twórczością zespołów The Doors czy The Rolling Stones.
Kolejnym dodatkiem był folkowy 'Clean Old Man'. Autentycznie piękna, pełna zadumy akustyczna kompozycja wzbogacona partami sekcji instrumentów smyczkowych. Jakże odmienna od reszty repertuaru.

Dwa następne nagrania to już gitarowy dynamit. We wstępie 'Love In Your Face' pojawia się niespodziewany, potężny, niemal dewastacyjny gitarowy akord, który doskonale zwiastuje z czym przyjdzie się zmierzyć słuchaczom. Jaka szkoda, że tak krótkie były te singlowe utwory. Tak samo jak w przypadku 'You Don't Remember' również 'Love In Your Face' w zmienionej wersji pojawił się na 'Thunder On A Clear Day', tylko tym razem poprzedzony naturalistycznym efektem tłuczonego szkła w miejsce gitary elektrycznej. Natomiast 'Tossin' And Turnin' to pod względem melodycznym właściwie rhythm and blues, ale ciężej zagrany i z dużym ładunkiem energii.




Bonus

1. You Don't Remember (Singel Version)
2. Clean Old Man
3. Love In Your Face (Singel Version)
4. Tossin' And Turnin'

Thunder On A Clear Day

1. Quiet Before The Storm
2. Rainbow
3. Bullfrog
4. Love In Your Face
5. You Don't Remember
6. It's All In My Head
7. Blues With A Feeling

Bonus

1. Only Thing That's Wrong
2. Stallion Of Fate
3. Country
4. Hall Of The Mountain King
5. Enchanted Park


Pierwszy utwór na LP rozpoczyna 'Quiet Before The Storm'. Za wstęp posłużył tutaj efekt puszczonej w przeciwnym kierunku taśmy. Ten, stopniowo nabierający dynamiki, utwór czarował natchnionym, momentami nieco mistycznym nastrojem tworzonym za sprawą wiodących prym delikatnych partii organów Hammonda oraz cudownych, krystalicznych dźwięków gitary elektrycznej, które na moment stają się hałaśliwe, wręcz jazgotliwe, po czym wszystko powraca do pierwotnego stanu wyciszenia. Ta piosenka to majstersztyk.

Za to 'Rainbow' był powrotem na mocniejszą ścieżkę, czyli mnóstwo świetnych gitarowych partii i zdecydowany, mocny rytm. Doskonała kompozycja.
Z kolei w 'Bullfrog' grupa ukazuje swoje inne oblicze. Poznajemy tutaj kwintet nie tylko jako miłośników ostrzejszych brzmień, ale przede wszystkim jako pasjonatów improwizacji. Właściwie mamy tutaj kilka minut świetnego, mocno osadzonego w bluesowej tradycji cudownego grania.

Te tendencje jeszcze wyraźniej słyszalne są w dwóch ostatnich na LP kompozycjach - 'It's All In My Head' i przede wszystkim w klasycznym bluesie 'Blues With A Feeling'.
Pierwsze nagranie przykuwa uwagę dzięki niemiłosiernie wręcz przesterowanej gitarze. Natomiast nieśpiesznie zgrany i najdłuższy na płycie 'Blues With A Feeling' był rodzajem hołdu dla mistrzów tego gatunku. Zagrany z okazjonalnym udziałem harmonijki ustnej utwór naładowany był po brzegi wspaniałymi improwizacjami gitary, organów Hammonda, a nawet pianina. Na dobrą sprawę nie było tutaj nic z charakterystycznego rockowego zgiełku wcześniejszych piosenek, w zamian prawie każda sekunda przesiąknięta była klimatem bliższym tradycyjnie pojmowanego bluesa. Niby nie ma tutaj nic nowego albo jakiegoś elementu zaskoczenia, jednak słucha się tego wybornie. Dodatkowo świetnie wypada niezwykle emocjonalna wokalna interpretacja, czasem na granicy krzyku.
Prawdopodobnie piosenka zainspirowana została przez posiadającą podobny charakter kompozycję 'Blues Deluxe' z debiutanckiej płyty Jeffa Becka 'Truth'.

W kilku miejscach zespół wzbogacił swoją muzykę efektami dźwiękowymi. Na przykład - odgłosami przejeżdżającego pociągu, wspomnianego już tłuczonego szkła oraz zniekształconych pokrzykiwań czy wyciem syreny wozu policyjnego. Oczywiście miały one znaczenie marginalne i były rodzajem ornamentu pojawiając się we wstępie czy w zakończeniu paru nagrań.

Należy także przyjrzeć się pięciu ostatnim fragmentom CD. Aż trzy z nich były do tej pory niepublikowane. Interesująco wypada wersja 'In The Hall Of The Mountain King' Edvarda Griega. W formie introdukcji formacja zaproponowała tutaj krótki monolog wypowiadany posępnym, lekko zniekształconym głosem.
Kapitalny jest także, ostatni na kompakcie 'Enchanted Park'. Początek przywodzi na myśl melodię graną przez pozytywkę lub katarynkę. Nagle ta senna aura zostaje zaburzona przez wejście typowej dla kwintetu chropowatej, rockowej piosenki, aby za moment zespół znowu zmienił nastrój poprzez wprowadzenie krótkiego, tworzącego nerwową atmosferę motywu wzbogaconego maniakalnym śmiechem. Uwielbiam takie schizofreniczne pomysły.
Gorzej, że ich opisywanie nastręcza sporo trudności.




Przyznaję - było trochę zapomnianych zespołów ze Stanów Zjednoczonych - na dobrą sprawę również i z innych stron świata - których czasem ciężko dzisiaj słuchać z tej prostej przyczyny, że brakło dobrych kompozycji czy zawodził warsztat wykonawczy, a i brzmienie się już zestarzało. Ale na pewno ten problem nie dotyczy Twentieth Century Zoo. To jest bardzo wysoki poziom tak samych muzyków, jak i od strony produkcji. Nie ma tu żadnego bezproduktywnego rzężenia. Naprawdę niewiele tej formacji brakowało do ubóstwianego przeze mnie The Chocolate Watchband.

Jeszcze jedno - proszę spojrzeć na muzyków tworzących zespół. Czy oni wyglądali na kogoś, kto grał muzykę tak zadziorną? Wprost przeciwnie. Natomiast dzisiejsze zespoły składają się z osobników, którzy i owszem, wyglądają jakby pożarli własnych rodziców, natomiast muzykę tworzą adresowaną chyba do przedszkolaków.
Taka ironia.

Aha. Przypomniałem sobie.
Kompaktem, którego mogę słuchać z wielką przyjemnością pomimo ogromnej ilości bonusów, przewyższającej liczbą zawartość głównego albumu, to Octopus 'Restless Night'. W tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z wstawieniem dwóch nieznanych nagrań w oryginalny materiał funkcjonujący na płycie analogowej.
To chyba wszystko.

niedziela, 21 marca 2010

13TH FLOOR ELEVATORS

PSYCHEDELIC SOUNDS OF 13TH FLOOR ELEVATORS (1966)



1. You're Gonna Miss Me
2. Roller Coaster
3. Splash 1 (Now I'm Home)
4. Reverberation (Doubt)
5. Don't Fall Down
6. Fire Engine
7. Thru The Rhythm
8. You Don't Know (How Young You Are)
9. Kingdom Of Heaven
10. Monkey Island
11. Tried To Hide

'You gotta open up your mind
And let everything come through'

Nie mogłem sobie odpuścić zamieszczenia fragmentu tekstu piosenki 'Roller Coaster'. Idealnie ukazuje nowe podejście do muzyki. To był rok 1966. Nowy początek. Początek wszystkiego.
Środki halucynogenne. Rodząca się wówczas kontrkultura. Młodzieżowa kontestacja. To wszystko znalazło swój wyraz w tworzonej wówczas muzyce. Nowe radykalne podejście do tworzenia wzmocniło nie tylko wyraz muzyki, ale wpłynęło także na jej odbiór. Był to także początek prawdziwie rockowego grania.
Muzyka pop poczęła ewaluować. Przemiany wyczuwało się w powietrzu.

Wyrazem tego były narodziny psychodelicznego rocka.
Ponoć debiut 13th Floor Elevators był pierwszym albumem z muzyką popularną zawierającym słowo 'PSYCHODELICZNY' w nazwie. Plus przykuwająca uwagę intrygująca okładka i enigmatyczna nazwa grupy - wszystko stawało się jasne. Dla muzyki zaczęły się nowe czasy.
Na tylnej stronie koperty umieszczono przypisy do poszczególnych piosenek, z których wynika, że teksty łączą się w całość, ukazując różnice pokoleniowe oraz będące zachętą do nadania życiu nowych wartości.

Muzyka może nie jest zbyt zróżnicowana. Niektórym może się nawet wydać prymitywna i monotonna. Ale to dlatego, że takie to były czasy, że zespoły wchodziły do studia (częstokroć nie najlepiej wyposażonego) i nagrywały materiał na płytę w kilka godzin. Na żywo. Bez zbędnych ozdobników czy czasem nawet bez poprawek.

Na dodatek grupa 13th Floor Elevators postanowiła wzbogacić brzmienie swojej muzyki dźwiękami specyficznego instrumentu zwanego - electric jug (niestety nie wiem jaki jest polski odpowiednik tej nazwy). W rezultacie we wszystkich nagraniach słychać - początkowo sprawiające dziwne wrażenie - rytmiczne dudnienie. Może to irytować. Chociaż ja już przywykłem i nawet polubiłem ten patent. Biorąc pod uwagę charakter muzyki, czasem to dudnienie sprawia, że człowiek wpada w amok lub euforię.
Było nie było, grupa tworzyła swoją muzykę pod wpływem LSD i taki też jest klimat tych piosenek. Zagrane są na całego. Bez taryfy ulgowej. Proste rytmy, często dość dynamiczne, mają wprawiać w hipnotyczny nastrój.

Nie będę się tym razem rozpisywał na temat zawartości płyty. Wskażę tylko utwory, które zrobiły na mnie największe wrażenie.
Nie będę za oryginalny. Oczywiście genialny 'You're Gonna Miss Me'. Absolutny klasyk. Przesiąknięty butną aurą przebojowy rockowy fragment zagrany z taką pasją i werwą i zaśpiewany tak fenomenalnie przez Roky Ericksona, że człowiek ma ciarki jak tego słucha. Zadziorny głos lidera zespołu rozsadzał swoją energią każde nagranie od środka.
Następnie rewelacyjny, zdecydowanie psychodeliczny 'Roller Coaster'. Mój absolutny faworyt. Rozpędzony, zaśpiewany z desperacją w głosie. Autentyczna jazda bez trzymanki. Nie chcę się jakoś szczególnie silić na znawstwo, ale wydaje mi się, że główny motyw tego nagrania pobrzmiewa nieco orientalną nutą, co tylko czyni ten utwór jeszcze bardziej niesamowitym.
Potem wskazałbym na hałaśliwy 'Fire Engine'. Fajna energetyczna piosenka okraszona jakimiś dziwacznymi pojękiwaniami imitującymi dźwięk syreny wozu strażackiego. Niezły odlot.
Na koniec zaś monumentalny i dostojny 'Kingdom Of Heaven'. Najbardziej tajemniczy, niemal mistyczny utwór na tym albumie. Trzeba przy tym jasno sobie powiedzieć, że jest to płyta wybitnie gitarowa. Gitary rządzą tutaj niepodzielnie. W każdym z wymienionych nagrań rola tego instrumentu nadaje inny charakter poszczególnym kompozycjom. Buduje ich klimat. Ponieważ zaś nie ma tutaj żadnych produkcyjnych sztuczek, to właściwie wszystko spoczywa w rękach obydwu gitarzystów, którzy musieli wykazać się sporą finezją i wyobraźnią.

Mnie osobiście zachwyca buntownicza otoczka 'Psychedelic Sounds Of 13th Floor Elevators'. Tu nie ma udawania, pozerstwa.
Brzmienie jest tak naturalne, że dzisiaj nawet jeśli ktoś bardzo by się starał, raczej nie zdołałby takiego uzyskać. No chyba że udałoby się wygrzebać skądś tak stary sprzęt nagraniowy - co zresztą czasami praktykują nowe zespoły pragnące uzyskać klimat starych płyt.
Jest w tym stwierdzeniu coś z ironii. Proszę nie myśleć, że zupełnie oderwałem się od dnia dzisiejszego.

Na początku wspomniałem, że debiut 13th Floor Elevators był ponoć pierwszym tytułem z przymiotnikiem 'PSYCHODELICZNY' w tytule. Otóż nie jest to do końca pewna informacja, ponieważ w tym samym czasie ukazały się dwa inne LP z tym magicznym słówkiem w tytułach płyt. 'Psychedelic Lollipop' grupy Blues Magoos oraz 'Psychedelic Moods' zespołu The Deep. Kto był pierwszy? Trudno odpowiedzieć.
Jedno jest pewne - 'Psychedelic Sounds Of 13th Floor Elevators' to jedna z najważniejszych amerykańskich rockowych płyt.

'After you trip life opens up
You start doing what you want to do'

sobota, 13 marca 2010

SOFT MACHINE (1968)



1. Hope For Happiness
2. Joy Of a Toy
3. Hope For Happiness (Reprise)
4. Why Am I So Short?
5. So Boot If At All
6. A Certain Kind
7. Save Yourself
8. Priscilla
9. Lullabye Letter
10. We Did It Again
11. Plus Belle Qu'Une Poubelle
12. Why Are We Sleeping?
13. Box 25/4 Lid

Skład

Robert Wyatt – Drums, Lead Vocals
Mike Ratledge – Lowrey Holiday De Luxe Organ, Piano
Kevin Ayers – Bass, Lead And Backing Vocals, Piano

With

Hugh Hopper – Bass (On 'Box 25/4 Lid')
The Cake – Backing Vocals (On 'Why Are We Sleeping?')


Tak oryginalnej płyty ze świecą szukać.
Począwszy od niezwykłej okładki z wmontowanym ruchomym mechanizmem, a na nowatorskiej muzyce kończąc. Soft Machine to było wtedy trzech młodych muzyków. I chociaż pierwszy LP ukazał się w 1968 roku (oryginalnie jedynie w Stanach Zjednoczonych) to grupa cieszyła się już sporą estymą i była jednym z ważniejszych zjawisk brytyjskiego rockowego podziemia.

Dla mnie debiut Soft Machine to największe osiągnięcie tego (wówczas) tria. Nowatorska forma oraz wysoki poziom wykonawczy sprawiają, że trudno się tą płytą znudzić. Najważniejsze jest także to, że wówczas Soft Machine ciążył zdecydowanie w stronę rockowego zgiełku, podczas gdy na późniejszych płytach jazzowe aspiracje zdominowały dokonania grupy. Na pierwszej płycie także dostrzegalne są wpływy jazzu i muzyki awangardowej, ale przede wszystkim jest to świetny psychodeliczny rock.
Co akurat dla mnie jest bardzo istotnym czynnikiem.

Trzeba też zwrócić uwagę na konstrukcję płyty oraz na fakt, że był to jeden z pierwszych rzeczywiście doskonałych LP zmiksowanych w formacie stereofonicznym. Właściwie do 1968 roku format stereo był jedynie substytutem płyt monofonicznych. Teraz miało się to zmienić.
Natomiast sam przebieg nagrań na albumie wyglądał tak, że poszczególne fragmenty układały się w dłuższe formy. Najpierw były to 'Hope For Happiness' - 'Joy Of A Toy' - 'Hope For Happiness (Reprise)'. Następnie 'Why Am I So Short?' - 'So Boot If At All' - 'A Certain Kind'. Na koniec zaś cała druga strona LP.

Album rozpoczyna się w niezwykle oryginalny sposób. Uderzenie perkusji i słyszymy oddalający się coraz bardziej głos Roberta Wyatta. Uwielbiam ten początek. Tak jakby wokalista spadał w przepaść. Ale co to za przepaść? Psychodeliczna otchłań. Otchłań pełna hipnotyzujących dźwięków jakich jeszcze świat nie słyszał. Genialnie zniekształconych brzmień organów Lowreya. Z tą mocno narkotyczną muzyką doskonale współgrał senny, przejmujący głos Roberta Wyatta, jednocześnie perkusisty zespołu. W dwóch piosenkach głównym wokalistą był basista Kevin Ayers.

Nie będę rozkładał muzyki na czynniki pierwsze, bo nie posiadam niezbędnej wiedzy do tak szczegółowych zagadnień. Po za tym zbyt wiele się tutaj dzieje, aby zawrzeć to wszystko na ekranie monitora.

Wystarczy, że napiszę iż dominują tutaj chwytliwe, ale nieszablonowo opracowane piosenki pomieszane z dosyć długimi (zwłaszcza na pierwszej stronie płyty) improwizacjami. Prawdziwy odlot. Niemal każdy utwór zagrany został ze sporą ilością pogłosu. Pojawiały się przeróżne dysonanse. Chyba każdy fragment płyty był sposobnością do wprowadzenia różnych pomysłów. Dla przykładu - dwie różne linie wokalne w 'Hope For Happiness' albo recytacja zamiast tradycyjnego śpiewu w 'Why Are We Sleeping?'. Permanentne zmiany tempa. Każdy z instrumentów pełnił funkcję solową - na przykład bas i perkusja w 'So Boot If At All'.
W tym całym natłoku dźwięków znalazło się miejsce dla delikatnej, romantycznej piosenki 'A Certain Kind'.
Tak naprawdę to większa część repertuaru nosiła dosyć przebojowy charakter. Takie to były czasy, że kładło się nacisk na melodie. Wystarczy posłuchać 'Save Yourself', 'Lullabye Letter' czy wspomnianego genialnego 'Why Are We Sleeping?'.
'We Did It Again' zespół oparł na powtarzanej figurze rytmicznej i melodycznej oraz śpiewanym niezmienną barwą głosu jednym zdaniu.
Humoru to na tej fenomenalnej płycie nie brakowało, to na pewno.

Bez dwóch zdań - ponadczasowe dokonanie.

Warto także sięgnąć po album 'At the Beginning' (potem wznowiony jako 'Jet-Propelled Photographs') zawierający pierwszą studyjną sesję Soft Machine zarejestrowaną w 1967 roku jeszcze z Daevidem Allenem w składzie. Całość to krótkie piosenki z delikatnymi wpływami jazzu i psychodelicznego rocka. Może nie byłoby w tym nawet nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że wiele pomysłów tu zawartych grupa wykorzystała w mocno zmienionych aranżacjach na późniejszych płytach.

Niestety z każdą kolejną płytą Soft Machine coraz bardziej oddalał się od rocka na rzecz aliansu z muzyką jazzową. Nie jestem miłośnikiem tego typu grania. Uczciwie muszę przyznać, że nudzi mnie to straszliwie. Jak się jednak okazuje, dla wielu, to właśnie wcielenie zespołu, które możemy poznać na płytach takich jak 'Third' czy 'Fourth' jest kwintesencją stylu Brytyjczyków. Mnie to raczej nudzi.
Chociaż...Muszę również dodać, że o ile studyjne płyty to dla mnie męka i udręka, o tyle koncertowe poczynania ówczesnego składu zespołu, to już nieporównywalnie ciekawsze doświadczenie.

Oczywiście chyba nie ma sensu nadmieniać, że debiut Soft Machine był prawdopodobnie pierwszym dokonaniem z kręgu Sceny Canterbury.

DEVIANTS (1969)



1. Billy The Monster
2. Broken Biscuits
3. First Line (Seven The Row)
4. The People Suite
5. Rambling B(l)ack Transit Blues
6. Death Of A Dream Machine
7. Playtime
8. Black George Does It With His Tongue
9. The Junior Narco Rangers
10. Lets Drink To The People
11. Metamorphis Explosion


Skład


Mick Farren – Lead Vocals And Production
Paul Rudolph – Guitar, Vocals And Mouth Music
Duncan Sanderson – Bass And Vocals
Russell Hunter – Percussion, Vocals And Stereo Panning


Wprawdzie okładkę dodałem 13 marca, ale wpis powstał dopiero dzisiaj, czyli 3 dni później.
To wszystko przez moje niezorganizowanie. Marcowa pogoda nie służy mobilizacji. Wszystko się kotłuje. Raz jest słonecznie, przyroda budzi się do życia. Innym razem robi się szaro i ponuro. A niespodziewanie w niedzielę zima postanowiła pożegnać nas mocnym akcentem w postaci potężnej dawki śniegu. Miejmy jednak nadzieję, że to ostatnie podrygi zimy oraz preludium dla upragnionej wiosny. Dla mnie najpiękniejszej pory roku.
Zgodnie z powiedzeniem - w marcu jak w garncu.

Za to trzecia i ostatnia płyta Deviants nie jest aż tak zmienna jak marcowa pogoda. To przede wszystkim ciężkie gitarowe utwory. Grupa zakończyła swoją działalność płytą bardziej jednolitą i mniej szaloną niż dwa poprzednie tytuły. Oczywiście muzyka nadal przesiąknięta jest duchem anarchii, tylko że jest on bardziej podskórny, a nie jak dotychczas wyłożony kawa na ławę.

Spójność tej płyty, to bynajmniej nie wada.
Tak więc za buntowniczego ducha muzyki odpowiedzialny był lider grupy Mick Farren. Natomiast nowy gitarzysta Paul Rudolph skierował zespół w bardziej heavy-rockowe rejony - nieobce Deviants, bo obecne chociażby na debiutanckiej płycie 'Ptooff'.




Zaczyna się od świetnego przebojowego 'Billy The Monster', który w drugiej marszowej części, dzięki wprowadzeniu potężnie brzmiących organów, nabiera nieco monumentalnego i dostojnego wyrazu. Instrumentalny 'Broken Biscuits' to jedna z moich ulubionych kompozycji Deviants. Na początku świetnie podbijana ostrymi gitarowymi wejściami, przeistacza się w kapitalny mocno improwizowany fragment z rewelacyjną partią gitary w roli głównej. Nie ma kompromisów. Stąd już bardzo blisko do punk-rocka, a nawet do metalu. Przy czym trzeba jasno stwierdzić, że wówczas takie granie było właściwie na porządku dziennym.
Gdyby dzisiaj tak ładnie szarpano struny.

Zwiewny główny temat 'First Line (Seven The Row)' kojarzy mi się z dokonaniami...U2. Irlandczycy wprawdzie robili jeszcze wtedy do nocnika, ale to tylko ukazuje jak muzyka rockowa w pewnym momencie zaczęła zjadać własny ogon. Wiem, że dla większości i tak nie ma to żadnego znaczenia. Nam wydaje się, że wciąż powstają rzeczy oryginalne.
Dla odmiany 'The People Suite' to standardowy bluesowy motyw okraszony skandującym głosem brzmiącym jak przez megafon.

Ponownie pojawia się motyw marszowy w (na początku bluesowym) ciężkim niczym ołów 'Rambling B(l)ack Transit Blues'. Znowu także prym wiodła świetna sfuzzowana gitara Paula Rudolpha. W końcówce pojawiła się humorystyczna przyśpiewka a capella.

Żeby się nie rozpisywać bez sensu, dodam tylko, że album jest mocno osadzony w bluesowej tradycji. Miłośnicy starych ciężkich brzmień powinni być zachwyceni.
Chociaż to wcale nie jest łatwo wpadające w ucho granie - zwłaszcza dla nienawykłych do tak radykalnego podejścia do muzyki słuchaczy. W dodatku okraszone ekscentrycznymi wyskokami typowymi dla stylu Deviants. Wystarczy posłuchać 'Black George Does It With His Tongue' oraz 'The Junior Narco Rangers'. Także utrzymany w stylu country, pastiszowy 'Lets Drink To The People' może być sporym zaskoczeniem.

Jednak są to wyjątki, ponieważ jak wspomniałem na początku, dominują tutaj konkretne zdecydowanie mocne klimaty. Dla mnie jest to rewelacyjna płyta. I na dodatek ozdobiona rewelacyjną okładką.

czwartek, 4 marca 2010

FIFTY FOOT HOSE

CAULDRON (1968)

Co za płyta. Co za muzyka.
Geniusz.

Fifty Foot Hose nagrali swój album w duchu eksperymentów United States Of America oraz Silver Apples. Tylko, że na płycie 'Cauldron' mamy do czynienia ze znacznie lepszymi kompozycjami. Znajdziemy tutaj również zdecydowanie bardziej rockowy materiał. Pełen świetnych utworów. Genialnych partii instrumentalnych i doskonale w to wszystko wkomponowanych efektów dźwiękowych, uzyskiwanych za pomocą przeróżnych przetworników, generatorów dźwięku czy oscylatorów. Nigdy jednak owe efekty dźwiękowe nie walczą z czystą muzyką. Wprost przeciwnie - wszystko razem tworzy klarowną całość, nawet na moment nie tracąc rockowego ognia.
Umysł odlatuje.

Równie ważnym element, który decydował o intrygującym kształcie całości, był żeński wyrazisty głos wokalistki Nancy Blossom. Kobieta śpiewała jak nawiedzona - od szeptu do krzyku. Nie wyobrażam sobie już żyć bez tego śpiewu. Czuję się jakby mnie ten głos opętał.




1. And After
2. If Not This Time
3. Opus 777
4. The Things That Concern You
5. Opus 11
6. Red The Sign Post
7. For Paula
8. Rose
9. Fantasy
10. God Bless The Child
11. Cauldron


Na pierwszej stronie LP pomiędzy dłuższe kompozycje wpleciono krótkie intrygujące dźwiękowe interludia.

Jako wprowadzenie otrzymujemy więc długi dźwięk, który niepokojąco narasta, staje się głośniejszy i nagle się urywa.
Już ten prosty zabieg wprowadza nas w atmosferę albumu. Niejako oznajmia nam z czym będziemy mieli do czynienia. Chociaż oczywiście to tylko rąbek tajemnicy, który odsłania przed nami Fifty Foot Hose, gdyż czeka na nas jeszcze dużo niespodzianek.
Jak w dobrze skonstruowanym filmie.

Drugi utwór to już majstersztyk. 'If Not This Time' zniewala chociażby tą fantastyczną zagrywką na gitarze. Fenomenalne wykorzystanie pogłosu w partii wokalnej sprawia, że doświadczamy przeżycia niemal mistycznego. Tak jakby ten głos dochodził ze wszystkich stron świata. Nie umiem tego opisać.
W środkowej części nagrania, zamiast tradycyjnej partii solowej, otrzymujemy ciekawie generowane dźwięki na tle prostej sekcji rytmicznej.

Natomiast 'The Things That Concern You' to jedyna piosenka - jeśli te nowatorskie, psychodeliczne fantasmagorie można określić mianem piosenek - zaśpiewana przez mężczyznę. Sympatyczny główny temat skontrastowano tutaj z obowiązkowymi futurystycznymi dźwiękami. Przede wszystkim zaś utwór zbudowany został na świetnej partii gitary, wybijającej oszczędne akordy. Zwłaszcza w finale, gdy muzycy przyśpieszają tempa, brzmi to wszystko razem bardzo fajnie.

Kolejna piosenka, to ostry 'Red The Sign Post'. Kolejne arcydzieło zbudowane na bazie genialnego sfuzzowanego riffu gitary - przypominającego 'Sunshine Of Your Love'. Ponownie z rewelacyjną, tutaj drącą się na całego, Nancy Blossom w roli głównej. Ależ ona miała głos. Psychodeliczne niebo.

Potem otrzymujemy kojący nerwy, lekko jazzowy 'Rose'. Chociaż w instrumentalnej części kompozycja nabiera wigoru i znowu efekty dźwiękowe cudownie przenikają się z grającą jak w transie grupą.
Następujący potem, w znacznej mierze instrumentalny 'Fantasy' to przede wszystkim świetny popis gitarzysty. W drugiej części utwór przeistacza się w hipnotyzujące dźwiękowe eksperymenty.

'God Bless The Child' to przeróbka piosenki śpiewanej przez Billie Holiday. Ale nawet tutaj grupa nie mogła się oprzeć wpleceniu do tkanki muzycznej przeróżnych kosmicznych efektów. Tak więc z jednej strony mamy najbardziej zachowawczy fragment płyty, a z drugiej - dziwne psychodeliczne potraktowanie starego jazzowego tematu.

Utwór tytułowy, który otrzymujemy na zakończenie, to czysta dźwiękowa orgia. Prawdziwa rockowa anarchia. Najprościej rzecz ujmując - jest to kolaż dźwiękowy. Stanowi niejako rozwinięcie finałowej części kompozycji 'Fantasy'.
Wokalistka tym razem deklamuje niczym obłąkana. Słychać różne krzyki. Śmiech. Głos jest przetwarzany na różne sposoby zmieniając swoją barwę.
Rany, jak ja kocham takie kombinacje.

Moja recenzja nawet w połowie nie oddaje geniuszu 'Cauldron'. W pewien sposób jest nawet dużym uproszczeniem. Ale przynajmniej spróbowałem. Jeśli zaś poniosłem porażkę, to w słusznej sprawie.
Mogę tej płyty słuchać bezustannie. Prawdziwa uczta dla uszu.

'Cauldron' jest jednym z najlepszych przykładów, że po 1971 roku w muzyce nie wymyślono właściwie nic nowego. Nikt mnie nie zdoła przekonać, że dzisiejsza muzyka popularna ma w sobie coś inteligentnego, nowatorskiego. Te wysterylizowane popłuczyny wprawiają mnie w zażenowanie, sprawiają mi przykrość. Może ktoś, kto niewiele od muzyki oczekuje, zachwyci się tymi współczesnymi miernotami wciskającymi ludziom tę przeterminowaną papkę. Mnie to jednak nie wystarcza.
Czy dzisiaj ktoś odważyłby się nagrać coś takiego jak ponad 40 lat temu zrobił to Fifty Foot Hose? Nie. Dzisiaj z byle czego robi się sensację, wmawiając słuchaczom, że mają do czynienia z muzycznym objawieniem. Dla mnie to wszystko jest jednak kompletnie pozbawione elementu ryzyka. Ot, takie koniunkturalne i asekuranckie granie.

Jak mnie to irytuje.

EAST OF EDEN

MERCATOR PROJECTED (1969)

SUPERSISTER

PRESENT FROM NANCY (1970)