sobota, 30 stycznia 2010

ANTRAKT

Tym razem nie będzie opisu kolejnej płyty.

Przeglądam swoje wpisy i widzę masę słów, określeń, które się powtarzają. Ale to wynika z niewiedzy i pewnego narzuconego sobie stylu pisania. Jak już wspominałem - kiepski ze mnie znawca terminów muzycznych. Dwa - obiecałem sobie, że nie będę używał nowomowy. Nie będzie żadnych znaczków, charakterystycznych dla internetowego sposobu wypowiedzi. Teraz trzeba swoje internetowe dowcipy konkludować nawiasami i dwukropkami. Tak by czytający traktował je z należytym przymrużeniem oka. Bo normalnie pomyślałby, że ma do czynienia z czymś bardzo serio.

Zauważyłem, że pewne słowa dominują u mnie niepodzielnie. Nic na to nie poradzę. Czasem szukam jakiś określeń na ukazanie moich odczuć w związku z daną płytą czy piosenką, ale polonista też raczej ze mnie niespecjalny.
Ale się staram.

Jak czytam inne blogi (częstokroć bardzo interesujące) to przeraża mnie brak interpunkcji, błędy ortograficzne. Chociaż tyczy się to właściwie większości stron w internecie. Nie tylko dotyczących muzyki. Każdy może pisać, więc każdy pisze. A to, że poziom jest porażająco niski, to już osobna kwestia. Niestety nikt nie jest w stanie nad tym zapanować. Internet to nie wydawnictwo literackie i brakuje odpowiedniej redakcji wrzucanego tutaj tekstu.
O warstwie wizualnej lepiej nie wspominać.

Zima za oknem. Raz nastraja do słuchania muzyki, czasem jednak zniechęca.
Zniechęcają mnie czasem opinie dotyczące tego, co aktualnie dzieje się w muzycznym świecie. Czytam prasę i nie mogę wprost uwierzyć, że ludzie zachwycają się tym całym chłamem, który nas zalewa. Dziennikarze starają się wmówić biednym ludziom, że oto mamy przed sobą, w zasięgu ręki dzieła wspaniałe, osobowości muzyczne. Mnie to przeraża. Myślę wtedy, że może to ze mną jest coś nie tak. Ale chyba nie. Słuchałem ostatnio wychwalanej pod niebiosa P.J. Harvey. Ciekawe. Ale jednak kompletnie pozbawione oryginalności. A może źle, że jestem na 'nie' z dzisiejszym pseudo rockiem? Może nie powinienem patrzeć na datę wydania płyt? Może działa siła sugestii, że jak coś jest stare, to jest lepsze, a jak coś jest nowe to nie może być wystarczająco dobre?
Ale bądźmy uczciwi - to funkcjonuje również w drugą stronę.

Może wśród dzisiejszych artystów nie brak wynalazków albo rzeczy interesujących? Kto wie. Ja jednak jakoś ich nigdzie nie słyszę.

Mnie brakuje ogólnego klimatu. Tej otoczki, którą miała muzyka w latach 60.
Nie było mowy o żadnym przesłaniu. O pisaniu tekstów zaangażowanych. Walki z otaczającą nas rzeczywistością. Wykonawcy śpiewali głównie o sprawach błahych, oderwanych od rzeczywistości. Teksty nawiązywały do poetyki bluesa, by w końcu dekady stać się bardziej surrealistyczne. Liczyła się muzyka. I na pewno dawno temu zatracono te cechy.
Więcej jest teraz robienia ludziom wody z mózgu niż uczciwego grania. Przykład? Grupa U2, która, jak dla mnie, nigdy nie miała nic ciekawego do zaproponowania, a jednak ich muzyka wzbudza ogromny zachwyt. Czy może coś przegapiłem? Nie jestem wystarczająco wrażliwy na piękno dokonań Irlandczyków? A może to ludziom łatwo coś wmówić, by wbrew sobie zaczęli dostrzegać rzeczy, których tak na prawdę nie ma.

Dlaczego od wielu już lat wmawia się słuchaczom, że mają do czynienia z rockiem? Wystarczy, że w zespole jest gitara i perkusja i już to jest rockowe granie. Kotleciarski Lady Pank to dla nas rockowy zespół. Dla mnie to remiza. To samo tyczy się kilku innych zespołów z naszego podwórka.

Wychwala się jakieś nudne jak falki z olejem grupy typu Łąki Łan czy Mitch & Mitch (nie wiem czy dobrze napisałem nazwy), a które kompletnie nie mają nic do zaoferowania. Ich muzyka jest sztywna i wykalkulowana. Brakuje w niej autentycznego szaleństwa. Bo to, że panowie przebierają się za owady czy występują w samych majtkach, uważam za działanie komercyjne, mające na celu wzbudzić zachwyt mniej wyrobionych, naiwnych młodych ludzi, którzy takie akcje chwytają najlepiej. Przecież tak najłatwiej przyciągnąć uwagę. Tylko to całe wariactwo ma mocno wypracowany, przemyślany charakter. To nie jest spontaniczne działanie. Natomiast sama muzyka raczej nie grzeszy pomysłowością.

A osobną kwestią jest nawałnica gatunków, które się teraz pojawiają. Rany, nie na moją głowę. A przecież i tak to wszystko to ta sama czerstwa (przeważnie elektroniczna) muzyczka.
Nie rozumiem komu może się podobać śpiewająca dla emerytów Maria Peszek lub synowie Wojciecha Waglewskiego. Całe to towarzystwo zasypywane jest masą komplementów, więc można pomyśleć, że mamy do czynienia z muzycznymi geniuszami.
Tymczasem klasyczny stary rock traktowany jest jak coś miłego, sympatycznego, ale bez znaczenia. Nie dorastającego do pięt współczesnym dokonaniom. Dostrzegana jest tylko epoka dzieci-kwiatów i takie tam, najmniej istotne drobiazgi. Za siódmy cud świata uważa się wtórny punk rock, który w pewnym momencie stał się muzyczną karykaturą.

Nie wiem czy słusznie robię, że się tym wszystkim tak przejmuję. Po prostu chyba muzyka popularna dawno już wyczerpała swoje zasoby. Straciła swój autentyzm. Swoją świeżość. Teraz jest jak w kostnicy.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

VELVETT FOGG (1969)

Prawdopodobnie jest to jedna z najdziwniejszych płyt, jakie miałem możliwość usłyszeć. Nie dlatego, że muzyka jest jakoś szczególnie skomplikowana. Wręcz przeciwnie. Wszystkie kompozycje odznaczają się skrajną prostotą. Są dosyć oszczędnie zaaranżowane. Wykonane bez jakichś popisów czy kombinacji. Produkcja jest raczej skromna.

Do dzisiaj pamiętam moment, gdy słuchałem płyty Velvett Fogg po raz pierwszy. Nie zapomnę także uczucia rozczarowania, jakie mi towarzyszyło podczas przesłuchiwania kolejnych nagrań. Po owianym legendą albumie oczekiwałem jakiś szaleństw. Czegoś wręcz obłąkanego (wystarczy spojrzeć na okładkę). Psychodelicznego rocka podniesionego do granic wyobraźni.
A co się okazało? Że jest to album, który może sprawiać wrażenie banalnego. Zagranego od niechcenia, czy nawet po amatorsku.

Takie były moje odczucia na początku. Później jednak okazało się, że to co najpierw uważałem za ogromną wadę, jest tak naprawdę zaletą płyty. Tak więc czas nieco zweryfikował moje surowe poglądy.

Nie chodzi tutaj bowiem o jakieś studyjne eksperymenty. Siła muzyki Velvett Fogg tkwi w wytwarzaniu atmosfery za pomocą prostych środków wyrazu. Dlaczego więc w ogóle piszę na temat tej płyty? Ano dlatego, że mimo tych wszystkich niedociągnięć, jest to tytuł interesujący i posiadający swój niezaprzeczalny wdzięk. Z każdym kolejnym przesłuchaniem odsłaniający swoją zdecydowanie psychodeliczną naturę.
W 1969 nie powstała chyba druga tak specyficzna płyta.




1. Yellow Cave Woman
2. New York Mining Disaster 1941
3. Wizard Of Gobsolod
4. Once Among The Trees
5. Lady Caroline
6. Come Away Melinda
7. Owded To The Dip
8. Within The Night
9. Plastic Man


Najlepszy utwór zespół zaproponował na początek. 'Yellow Cave Woman' jest wręcz wzorcowym przykładem późnej brytyjskiej psychodelii przeradzającej się w rock progresywny. Powolny transowy rytm, płynne frazy organów Hammonda oraz wysunięte na pierwszy plan, nadające kompozycji zdecydowanie rockowy ton, ostre zagrywki gitary. Wszystko to razem jest jakby odzwierciedleniem narkotycznego snu. Mocno nawiedzony fragment.

Następnie przeróbka kompozycji 'Come Away Melinda'. Tutaj pojawia się rewelacyjny wstęp z organami Hammonda w roli głównej. Przeszywające dźwięki tego instrumentu w mistrzowski sposób stopniują napięcie aż do kulminacji, która przechodzi w nieco klaustrofobiczną piosenkę.
Spokojna, zaśpiewana zniekształconym głosem zwrotka wspomagana jest pobrzmiewającymi w tle tajemniczymi efektami dźwiękowymi. Bezsprzecznie jest to najbardziej niesamowity moment płyty oraz psychodelia w najlepszym tego słowa znaczeniu. Uważam, że grupa naprawdę potrafiła budować nastrój, odpowiedni klimat.
Kilka miesięcy później piosenkę na swojej debiutanckiej płycie umieściła grupa UFO. Było to jednak skrajnie inne wykonanie.

Obie wymienione piosenki w idealny sposób obrazują muzyczną zawartość płyty.
Jest tutaj jeszcze ciekawa, dynamiczna wersja piosenki Bee Gees 'New York Mining Disaster 1941'. Oczywiście podana w tej dziwnej spowitej różnymi miksturami otoczce. Chociaż oryginału nie udało się chyba jednak przebić.
W 'Within The Night' pojawia się grany na organach motyw do złudzenia przypominający słynną zagrywkę z 'Light My Fire' The Doors.
Natomiast najbardziej zaskakującym tworem płyty jest piosenka 'Wizard Of Gobsolod'. Nie wiem, kto wpadł na pomysł by umieścić to 'dzieło', ale nie był to chyba najlepszy pomysł. Nagranie sprawia wrażenie jakby trafiło tutaj przypadkiem, a w domyśle zostało nagrane jako piosenka dla dzieci. Bo takie nasuwa skojarzenia. Skoczny rytm. Jakieś dziwne plumkanie. Piskliwa gitara. Co to ma być? Niby zabawne, ale jednak chyba niepotrzebne.

Być może niektórzy znienawidzą taką muzykę. A być może znajdzie ona swoich admiratorów. Dla niektórych płyta okaże się nieporozumieniem i wyrazem braku inwencji. A dla innych będzie dziełem intrygującym czy wręcz porywającym. Jak jest naprawdę? W tym przypadku odpowiedź jest niejednoznaczna i trudna do udzielenia. Najlepiej samemu wysłuchać.

Wkrótce po rozpadzie Velvett Fogg, gitarzysta Paul Eastment założył grupę Ghost odpowiedzialną za płytę 'When You're Dead...One Second'. Co ciekawe okładka płyty (zamieszczona powyżej) została zrobiona przed sesją nagraniową, zanim Paul Eastment dołączył do zespołu.

niedziela, 24 stycznia 2010

FAIRPORT CONVENTION

HEYDAY (BBC 1968 - 1969)



1. Close The Door Lightly When You Go
2.I Don't Know Where I Stand
3. Some Sweet Day
4. Reno, Nevada
5. Suzanne
6. If It Feels Good, You Know It Can't Be Wrong
7. I Still Miss Someone
8. Bird On A Wire
9. Gone Gone Gone
10. Tried So Hard
11. Shattering Live Experience
12. Percy's Song
13. You Never Wanted Me
14. Nottamun Town
15. Fotheringay
16. Si Tu Dois Partir
17. Cajun Woman
18. Autopsy
19. Reynardine
20. Tam Lin


To niesamowite. Jak to jest możliwe, że ten fenomenalny materiał czekał na oficjalne wydanie blisko 20 lat? Nie mogę tego pojąć. Gdyby Fairport Convention nagrali zawarte tutaj kompozycje wtedy na płycie studyjnej, na pewno okazałyby się muzyczną sensacją. Co tu dużo mówić. Grupa była wówczas u szczytu możliwości twórczych oraz wysunęła się do ścisłej czołówki brytyjskiego rocka.

Jak to w przypadku nagrań dla BBC bywało, przytłaczająca większość repertuaru nigdy nie znalazła się na oficjalnych wydawnictwach. Po za tym - co również było normą - dominowały przeróbki. A ponieważ dobrzy muzycy potrafią na każdym dziele odcisnąć własnego piętno, tak więc w przypadku Fairport Convention nie odczuwa się, że mamy do czynienia z interpretacją, a z kompozycjami własnymi.

Tutaj jest jak w bajce. Jak w najpiękniejszym śnie. Nikt nigdy nie wykonał lepiej nagrań Leonarda Cohena niż ma to miejsce na 'Heyday'. Mam na myśli nieziemską, zaśpiewaną przez duet Sandy Denny - Ian Matthews 'Suzanne'. Richard Thompson i Simon Nicole osiągnęli tutaj absolutne mistrzostwo we współbrzmieniu swoich gitar. Tak jakby tylko delikatnie muskali struny, a dźwięki wydobywali niebiańskie.
Jest niewyobrażalnie poruszający 'Bird On A Wire' z delikatnym, przejmującym do bólu głosem Ian Matthewsa. Jest arcydzieło wśród arcydzieł, czyli przepiękna, przepełniona melancholią wersja piosenki Joni Mitchell 'I Don't Know Where I Stand' z poruszającym śpiewem Sandy Denny w roli głównej. I ponownie te wspaniałe brzmienie gitar. Nie do opisania.
Nawet z piosenki Johnny Casha 'I Still Miss Someone' zespół uczynił prawdziwą perełkę. 'Shattering Live Experience' to z kolei nieco psychodeliczny fragment. Ileż w tej muzyce refleksji. Ileż mądrości. Tak jakby wykonywali ją dojrzali ludzie. A przecież zespół składał się z młodych muzyków.

Tutaj jeszcze wyraźniej niż na drugiej płycie słychać, że Sandy Denny i Ian Matthews byli stworzeni by wspólnie śpiewać. Jaka szkoda, że tak krótko to trwało. Słychać też, jak zgrany zespół tworzyli muzycy Fairport Convention. Istny monolit. W tym momencie nie mieli chyba konkurencji - nie tylko na scenie folk-rockowej, ale na rockowej scenie w ogóle. Jak dla mnie zespół ten był zjawiskiem niepowtarzalnym w historii muzyki pop.

Początkowo wydawnictwo zawierało zestaw nagrań z okresu płyty 'What We Did On Our Holidays'. Jednak w 2002 roku ukazała się rozszerzona wersja, dodatkowo zawierająca sesje radiowe z okresu płyt 'Unhalfbricking' i 'Liege And Lief'.
Chyba trudno wyobrazić sobie lepszą kompilację. No może tylko 4-płytowy box 'Live At The BBC' wydaje się być lepszym wariantem 'Heyday'.

sobota, 23 stycznia 2010

WOODY KERN

THE AWFUL DISCLOSURES OF MARIA MONK (1969)

Kilka przemyśleń.
Jak czytam moje stare wpisy, to myślę sobie, że kilka rzeczy bym zmienił. Inaczej ocenił. Tak to już jest. Raz się czymś bezgranicznie człowiek zachwyca, by za jakiś czas spojrzeć na to chłodnym okiem i na spokojnie ocenić. Nie znaczy to, że coś przestaje mi się podobać. Po prostu wszystko zależy od nastroju, od momentu, w którym słucham danej płyty, danej piosenki.
Należę do ludzi, którzy jak się czymś emocjonują, to na całego. Ale przynajmniej potem potrafię uczciwie przyznać, że odrobinę mnie poniosło. Człowiek - mam nadzieję - dojrzewa.

Posiadający niezbyt atrakcyjną - chociaż przykuwającą uwagę - okładkę jedyny LP nieznanej brytyjskiej formacji komasował wszystko to, co w 1969 roku stanowiło o sile kształtującego się rocka progresywnego. Była to kolejna intrygująca ilustracja metamorfozy jaką przechodził brytyjski rock. Woody Kern łączył bowiem blues, jazz i dogasającą psychodelię, jednocześnie wchodząc na bardziej ambitne rejony.
A co to w przypadku płyty 'The Awful Disclosures Of Maria Monk' oznacza?
Otóż grupa zaproponowała improwizowane kompozycje, gdzie wiodącymi instrumentami były saksofon i flet oraz gitara. Równie ważna była gra sekcji rytmicznej, zwłaszcza doskonałe partie perkusji.




1. Biography
2. Blues Keep Falling
3. That's Wrong Little Mama
4. Tell You When I'm Gone
5. Xoanan Bay
6. Uncle John
7. Gramophone Man
8. Fair Maiden
9. Vile Lynn
10. Mean Old World
11. Vegetable


Teoretycznie punktem wyjścia zawsze były zwykłe piosenki. Jednak stanowiły one jedynie pretekst do interesujących instrumentalnych popisów. Za przykład niech posłużą 'Biography' oraz 'Uncle John' - obie kompozycje noszą zdecydowanie jazzowy rodowód. Dla przeciwwagi zespół zaproponował kompozycje wyrastające z bluesa, takie jak 'The Blues Keep Falling' oraz 'Tell You When I'm Gone'.

Muzycy Woody Kern czerpali z różnych źródeł. W 'Vile Lynn' z fantastyczną partią gitary w roli głównej, słychać wpływ Family (w formie ornamentu wprowadzono atonalną zagrywkę skrzypiec). W kilku kompozycjach pobrzmiewają echa dorobku Traffic. Nie wiem kiedy dokładnie ukazał się LP, ale wskazałbym również na pewne zbieżności z twórczością Colosseum.
Świetna przeróbka 'Gramophone Man' amerykańskiej grupy Spirit to wycieczka w bardziej psychodeliczne rejony. Pojawiają się tutaj jakby rozpływające się dźwięki organów.

Ogólnie rzecz ujmując - na płycie 'The Awful Disclosures Of Maria Monk' dzieje się bardzo dużo.
Bardzo lubię ten leniwy, sprawiający wrażenie znudzonego, senny głos gitarzysty Ricka Kentona. Bardzo mi odpowiada sucha, oszczędna produkcja tej płyty dodatkowo spowita psychodeliczną mgiełką.

Jak już wspomniałem - nie wiem kiedy dokładnie ukazał się LP, ale wydaje mi się, że grupa zaproponowała muzykę dość oryginalną. Przecież wtedy mało który zespół wykorzystywał brzmienie saksofonu w taki sposób, jak to zaproponował Woody Kern. Nie było jeszcze tak rozpędzonych jazzowych improwizacji jak na tej płycie.
Tak przynajmniej podejrzewam.

LP wydała wytwórnia PYE Records, która w tym czasie pragnęła koniunkturalnie zwrócić się w stronę rocka progresywnego. Oczywiście robiła to wybitnie po omacku i bez przekonania. Stąd brak porozumienia na płaszczyźnie muzycznej między zespołem a producentem płyty. Pierwszy album grupy Woody Kern okazał się więc ostatnim. I oczywiście sprzedawał się fatalnie.
Warto dodać, że w tym samym czasie wytwórnia PYE Records wydała także debiutancką płytę grupy Man 'Revelation', jedyny LP Velvett Fogg oraz album 'Exclamation Mark' grupy Pesky Gee, która zaraz potem przeobraziła się w Black Widow.

czwartek, 21 stycznia 2010

MASTER'S APPRENTICES

CHOICE CUTS (1971)
A TOAST TO PANAMA RED (1972)

Studio Abbey Road zdobyło rozgłos dzięki grupie The Beatles. To tutaj większość swoich płyt nagrał zespół Pink Floyd. Przez Abbey Road przewinęło się przez lata mnóstwo mniej lub bardziej popularnych wykonawców, którzy w mniejszym lub większym stopniu pomogli stworzyć legendę i renomę studia. Bez wątpienia kiedyś było to magiczne miejsce, w którym kreowano rewolucyjne dźwięki. Bez wątpienia również, magia tego miejsca zadziałała podczas pracy grupy Master's Apprentices nad płytami 'Choice Cuts' oraz 'A Toast To Panama Red'.
Jednocześnie zespół z Australii poszerzył grono wykonawców, którym nie udało się zaistnieć w świadomości szerszego kręgu odbiorców. A szkoda, bo uważam, że 'Choice Cuts' to doskonała płyta. Może nie wnosząca niczego nowego, nie wytyczająca jakichś nowych szlaków w muzyce rockowej, ale jednak porywająca, niezwykle świeżo brzmiąca i na prawdę świetnie zagrana. Każda piosenka to trafienie.




Trzecia w dorobku Masters Apprentices płyta 'Choice Cuts' to zbiór dość krótkich, gitarowych piosenek. Dominowały autentycznie wpadające w ucho melodie przeważnie oparte na dosyć ciężkich riffach gitary. Jednocześnie wszystkie zawarte tutaj kompozycje cechował swoisty liryzm. Granie jest wyrafinowane. Zespół nawet w przypadku delikatnej ballady 'Because I Love You' nie wpada w sztampę. Natomiast ostrzejsze motywy wykonane są z finezją i wyczuciem rockowej stylistyki. Nie ma nudy i nie ma banałów.

Wystarczy wskazać pierwsze dwa nagrania.
Opatrzony fantastycznym wstępem 'Rio De Camero' to kompozycja wzorcowa. Gitarowa introdukcja (wsparta akustycznymi zagrywkami w stylu flamenco) przechodzi w śpiewaną w dwugłosie część środkową (charakterystyczny wysoki głos wokalisty, to jeden ze znaków rozpoznawczych grupy), na końcu zaś następuje zmiana muzycznej narracji na nieco ostrzejszą. To wszystko w niespełna trzyminutowej kompozycji. Rewelacyjna piosenka.
Kolejna piosenka 'Michael' za podstawę ma delikatny, liryczny akustyczny temat, dla kontrastu przerywany ostrzejszymi wejściami gitary elektrycznej wspartej ciężką sekcją rytmiczną. Cała druga część tej kompozycji, to świetne instrumentalne granie. Wydaje się proste, ale gdy tego słucham, to dostrzegam dużą inwencję muzyków Master's Apprentices. Krótkie nagranie, a ile się dzieje. To jest dopiero sztuka stworzyć coś takiego.

Dobra, nie będę tym razem przynudzał. Dodam, że na koniec płyty otrzymujemy melancholijny zagrany na gitarze akustycznej motyw, który jednak zostaje zburzony przez zagraną na luzie piosenkę w stylu country okraszoną zadziornym śpiewem wokalisty. Niby sympatyczne, ale chyba jest to najsłabszy moment tej świetnej płyty.




Na płycie 'A Toast To Panama Red' zespół poszedł jeszcze dalej. Tym razem uczynił swoją muzykę bardziej mroczną. Przy czym zagrane głównie w powolnych tempach kompozycje układały się w bardziej przemyślaną formę. Pojawiło się kilka ciekawych rozwiązań aranżacyjnych.
Kolorytu dodawało wprowadzenie chóru ('Games We Play Part 1') i trąbki ('Love Is'), a w 'Games We Play Part 2' pojawiła się nawet melodeklamacja. Ale muszę też nadmienić, że wciąż była to muzyka urzekająca swoją niewymuszoną melodyką, przemyślanym wykonaniem i operująca odpowiednim klimatem. Wszystkie poszczególne nagrania na 'A Toast To Panama Red' cechowała pewna niebanalna przebojowość.
Muszę przyznać, że tu i ówdzie niektóre motywy przywodziły na myśl 'Choice Cuts', ale jednocześnie dowodziły, że Master's Apprentices wciąż się rozwija, ewaluuje w stronę coraz ambitniejszych rejonów. Ciekawe co zespół miałby do zaoferowania na kolejnych płytach, gdyby nie fakt, że po wydaniu czwartej w swoim dorobku płyty...przestał istnieć.

Ktoś powie, że Master's Apprentices to tylko echa muzyki grup takich jak Wishbone Ash czy Led Zeppelin. Możliwe, że będzie miał rację. Ale i tak uważam, że zespół wypracował swój własny styl. Że miał do zaproponowania naprawdę porywającą i emanującą szczerym entuzjazmem syntezę wszystkiego tego, co w muzyce rockowej najlepsze. Chyba trudno sobie wyobrazić lepszą mieszankę.
Jak już nieraz wspominałem - nie potrafię fachowo pisać na temat muzyki. Dlatego jak ktoś nie wierzy, niech najlepiej posłucha obu płyt i się przekona.

P.S. Czekam niecierpliwie kiedy wreszcie ktoś wyda wszystkie cztery płyty Master's Apprentices w pełnej glorii na pojedynczych CD. Jak na razie pojawił się debiut wznowiony przez Aztec Music. Jednak mając w pamięci co owa firma zrobiła z płytą Tamam Shud 'The Goolutionites And The Real People', boję się, że znowu mogłaby zawieść ich kontrola jakości.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

KOOBAS (1969)

Doskonała płyta. Prawdziwy mariaż wspaniałych, ambitnych popowych piosenek z rodzącym się wówczas progresywnym rockiem. Grupa Koobas potrafiła zmyślnie wyważyć proporcje i dlatego płyta aż kipi od młodzieńczej energii oraz dosyć świeżych, jak na moment powstania płyty rozwiązań formalnych i aranżacyjnych. Jaka szkoda, że album nie ukazał się w roku, w którym został nagrany, wówczas być może wywołałby jako taki rezon wśród słuchaczy. W tamtych czasach natomiast kilka miesięcy zwłoki oznaczały rynkową śmierć.




1. Royston Rose
2. Where Are The Friends?
3. Constantly Changing
4. Here's A Day
5. Fade Forever
6. Barricades
7. Little Piece Of My Heart
8. Gold Leaf Tree
9. Mr. Claire
10. Circus

Skład

Stuart Leatherwood - Guitar, Vocals
Roy Morris - Guitar
Keith Ellis - Bass Guitar
Tony O'Reilly - Drums


Przy pierwszym przesłuchaniu odniosłem wrażenie, że album serwuje jakieś niemodne, nudne klimaty. Kompozycje sprawiały wrażenie przegadanych i nijakich. Tymczasem przy bliższym poznaniu okazało się to nieprawdą.
Płyta nawiązuje do takich pop-psychodelicznych arcydzieł jak 'The Who Sell Out' The Who, 'Ogdens' Nut Gone Flake' Small Faces czy 'We Are Ever So Clean' Blossom Toes oraz 'With Their New Face On' Spencer Davis Group. Czyli pełne wdzięku piosenki sąsiadujące z nieco bardziej poważnymi wstawkami, tutaj wręcz dominującymi w większości nagrań. Dlatego też w odróżnieniu od wymienionych tytułów, jedyny album Koobas jest dużym krokiem w kierunku nowego progresywnego rocka.

Ponieważ album został nagrany w 1968 roku, to można tu znaleźć zarówno wpływ freakbeatu jak i psychodeliczne reminiscencje. Jest tu cała masa świetnego rockowego grania z przesterowanymi gitarami i pojawiającym się niekiedy melotronem i organami Hammonda. Całość została ubarwiona różnymi wycieczkami muzycznymi i kontrastami oraz mającymi humorystyczny charakter przerywnikami. Jednak jak dla mnie, każda piosenka zachwyca wspaniałym wykonaniem i oryginalnymi melodiami. Prawdziwy muzyczny kalejdoskop. Dostrzegam tutaj wpływ The Beatles i Procol Harum czy Moody Blues oraz pokrewieństwo z grupami takimi jak July czy Fox.

Żeby jednak nie być gołosłownym przytoczę kilka ukochanych przeze mnie momentów tej niedocenionej płyty. Na pierwszym miejscu stawiam bez chwili zastanowienia pełen dramatyzmu 'Where Are The Friends?'. Poprzedzona krótkim pastiszem muzyki wodewilowej, piosenka we wstępie zaśpiewana z akompaniamentem gitary klasycznej przeradza się w cudowny marszowy utwór zaaranżowany na głosy i z uwypukloną linią basu i nadającym rytm werblem.
Potem mroczny 'Constantly Changing' z ciekawym kontrapunktem w postaci wokalizy na tle niemal kościelnych brzmień organów Hammonda. Cechą szczególną tej płyty są owe misterne aranżacje partii wokalnych.
Słychać to chociażby w zróżnicowanym 'Gold Leaf Tree', który za podstawę miał delikatną balladę zaśpiewaną z towarzyszeniem fortepianu i gitary basowej, aby w refrenie na moment przeistoczyć się w monumentalny marsz. Jako ornament wprowadzono krótką zagrywkę fletu poprzecznego.

Jak dla mnie płyta niemal idealna.

Grupa nie miała szczęścia. Ozdobiony niezbyt efektowną okładką album, mimo że wydany przez wytwórnię EMI Columbia, nie zdobył uznania słuchaczy. I pomyśleć, że grupa kilka lat wcześniej poprzedzała na koncertach The Beatles podczas ich ostatniej trasy po Wielkiej Brytanii. Nawiasem mówiąc Koobas również pochodzili z Liverpoolu. Niestety nic to nie pomogło. Zespół uległ rozpadowi zanim jeszcze LP ujrzał światło dzienne.

Warto nadmienić, że jednym z głównych twórców repertuaru był basista Keith Ellis, który zaraz potem pojawił się w Van Der Graaf Generator i nagrał z zespołem debiutancki album 'Aerosol Grey Machine'.
Natomiast pod genialnym i ozdobionym efektami dźwiękowymi nagraniem 'Barricades' jako jeden z kompozytorów podpisał się Tony Stratton-Smith, późniejszy twórca wytwórni Charisma Records, która pod swoimi skrzydłami skupiała takie grupy jak Rare Bird, Van Der Graaf Generator, The Nice i Genesis.

A już tak definitywnie na koniec - na okładce oryginalnego LP można znaleźć dwa numery katalogowe SX 6271 oraz SCX 6271. Pierwszy numer sugeruje jakoby album miał swoją wersję monofoniczną. Podejrzewam jednak, że jest to typowy błąd, który wówczas popełniały firmy drukujące koperty płyt. Takie same nieprawdziwe informacje widnieją na okładkach debiutu Procol Harum czy Human Beast.
Jedyna istniejąca wersja stereo jest koszmarnie rzadka i w stanie bliskim ideału jest cenowym kosmosem dochodzącym nawet do 2000 dolarów.

piątek, 15 stycznia 2010

JULY 1968



1. My Clown
2. Dandelion Seeds
3. Jolly Mary
4. Hallo To Me
5. You Missed It All
6. The Way
7. To Be Free
8. Move On Sweet Flower
9. Crying Is For Writers
10. I See
11. Friendly Man
12. A Bird Lived


Tym razem postanowiłem się streszczać. Chociaż opisywany album jest na prawdę świetny. Ponownie muszę przyznać, że jest to kolejna płyta, do której dojrzewałem dosyć długo. Pewne symptomy zauroczenia pojawiły się latem minionego roku. Od razu pragnę dodać, że bynajmniej nie jest to tytuł trudny w odbiorze, skomplikowany. Nie. Po prostu niektórym muzycznym dokonaniom trzeba dać trochę czasu.

Aż dziw mnie bierze, że jedyna płyta grupy July nie dotarła do mojej świadomości znaczniej szybciej. Przecież mamy tutaj do czynienia z syntezą wszystkiego co w brytyjskim rocku psychodelicznym najlepsze. Na pewno bliska dokonaniom Pink Floyd z okresu 'Piper At The Gates Of Dawn' lub Hollies na płycie 'Butterfly'. Ale można też wskazać na pokrewieństwo z innymi zapomnianymi klasykami gatunku jak - Kaleidoscope, The End czy Tomorrow.

Co więc możemy znaleźć na płycie? Dwanaście krótkich, chwytliwych - częstokroć sprawiających wrażenie beztroskich - piosenek pełnych przeróżnych efektów dźwiękowych i zniekształceń - elementem charakterystycznym jest pojawiający się w kilku nagraniach efekt kompresji partii wokalnych. Oczywiście zgodnie z ówczesną modą nie mogło zabraknąć elementów muzyki Wschodu reprezentowanych przez sitar i tablę.
Pomimo, że na pierwszy rzut ucha możne wydawać się, że kompozycje tutaj zawarte są bezpretensjonalne, niemal każda z nich jest na swój, trudny do opisania, sposób wielowymiarowa, co momentami czyni tę muzykę autentycznie intrygującą.

Warto zwrócić uwagę na kompozycję 'Dandelion Seeds', która za podstawę miała temat wysnuty z utworu 'Blue Train' autorstwa Johna Coltrane'a.

To jest jedna z najlepszych płyt tego typu. Jak dla mnie, nie ma tutaj wyczuwalnej koniunktury, częstokroć pojawiającej się u niektórych wykonawców próbujących się podłączyć pod panującą psychodeliczną modę. Ale może nie powinienem tego pisać, bo w końcu mam wychwalać wyjątkowość magicznych lat sześćdziesiątych.

Kończąc - mimo, że July nie do końca byli oryginalni, to jednak potrafili stworzyć muzykę inteligentną, przemyślaną, wykonaną z polotem i odrobiną humoru oraz - co najważniejsze - przykuwającą uwagę i intrygującą. Natomiast otwierający płytę 'My Clown' to jedno ze szczytowych osiągnięć tamtej epoki. Piosenka od początku do końca genialna.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

T2

IT'LL ALL WORK OUT IN BOOMLAND (1970)

CIRCUS (1969)

Od kilku miesięcy jest to najczęściej słuchany przeze mnie album. Pochodząca z Wielkiej Brytanii grupa Circus trafiła w mój gust wprost idealnie. Jestem tą płytą oczarowany. Być może nie jest to arcydzieło, ale na pewno dokonanie na bardzo wysokim poziomie i nawet na swój sposób oryginalne.

Przy pierwszym przesłuchaniu odniosłem wrażenie pewnej dziwnej przypadkowości doboru nagrań. Obok naprawdę ciężkich fragmentów pojawiają się tutaj bowiem kompozycje delikatne i zwiewne, niemal banalne piosenki.
Jednak przy każdym kolejnym wsłuchiwaniu się w muzykę zawartą na płycie, wszystko to przestało mieć znaczenie. Wszystko to, co wydawało się brakiem spójności, okazywało się wielką zaletą. Wręcz przemyślaną myślą muzyczną. Bez wątpienia muzycy dobrze wiedzieli co chcą osiągnąć i potrafili to przełożyć na dźwięki. A dźwięki płynące z głośników są tutaj doprawdy ujmujące. Subtelne. Nic tu nie jest wymuszone. Każda nuta zagrana jest ze spokojem i uczuciem. Nawet ostrzejsze momenty są niesamowicie klarowne.
Za wyjątkiem fenomenalnej interpretacji piosenki The Beatles 'Norwegian Wood' i instrumentalnego 'II BS' autorstwa Charlesa Mingusa, całość osnuta jest jakąś senną mgiełką.

Właśnie. Co w tamtych czasach było normą - także na LP Circus pojawiły się przeróbki. Cztery utwory skomponował Mel Collins, zaś cztery pozostałe to właśnie kompozycje cudze. I co również było wówczas normą, zespół potraktował owe cudze nagrania ze swobodą. Nadając im własny sznyt.




1. Norwegian Wood
2. Pleasures Of A Lifetime
3. St. Thomas
4. Goodnight John Morgan
5. Father Of My Daughter
6. II BS
7. Monday Monday
8. Don't Make Promises


W przypadku 'Norwegian Wood' w drugiej improwizowanej części utworu mamy do czynienia z taką kanonadą dźwięków, że aż dech zapiera. Fantastyczne granie. Nawet jeśli jest to jazz-rock, to zdecydowanie bardzo ciężki. Tak wtedy chyba nikt nie grał. Najlepszej próby heavy-progressive.

Następna kompozycja 'Pleasures Of A Lifetime' odsłaniała inne oblicze zespołu. Tutaj błyszczał zwłaszcza gitarzysta Ian Jelfs. Delikatna i niesamowicie atmosferyczna introdukcja na gitarze (wspieranej dyskretnie przez dobiegający jakby z oddali saksofon) to jeden z najpiękniejszych muzycznych fragmentów jakie słyszałem. Potem pojawiał się ten melancholijny, pełen uczucia głos...Cudowny utwór. Również sekcja rytmiczna z wyczuciem budowała atmosferę. W środkowej części następowało przyśpieszenie po czym wyłaniał się kolejny przepiękny motyw - tym razem z eteryczną partią fletu w roli głównej.
Jak trudno opisać swoje odczucia w stosunku do takich nagrań jak 'Pleasures Of A Lifetime'.

'St. Thomas' to najbardziej relaksacyjny fragment płyty. Zagrany z lekkością i swadą. Może trochę zbyt skoczny i przez to jakby najmniej porywający. Ale wciąż posiadający ten nieodparty zwiewny urok charakterystyczny dla muzyki Circus.

Kolejny utwór, czyli krótki instrumentalny 'Goodnight John Morgan' był jakby nawiązaniem do 'Pleasures Of A Lifetime'. Prosty i delikatny jazzowy temat i ponownie wspaniała partia saksofonu Mela Collinsa. Jak ja uwielbiam takie klimaty. Tego rodzaju refleksyjne dźwięki mają na mnie jakiś dziwny wpływ, pobudzają moją wyobraźnię.

Na pierwszy rzut oka banalny, ale melodyjny 'Father Of My Daughter' to mój cichy faworyt. Bardzo lubię ten rodzaj melodyki. Z lekka senny, odrealniony nastrój spotęgowany dźwiękami fletu poprzecznego oraz tabli, a całość spowita folkową mgiełką. Momentami nasuwają się skojarzenia z dokonaniami grupy The Beatles. W dodatku ten kojący wszelkie nerwy pastelowy głos. Mogę tej piosenki słuchać bez końca. Naprawdę.

Przeróbka kompozycji Charlesa Mingusa 'II BS' to z kolei kapitalna partia basu i dynamiczne brzmienie saksofonu. Ale przede wszystkim rewelacyjny popis perkusisty. Chris Burrows grzmiał tutaj niczym tornado. Bez problemu przebijał przereklamowanego do bólu Johna Bonhama. Jego atomowa gra na bębnach w 'Norwegian Wood' i 'II BS' to temat na osobne rozważania. Padam do stóp tego pana.

Ogólnie rzecz ujmując - bez wątpienia płyta Circus była dziełem udanym i wiele obiecującym na przyszłość. Grający tutaj muzycy sprawiali wrażenie doskonale zgranych. Każdy z nich miał możliwość zaprezentowania swoich wybornych umiejętności. Muszę nadmienić, że nie było mowy o jakichkolwiek bezproduktywnych popisach. Wszystkie partie instrumentalne są przemyślane i stanowią integralną część poszczególnych kompozycji. To jest wciąż stara dobra szkoła kładąca nacisk przede wszystkim na melodię i klimat.
Straszna szkoda, że za wyjątkiem Mela Collinsa, żaden z nich nic już później nie osiągnął na muzycznym polu. Jest to kliniczny przykład zmarnowanych talentów.
Osobiście stawiam album Circus na najwyższej półce.

P.S. Na okładce widnieje skład zespołu jeszcze z perkusistą Alanem Bunnem, który w rzeczywistości na płycie nie grał. Po prostu sesja zdjęciowa został wykonana jeszcze zanim grupa przystąpiła do nagrywania płyty.

A BOLHA

UM PASSO A FRENTE (1973)

środa, 6 stycznia 2010

THE SPENCER DAVIS GROUP

WITH THEIR NEW FACE ON (1968)



Spencer Davis to dziwna postać. Nie wiem, czy więcej miał szczęścia czy talentu? Na pewno zaś odkrył dla świata nieprzeciętnie utalentowanego Steve Winwooda i w gruncie rzeczy to chyba dzięki nastoletniemu muzykowi Spencer Davis Group przez kilka pierwszych lat działalności święcili tryumfy na światowych listach przebojów. Wówczas muzyka grupy osadzona była w rhythm and bluesowej stylistyce.

Jak wiadomo w 1967 roku Steve Winwood opuścił zespół, aby utworzyć Traffic. Na jego miejsce Spancer Davis zaangażował równie zdolnego Eddie Hardina. Także tym razem okazał się to trafny wybór.

Nowe oblicze grupy prezentowało jednak już nieco inny styl. Pod względem komercyjnym nie powtórzyło już sukcesu poprzedniego wcielenia grupy. Ale za to muzyka stała się barwniejsza.
Dla mnie ten cudowny album to majstersztyk. Dzieło absolutnie wybitne. Wspaniałe. I moim zdaniem właśnie taki stan rzeczy zawdzięczać należy utalentowanemu Eddiemu Hardinowi. Ależ ten Spencer Davis miał wyczucie do wynajdywania takich młodych, nieprzeciętnie zdolnych muzyków. Oczywiście patrząc na okładkę zarówno wersji amerykańskiej, którą zamieściłem powyżej, jak i odmiennej brytyjskiej, można pomyśleć, że to właśnie lider zespołu jest tutaj głównym bohaterem, postacią wiodącą. Otóż nie - uważam, że bezdyskusyjnym bohaterem 'With Their New Face On' jest właśnie grający na organach Hammonda i fortepianie Eddie Hardin, który przyjął także obowiązki głównego wokalisty.

C.D.N.

sobota, 2 stycznia 2010

LOVE SCULPTURE

FORMS AND FEELINGS (1969)

Ze wstydem muszę przyznać, że tytuł ten odkryłem dla siebie kilka dni temu, mimo że płytę grupy Love Sculpture 'Forms And Feelings' znam od około roku. Inna sprawa, że to nie pierwszy i zapewne nie ostatni przypadek, gdy muzyka dociera do mnie ze sporym opóźnieniem. Chyba jednak tak musi być. Nie żebym narzekał, bo dzięki temu pozostaje szczęśliwa świadomość, że jeszcze wiele przede mną do odkrycia. Że jeszcze wiele czeka mnie muzycznych niespodzianek i ekscytacji na długie miesiące.

Co do samej muzyki - drugi i jednocześnie ostatni w dorobku Love Sculpture LP to zdecydowanie najwyższa półka. Dave Edmunds jawi się tutaj jako prawdziwy gitarowy mistrz. Natomiast jak słyszę sekcję rytmiczną, to mam uczucie, że gra z niebywałą wręcz fantazją chociaż dosyć oszczędnie i bez zbędnego kombinowania. Tak więc zdecydowanie mamy do czynienia z idealnie zgranym trio.





1. In The Land Of The Few
2. Seagull
3. Nobody's Talking
4. Why (How Now)
5. Farandole
6. You Can't Catch Me
7. People People
8. Mars
9. Sabre Dance


Na płycie zespół zaproponował sporo przeróbek. Jest tutaj przepiękny, utrzymany w rytmie walca 'Seagull' Paula Kordy. Jest 'You Can't Catch Me' Chucka Berry'ego.
Są kompozycje klasyczne. 'Farandole' Georges Bizeta. 'Mars' z suity 'Planety' (nota bene utwór, który wyjątkowo upodobali sobie wykonawcy rockowi) oraz najważniejszy i najpopularniejszy na albumie 'Sabre Dance' czyli 'Taniec z Szablami' Arama Chaczaturiana.
Już sam w sobie 'Sabre Dance' jest jedną z najsłynniejszych kompozycji w historii muzyki. Love Sculpture nie odchodząc daleko od oryginału, uczynili z niego prawdziwą muzyczną orgię. Psychodelia i heavy rock w jednym. Efekt jest oszałamiający. Można to wykonanie postawić obok 'Rondo' grupy The Nice.
Nie dziwne, że utwór odniósł monstrualny sukces i uczynił z grupy gwiazdę (fakt, że na bardzo krótko).

Także kompozycje oryginalne (przeważnie autorstwa współproducentów płyty) to uczta dla uszu. Mamy więc takie wspaniałości jak otwierający płytę 'In The Land Of The Few' z cudownym refrenem. Potem ciężki i mroczny 'Nobody's Talking'. Tak samo jak w 'In The Land Of The Few' tak i tutaj głos wokalisty jest lekko przetworzony. Następnie powolny 'Why (How Now)' w drugiej części przeradzający się w psychodeliczną instrumentalną mantrę. W tle pojawiają się dochodzące jakby z oddali wokalizy. Niesamowity fragment.

'Forms And Feelings' to płyta bogata w pomysły. Wielobarwna. Trudno się nudzić przy takiej muzyce. Co najlepsze, to przecież tylko trzech chłopaków, a całość brzmi bogato i potężnie.
Dave Edmunds tworzy na gitarze dźwięki wręcz hipnotyzujące. Wystarczy posłuchać złowróżebnego, brzmiącego niczym armagedon 'Mars'. Dla odmiany w 'You Can't Catch Me' zespół nawiązuje do stylistyki Ten Years After. W 'People People' słychać echa muzyki z pierwszej połowy lat 60. Szczególny nacisk położono tutaj na tak charakterystyczne dla tamtego okresu harmonie wokalne.
Pomimo tak różnej biegunowości 'Forms And Feelings' jest płytą spójną i przemyślaną.

Do wydania CD dodano między innymi singlową, zupełnie inną wersję 'Sabre Dance' oraz drugą stronę tegoż singla 'Think Of Love' - piosenkę niepublikowaną na LP. Ciekawostką jest fakt, że na oryginalnym brytyjskim winylu brak kompozycji 'Mars', która dostępna jest w wersji amerykańskiej 'Forms And Feelings'. Na szczęście wytwórnia Esoteric uwzględniła ten istotny drobiazg i kompakt jest odpowiednikiem amerykańskiego LP.

Po raz nie wiem który ciśnie mi się na usta pytanie - dlaczego dzisiaj nikt nie gra tak wspaniale? Z taką finezją, wyobraźnią i tak oryginalnie. Dlaczego obecnie w muzyce brakuje elementu ryzyka i chociażby odrobiny szaleństwa, jak to było kiedyś? Co się stało z muzyką popularną przez ostatnie czterdzieści lat?

BARCLAY JAMES HARVEST 1970