czwartek, 21 kwietnia 2011

YES 1969



1. Beyond And Before
2. I See You
3. Yesterday And Today
4. Looking Around
5. Harold Land
6. Every Little Thing
7. Sweetness
8. Survival


Skład


Jon Anderson - Lead Vocals
Peter Banks - Guitar, Vocals
Chris Squire - Bass Guitar, Vocals
Tony Kaye - Organ, Piano
Bill Bruford - Drums


środa, 20 kwietnia 2011

KISS 1974

To jest moja wielka miłość, która rozpoczęła się dokładnie dwadzieścia lat temu i trwa do dzisiaj. Rety, jak ten czas zasuwa. Kiss jakoś nigdy nie zaistniał na szerszą skalę w naszym cudownym kraju. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, gdy w latach dziewięćdziesiątych planowali odwiedzić Polskę, zainteresowanie z naszej strony było znikome.
Trochę mnie to dziwi, wszak jest to doskonałe rockowe granie będące syntezą hard-rocka z modnym wówczas glam-rockiem, odniesieniami do klasycznego rock and rolla i dodatkowo naładowane ogromną energią.

Wiem, że wielu skreśliło ten zespół ze względu na jego wygląd. Makijaż. Kostiumy. Cała ta cyrkowa otoczka faktycznie może odstręczać. Jeśli jednak pominiemy to wszystko, pozostanie kapitalna, pełnowartościowa - zwłaszcza w najwcześniejszym okresie działalności - rockowa muzyka.
Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można zachwycać się Ramones z ich umiejętnościami na poziomie przedszkolaka i inwencją melodyczną psa uwiązanego na łańcuchu, a odrzucać muzykę Kiss, która jest na znacznie wyższym poziomie wykonawczym. Ale może właśnie to jest przyczyna. W Polsce od wielu już lat panuje zasada, że im większy chłam, tym większy wzbudza zachwyt.




1. Strutter
2. Nothin' To Lose
3. Firehouse
4. Cold Gin
5. Let Me Know
6. Kissin' Time
7. Deuce
8. Love Theme From KISS
9. 100.000 Years
10. Black Diamond


Skład


Paul Stanley - Vocals, Rhythm Guitar
Gene Simmons - Vocals, Bass Guitar
Ace Frehley - Lead Guitar
Peter Criss - Drums, Percussion, Vocals


Debiut to dzieło porywające. Z resztą - tak jak w przypadku dwóch kolejnych płyt - większość zawartego tutaj materiału to już dzisiaj prawdziwa klasyka, którą zespół po dziś dzień wykonuje na koncertach. Trudno chyba wyobrazić sobie bardziej przebojowe i jednocześnie zagrane z pasją i wyczuciem rockowej konwencji piosenki.
Dla przykładu taki 'Deuce' to świetny riff gitary i mocarne wejścia gitary basowej plus niemal wściekły śpiew Gene Simmonsa. Bomba. Inny ponadczasowy utwór z tej płyty, czyli 'Strutter' to nieprzyzwoicie wręcz melodyjny, lekko rozkołysany utwór z doskonale zharmonizowanymi obydwiema gitarami oraz zapadającym w pamięć refrenem. Muszę też tutaj zauważyć, że każde nagranie na debiucie zawierało obowiązkowe solo gitary. Tylko, że w tym przypadku nie było to jakieś tam bezproduktywne plumkanie w celu zapełnienia czymś muzyki, ale rewelacyjne, przemyślane i dopasowane do całości wykorzystanie sześciu strun.
Ace Frehley był wtedy pełnym wyczucia i inwencji muzykiem, który w sposób niezwykle porywający potrafił ozdobić muzykę kwartetu tymi swoimi wysmakowanymi, często delikatnie zakorzenionymi w bluesie, oszczędnymi zagrywkami.

Przykładem chociażby powolny i niemal progresywny, instrumentalny 'Love Theme From KISS'.

Archetypowy jest '100.000 Years' poprzedzony krótką zagrywką gitary basowej. Uwielbiam ten zadziorny, krzykliwy śpiew Paula Stanleya. Całość ponownie została ozdobiona świetnymi gitarowymi popisami. Nie ma się co oszukiwać. Kiss nie tworzyli jacyś amatorzy wzięci z ulicy, ale bardzo dobrzy muzycy. Bardzo dobrzy w tym co robili. Nie było mowy o jakimś przeciętniactwie. Wystarczy posłuchać jak śpiewa wspomniany Paul Stanley - czysto i mocno, czasami jego barwa głosu nabiera niemal soulowego odcienia. Warto przypomnieć, że wtedy nie było komputerów, które pomagały z niczego wykreować sztuczny ideał.

Płytę kończył rewelacyjny 'Black Diamond'. Od romantycznego wstępu zaśpiewanego z towarzyszeniem gitary akustycznej, aż po instrumentalny, mroczny i zagrany z desperacją finał czuć ile pasji Kiss wkładał w wykonywaną muzykę. Świetny jest pomysł ze spowalnianiem taśmy na samym końcu nagrania, co daje niesamowity, apokaliptyczny efekt. Warto zauważyć, że głównym wokalistą w tej piosence (charakterystyczna chrypka) był perkusista Peter Criss.

Mógłbym tak wymieniać i się rozpływać w zachwytach. Płyta jest dość spójna. Kwartet nie wydziwia. Nie ma tu jakiś produkcyjnych niuansów. Siła tej muzyki tkwi w jej bezpośredniości. Po za tym to jest rock and roll. To ma być dobra zabawa.
W tym miejscu wspomnę jeszcze, że współproducentem debiutu był niejaki Richie Wise, gitarzysta nieistniejącego już wtedy doskonałego hard-rockowego tria Dust, w którym perkusistą był Marc Bell, później znany jako Marky Ramone.

W okresie 1974-1975 grupa jeszcze nie mogła się poszczycić większymi sukcesami komercyjnymi. Ale już wydany pod koniec 1975 roku koncertowy 'Alive' przyniósł grupie upragniony rozgłos.

Kolejny studyjny album 'Destroyer' w moim odczuciu jest największym osiągnięciem zespół. Ten wyprodukowany przez Boba Ezrina – znanego ze współpracy z Lou Reedem, Peterem Gabrielem i przede wszystkim Pink Floyd - album zachwyca bogactwem pomysłów, przemyślaną formą oraz dopracowanymi w najdrobniejszych szczegółach - ale nie pozbawionymi rockowej swady, charakterystycznej dla stylu Kiss – piosenkami stanowiącymi coś na wzór większej całości. Pod wieloma względami jest to rockowy majstersztyk.
Biorąc pod uwagę, że był to rock 1976, czyli okres stagnacji w muzyce popularnej, to zespół jakimś dziwnym sposobem omijał te wszystkie mielizny.
Na płycie znalazły się tak zróżnicowane kompozycje jak rockowe hymny w rodzaju 'Detroit Rock City' i 'Shout It Out Loud' czy 'Do You Love Me?'. Wszystkie po prostu fantastyczne. Nawiązująca do muzyki gospel podniosła pieśń 'Great Expectations' wykonana z towarzyszeniem chóru oraz 'Beth' zaśpiewana przez Petera Crissa sentymentalna ballada zaaranżowana z orkiestrowym przepychem i wykonana bez udziału pozostałych muzyków.
Wspaniały materiał. Myślę, że wielu specjalistom od siedmiu boleści nadal kością w gardle staje fakt, że grupa taka jak Kiss mogła zrealizować album tak dojrzały jak 'Destroyer'.

Dodam jeszcze tylko, że w chwili wydania w LP 'Dynasty' i 'Unmasked' kwartet wszedł w krótkotrwały alians z muzyką disco, czego efektem było złagodzenie brzmienia i przebój 'I Was Made For Lovin' You'. Chociaż na pierwszej z wymienionych płyt formacja zaproponowała kilka bardzo dobrych rockowych kompozycji – na przykład doskonałą wersję '2000 Man' z repertuaru The Rolling Stones z ich najbardziej psychodelicznego albumu 'Their Satanic Majesties Request'.
Z nastaniem lat osiemdziesiątych zespół postanowił zmienić wizerunek i zrzucił dotychczasowe maski oraz stroje i zatopił się w bardziej popowej odmianie metalu.

Ogólnie rzecz ujmując blisko czterdziestoletnia kariera Kiss to temat obszerny i ciekawie by było przeczytać kiedyś jakieś kompetentne opracowanie ich dorobku wydane w języku polskim. Ale raczej nie ma co liczyć na coś tak wspaniałomyślnego.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

BABE RUTH

FIRST BASE 1972

Nazwa tego brytyjskiego zespołu wzięta została od pseudonimu sławnego amerykańskiego baseballisty. Ale pomimo tego oraz okładki autorstwa Rogera Deana, muzyka ze sportem nie ma nic wspólnego. Jeśli już, to prędzej z westernem. I to w wydaniu włoskim, zwanym spaghetti westernem.

Ale też nie będę przesadzał, że - po za warstwą literacką - są tutaj klimaty rodem z filmów Sergio Leone czy kompozycji Ennio Morricone. 'First Base' to przede wszystkim świetne kompozycje o zdecydowanie hard-rockowym rodowodzie.
Dowodem zamiłowania do hard-rockowego zgiełku był chociażby otwierający płytę dynamiczny 'Wells Fargo'. Wyrazisty riff gitary oraz dość monotonny podkład sekcji rytmicznej stanowił tło dla krzykliwego śpiewu Janity Haan. Dla urozmaicenia faktury tego nagrania wprowadzono solo saksofonu.





1. Wells Fargo
2. The Runaways
3. King Kong
4. Black Dog
5. The Mexican
6. Joker


Skład


Janita Haan - Vocal
Dave Hewitt - Bass Guitar
Dick Powell - Drums, Percussion
Dave Punshon - Piano
Alan Shacklock - Guitar, Vocal, Organ, Percussion





Dowodem fascynacji konwencją spaghetti westernów oraz przede wszystkim twórczością Ennio Morricone była kompozycja 'The Mexican'. Można w niej wyodrębnić dwie części. Pierwsza - we wstępie ozdobiona kilkoma taktami gitary klasycznej w stylu flamenco - to była ponownie dynamiczna rockowa piosenka. Druga, instrumentalna część, także pełna gitarowego zgiełku i ozdobionego dźwiękami kastanietów - oparta była na motywach utworu włoskiego kompozytora do filmu 'For A Few Dollars More'. Oczywiście jestem taki mądry, bo ta informacja figuruje w opisie nagrań na CD. Warto zauważyć, że tę instrumentalną sekwencję wydano także na drugiej stronie singla 'Wells Fargo'.

Z kolei 'Black Dog' nosił bardziej zróżnicowany charakter. Na samym początku słychać odgłos dzwonów. Pojawia się werbel oraz kotły perkusji. Autentycznie czuć klimat jakiegoś małego miasteczka gdzieś na wysuszonej słońcem prerii. Najpierw utwór jest niemal balladowy. Wstęp to delikatny śpiew na tle nastrojowej, łkającej gitary elektrycznej. Całość szybko jednak nabiera tempa. Pojawia się improwizacja fortepianu na tle prostego podkładu sekcji rytmicznej i powtarzanego z namaszczeniem riffu gitary. Janita Haan na powrót daje znać o swoim zamiłowaniu do bardziej ekspresyjnego śpiewania. W drugiej części nagrania otrzymujemy dynamiczne, ostre granie z wysuniętą na plan pierwszy kapitalną partią gitary.

Jedyny, w pełni instrumentalny fragment płyty 'King Kong' był porywającą, zdecydowanie rockową wersją kompozycji Franka Zappy. Tutaj eksponującą przede wszystkim dźwięki pianina elektrycznego oraz po raz kolejny z rzędu doskonałe brzmienie gitary lidera Babe Ruth, Alana Shacklocka. W takim nagraniu nie mogło zabraknąć miejsca na improwizacje.

Natomiast zupełnie wyjątkowa była piosenka 'The Runaways'. Jedna z najpiękniejszych kompozycji jakie miałem sposobność słyszeć.
Ten arcygenialny elegijny utwór zaaranżowano inaczej niż pozostałe kompozycje umieszczone na płycie. Chociaż pod względem konstrukcyjnym przypomina 'The Mexican', to jednak nie ma tutaj typowo rockowego instrumentarium. W zamian otrzymujemy przepiękną partię fortepianu, oboju i wiolonczeli. Śpiew wokalistki jest przepełniony smutkiem. W długiej instrumentalnej części muzyka nabiera rozmachu i bardziej podniosłego, marszowego sznytu.
To jest jedna z tych muzycznych wspaniałości, którą nie sposób opisać w żaden dostępny sposób. Nic bowiem nie zastąpi obcowania z takimi dokonaniami jak 'The Runaways'. Według mnie już za pierwsze takty fortepianu powinno się kompozytorowi postawić pomnik.

Program płyty uzupełniał zadziorny i ponownie zdecydowanie hard-rockowy 'Joker' w którym zespół zaproponował rodzaj wokalnego dialogu między wokalistką i gitarzystą.

Babe Ruth nagrali pięć płyt długogrających (to takie niemodne określenie).
Niestety tylko trzy pierwsze powstały w oryginalnym składzie. W tym okresie zespół cieszył się jako takim uznaniem w Stanach Zjednoczonych czego wynikiem była obecność tych płyt w niższych rejonach list przebojów. Niestety z chwilą, gdy grupę opuścił Alan Shacklock wszystko zaczęło zmierzać ku nieuniknionemu końcowi.
W ostatnim okresie działalności w zespole występował gitarzysta Bernie Marsden, z którego udziałem powstały dwa ostatnie albumy 'Stealin' Home' oraz nagrany w zupełnie już zmienionym składzie 'Kid's Stuff'.

KALEIDOSCOPE

TANGERINE DREAM 1967


Kaleidoscope to legenda brytyjskiego rocka psychodelicznego. W grupie pokładano spore nadzieje, których jednak kwartetowi nie udało się spełnić. Piosenki singlowe były często prezentowane przez stacje radiowe. Sam zespół zaliczył kilka sesji nagraniowych dla radia BBC. Prasa pisała entuzjastyczne recenzje ich płyt. Jednak to wszystko nie przyniosło oczekiwanego sukcesu. Dlaczego? Mogę tylko zgadywać.

Może zabrakło elementu zaskoczenia? Czegoś oryginalnego? Ale moim zdaniem grupa mimo wyraźnej fascynacji twórczością Bee Gees i Pink Floyd, potrafiła wypracować swój własny styl. Inny powód może być taki, że często w ich nagraniach zanikał pierwiastek typowego rockowego grania, a muzyka stawała się zbyt delikatna, bajkowa. Ale ten argument również nie jest w pełni przekonujący, wszak wspomniany Bee Gees zasłynął dzięki muzyce częstokroć wyraźnie odchodzącej od rockowej stylistyki, pełnej dostojeństwa niezbyt kojarzącego się z muzyką adresowaną do młodego odbiorcy. Daleko tutaj było do zgiełku rodem z nagrań The Jimi Hendrix Experience czy Cream.
Inny bardziej prozaiczny powód, to być może niezbyt atrakcyjne aparycje młodzieńców, którzy współtworzyli Kaleidoscope. To się może wydawać absurdalne, ale przecież nie od dzisiaj wiadomo, że ci którzy słuchają muzyki popularnej - czyli przede wszystkim młodzież - ogromną wagę przywiązuje do warstwy wizualnej.




1. Kaleidoscope
2. Please Excuse My Face
3. Dive Into Yesterday
4. Mr. Small, The Watch Repairer Man
5. Flight From Ashiya
6. The Murder Of Lewis Tollani
7. (Further Reflections) In The Room Of Percussion
8. Dear Nellie Goodrich
9. Holidaymaker
10. A Lesson Perhaps
11. The Sky Children


Skład


Eddie Pumer – Lead Guitar, Keyboards
Steve Clark – Bass Guitar, Flute
Danny Bridgman – Drums, Percussions
Peter Daltrey – Keyboards, Vocal


Dość tych mętnych wywodów.
Tytuł debiutanckiego LP zapewne dla wielu brzmi znajomo. Otóż nie wiadomo czy to zbieg okoliczności czy też słynna niemiecka grupa zetknęła się z tym albumem.

Oczywiście na 'Tangerine Dream' nie ma nawet cienia muzyki elektronicznej. To muzyka z pogranicza ambitnego popu oraz psychodelicznego rocka i odrobiną wpływów folkowych. To wszystko razem spowite jest bajkową aurą.
Punktem centralnym jest tutaj moim zdaniem 'Flight From Ashiya'. Piosenka zaczyna się od miażdżącego akordu fortepianu, po czym pojawia się zagrywka gitary w wysokich rejestrach nadająca całości nieco orientalnego charakteru. Zagrany w powolnym rytmie utwór wzbogacono pojawiającą się w tle i potęgującą wrażenia niesamowitości wokalizą bez słów. Rewelacja. Niestety wydana na singlu 'Flight From Ashiya' i ozdobiona - co wtedy było rzadkością - piękną, kolorową okładką nie wzbudziła większego zainteresowania i piosenka przebojem się nie stała.

Nie będę opisywał wszystkich umieszczonych na płycie nagrań. Opiszę tylko te, które mnie najbardziej przypadły do gustu lub zwróciły moją uwagę.
Pierwszy na płycie 'Kaleidoscope' to potężny, rytmiczny utwór we wstępie wzbogacony prostymi dźwiękami fortepianu. Przez cały czas rolę wiodącą pełniła mocna perkusja. Przeciwieństwem był 'Please Excuse My Face'. Wyciszony, akustyczny fragment mogący nasuwać skojarzenia z twórczością duetu Simon And Garfunkel.

Kolejnym objawieniem płyty był 'Dive Into Yesterday'. Kapitalna piosenka okraszona fajnymi gitarowymi trylami oraz nagłymi spowolnieniami, którym rytm nadawały potężne uderzenia w werbel. Zespół zacytował także kilka wersów z wcześniejszego nagrania 'Kaleidoscope'.
W 'The Murder Of Lewis Tollani' zwrotka to cudowne, senne i niemal rozpływające się dźwięki. Refren zaś to zupełnie odmienny, chwytliwy krótki motyw. Niby wydaje się proste, ale jest to jeszcze jeden wyrazisty punkt tej płyty.

Pełne słodyczy kompozycje jak refleksyjny 'Dear Nellie Goodrich' oraz pogodny 'Holidaymaker' ukazywały Kaleidoscope jako grupę skłonną do wycieczek w stronę zdecydowanie popowej odmiany rocka. W pierwszym z tych nagrań aranżację wzbogacono partiami pianina. Utwór ten zdradzał zauroczenie folkiem - czyli coś z pogranicza dokonań amerykańskiego kwartetu The Byrds oraz szkockiego barda Donovana. W 'Holidaymaker' wprowadzono naturalistyczny efekt dźwiękowy w postaci hałasów towarzyszących dziecięcym zabawom.

'A Lesson Perhaps' był rodzajem baśniowej opowieści z tłem gitary klasycznej.
Płytę kończył najdłuższy w zestawie, pełen optymizmu 'The Sky Children' ponownie ujawniający zamiłowanie grupy do łączenia folkowych melodii z popowymi aranżacjami. Zawsze, gdy tego słucham odnoszę wrażenie, że utwór powstał pod wpływem sławetnego 'San Francisco (Be Sure To Wear Flowers In Your Hair)' którego autorem był John Phillips z The Mamas And The Papas.

Tak więc materiał na płycie bez dwóch zdań posiadł swój ulotny czar i wdzięk. Trudno wyobrazić sobie bardziej melodyjne piosenki, dość łatwo wpadające w ucho, a jednocześnie posiadające tę magiczną, lekko psychodeliczną i eksperymentalną otoczkę. To opinia bardzo subiektywna.

Teraz natomiast będzie opinia obiektywna. Być może będąca odpowiedzią na wszystkie wątpliwości umieszczone na początku opisu. Obstawiam trochę naiwny kształt całości. Wszystko jest zbyt ładne. Zbyt wygładzone. Wypolerowane. Czasami za dużo tutaj prostoduszności. Nawet gdy muzycy grają bardziej dynamiczne motywy, to i tak nie udaje się im uwolnić od ciążącej nad całą płytą słodyczy.

Mimo niepowodzenia 'Tangerine Dream' zespół pod szyldem Kaleidoscope nagrał w 1969 roku kolejny album długogrający zatytułowany 'Faintly Blowing'. Oba powstałe dla wytwórni Fontana Records wydawnictwa nie zdobyły uznania publiczności. Natomiast wydany w roku 1970 LP 'From Home To Home' został zarejestrowany pod nazwą Fairfield Parlour dla ambitnej wytwórni Vertigo Records. Również bez odzewu.
Wkrótce potem grupa nagrała własnym kosztem materiał na niewydany wówczas album 'White Faced Lady', ale z braku zainteresowania jakiejkolwiek wytwórni zakończyła działalność. Materiał ten czekał na oficjalną publikację aż do 1991 roku, kiedy to został zrealizowany przez należącą do muzyków zespołu firmę The Kaleidoscope Record Company. Po latach całość wydała także zasłużona niemiecka wytwórnia Repertoire Records.

CRESSIDA 1970

czwartek, 14 kwietnia 2011

SPRING 1971

W ciągu ostatniego miesiąca napisałem chyba tylko dwa hasła. Czar i The Pretty Things.
Nadeszła wiosna, więc po przerwie powrócę opisem płyty zespołu, którego nazwa jak ulał pasuje do obecnej pory roku (w chwili, gdy piszę te słowa za oknem zrobiło się słonecznie). Zauważam jedną ważną rzecz - gdy układam sobie recenzje w myślach, wydaje mi się, że wymyśliłem coś ciekawego, interesującego. Niestety, gdy zasiadam do klawiatury komputera, nijak nie potrafię poskładać myśli i odtworzyć tego wszystkie, co wcześniej zrodziło się w mojej głowie. Taka udręka.

Cóż za płyta.
Album, na którym w sposób nadzwyczaj czarujący wykorzystano bogate, często wręcz orkiestrowe brzmienie melotronu. Wiadomo, w tym czasie był to instrument niezwykle popularny, rozsławiony dzięki płytom The Moody Blues, King Crimson czy Genesis. Tutaj muzyka dosłownie płynie na brzmieniu melotronu. Jest niczym delikatny powiew wiosennego wiatru, jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi.

Melotron wiedzie tutaj prym. Tworzy wspaniałe linie melodyczne, przestrzenie. Ważna jest również mocna, wyrazista perkusja. Nie mniejsze znaczenie posiada gitara elektryczna, czasem będąca podstawą aranżacji, czasem zaś subtelnie uzupełniająca muzyczne tło. Całość natomiast komentuje - na przemian delikatny, innym razem silny i zdecydowany - nieco nosowy głos wokalisty.
To wszystko razem oparte na dopracowanych, autentycznie nadzwyczajnych melodiach.




1. The Prisoner (Eight By Ten)
2. Grail
3. Boats
4. Shipwrecked Soldier
5. Golden Fleece
6. Inside Out
7. Song To Absent Friends (The Island)
8. Gazing


Skład


Pat Moran - Vocal
Ray Martinez - Guitar
Kips Brown - Keyboards (Mellotron. Hammond Organ, Piano)
Pick Withers - Drums
Adrian Maloney - Bass




Rozkładana na trzy części okładka autorstwa Marcusa Keefa doskonale oddaje klimat muzyki zawartej na płycie Spring.
Zwłoki na pierwszym planie. Krew sącząca się do strumyka. Po drugiej stronie sam zespół. Widać uśmiech na twarzy jednego z muzyków. Sielski obrazek. To wszystko razem jakieś takie nierzeczywiste. Przykryte dziwną mgiełką tajemnicy jaką skrywa w sobie otaczająca człowieka natura. Można wręcz odnieść wrażenie jakby zwłoki policjanta roztapiając się, spływały do strumyka razem ze śniegiem topionym przez promienie słońca zwiastujące nadejście wiosny.
Taki pomysł - niby prosty, a jednak mający w sobie coś surrealistycznego - mógł zrodzić się tylko w głowie Marcusa Keefa, twórcy nielicznej, acz istotnej części projektów zdobiących klasyczne rockowe płyty.

Wracając do tematu.
Ilustracja na okładce dobrze oddaje klimat takich nagrań jak rozpoczynający płytę, refleksyjny 'The Prisoner (Eight By Ten)'. Wysokie dźwięki melotronu tworzą ową dziwną aurę. W drugim nagraniu pałeczkę przejmuje gitara elektryczna. Wspaniały jest tutaj podniosły refren.

W 'Shipwrecked Soldier' główny temat to rockowa piosenka z ostrą gitarą oraz wysuniętą na plan pierwszy perkusją. Zaś we fragmentach instrumentalnych to po prostu niemal wojskowy marsz z fanfarowymi partiami grającego w wysokich rejestrach melotronu.
Podobne rozwiązania aranżacyjne wprowadzono w następnym na płycie 'Golden Fleece'. Od delikatnych tonów tworzących strukturę kompozycji poprzez niemal fanfarowe brzmienia. W środkowej części pojawia się przepiękna impresja grana na melotronie podparta delikatnymi dźwiękami gitary akustycznej. Znalazło się także miejsce na solowe popisy grane na organach Hammonda oraz na gitarze elektrycznej.

W świetnym, zdecydowanie rockowym i bardzo dynamicznym 'Inside Out' w formie dygresji wprowadzono krótki temat oparty na eterycznych dźwiękach cymbałków. W finale natomiast zespół zaproponował kapitalny motyw z organami Hammonda w roli głównej.

'Song To Absent Friends (The Island)' to przepiękna ballada zaśpiewana jedynie z akompaniamentem fortepianu.

Finałowy 'Gazing' to absolutny majstersztyk. Majestatyczny wstęp z melotronem o orkiestrowym brzmieniu swobodnie przechodzi w delikatną zwrotkę zaśpiewaną z towarzyszeniem gitary akustycznej i perkusji. Ten spokój mącą przeszywające wejścia potężnego brzmienia melotronu w refrenie, gdzie w tle słychać oszczędne akordy organów Hammonda. W interludium otrzymujemy zaś autentycznie poruszające solo gitary elektrycznej. Tego po prostu TRZEBA posłuchać.
Warto zwrócić uwagę na ostatni, wydłużony dźwięk melotronu wieńczący 'Gazing'. Niemal identyczny pomysł wprowadziła w tym samym czasie grupa Genesis w kompozycji 'The Fountain Of Salmacis' na swojej trzeciej płycie 'Nursery Cryme'. Jedyna różnica polega na tym, że w utworze Genesis ten dźwięk jest bardziej narastający (czyli tak zwane crescendo).
Kto od kogo zapożyczył? Czy też zwykły zbieg okoliczności?

Pierwotnie LP ukazał się zarówno w Wielkiej Brytanii jak i w Niemczech wydany przez krótkotrwały oddział firmy RCA - Neon. Producentem płyty był Gus Dudgeon, wieloletni współpracownik i współtwórca brzmienia na wielu klasycznych płytach Eltona Johna. Natomiast perkusista Pick Withers po kilku latach muzycznej tułaczki zasilił szeregi Dire Straits, nagrywając z tym popularnym zespołem cztery pierwsze płyty.