czwartek, 14 października 2010

CHOCOLATE WATCHBAND

THE INNER MYSTIQUE 1968

Cóż za rewelacyjna płyta.
Według mnie 'The Inner Mystique' to jedna z najwspanialszych płyt lat sześćdziesiątych i bez wątpienia jedna z najbardziej intrygujących płyt w całej historii rocka. Zespół znacznie dojrzał i można powiedzieć, że drugi w dorobku album był dużym krokiem naprzód. Świadczył, że muzyka The Chocolate Watch Band ewoluowała w kierunku dokonań bardziej wyszukanych pod względem kompozytorskim i wyrafinowanych od strony brzmieniowej.

Można przyjąć, że styl nowej płyty zwiastował już utwór z debiutanckiego albumu 'Gone And Passed By'. Ale na 'The Inner Mystique' całość została potraktowana z większym pietyzmem i powagą. Dojrzalej.




1. Voyage Of The Trieste
2. In The Past
3. Inner Mystique
4. I'm Not Like Everybody Else
5. Medication
6. Let's Go, Let's Go, Let's Go
7. It's All Over Now Baby Blue
8. I Ain't No Miracle Worker


Pierwsze trzy zawarte tutaj kompozycje to cudowne, mistyczne i przepełnione orientalną aurą muzyczne arcydzieła. Dwie instrumentalne impresje zniewalają swą tajemniczą atmosferą. Grupa posłużyła się tutaj takimi instrumentami jak sitar, gitara akustyczna, fortepian, flet poprzeczny, saksofon oraz różnego rodzaju instrumenty perkusyjne (w tym nawet chiński gong).

W genialnym 'Voyage Of The Trieste' pojawiają się hipnotyzujące wręcz improwizacje fletu i - nadającego nagraniu jazzowy koloryt - saksofonu.
Następnie piosenka 'In The Past' nawiązująca do tradycji 'Paint It Black' grupy The Rolling Stones, czyli dynamiczny rytm i doskonałe partie sitaru, tutaj wzbogacone natchnionym, delikatnym śpiewem oraz dźwiękami kastanietów.
Natomiast utwór tytułowy 'The Inner Mystique' to absolutny majstersztyk psychodelicznego rocka wyrosłego na gruncie muzyki Wschodu. Przepiękna, bardzo swobodna partia fletu poprzecznego, delikatna i bardzo melancholijna gra gitary akustycznej i fortepianu oraz potęgujące wrażenie niesamowitości wejścia gongu i gitary elektrycznej. Całość zaś snuje się w cudowny wręcz sposób. Nie do opisania.

Muszę jednocześnie zauważyć, że owe trzy utwory niekoniecznie muszą być łatwe w odbiorze dla przeciętnego słuchacza i raczej nie noszą cech komercyjnych.

Druga strona płyty, to już krótkie piosenki nawiązujące do stylu The Rolling Stones i The Kinks. Znalazło się tutaj miejsce na świetną przeróbkę 'I'm Not Like Everybody Else' drugiej z tych grup. Ponadto zespół zaproponował urzekającą interpretację 'It's All Over Now Baby Blue' autorstwa Boba Dylana, tutaj pod tytułem 'Baby Blue'. W wersji zespołu jest to świetny, garażowy fragment z pobrzmiewającą w tle partią fletu poprzecznego. Ogólnie rzecz ujmując te krótsze piosenki stanowią esencją garażowych brzmień przesiąkniętych psychodelicznym rockiem.

Reasumując. Druga płyta, to materiał wręcz sensacyjny i w tym momencie The Chocolate Watch Band mogli śmiało konkurować z najpopularniejszymi wykonawcami końca dekady. Jaka szkoda, że formacja nagrała potem jeszcze tylko jedną płytę i zakończyła działalność.

wtorek, 5 października 2010

poniedziałek, 4 października 2010

MIGHTY BABY

A JUG OF LOVE 1971



1. Jug Of Love
2. The Happiest Man In The Carnival
3. Keep On Jugging
4. Virgin Spring
5. Tasting The Life
6. Slipstreams


Po długim czasie bezczynności mam nadzieję, że uda mi się ponownie ożywić bloga kilkoma wpisami.

Na 'A Jug Of Love' brak lokomotywy, która pociągnęłaby za sobą pozostałe wagoniki. Na debiucie takim mocnym akcentem był 'Egyptian Tomb'. Natomiast na drugiej i ostatniej płycie w dyskografii Mighty Baby można by w prawdzie wskazać na utwór tytułowy oraz cudowny 'Virgin Spring' jako coś wyjątkowego, jednak są one zdecydowanie za długie i właśnie to stanowi o słabości tego albumu. Jego długość.

Pamiętam, że przy pierwszym przesłuchaniu wydawało mi się, że nagrania ciągną się w nieskończoność. Dopiero przy którymś z kolei odsłuchu odkryłem piękno kompozycji zawartych na płycie. Zespół bardziej niż na debiutanckim albumie położył nacisk na wysublimowane aranżacje, dzięki czemu muzyka zyskała bardziej pastelowy odcień. Jednak wciąż niezmienna pozostała moja opinia, że te utwory powinny trwać zdecydowanie krócej. Wówczas byłby to albumu bardziej niż bardzo dobry, a tak powstała jedynie płyta czarująca wytrwałego słuchacza niezwykle refleksyjną aurą, ale nic ponad to.

Jak zespół przyznaje, inspiracją były dla nich dokonania amerykańskich wykonawców takich jak The Byrds oraz bardzo wtedy wpływowej grupy The Band, co słychać dość wyraźnie. Niby jest to rock progresywny owiany lekką psychodeliczną mgiełką, ale jednocześnie nad poszczególnymi utworami przez niemal cały czas unosi się duch muzyki folk oraz country - nasuwające skojarzenia z tym gatunkiem partie gitary (na przykład zastosowanie techniki slide we wspomnianej kompozycji tytułowej) oraz brzmienie fortepianu. Może właśnie niemożność przypisania zawartości 'A Jug Of Love' do jakiejś kategorii stanowi o sile tej płyty? Czy zawsze trzeba wszystko szufladkować? Jedno jest pewne, muzyka zamieszczona na LP przeważnie daleka jest od typowej rockowej stylistyki.

Pozwolę sobie na pewne spostrzeżenie.
Uważam, że zespół nie do końca trafnie wybrał utwory na płytę. Okazuje się bowiem, że na albumie zabrakło autentycznie wspaniałego, niemal mistycznego 'Ancient Traveller' ozdobionego przepiękną partią fletu. Utwór czekał dwadzieścia lat na pierwszą oficjalną publikację, kiedy to został dołączony jako bonus do reedycji drugiej płyty. Ale warto było czekać, gdyż dla mnie to jest właśnie kwintesencja stylu Mighty Baby.

Przyznam, że po jakimś czasie ta muzyka zaczyna zapadać w pamięć. Nie da się ukryć, że na melodie zwracam szczególną uwagę. Dla mnie to podstawowa sprawa. Chyba nikt nie lubi słuchać muzyki, której nijak nie daje się przyswoić. Tak więc 'A Jug Of Love' to płyta idealna na taką jesienną pogodę. Stonowana. Momentami oparta na żywszym rytmie. Momentami zaś wyciszona. Ale zawsze pełna zadumy i ulotnego wdzięku. Dla tego też najwspanialszym momentem płyty jest według mnie długa instrumentalna koda wspomnianego 'Virgin Spring' olśniewająca wysuniętymi na plan pierwszy improwizacjami mandoliny i fortepianu. Jest to jednocześnie jedna z tych piosenek, których słucham nieprzyzwoicie często.

Album wyprodukował Mike Vernon, zaś płytę wydała wyłącznie na terenie Wielkiej Brytanii należąca do niego wytwórnia Blue Horizon. Był to schyłkowy okres tej zasłużonej - szczególnie dla bluesa - wytwórni. Rzecz jasna płyta przepadła na rynku i teraz jest nie tylko bardzo rzadka (zwłaszcza w stanie idealnym), ale przede wszystkim bardzo kosztowna.