piątek, 30 grudnia 2011

CAROLE KING

TAPESTRY (1971)


Na koniec roku będzie coś z zupełnie innej beczki.

Z okładką 'Tapestry' po raz pierwszy zetknąłem się ponad dwadzieścia lat temu, gdy w prezencie od ojca otrzymałem album z reprodukcjami okładek płyt pod tytułem 'The Face Of Rock And Roll - Images Of A Generation'. Jak się miało okazać, kilka z zamieszczonych w tym albumie ilustracji po wielu latach znalazło się na mojej półce, ale już w formie CD.

Płyta jest inna niż wszystkie do tej pory przeze mnie opisane ponieważ zawiera muzykę łagodną, kameralną i z tradycyjnie pojmowanym rockowym graniem jako takim teoretycznie niewiele ma wspólnego. Sama Carole King, zasłużona dla muzyki popularnej i wówczas już niezwykle ceniona, w latach sześćdziesiątych była współautorką, wraz z ówczesnym mężem Gerry Goffinem, takich wielkich przebojów jak 'Will You Love Me Tomorrow' czy 'Loco-Motion'. Gdy więc nagrywała swój drugi solowy album, cieszyła się już dużą estymą.
Jednocześnie trudno odmówić płycie odrobiny rockowej zadziorności czy wręcz poetyki, stąd też nie jest to z mojej strony aż tak rażące odejście od tematyki bloga. Poza tym życzyłbym sobie, żeby dzisiejsze zespoły rockowe nagrywały muzykę tak krystalicznie piękną jak to uczyniła Carole King na 'Tapestry'. Czy się to komuś bowiem podoba czy nie, emocje i uczucia ważniejsze są w muzyce rockowej w stopniu większym niż szarpanie strun i wrzeszczenie lub jęczenie do mikrofonu.

Omawiany tytuł jest chyba pierwszym na tym blogu albumem, który zyskał ogromną sławę i w rezultacie osiągnął nakład blisko trzydziestu milionów egzemplarzy. Bez wątpienia jest to jeden z największych bestsellerów w historii muzyki popularnej.
Podziwu godny jest także fakt, że za stworzenie całego materiału odpowiedzialna jest bohaterka tego wpisu, która nie tylko zaśpiewała wszystkie umieszczone na płycie piosenki, ale również zagrała na fortepianie, tworząc w ten sposób swego rodzaju archetyp dla późniejszych śpiewających pianistek, które już niebawem miały wręcz zasypać rynek muzyczny swoimi - nie zawsze najwyższych lotów - dokonaniami.




1. I Feel The Earth Move
2. So Far Away
3. It's Too Late
4. Home Again
5. Beautiful
6. Way Over Yonder
7. You've Got A Friend
8. Where You Lead
9. Will You Love Me Tomorrow
10. Smackwater Jack
11. Tapestry
12. (You Make Me Feel Like) A Natural Woman


Wciąż jednak mam wrażenie, że w Polsce niewiele osób zdaje sobie sprawę z istnienia 'Tapestry'. Natomiast w Stanach Zjednoczonych jest to bezapelacyjna potęga.
Trzeba sobie jasno powiedzieć - pomimo sławy jaką album zyskał, mamy do czynienia z kompozycjami odznaczającymi się skromnymi środkami wyrazu. Nie ma tu także żadnych produkcyjnych ekstrawagancji. Utwory oparte są na prostych melodiach i aranżacjach. Z perspektywy lat może zaskakiwać jak 'Tapestry' udało się narobić tyle zamieszania w muzycznym świecie. Nie od dzisiaj wszak wiadomo, że siła tkwi w prostocie.

Carole King zaproponowała sentymentalne, pełne ciepła, romantyczne utwory przy wykonaniu których akompaniowała sobie na fortepianie. Z towarzyszeniem wyłącznie tego instrumentu kompozytorka zaśpiewała przepiękny utwór tytułowy oraz '(You Make Me Feel Like) A Natural Woman'.
W pozostałych nagraniach wsparła autorkę niewielka grupa zaproszonych do studia muzyków. Znalazło się miejsce dla piosenek dynamicznych takich jak 'I Feel The Earth Move' czy 'It's Too Late' zagranych z udziałem tradycyjnego rockowego instrumentarium. Drugą z tych kompozycji wzbogacono brzmieniem saksofonu sopranowego.
Przytłaczająca większość utworów opracowana została z użyciem minimalnego zestawu instrumentów, na który składały się - fortepian, gitara akustyczna, gitara basowa lub kontrabas oraz perkusja. W kilku kompozycjach pojawiają się żeńskie chórki.

Właśnie w takiej ascetycznej wersji autorka przypomniała wspomniany wcześniej 'Will You Love Me Tomorrow'. Interpretacja dopasowana została do koncepcji całej płyty, przez co utwór niemal pozbawiony został przebojowego charakteru jaki nosiła oryginalna wersja wylansowana przez trio wokalne The Shirelles w 1961 roku. Trudno się jednak dziwić tej zmianie - na przestrzeni dziesięciu lat muzyka uległa ogromnej metamorfozie.
Słuchając tej płyty dostrzegam jedną istotną cechę. Mimo, że całość ukazała się pod koniec 1971 roku, w wielu fragmentach słychać, że to już są lata siedemdziesiąte w pełnej krasie. Momentami delikatnie zalatuje parkietem. Reminiscencje z poprzedniej dekady są nieliczne i ledwie dostrzegalne - jak choćby pojawiająca się na końcu 'So Far Away' nastrojowa partia fletu poprzecznego, mająca w sobie w coś z folkowych dokonań z lat sześćdziesiątych.
Ale może sukces albumu polegał na tym, że brzmiał tak świeżo, nie obarczony nad to ciężarem minionego dziesięciolecia.

Trudno jest opisać zawartość płyty, gdyż jest ona dosyć jednorodna. Większość piosenek spokojnie mogłaby pretendować do miana przebojów. Mnie najbardziej urzeka 'So Far Away', rzeczywiście ponadprzeciętny fragment będący esencją tej płyty. Już sam fortepianowy wstęp powoduje, że serce człowiekowi szybciej bije. Natomiast do słabszych momentów zaliczyłbym dość nijaki, hałaśliwy i psujący konfesyjny - tak dobrze zilustrowany przez okładkę LP - charakter całości 'Smackwater Jack'.

Uważam, że mimo wszystko jest to płyta, która zasługuję na swój status. Carole King objawiła się tutaj jako inteligentna kompozytorka i doskonała, pełna wyczucia instrumentalistka. Podejrzewam, że album wywołał wówczas spory rezonans i stał się drogowskazem dla wielu innych artystów.
Muszę przyznać, że sam się sobie dziwię, że mnie się to tak bardzo podoba. Przeważnie te milionowe tytuły są zdecydowanie przereklamowane i nie do słuchania. Z 'Tapestry' na szczęście jest inaczej. Szkoda tylko, że dzisiejsze śpiewające panie nie biorą sobie do serca tego, jak taka muzyka powinna się prezentować.

Żeby tradycji stało się za dość - na koniec muszę dodać, że producentem płyty był zasłużony Lou Adler znany ze współpracy z The Mamas And The Papas oraz cenionym przez miłośników klasycznego rocka Spirit. Natomiast wszystkie partie gitary akustycznej wykonał James Taylor, w Stanach Zjednoczonych prawdziwa muzyczna ikona.

środa, 21 grudnia 2011

FIRE

THE MAGIC SHOEMAKER (1970)

Kolejny album z katalogu wytwórni wytwórni Pye Records, który oczywiście w chwili premiery przepadł niezauważony. Poniekąd słusznie. Nie było to dokonanie klasy Blonde On Blonde 'Contrasts' czy Pesky Gee 'Exclamation Mark' nagranych dla Pye Records mniej więcej w tym samym czasie.

Piękna okładka 'Magic Shoemaker' może sugerować, że będziemy mieli do czynienia z płytą zawierającą muzykę tradycyjną. Otóż nic bardziej mylącego. Jedyny album tria Fire to zbiór dosyć monotonnych, jednorodnych piosenek, tak samo niewyszukanych jak nazwa grupy. Całość sprawia wrażenie dość przypadkowej zbieraniny.

Na repertuar płyty składały się proste, hałaśliwe utwory rockowe w rodzaju 'Flies Like A Bird' z uwypukloną partią przesterowanej gitary. W nagraniu tym znać było reminiscencje psychodelicznego rocka oraz freakbeatu.
Natomiast nawiązujący do bluesa 'Like To Help You If I Can' urozmaicony został nagłymi przyśpieszeniami granymi w stylu boogie. 'I Can See The Sky' ponownie sięgał do bluesa, ale tym razem w bardziej rockowym stylu. Przykuwały uwagę mocno zaciągane struny gitary elektrycznej. Całość wzbogacono brzmieniem harmonijki ustnej.

Największe wrażenie wśród tego typu utworów zawartych na płycie robił 'Tell You A Story' - powolny, utrzymany w jednostajnym rytmie, niemal transowy utwór zagrany na dwie gitary, z których jedna grała melodię, natomiast druga wybiła ostre akordy. Może nie jest to zbyt wyrafinowane pod względem melodycznym i rytmicznym, ale przynajmniej posiada swoistą dramaturgię, a pod koniec nad całością dominują mocno zniekształcone, psychodeliczne efekty dźwiękowe. Podobne rozwiązania wprowadzono jako kodę w 'Reason For Everything'. Jedyne co mi przeszkadza w 'Tell You A Story' to krzykliwa, wręcz płaczliwa maniera wokalna Davida Lamberta.




1. Children Of Immagination
2. Tell You A Story
3. Magic Shoes
4. Reason For Everything
5. Only A Dream
6. Flies Like A Bird
7. Like To Help You If I Can
8. I Can See The Sky
9. Shoemaker
10. Happy Man Am I
11. Children Of Imagination


Skład


David Lambert - Piano, Organ, Guitar And Vocals
Dick Dufall - Bass Guitar And Vocals
Bob Voice - Drums And Vocals


Na drugim biegunie muzyki wykonywanej przez Fire leżały ballady pokroju 'Magic Shoes'. Ta pogodna, lecz nijaka piosenka, posiadała folkowy koloryt i rzeczywiście udane, oszczędne solo gitary elektrycznej. Dobre wrażenie zostało popsute przez natarczywe, jednostajne postukiwanie, atakujące uszy słuchacza przez cały czas trwania nagrania. Nawet nie jestem w stanie napisać, cóż to za instrument tak puka w tle.
Następnie pobrzmiewający echem muzyki gospel - zwłaszcza na wysokości refrenu - 'Only A Dream' zagrany z towarzyszeniem gitary akustycznej i fortepianu. Całkiem przyjemny fragment. Niestety, jak wszystkie nagrania na płycie, wykonany trochę bez pomysłu, w sposób bałaganiarski. Toporny.

Dlatego aż trudno mi uwierzyć, że na sam koniec otrzymujemy coś tak wspaniałego jak niemal elegijny 'Shoemaker'. Zaśpiewana pełnym cierpienia głosem z towarzyszeniem fortepianu kompozycja akcentowana była potężnymi akordami tegoż instrumentu. W środkowej części pojawiała się, nie przystająca do całości, dość nieskładna zagrywka na gitarze klasycznej.

Program albumu uzupełniała błaha stylizacja na muzykę country zatytułowana 'Happy Man Am I'. Ten, trwający na szczęście niespełna minutę, wypełniacz zaśpiewany - lub raczej wykrzyczany - został z akompaniamentem bandżo.

Najważniejsze.
Pomysł przeplatania nagrań opowieściami Davida Lamberta uważam za bardzo poważną wadę wydawnictwa. Zespół wykoncypował bowiem sobie, że zawartość albumu będzie stanowić historię tytułowego Magicznego Szewca i owe monologi lidera zespołu, opowiadającego szepczącym coś dzieciom, stanowiły komentarz do treści poszczególnych piosenek. Tylko, że to nie pasuje. Nie tworzy spójnej, przemyślanej formy. Całość brzmi jakby została zarejestrowana na zwykłym magnetofonie, co powoduje irytujący dysonans z przyzwoicie wyprodukowanymi kompozycjami. Ponad to do snującego opowieści głosu mężczyzny i ekscytujących się dzieci dołożono jakiś denerwujący szum. Być może w domyśle miał to być odgłos ruchu ulicznego. Nie mam pojęcia.
W dodatku niektóre nagrania nagle się urywają, żeby ustąpić miejsca temu bajdurzeniu. Coś strasznego.

Reasumując.
Płyta okazuje się jednak sporym rozczarowaniem. Uważam, że same kompozycje nie są złe. Po prostu nie udało się uwypuklić ich zalet. Aranżacje rażą bylejakością. Wykonanie jest chaotyczne. Jest to kolejny przykład dokonania zdecydowanie przereklamowanego.

Popularność 'Magic Shoemaker' wynika zapewne z faktu, że w oryginalnym wydaniu jest to biały kruk osiągający kwotę ponad SIEDMIUSET FUNTÓW. Cóż, w tym przypadku płaci się raczej za egzemplarz, nie za muzykę, która nie należy do osiągnięć.
Dlaczego więc postanowiłem napisać to hasło? W dużym stopniu ze względu na okładkę. Jest to fragment obrazu 'A Village Scene With A Cobbler' namalowanego przez holenderskiego malarza Jana Victorsa około 1650 roku. Ponad to - jak już nieraz wspominałem - trzeba czasem dla odmiany coś skrytykować. To nieprofesjonalne w kółko tylko zachwalać.

Na sam koniec muszę wspomnieć, że dwa lata wcześniej trio nagrało świetny i rzeczywiście porywający singel 'Father's Name Is Dad - Treacle Toffee World'. Wzorowany na 'Paperback Writer' The Beatles 'Father's Name Is Dad' to tętniąca świeżością oraz młodzieńczą energią, wybitnie przebojowa piosenka, która pojawia się chyba na wszystkich kompilacjach dotyczących mniej znanego oblicza muzyki rockowej lat sześćdziesiątych. W pełnie zasłużenie.

czwartek, 15 grudnia 2011

KEVIN AYERS

JOY OF A TOY (1969)

Na temat tej płyty powinienem był napisać dawno temu.
Debiutancki album byłego basisty Soft Machine jest w historii muzyki rockowej dziełem wyjątkowym. Paradoks polega jednak na tym, że tak naprawdę z typowym rockowym graniem 'Joy Of A Toy' ma niewiele wspólnego, natomiast posiada coś z klimatu bajek opracowanych z pewną dozą humoru - przy czym jest to humor czysto muzyczny, wynikający z pomysłowych aranżacji i interpretacji poszczególnych piosenek, a nie banalnych wygłupów jakie zdarzały się autorowi w późniejszej karierze.
Pomimo tego, repertuar jest zróżnicowany i przykuwa uwagę bogactwem pomysłów i dość niekonwencjonalnych rozwiązań.




1. Joy Of A Toy Continued
2. Town Feeling
3. The Clarietta Rag
4. Girl On A Swing
5. Song For Insane Times
6. Stop This Train (Again Doing It)
7. Eleanor's Cake (Which Ate Her)
8. The Lady Rachel
9. Oleh Oleh Bandu Bandong
10. All This Crazy Gift Of Time


Trudno zakwalifikować ten album. Całość utrzymana jest w kameralnym nastroju.
Momentami muzyka ma w sobie coś z poezji śpiewanej połączonej z poetyką bajek - na przykład w piosence 'Town Feeling' opracowanej z użyciem oboju i wiolonczeli. Do tego śpiewający barytonem Kevin Ayers, wydaje się być narratorem snującym opowieści nie zaś rockowym wokalistą. Jedyne co przypomina, że to jednak wciąż rockowa konwencja, to sekcja rytmiczna oraz pojawiające się dźwięki gitary elektrycznej.
Podobnie jest w nagraniu 'Girl On A Swing', w którym tło stanowi prosty podkład fortepianu, jako kontrapunkt wprowadzono zaś wibrujące zagrywki skrzypiec. Całość wzbogacono brzmieniem klawesynu.
Przesiąknięty tajemniczą, złowróżbną aurą 'The Lady Rachel' opracowano między innym z pomocą melodyki (harmonijka klawiszowa) oraz gitary elektrycznej. Niesamowity utwór.

Innym razem można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z piosenką kabaretową w starym stylu, żeby wymienić skoczny 'The Clarietta Rag', w którym pojawiają się melotron, pianino oraz puzon, w środkowej części zaś jazgotliwa partia gitary elektrycznej.

'Eleanor's Cake (Which Ate Her)' to senna, leniwa piosenka zaśpiewana z towarzyszeniem gitary akustycznej oraz fortepianu i ozdobiona dźwiękami fletu piccolo oraz wiolonczeli.

Z kolei w kompozycjach takich jak 'Song For Insane Times' i 'Stop This Train (Again Doing It)' słychać wyraźne fascynacje jazzem nowoczesnym i muzyką awangardową.
Pierwsza z tych kompozycji nagrana z towarzyszeniem zespołu Soft Machine to eteryczna jazzowa ballada mająca w sobie coś ze stylu sceny Canterbury. Przepiękny fragment.
Technikami twórców awangardowych posłużono się natomiast w groteskowym 'Stop This Train (Again Doing It)' w celu uzyskania wrażenia pędzącego pociągu. Jednostajny puls gitary basowej obudowano wszelkiej maści przetworzonymi brzmieniami. Śpiew wokalisty - właściwie to recytacja - przypominał głos dobiegający ze słuchawki aparatu telefonicznego.

Otwierający płytę pogodny 'Joy Of A Toy Continue' wprowadzał jarmarczną atmosferę. Natomiast zamykający album, zagrany z towarzyszeniem gitary akustycznej 'All This Crazy Gift Of Time' nawiązywał do twórczości Boba Dylana i zawierał wprost wspaniałe melodie grane na harmonijce ustnej.

Jak wspomniałem na początku 'Joy Of A Toy' to płyta wyjątkowa. Właśnie w takim stylu powinien być utrzymany, nagrany dwa lata wcześniej, pierwszy album Davida Bowie. Nie jest to muzyka na wypełnione tysiącami ludzi sale koncertowe czy stadiony. To muzyka adresowana tylko i wyłącznie do tego, kto jej słucha. Najlepiej w ciszy i skupieniu.

13TH FLOOR ELEVATORS

EASTER EVERYWHERE (1967)

czwartek, 20 października 2011

MANFRED MANN

MIGHTY GARVEY (1968)






czwartek, 13 października 2011

FREEBORNE

PEAK IMPRESSIONS (1967)

środa, 14 września 2011

RADIO TYMES

BRITISH POP ON TV AND RADIO LOST AND FOUND 1967-1969



1. DEEP PURPLE - The Painter
Transmitted On BBC Radio Show 'Chris Grant's Tasty Pop Sundae' On 6th July 1969

2. YARDBIRDS - Think About It
Transmitted On BBC Radio Show 'Top Gear' On 10th March 1968

3. THE MOVE - So You Want To Be A Rock N Roll Star
Transmitted On BBC Radio Show 'Top Gear' On 1st October 1967

4.TOMORROW Featuring KEITH WEST - My White Bicycle
Transmitted On BBC Radio Show 'Top Gear' On 1st October 1967

5. LOVE SCULPTURE - Do I Still Figure In Your Life
Transmitted On BBC Radio Show 'Top Gear' On 21st April 1968

6. YARDBIRDS - White Summer
Transmitted On BBC Radio Show 'Top Gear' On 10th March 1968

7. THE MOVE - Cherry Blossom Clinic
Transmitted On BBC Radio Show 'Top Gear' On 1st October 1967

8. BARCLAY JAMES HARVEST - Night
Transmitted On BBC Radio Show 'Top Gear' On 4th August 1968

9. THE JIMI HENDRIX EXPERIENCE - Burning Of The Midnight Lamp
Broadcast On BBC TV Show 'Dee Time' On 24th August 1967

10. LOVE SCULPTURE - The Inner Light
Transmitted On BBC Radio Show 'Top Gear' On 9th March 1969

11. DEEP PURPLE - Hush
Transmitted On BBC Radio Show 'Top Gear' On 30th June 1968

12. YARDBIRDS - Dazed And Confused
Transmitted On BBC Radio Show 'Top Gear' On 10th March 1968

13. LOVE SCULPTURE - Sabre Dance
Transmitted On BBC Radio Show 'Top Gear' On 6th October 1968

wtorek, 16 sierpnia 2011

WZNOWIENIE

SENSACYJNA sprawa. W każdym razie dla mnie. Staraniem wydawnictwa Esoteric Recordings we wrześniu ukarze się prawdopodobnie pierwsza oficjalna reedycja mojego ukochanego albumu HARSH REALITY 'HEAVEN AND HELL'.

Nie tak dawno zastanawiałem się nawet dlaczego jeden z ciekawszych zapomnianych tytułów jest permanentnie ignorowany przez wszelki wytwórnie specjalizujące się w przypominaniu dawnych rockowych dokonań. Był moment, że sam zacząłem poważnie się zastanawiać co trzeba zrobić, żeby zdobyć prawa do wydania takiej płyty.
Rzecz jasna osobny problem stanowi wejście w posiadanie przyzwoitego źródła, które będzie podstawą wznowienia tak od strony dźwiękowej, jak i graficznej. Oryginalne taśmy i zdjęcia zdobiące okładkę są poza moim zasięgiem (nie wiadomo czy w ogóle istnieją), zaś oryginalny LP w stanie bliskim ideału kosztuje blisko 400 funtów. Rzecz w tym, że jeśli na Ebayu pojawi się egzemplarz 'Heaven And Hell', to zawsze jest mocno nadgryziony zębem czasu.

Do tej pory płyta była wznawiana nielegalnie na CD dwukrotnie plus dwie czy trzy nieoficjalne reedycje na LP.

Słyszałem obie wersje CD. Pierwsza wydana została przez Fingerprint Records. Druga natomiast przez legendarny wśród wydawnictw pirackich Progressive Line. Obie są już dzisiaj dosyć rzadkie i obie były wznowione w sposób nie do przyjęcia. Po prostu koszmarny.
Front okładki był wyblakły. Postacie muzyków nie miały żadnych szczegółów. Potworki, które tak uroczo zostały wmontowane w zdjęcie oryginalnie posiadały wyrazisty zielony koloryt, na okładkach kompaktów trudno powiedzieć co to jest za kolor - przypomina jakieś wymioty. Tył natomiast cierpiał na nadmierną ilość czarnej farby. Wszystko było za ciemne i mało wyraziste.
Ponad to pominięto zdjęcia z wewnętrznej części rozkładanej okładki. Po stronie lewej powinno widnieć zdjęcie dwóch dziwnych postaci przypominających jakieś diabły czy demony. Po prawej umieszczono fotografię zespołu oraz słowa do dwóch piosenek zawartych na płycie.

Niezbyt pozytywnego obrazu całości dopełniał fakt, że dźwięk był za bardzo nagłośniony i wręcz trzeszczący.

Ciekawe, jak ten legendarny album zostanie potraktowane przez Esoteric Recordings. Nie mogę się doczekać.

środa, 10 sierpnia 2011

STEEL MILL

GREEN EYED GOD (1972)

wtorek, 2 sierpnia 2011

STACK

ABOVE ALL (1968)

wtorek, 12 lipca 2011

BLONDE ON BLONDE

CONTRASTS (1969)

Już prawie zapomniałem, że prowadzę tego bloga. Mimo to, cały czas trzymam rękę na pulsie i słucham jak najwięcej to możliwe klasycznych rockowych płyt. Tylko makabryczna pogoda powoduje, że nie chce mi się wysilać mózgownicy oraz zasiadać do klawiatury komputera.

Nietrudno spostrzec, że na moim blogu dominującym rocznikiem jest rok 1969. Bynajmniej nie jest to jakieś perwersyjne założenie, że tak ma być, a jedynie przypadek spowodowany tym, że muzyka, która powstawała w tym konkretnym roku bardzo mi odpowiada i jest dość wdzięcznym tematem do różnych przemyśleń. Po za tym to w tym i w kolejnym roczniku jak w soczewce skupiło się wszystko to, co w muzyce popularnej najlepsze.

Przede wszystkim co się wówczas udawało, to łączenie różnych gatunków muzycznych w jedną spójną całość i nasycanie tego jakąś trudną do opisania tajemniczą aurą. Nieważne czy była to zwykła popowa piosenka czy też dynamiczny heavy-rockowy utwór. Niemal zawsze efekt był bardziej niż intrygujący.
Eksperymentowano wtedy ze wszystkim, co tylko możliwe. Z techniką nagraniową - na przykład odwoływanie się do twórczości awangardowej. Aranżacjami - różne odmiany muzyki i instrumentarium służyły przy opracowywaniu kompozycji. Formą - chociażby zmienność wątków melodycznych i rytmicznych. Te wszystkie patenty, które wówczas wprowadzono, dały zupełnie nową, oryginalną jakość i chyba później już tylko nieznacznie były modyfikowane.

Właśnie jedną z takich wzorcowych płyt z 1969 roku jest debiutancki LP grupy Blonde On Blonde 'Contrasts' wydany przez Pye Records.
Dla mnie jest to płyta idealna. Jedna z tych, które zauroczyły mnie od pierwszego przesłuchania, mimo że właściwie zespół nie zaproponował nic odkrywczego. Ale jak to jest cudownie zagrane. Dodatkowo klarowna produkcja uwypukla kolorystykę wszystkich nagrań, mimo że zaaranżowanych oszczędnie, to jednak posiadających niemal plastyczne bogactwo barw i odcieni. Wszystko to razem przepełnione jest tym delikatnym, psychodelicznym nastrojem, tak typowym dla ówczesnego brytyjskiego muzycznego undergroundu.





1. Ride With Captain Max
2. Spinning Wheel
3. No Sleep Blues
4. Goodbye
5. I Need My Friend
6. Mother Earth
7. Eleanor Rigby
8. Conversationally Making The Grade
9. Regency
10. Island On An Island
11. Don't Be Too Long
12. Jeanette Isabella


Skład


Ralph Denyer - Guitar, Vocals
Les Hicks - Drums, Percussion
Richard Hopkins - Bass Guitar, Organ, Piano, Harpsichord, Cornet, Celeste, Whistle
Gareth Johnson - Guitar, Sitar, Flute


Czego tu nie ma.
Od nieco folkowych piosenek w rodzaju 'Don't Be Too Long' czy też nawiązującego do muzyki dawnej 'Island On An Island'. Poprzez fragmenty nasycone elementami muzyki Wschodu jak 'Spinning Wheel'. Na cięższych brzmieniach kończąc.

Nie będę zbyt oryginalny jeśli stwierdzę, że najważniejszym utworem na tej fantastycznej płycie wydaje się być rozpoczynający album 'Ride With Captain Max'.
Utwór można podzielić na trzy segmenty. Wstęp i zakończenie - czyli dynamiczny, hard-rockowy motyw z wprost niesamowitymi gitarowymi popisami na tle równie doskonałego riffu. Dwa zaśpiewane z towarzyszeniem akustycznej gitary przerywniki. Natomiast w środkowej części zespół zaproponował porywające interludium, w którym pojawiały się organy Hammonda tworzące razem z ostrą gitarą elektryczną rodzaj dwugłosu. To wszystko w ciągu pięciu minut. ZAISTE GENIALNE.
Momentami tylko odnoszę wrażenie, że zespół tworząc 'Ride With Captain Max' był pod wpływem pierwszej części 'Oh Well' Fleetwood Mac. Sugeruje to rozmieszczenie części akustycznych i elektrycznych oraz ich sposób wykonywania. Ale może przesadzam?

Na debiutanckiej płycie długogrającej grupa dość często szukała natchnienia dla swojej twórczości w folku. Te wpływy słychać wyraźnie w kilku utworach zawartych na albumie.
Na przykład we wspomnianym 'Island On An Island' wzbogaconym dźwiękami fujarki. Ale także w zaśpiewanym jedynie z akompaniamentem gitary klasycznej 'Don't Be Too Long'. We wstępie tej piosnki wprowadzono zapowiedzi płynące z głośników portu lotnieczego. Także wieńcząca płytę przepiękna, hipnotyzująca cudowną melodyką rockowa ballada 'Jeanette Isabella' powstał z wyraźnej fascynacji sceną folkową.

Akustyczne brzmienia na 'Contrasts' wręcz dominują.
Na przykład - w zaskakującej wersji 'Eleanor Rigby' grupy The Beatles stylizowanej na muzykę hiszpańską. Zwraca uwagę, co oczywiste, gitara grająca flamenco oraz charakterystyczne partie trąbki. Jest w tej wersji coś rzeczywiście przejmującego, chociaż wiadomo - wybitnego oryginału najnormalniej w świecie nie można przebić. Ale grupie udało się wybrnąć z tego zadania na medal.

Także intrygujący i na swój sposób mroczny 'Mother Earth' to asymilacja niespokojnych, akustycznych klimatów z potężnymi wejściami organów Hammonda oraz ostrej gitary elektrycznej i pełnego dramatyzmu, podniosłego śpiewu. Tu już mamy ewidentnie progresywne zapędy.

Z kolei 'Spinning Wheel' to zagrana w szybkim tempie piosenka ozdobiona natarczywymi dźwiękami sitaru. Warto zwrócić uwagę, że zamiast zwyczajowej w tych okolicznościach tabli, rytm nabija perkusja. Kompozycję wzbogacono partią fletu poprzecznego.
Może nie do końca udana, chociaż przyznać trzeba sympatyczna, była przeróbka piosenki Incredible String Band 'No Sleep Blues' - pochodzącej z drugiego LP '5000 Spirits Or The Layers Of The Onion' - w interpretacji Blonde On Blonde nosząca cechy muzyki country. Skoczna i lekka zwrotka skontrastowana została z sennym, odrealnionym refrenem.

Bardzo dobrym przykładem popowej czy może pop-psychodelicznej piosenki był opracowany z pomocą klawesynu 'Goodbye'. Natomiast 'I Need My Friend' to już psychodeliczne granie na całego. Świetna ostro przesterowana gitara i mocno wybijany, prosty rytm plus schowane w tle dźwięki fortepianu. Wydaje się oczywiste, ale kwartet wytworzył tutaj ciekawą, posępną atmosferę.

Nie jestem znawcą muzyki klasycznej, ale w opracowanym na klawesyn i gitarę klasyczną 'Regency' słychać inspiracje twórczością Johanna Sebastiana Bacha.

Tak więc nie była to być może muzyka nowatorska, a nawet bym powiedział, że momentami można odnieść wrażenie, że lekko już nieaktualna, ale duch tego wszystkiego co się wtedy w muzyce rockowej działo powoduje, że otrzymaliśmy solidny i interesujący materiał. Ponad to słuchając tego dzieła stwierdzam, że w zbieraniu płyt kompaktowych jest sens i warto czasem poświęcić tych parę groszy, żeby móc z dumą postawić CD na półce.
Jako puentę dodam, że grupa po niewielkiej, jednak istotnej zmianie składu nagrała jeszcze dwie płyty, z których wydany już dla innej wytwórni 'Rebirth' z 1970 roku przez wielu uważany jest za najlepsze dokonanie kwartetu.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

PIRAT

Dzisiaj trochę odejdę od tematyki muzycznej. Chociaż problem, który pragnę poruszyć niejako z muzyką związany jest i to mocno. Zwłaszcza ze starym, zapomniany rockiem.

Na początek wyjaśnienie.
Angielskie określenie na piractwo płytowe to BOOTLEG. Proszę jednak nie mylić tego, co napisałem poniżej z kwestią płyt wydawanych bez zgody artystów, a zawierającymi materiał z koncertów lub różnego rodzaju sesje nagraniowe, które nigdy oficjalnie nie zostały opublikowane. W tym wpisie postanowiłem przedstawić swój punkt widzenia w kwestii piractwa dotykającego płyty katalogowe, wydawane jak najbardziej oficjalnie, teraz natomiast będące przedmiotem zakusów różnego autoramentu szalbierzy.

Do rzeczy.
Przeglądając w internecie różnego rodzaju strony zauważyłem jak palącym tematem stał się w ostatnim czasie problem piractwa płytowego. Trudno się dziwić, wszak za takie podrabiane CD ludzie płacą dość spore pieniądze, przeważnie nieświadomi tego, że kupują przysłowiowego bubla. Wiele z tych wznowień ma bowiem posmak profesjonalnie wykonanej reedycji. Pół biedy gdyby takie wydawnictwa kosztowały 15-25zł, czyli tyle ile kosztowały podróbki sprzedawane swego czasu w ilościach hurtowych na Stadionie Dziesięciolecia. Tylko, że wtedy każdy wiedział co kupuje i na co pieniądze przeznacza. Teraz natomiast mnóstwo kolekcjonerów i pasjonatów nie zdaje sobie nawet sprawy z czym ma do czynienia, a zasypujące rynek kompakty z zapomnianymi rockowymi wykonawcami kosztują przeważnie dwa czy nawet trzy razy więcej (50-70zł).

Jest to przerażające i nieuczciwe, tak wobec kupujących, jak i wobec artystów, których się bezkarnie okrada. Nikt mi bowiem nie wmówi, że jest to forma hołdu dla ukochanego artysty, czy próba zainteresowania szerokiej publiczności dorobkiem danego zespołu. Sam natknąłem się kilkukrotnie na apel muzyków, którzy oznajmiali, aby wznowień sygnowanych przez różnorakie firmy nie kupować, gdyż są nieoficjalne i wydane bez ich zgody. Słowem, że są to CD nie posiadające licencji.

Oczywiście taka nielegalna działalność trafiła na podatny grunt. Gdzie bowiem łatwiej o oszustwo niż na rynku zajmującym się dokonaniami dawno już zapomnianymi? Bardzo trudno bowiem dojść która wytwórnia działa oficjalnie, ponieważ nawet te legalne firmy jak Sundazed Music czy Esoteric Recordings nie należą do czołówki wśród muzycznych wydawnictw, są to wytwórnie sprofilowane do konkretnego typu muzyki i skierowane do konkretnego typu odbiorcy. W dodatku wielu z muzyków, którzy tworzyli owe zapomniane dzieła, albo już nie ma wśród nas albo nie jest świadoma tego, co się dzieje. Nie zdają sobie nawet sprawy z tego, że ich twórczość przeżywa renesans.

W takich oto okolicznościach pojawia się mnóstwo cwanych i pazernych osobników, którzy na ludzkiej pasji pragną zarobić całkiem spory grosz. Sam muszę się przyznać, że byłem w dużym szoku, gdy odkryłem cały szwindel. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że gros tego na co wydaję pieniądze, to zwykłe podróbki.

Natomiast silną kartą przetargową tego typu wznowień jest to, że często są to jedyne dostępne edycje starych tytułów i dlatego fanatycy starego rocka decydują się zainwestować w taki produkt.

Postanowiłem więc, że swoim zwyczajem trochę sobie to wszystko uporządkuję i zrobię spis tych pseudo wytwórni, które atakują człowieka ze wszystkich możliwych stron. Czasem autentycznie trudno odgadnąć która wytwórnia jest legalna, a która tylko legalną udaje, tak naprawdę działając pod płaszczykiem piractwa. Sporządziłem więc spis firm, które albo na pewno wznawiają CD bezprawnie albo takich, co do których mam poważne wątpliwości. Jeśli ktoś dopatrzy się błędu w tym spisie lub będzie miał jakąś nazwę do dodania - proszę się nie krępować i pisać.

Axis
Aurora
Bamboo
Black Rose
Bull's Eye
Buy Or Die
Erebus Records (prawdopodobnie jest to kolejna inkarnacja Radioactive Records)
Flawed Gems
Free Records
Kismet (najpewniej to samo źródło co Flawed Gems)
Mandala
Mason Records
Phoenix Records (nowe wcielenie Radioactive Records)
Progressive Line
Radioactive Records
Red Fox Records
Relics
Second Harvest
Sunrise Records
Walhalla
Won-Sin


Wiele z wymienionych przeze mnie firm już zapewne nie istnieje. Albo inaczej - istnieją, ale pod inną piracką banderą. Być może też na stworzonej przeze mnie liście wkradły się błędy i niesłusznie wskazałem którąś z firm jako piracką. Jeśli ktoś z czytających mojego bloga zauważy na liście takową wytwórnię, będę wdzięczny za informację.

piątek, 3 czerwca 2011

HELPFUL SOUL

FIRST ALBUM (1969)



1. Blues For My Baby
2. Fire
3. Peace For Fools
4. You Got Me Floatin'
5. Spoonful
6. Kansas City
7. Crossroads

Bonus

1. Little Wing
2. Aladin's Theme


Skład


Junio Nakahara - Vocals, Slide Guitar
Gene Shoji - Lead Guitar
Charles Che - Bass Guitar
Eiichi Tsukasa - Drums

PETER THORUP

WAKE UP YOUR MIND (1970)

To nie będzie opis płyty lecz raczej pretekst do przemyśleń związanych z bluesem. Nie jestem wprawdzie sympatykiem klasycznego bluesa, za to jego asymilację z estetyką rocka wielbię całym swym sercem. Ponieważ zaś album 'Wake Up Your Mind' stanowi przyzwoity przykład bluesa z elementami hard-rocka oraz wzbogaconego delikatnymi wpływami folku i jazzu, to niby przy okazji prezentacji tego tytułu postanowiłem przemycić kilka spostrzeżeń związanych ze znaczeniem bluesa w muzyce popularnej.

Rok 1970 był bodajże definitywnym finałem ogromnej mody jaka panowała w muzyce popularnej na bluesa. Oczywiście później nadal był obecny w dorobku wielu wykonawców, ale na dobrą sprawę zszedł na margines i przestał być integralną częścią głównego nurtu, zwłaszcza wśród tych zespołów, które cieszyły się uznaniem lub docierały do świadomości publiczności.
Według mnie, to odcinanie się od bluesowych korzeni miało swoje bardzo poważne konsekwencje w jakości muzyki.
Pomijam tutaj fakt, że mnóstwo ludzi znających temat, uważa rok 1970 za koniec najlepszej epoki w historii rocka i że wraz z rozpadem zespołu The Beatles czy śmiercią Jimi Hendrixa rock zakończył swój najbardziej nowatorski i ekscytujący okres w dziejach tego zjawiska. Więc to wszystko razem jakoś się ze sobą zbiegło w czasie.

Żeby się nie rozwodzić - zmierzam mniej więcej do tego, że dopóki rock opierał się na bluesie, to powstawały rzeczy wyjątkowe. Na dobrą sprawę ciężki rock czy rock progresywny zrodził się dzięki czerpaniu z bluesowej spuścizny. Nie chcę też przez to powiedzieć, że nie należy odcinać się od swych korzeni i podążać własną drogą niczym dziecko opuszczające rodzinny dom. Trzeba jednak pamiętać skąd się wyszło. Tak się jednak złożyło, że ten mariaż bluesa i rocka dawał doskonałe rezultaty i miał ogromny wpływ na rozwój muzyki popularnej, natomiast gdy wykonawcy w kolejnej dekadzie niemal pozbawili swoje poczynania elementów bluesowych, można odnieść wrażenie, że z tego wysoko wzbijającego się balonu zaczęło uchodzić powietrze.

Efekt? Ostatnie dwadzieścia lat. Większość artystów, którzy pojawiają się na rynku muzycznym wzoruje się nie na tradycyjnym bluesowym graniu, nie od mistrzów tego gatunku się uczy techniki gry czy interpretacji wokalnej, oni są wpatrzeni w gwiazdy MTV czy w heavy-metalowych bohaterów serwujących gitarowe zagrywki grane z prędkością światła.
Oczywiście w dużym uproszczeniu prezentując sytuację.

Czy można sobie wyobrazić rozwój rocka bez takich zespołów jak choćby Cream, Fleetwood Mac czy Free? Przecież to one wyznaczyły kanon rockowego grania będąc wpatrzonym w muzyków takich jak Willie Dixon czy Howlin' Wolf. To była ich szkoła i to byli ich nauczyciele. Niestety owe grupy mimo, że dla muzyki zrobiły bardzo dużo, to jednocześnie stworzyły potwora i teraz ten potwór pożera wszystko to, co kiedyś decydowało o sile tego gatunku.




1. Worried Blues
2. Coming Home Baby
3. Keep It Up
4. Running Wild
5. I'm Coming Home
6. Grand Mother Watch Your Son
7. Wake Up Your Mind


Wracając do tematu 'Wake Up Your Mind'.
Głównym twórcą muzyki na tej ciekawej płycie był pochodzący z Danii gitarzysta Peter Thorup, którego imieniem i nazwiskiem dokonanie sygnowano. Byłego muzyka grupy Beefeaters wspomagała śmietanka skandynawskiej sceny, czyli - Culpeper's Orchard, Youngflowers oraz Maxwells i Midnight Sun.

Repertuar oscylował wokół niemal tradycyjnych bluesowych pieśni zagranych z pomocą akustycznej gitary i harmonijki. Przykładem 'Keep It Up' zaaranżowany z pomocą kontrabasu i subtelnie nadającej rytm perkusji, dzięki czemu kompozycja zyskała jazzowy koloryt.
W podobnym tonie utrzymane były nagrania 'Running Wild' oraz 'I'm Coming Home'. Pierwsza z tych kompozycja wzbogacona została partią saksofonu. Natomiast 'I'm Coming Home' to tylko gitara akustyczna i pełen pasji śpiew.

Do hard-rockowych brzmień nawiązywały dwie kompozycje - rozpoczynający album 'Worried Blues'. Ten będący dynamiczną, rozbudowaną interpretacją tradycyjnej pieśni utwór za podstawę miał stosunkowo prosty, wyrazisty riff oraz ciężkie brzmienie perkusji. To właśnie tutaj można usłyszeć najwięcej doskonałych gitarowych improwizacji.
Z kolei 'Grand Mother Watch Your Son' to typowy blues-rock zagrany z pogrywającymi w tle bongosami. Słychać dość wyraźne echa dokonań Fleetwood Mac i Free, ale także Carlosa Santany.

Płytę zamykał utwór tytułowy. Najbardziej melancholijna, chociaż pod względem melodycznym dość standardowa i niewyszukana kompozycja z pięknymi solowymi partiami organów Hammonda, fletu poprzecznego oraz gitary elektrycznej. Całość wzbogacono dźwiękami fortepianu.

Reasumując. Nie było to może wybitne, grzeszące oryginalnością dzieło, ale mnie słucha się tego wybornie. Całość wręcz unosiła miłość do bluesa. Wiem, nie wysiliłem się tym razem z opisem, ale jak wspomniałem na początku, płyta Petera Thorupa miała stanowić jedynie zgrabny wybieg do wyrzucenia z siebie spoczywających na dnie mojej duszy skrywanych od dawna bolączek.

Przy okazji muszę wspomnieć, że w tym roku ukazała się pięknie wydana reedycja drugiej płyty Killing Floor 'Out Of Uranus' i to również była jedna z przyczyn, dla których postanowiłem napisać coś na temat około bluesowy. Swoją drogą 'Out Of Uranus' to jedna z tych płyt, które mógłbym posiadać w każdej możliwej edycji oraz w każdym możliwym formacie. Po prostu padam na kolana przed tym niedocenionym zespołem i ich muzyką.

Na koniec jeszcze podniosę lament.
Wytwórnia Long Hair uraczyła słuchaczy pokaźną dawką nagrań dodatkowych, pochodzący z tych samych sesji co podstawowa płyta, miał to być bowiem album podwójny wydany pod szyldem 'Copenhagen 1970'. Tak bardzo jednak obszerny jest zestaw tych nagrań, że aż się zastanawiam czy ostatnia kompozycja na kompakcie nie posiada skróconego zakończenia.
Możliwe, że jestem przeczulony, ale mam dziwne wrażenie, że ta mania na dodawanie bonusów do kompaktowych wznowień sięga już granic absurdu. Wiem, że często powracam do tego tematu, ale z jakiś niezrozumiałych przyczyn taka forma zapychania CD aż po same brzegi działa negatywnie na mój zmysł estetyczny.
Czy naprawdę nie można tych wszystkich rarytasów umieścić na osobnym dysku? Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z taką mnogością materiału. Wyobrażam sobie, że takie wydawnictwo musiałoby automatycznie drożej kosztować. Zawsze też można umieścić te wszystkie dodatkowe utwory na osobnym CD i wydać jako indywidualny tytuł. Tak na przykład postąpiła wytwórnia Sunbeam Records wydając niepublikowane do tej pory nagrania Blossom Toes jako 'What On Earth'.

poniedziałek, 23 maja 2011

FLAT EARTH SOCIETY

WALEECO (1968)

Prędzej wieloryb przejdzie przez ucho igielne niźli sklecę jakiś nowy tekst. Łatwiej słuchać muzyki niż później o niej pisać. Dlatego spróbuję choć odrobinę wziąć się w garść.

Ten kompletnie zapomniany przez czas i ludzi zespół nagrał tylko ten jeden album.

Rzadko to robię, ale opis Flat Earth Society 'Waleeco' poprzedzę krótkim wstępem dotyczącym okoliczności ukazania się płyty.
Z tekstu zawartego w książeczce dołączonej do kompaktowej edycji tego tytułu wynika, że powstanie płyty było rezultatem akcji promocyjnej przeprowadzonej przez firmę produkującą batoniki Waleeco. Otóż F. B. Washburn Candy Company zatrudniła zespół w celu stworzenia tak zwanego jingla oraz płyty długogrającej, którą klienci mogliby otrzymać za cenę jednego dolara i pięćdziesięciu centów oraz sześciu opakowań po batonikach, które należało wysłać wraz z kuponem dołączanym do produktów Waleeco.

Brzmi zabawnie? Bez wątpienia jednak w tak niecodziennych okolicznościach powstała wspaniała i pełnowartościowa muzyka. Było to bowiem dokonanie nie gorsze niż dokonania z ówczesnej czołówki. Może nie do końca oryginalne, ale zagrane profesjonalnie przez zdolnych choć niedoświadczonych muzyków. Ponad to całość zarejestrowano w dosyć przeciętnym - należącym do małej wytwórni Fleetwood, która album wydała - studiu i w dodatku w niespełna tydzień. Niewiele więc było czasu na ogranie materiału, zespół zaś nie posiadał doświadczenia w pracy studyjnej.
Był to zatem typowy obrazek dla tamtych czasów. Należy więc tylko pogratulować firmie F. B. Washburn Candy Company pomysłu i dobrego wyboru, ponieważ moim zdaniem powstało arcydzieło wczesnego rocka.

Tak na marginesie - myślę sobie, że gdyby cała ta heca miała miejsce dzisiaj, to powstałby jakiś koszmarny gniot.




1. Feelin' Much Better
2. Midnight Hour
3. I'm So Happy
4. When You're There
5. Four And Twenty Miles
6. Prelude For The Town Monk
7. Shadows
8. Dark Street Downtown
9. Portrait in Grey
10. In My Window
11. Satori


Jak przyznają we wspomnieniach muzycy, którzy przed laty współtworzyli Flat Earth Society, zespół był pod dużym wpływem twórczości Jefferson Airplane i te inspiracje słychać wyraźnie w trzech piosenkach. 'Feelin' Much Better', 'Four And Twenty Miles' oraz 'In My Window' - wszystkie te kompozycje pomimo rozwiązań aranżacyjnych zaczerpniętych od popularnej grupy, zachwycają młodzieńczą werwą, oryginalnymi melodiami i tym charakterystycznym dla formacji z Zachodniego Wybrzeża klimatem.
Właśnie - klimat. Przy dość oszczędnych aranżacjach i stosunkowo jednorodnym repertuarze Flat Earth Society potrafili wytworzyć iście niecodzienny nastrój w swoich utworach.

Przykładem chociażby jedyna na 'Waleeco' przeróbka, czyli niesamowicie atmosferyczna interpretacja soulowej piosenki 'In The Midnight Hour' Wilsona Picketta i Steve Croppera (na okładce opisana jako 'Midnight Hour'). Ta zupełnie odmienna od oryginału wersja należy do najczęściej przeze mnie słuchanych nagrań zamieszczonych na tej płycie. Powolny, leniwy rytm. Senne, grupowe partie wokalne. Wszystko to razem spowite tą cudowną psychodeliczną aurą. Niby nic niezwykłego, ale nigdy nie mogę się nacieszyć tym wykonaniem.

Na repertuar albumu ponad to składały się kompozycje takie jak pogodna wodewilowa stylizacja 'I'm So Happy'. Nawiązująca do dokonań duetu Simon And Garfunkel piosenka 'When You're There'.
Także we wspaniałym 'Prelude For The Town Monk' było dostrzegalne zafascynowanie kwintetu folk-rockiem. Ponownie mógłbym napisać, że to tylko prosta piosenka zaaranżowana z pomocą fortepianu i gitary elektrycznej, gdzie rytm nadawały uderzenia w obręcz werbla. Ale to jak to jest zagrane - prosto z głębi serca. Taka muzyka najnormalniej w świecie płynie w żyłach Amerykanów. Jest darem natury. Takich dźwięków nie generuje się ot tak sobie.

Dla odmiany 'Shadows' posiadał garażowe konotacje. Tutaj pojawiło się tak uwielbiane przeze mnie to falujące brzmienie organów, dzięki czemu piosenka zyskała oniryczną oprawę. Do tego wyrazisty rytm gitary basowej i perkusji plus delikatnie przetworzony - tak przynajmniej podejrzewam - śpiew. Czego więcej chcieć?

Niesamowite wrażenie robi 'Dark Street Downtown' zaśpiewany z akompaniamentem fortepianu grającego w minorowej, bardzo posępnej tonacji. W drugim planie pobrzmiewało dyskretne organowe tło.
Wieńczący LP 'Satori' był quasi awangardową instrumentalną kompozycją opartą na efektach studyjnych, czyli puszczonej w odwrotnym kierunku i ze zmienioną prędkością taśmie. Całość natomiast wzbogacono brzmieniem sitaru. REWELACJA.

Tak więc, jest to jeszcze jeden, dawno zapomniany klejnot w koronie rodzącego się wówczas rocka i aż trudno uwierzyć, że taki materiał zarejestrowali ludzie tak młodzi. Zawsze bowiem, gdy słucham tych wszystkich starych formacji tworzonych przecież głównie przez nastolatków lub osoby niewiele ponad dwudziestoletnie, to nie mogę się nadziwić, jak dojrzale wykonywana była ta muzyka. Zachwyca lekkość z jaką grano na wszelkiej maści instrumentach. Wyobraźnia. Świadomość, co chce się grać i co chce się osiągnąć. Niekłamany podziw budzą umiejętności instrumentalne. Interpretacje wokalne sprawiają wrażenie jakby pochodziły z gardła doświadczonego wokalisty, a nie młodzieńca, który dopiero co przechodził mutację głosu.

Na koniec muszę dopisać, że przepiękna ilustracja na okładce nieodparcie kojarzy mi się ze sławetnym drzeworytem autorstwa francuskiego astronoma, Camille Flammariona, zdobiącym jego dzieło 'L'atmosphere - Météorologie Populaire'.

JANUS

GRAVEDIGGER (1972)



1. Red Sun
2. Bubbles
3. Watcha Trying To Do?
4. I Wanna Scream
5. Gravedigger


Skład


Bruno Lord - Vocals
Derek Hyett - Vocals
Colin Orr - Guitar, Keyboards
Roy Yates - Classical Guitar
Mick Peberdy - Bass
Keith Bonthrone - Drums

SPIRIT 1968

niedziela, 15 maja 2011

środa, 4 maja 2011

YARDBIRDS

YARDBIRDS (ROGER THE ENGINEER) 1966

Absolutny kanon muzyki rockowej i jedna z ważniejszych płyt całych lat sześćdziesiątych. Pod niepozorną, humorystyczną okładką kryła się spora porcja świeżych pomysłów, które były kamieniem milowym w kształtowaniu się gatunku.

Przypuszczam, że każdy zwolennik muzyki popularnej w tym kraju zetknął się z nazwą tej wybitnej i bardzo cenionej grupy, chociażby ze względu na fakt, że swoje kariery rozpoczynali tam kolejno trzej gitarzyści - Eric Clapton, Jeff Beck oraz Jimmy Page. Podejrzewam jednocześnie, że niewielu miłośników rocka w Polsce zaznajomiło się z samą muzyką Yardbirds.

To się może wydać dziwne, ale był to pierwszy i zarazem ostatni album studyjny wydany przez Yardbirds w rodzinnej Wielkiej Brytanii.
Dla mnie LP 'Yardbirds' - znany także jako ' Roger The Engineer' - obok takich płyt jak ‘Revolver’ The Beatles, ‘A Quick One’ The Who czy ‘Open' Brian Auger And The Trinity, to kwintesencja muzycznego pop-artu. Muzyka, która za sprawą dźwięków jest wręcz namacalną ilustracją wszystkiego tego, co wówczas działo się w Wielkiej Brytanii. Szczególnie przywodzi na myśl okres Swingującego Londynu z całym jego kolorytem. Namiastkę tego można zobaczyć w filmie Michelangelo Antonioni 'Powiększenie'.




1. Lost Woman
2. Over Under Sideways Down
3. The Nazz Are Blue
4. I Can't Make Your Way
5. Rack My Mind
6. Farewell
7. Hot House Of Omagarashid
8. Jeff's Boogie
9. He's Always There
10. Turn Into Earth
11. What Do You Want
12. Ever Since The World Began


Skład


Keith Relf – Lead Vocals, Harmonica
Jeff Beck – Lead Guitar
Chris Dreja – Rhythm Guitar, Vocals
Paul Samwell-Smith – Bass Guitar, Vocals
Jim McCarty – Drums, Percussion, Vocals



Płyta zaskakuje dużą rozpiętością stylistyczną oraz mnogością pomysłów, niekiedy posiadającymi cechy pastiszu.
Czego tu nie ma.

Reinterpretacja klasycznej bluesowej kompozycji 'Someone To Love Me' - autorstwa mało znanego bluesmana Snooky Pryora - przemianowana na 'Lost Woman' i ze zmienionym tekstem była doskonałą prezentacją nowego gitarzysty.
Główna część piosenki to właśnie blues oparty na rytmicznej linii basu i skromnym podkładzie perkusji, przerywany w refrenie nagłymi wejściami reszty zespołu. Natomiast to co w tej kompozycji zespół zaproponował od siebie, to powoli się rozwijająca instrumentalna część środkowa - wzbogacona brzmieniem harmonijki ustnej i ponownie przykuwającą uwagę mocno wyeksponowaną partią gitary basowej - muzyka stopniowo nabiera tempa i dynamiki, aż do kulminacyjnej gitarowej kanonady. Absolutna REWELACJA. Szkoda tylko, że tak nagle się to urywa. Jednocześnie można przyjąć, że był to zwiastun heavy-rockowej estetyki.

Następnie trawestacja 'Guitar Boogie' Chucka Berry pod tytułem 'Jeff's Boogie'. Dynamiczny, rhythm and bluesowy 'Over Under Sideways Down', w wokalnych, przesyconych tajemniczą aurą przejściach już tak wyraźnie nosił psychodeliczne piętno. Poza tym ciekawie to kontrastowało ze skocznym charakterem piosenki, szczególnie zaś ze skandowanym refrenem.
Nie mniej porywający 'What Do You Want' ponownie był zakorzeniony w bluesie, w finale zaś ozdobiony został ostrą, rockową partią gitary. Ponad to, wyjątkowo zaśpiewany przez Jeffa Becka, blues-rockowy 'The Nazz Are Blue'. Uroczy, mający w sobie coś z beztroskiej dziecięcej piosenki 'Farewell' zaśpiewany został z prostym akompaniamentem fortepianu. W 'Turn Into Earth' kwintet nawiązał do własnego przeboju 'Still I'm Sad' wprowadzając charakterystyczne grupowe partie wokalne imitujące chorały gregoriańskie.

Wybitnie pastiszowy charakter nosił zaś 'Hot House Of Omagarashid' łączący w sobie, w warstwie wokalnej, coś na wzór hinduskiej mantry z instrumentalnym, typowym dla płyty, gitarowym podkładem wspartym różnego rodzaju humorystycznymi odgłosami, które stanowiły rytm dla tej wyjątkowo nieszablonowej piosenki. Piszę to wszystko z lekkim przekąsem i zastanowieniem, gdyż tak naprawdę sam dokładnie nie wiem, jakie elementy nosi w sobie ta kompozycja.
Kolejną, tylko bardziej bezpretensjonalną piosenką był 'I Can't Make Your Way' zaśpiewany, nieco knajpianą manierą, na głosy, które momentami nosiły nieco pijacki charakter.

We wstępie, będącego swoistym ukłonem dla przebojów doby rock and rolla, 'Ever Since The World Began' grupa dla zmyłki wprowadziła złowieszczy temat wystylizowany na coś w rodzaju czarnej mszy czy innego obrzędu.

Te wszystkie piosenki zawarte na 'Roger The Engineer' mogą sprawiać wrażenie - zwłaszcza przez opisy zamieszczone tutaj - jakiegoś bezładnego chaosu, lecz według mnie jak na 1966 rok płyta była jak z innej bajki. W czasach kiedy rock codziennie zmieniał swoje oblicze, zespoły z czołówki prześcigały się w pomysłach, grupa Yardbirds zaproponowała materiał urzekający swobodą i luźnym potraktowaniem dotychczasowego kanonu estetycznego muzyki młodzieżowej.

Płyta długogrająca ukazała się w kilku innych państwach, przeważnie przemianowana na 'Over Under Sideways Down' i posiadała różne okładki prezentujące odmienne, kapitalne zdjęcia zespołu. Dla przykładu w Kanadzie na froncie LP widniała fotografia kwintetu w składzie z Jimmy Pagem, którego rzecz jasna nie było w formacji, gdy materiał był rejestrowany. To były czasy.

ACTION

ROLLED GOLD 1967

Całkowicie zdefiniowany rockowy styl obowiązujący na dobrą sprawę do dnia dzisiejszego. Tym bardziej zaskakujące, że materiał zawarty na tej płycie nagrany na przełomie 1967 i 1968 roku na premierę musiał czekać blisko trzydzieści lat. Ale cóż, lepiej późno niż wcale. Taki los spotkał wielu innych wykonawców działających w tamtych specyficznych i niepowtarzalnych czasach. Czasach, gdy muzyka rockowa dopiero rozwijała swoje skrzydła i jednocześnie osiągnęła twórcze apogeum.
Słuchając 'Rolled Gold' mam uczucie, że rock zyskał tutaj swoją najdoskonalszą formę. Tak jakby zespół znalazł złoty środek jak taką muzykę należy grać.

Jest to przykład jak przy pomocy minimum środków uzyskać maksimum ekspresywności. Całość chociaż na pozór jednolita, przy bliższym zapoznaniu się z albumem, zaczyna zachwycać bogatą paletą barw.

Zespół zaproponował CZTERNAŚCIE lirycznych piosenek, dosyć skromnych pod względem formy, ale wypełnionych po same brzegi niewyobrażalnymi wprost melodiami. Przy pomocy niewielkiego instrumentarium grupie udało się uzyskać wyjątkowo plastyczne brzmienie, co tylko podkreśla urodę wykonywanych kompozycji.

Z jednej strony doskonale oddają one ducha ówczesnej psychodelicznej epoki - przepiękna partia fletu poprzecznego w ujawniającym jazzowe wpływy 'Love Is All' nadawała kompozycji orientalnego kolorytu oraz pozwalała niemal namacalnie odczuć atmosferę klubów ery Swingującego Londynu.
Z drugiej strony na swój sposób wybiegały daleko w przyszłość i na dobrą sprawę stanowią jeszcze jeden niepodważalny dowód, że na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat w muzyce popularnej nie zdołano wymyślić niczego nowego. Trzeba pamiętać, że wszystkie utwory były jedynie przymiarkami do nagrania właściwej płyty i jako takie nigdy nie otrzymały końcowego szlifu. Tym bardziej podziw budzi jak - pomimo tych niedociągnięć - profesjonalnie brzmi ta muzyka.




1. Come Around
2. Something To Say
3. Love Is All
4. Icarus
5. Strange Roads
6. Things You Cannot See
7. Brain
8. Look At The View
9. Climbing Up The Wall
10. Really Doesn't Matter
11. I'm A Stranger
12. Little Boy
13. Follow Me
14. In My Dream


Skład


Reg King - Vocals
Alan King - Guitar, Vocals
Martin Stone - Guitar
Ian Whiteman - Keybords, Flute, Vocals
Mike Evans - Bass Guitar, Vocals
Roger Powell - Drums


Większość utworów opiera się na cudownie wręcz poukładanych akordach gitary elektrycznej. Po za tym dopiero tutaj w pełni można zrozumieć jak wielkim wokalistą był Reg King. Te jego pełne pasji i młodzieńczej buty, ujawniające duże możliwości techniczne i niezwykle dojrzałe interpretacje wokalne są siłą przewodnią płyty. W dodatku wszystkie piosenki odznaczają się interesującymi aranżacjami grupowych partii wokalnych. Całość zaś rozsadza od środka nieopisana wprost energia wykonawcza.

Przykładem chociażby 'Something To Say', gdzie podstawę stanowią mocno akcentowane pojedynczo uderzane struny. Ponad to przykuwa uwagę ciężka gra sekcji rytmicznej oraz wprowadzona w końcowej części nagrania w formie kontrapunktu dobiegająca jakby z oddali wokaliza. Wszystko to razem tworzy spójną, naładowaną po brzegi emocjami formę i od dłuższego już czasu nieodmiennie jestem tym nagraniem zahipnotyzowany.

W poruszającym i zaśpiewanym na granicy krzyku 'Brain' dźwięki gitary elektrycznej przetworzono przy pomocy efektu wah-wah. Muszę przyznać, że w zestawieniu ze wspaniałą melodią, użycie tegoż przetwornika robi piorunujące wrażenie. Plan dźwiękowy wypełniała mocno wyeksponowana, dudniąca sekcja rytmiczna.
Nie dziwię się teraz dlaczego piosenka dała tytuł pierwotnej edycji tego albumu. Przy czym materiał wypełniający 'Brain (The Lost Recordings 1967/1968)' pochodził z jedynego istniejącego acetatu i posiadał bardzo słabą jakość dźwięku. Dopiero, gdy cudem odnaleziono oryginalne taśmy, całość ukazała się jako 'Rolled Gold'.

Tak więc gitara rządzi tutaj niepodzielnie. Czy to w formie czystej, czy też przetworzonej przez wspomniany efekt wah-wah lub z pomocą fuzzbox jak w 'Strange Roads' oraz 'Follow Me'. Ale także jako gitara akustyczna - nosząca spokojniejszy charakter i wprowadzająca moment wytchnienia, wyjątkowej urody ballada 'Things You Cannot See' zaśpiewana została wyłącznie z towarzyszeniem tegoż instrumentu.

Ważną rolę odgrywa także fortepian. W przypadku rozpoczynającego zestaw pogodnego i opracowanego na głosy 'Come Around' instrument ten przepięknie został zharmonizowany z dźwiękami sześciu strun.
Natomiast bardzo ciekawie pomyślana jest, opracowana na trzy instrumenty, introdukcja do zagranego w szybkim tempie 'Follow Me'. Gitara rytmiczna plus dogrywająca tryle gitara solowa oraz będący rodzajem szkieletu dla całości fortepian.

Ponad to grupa wzbogaciła wspomniany 'Love Is All' oraz w środkową część 'Climbing Up The Wall' partiami fletu poprzecznego, dając przedsmak stylu wypracowanego ostatecznie przez Mighty Baby.
Warto przy tej okazji odnotować, że tekst rewelacyjnego 'I'm A Stranger' - ponownie elektryzujący wstęp oparty na długo wybrzmiewających akordach gitary elektrycznej - został wykorzystany na debiutanckiej płycie tejże formacji w piosence 'House Without Windows'.

Dwie z piosenek zaadoptował wokalista na swoją jedyną solową płytę wydaną w 1971 roku. Były to 'Little Boy' oraz 'In My Dream'. Obie różniły się aranżacjami. Przebojowy 'Little Boy' w wykonaniu sekstetu posiadał bardziej przytłaczające brzmienie na co wpływ miały charakterystyczne ciężkie akordy wybijane przez gitarę. Wersja The Action posiadała bardziej psychodeliczny charakter, zwłaszcza w środkowej części ozdobionej świetnym solem gitary - chyba jedynym na płycie - na tle jednostajnego dudnienia sekcji rytmicznej.

W mojej opinii powstała płyta idealna, niepowtarzalna. Stanowiąca swoistą zapowiedź stylu Mighty Baby. Słychać tutaj wszystko to, co od blisko dwudziestu lat z miernym skutkiem powielają chordy zespołów legitymujących się jako rockowe.
LEKTURA NADOBOWIĄZKOWA.

Przypomnę jeszcze, że po nagraniu opisywanego materiału z The Action rozstał się wokalista Reg King i już bez niego formacja nagrała pięć porażających swoim pięknem kompozycji autorstwa Iana Whitemana, które jak na ironię na wydanie musiały czekać aż do 1985 roku, kiedy to ukazały się jako EP 'Action Speaks Louder Than'. Natomiast od kilku lat dostępne są na debiutanckim CD Mighty Baby.

COUNTRY JOE AND THE FISH

ELECTRIC MUSIC FOR THE MIND AND BODY 1967



1. Flying High
2. Not So Sweet Martha Lorraine
3. Death Sound Blues
4. Happiness Is A Porpoise Mouth
5. Section 43
6. Superbird
7. Sad And Lonely Times
8. Love
9. Bass Strings
10. The Masked Marauder
11. Grace


Skład


Country Joe McDonald - Vocals, Guitar
Barry Melton - Vocals, Guitar
David Cohen - Guitar, Organ
Bruce Barthol - Bass Guitar, Harmonica
Gary Hirsh - Drums

poniedziałek, 2 maja 2011

AMBOY DUKES

JOURNEY TO THE CENTER OF THE MIND 1968



1. Mississippi Murderer
2. Surrender To Your Kings
3. Flight Of The Byrd
4. Scottish Tea
5. Dr. Slingshot
6. Journey To The Center Of The Mind
7. Ivory Castles
8. Why Is A Carrot More Orange Than An Orange
9. Missionary Mary
10. Death Is Life
11. Saint Philips Friend
12. I'll Prove I'm Right
13. Conclusion


Skład


Ted Nugent – Lead Guitar
Greg Arama – Bass Guitar
John Drake – Vocals
Steve Farmer – Rhythm Guitar, Vocals
Dave Palmer – Drums
Andy Solomon – Organ, Piano, Vocals

czwartek, 21 kwietnia 2011

YES 1969



1. Beyond And Before
2. I See You
3. Yesterday And Today
4. Looking Around
5. Harold Land
6. Every Little Thing
7. Sweetness
8. Survival


Skład


Jon Anderson - Lead Vocals
Peter Banks - Guitar, Vocals
Chris Squire - Bass Guitar, Vocals
Tony Kaye - Organ, Piano
Bill Bruford - Drums


środa, 20 kwietnia 2011

KISS 1974

To jest moja wielka miłość, która rozpoczęła się dokładnie dwadzieścia lat temu i trwa do dzisiaj. Rety, jak ten czas zasuwa. Kiss jakoś nigdy nie zaistniał na szerszą skalę w naszym cudownym kraju. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, gdy w latach dziewięćdziesiątych planowali odwiedzić Polskę, zainteresowanie z naszej strony było znikome.
Trochę mnie to dziwi, wszak jest to doskonałe rockowe granie będące syntezą hard-rocka z modnym wówczas glam-rockiem, odniesieniami do klasycznego rock and rolla i dodatkowo naładowane ogromną energią.

Wiem, że wielu skreśliło ten zespół ze względu na jego wygląd. Makijaż. Kostiumy. Cała ta cyrkowa otoczka faktycznie może odstręczać. Jeśli jednak pominiemy to wszystko, pozostanie kapitalna, pełnowartościowa - zwłaszcza w najwcześniejszym okresie działalności - rockowa muzyka.
Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można zachwycać się Ramones z ich umiejętnościami na poziomie przedszkolaka i inwencją melodyczną psa uwiązanego na łańcuchu, a odrzucać muzykę Kiss, która jest na znacznie wyższym poziomie wykonawczym. Ale może właśnie to jest przyczyna. W Polsce od wielu już lat panuje zasada, że im większy chłam, tym większy wzbudza zachwyt.




1. Strutter
2. Nothin' To Lose
3. Firehouse
4. Cold Gin
5. Let Me Know
6. Kissin' Time
7. Deuce
8. Love Theme From KISS
9. 100.000 Years
10. Black Diamond


Skład


Paul Stanley - Vocals, Rhythm Guitar
Gene Simmons - Vocals, Bass Guitar
Ace Frehley - Lead Guitar
Peter Criss - Drums, Percussion, Vocals


Debiut to dzieło porywające. Z resztą - tak jak w przypadku dwóch kolejnych płyt - większość zawartego tutaj materiału to już dzisiaj prawdziwa klasyka, którą zespół po dziś dzień wykonuje na koncertach. Trudno chyba wyobrazić sobie bardziej przebojowe i jednocześnie zagrane z pasją i wyczuciem rockowej konwencji piosenki.
Dla przykładu taki 'Deuce' to świetny riff gitary i mocarne wejścia gitary basowej plus niemal wściekły śpiew Gene Simmonsa. Bomba. Inny ponadczasowy utwór z tej płyty, czyli 'Strutter' to nieprzyzwoicie wręcz melodyjny, lekko rozkołysany utwór z doskonale zharmonizowanymi obydwiema gitarami oraz zapadającym w pamięć refrenem. Muszę też tutaj zauważyć, że każde nagranie na debiucie zawierało obowiązkowe solo gitary. Tylko, że w tym przypadku nie było to jakieś tam bezproduktywne plumkanie w celu zapełnienia czymś muzyki, ale rewelacyjne, przemyślane i dopasowane do całości wykorzystanie sześciu strun.
Ace Frehley był wtedy pełnym wyczucia i inwencji muzykiem, który w sposób niezwykle porywający potrafił ozdobić muzykę kwartetu tymi swoimi wysmakowanymi, często delikatnie zakorzenionymi w bluesie, oszczędnymi zagrywkami.

Przykładem chociażby powolny i niemal progresywny, instrumentalny 'Love Theme From KISS'.

Archetypowy jest '100.000 Years' poprzedzony krótką zagrywką gitary basowej. Uwielbiam ten zadziorny, krzykliwy śpiew Paula Stanleya. Całość ponownie została ozdobiona świetnymi gitarowymi popisami. Nie ma się co oszukiwać. Kiss nie tworzyli jacyś amatorzy wzięci z ulicy, ale bardzo dobrzy muzycy. Bardzo dobrzy w tym co robili. Nie było mowy o jakimś przeciętniactwie. Wystarczy posłuchać jak śpiewa wspomniany Paul Stanley - czysto i mocno, czasami jego barwa głosu nabiera niemal soulowego odcienia. Warto przypomnieć, że wtedy nie było komputerów, które pomagały z niczego wykreować sztuczny ideał.

Płytę kończył rewelacyjny 'Black Diamond'. Od romantycznego wstępu zaśpiewanego z towarzyszeniem gitary akustycznej, aż po instrumentalny, mroczny i zagrany z desperacją finał czuć ile pasji Kiss wkładał w wykonywaną muzykę. Świetny jest pomysł ze spowalnianiem taśmy na samym końcu nagrania, co daje niesamowity, apokaliptyczny efekt. Warto zauważyć, że głównym wokalistą w tej piosence (charakterystyczna chrypka) był perkusista Peter Criss.

Mógłbym tak wymieniać i się rozpływać w zachwytach. Płyta jest dość spójna. Kwartet nie wydziwia. Nie ma tu jakiś produkcyjnych niuansów. Siła tej muzyki tkwi w jej bezpośredniości. Po za tym to jest rock and roll. To ma być dobra zabawa.
W tym miejscu wspomnę jeszcze, że współproducentem debiutu był niejaki Richie Wise, gitarzysta nieistniejącego już wtedy doskonałego hard-rockowego tria Dust, w którym perkusistą był Marc Bell, później znany jako Marky Ramone.

W okresie 1974-1975 grupa jeszcze nie mogła się poszczycić większymi sukcesami komercyjnymi. Ale już wydany pod koniec 1975 roku koncertowy 'Alive' przyniósł grupie upragniony rozgłos.

Kolejny studyjny album 'Destroyer' w moim odczuciu jest największym osiągnięciem zespół. Ten wyprodukowany przez Boba Ezrina – znanego ze współpracy z Lou Reedem, Peterem Gabrielem i przede wszystkim Pink Floyd - album zachwyca bogactwem pomysłów, przemyślaną formą oraz dopracowanymi w najdrobniejszych szczegółach - ale nie pozbawionymi rockowej swady, charakterystycznej dla stylu Kiss – piosenkami stanowiącymi coś na wzór większej całości. Pod wieloma względami jest to rockowy majstersztyk.
Biorąc pod uwagę, że był to rock 1976, czyli okres stagnacji w muzyce popularnej, to zespół jakimś dziwnym sposobem omijał te wszystkie mielizny.
Na płycie znalazły się tak zróżnicowane kompozycje jak rockowe hymny w rodzaju 'Detroit Rock City' i 'Shout It Out Loud' czy 'Do You Love Me?'. Wszystkie po prostu fantastyczne. Nawiązująca do muzyki gospel podniosła pieśń 'Great Expectations' wykonana z towarzyszeniem chóru oraz 'Beth' zaśpiewana przez Petera Crissa sentymentalna ballada zaaranżowana z orkiestrowym przepychem i wykonana bez udziału pozostałych muzyków.
Wspaniały materiał. Myślę, że wielu specjalistom od siedmiu boleści nadal kością w gardle staje fakt, że grupa taka jak Kiss mogła zrealizować album tak dojrzały jak 'Destroyer'.

Dodam jeszcze tylko, że w chwili wydania w LP 'Dynasty' i 'Unmasked' kwartet wszedł w krótkotrwały alians z muzyką disco, czego efektem było złagodzenie brzmienia i przebój 'I Was Made For Lovin' You'. Chociaż na pierwszej z wymienionych płyt formacja zaproponowała kilka bardzo dobrych rockowych kompozycji – na przykład doskonałą wersję '2000 Man' z repertuaru The Rolling Stones z ich najbardziej psychodelicznego albumu 'Their Satanic Majesties Request'.
Z nastaniem lat osiemdziesiątych zespół postanowił zmienić wizerunek i zrzucił dotychczasowe maski oraz stroje i zatopił się w bardziej popowej odmianie metalu.

Ogólnie rzecz ujmując blisko czterdziestoletnia kariera Kiss to temat obszerny i ciekawie by było przeczytać kiedyś jakieś kompetentne opracowanie ich dorobku wydane w języku polskim. Ale raczej nie ma co liczyć na coś tak wspaniałomyślnego.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

BABE RUTH

FIRST BASE 1972

Nazwa tego brytyjskiego zespołu wzięta została od pseudonimu sławnego amerykańskiego baseballisty. Ale pomimo tego oraz okładki autorstwa Rogera Deana, muzyka ze sportem nie ma nic wspólnego. Jeśli już, to prędzej z westernem. I to w wydaniu włoskim, zwanym spaghetti westernem.

Ale też nie będę przesadzał, że - po za warstwą literacką - są tutaj klimaty rodem z filmów Sergio Leone czy kompozycji Ennio Morricone. 'First Base' to przede wszystkim świetne kompozycje o zdecydowanie hard-rockowym rodowodzie.
Dowodem zamiłowania do hard-rockowego zgiełku był chociażby otwierający płytę dynamiczny 'Wells Fargo'. Wyrazisty riff gitary oraz dość monotonny podkład sekcji rytmicznej stanowił tło dla krzykliwego śpiewu Janity Haan. Dla urozmaicenia faktury tego nagrania wprowadzono solo saksofonu.





1. Wells Fargo
2. The Runaways
3. King Kong
4. Black Dog
5. The Mexican
6. Joker


Skład


Janita Haan - Vocal
Dave Hewitt - Bass Guitar
Dick Powell - Drums, Percussion
Dave Punshon - Piano
Alan Shacklock - Guitar, Vocal, Organ, Percussion





Dowodem fascynacji konwencją spaghetti westernów oraz przede wszystkim twórczością Ennio Morricone była kompozycja 'The Mexican'. Można w niej wyodrębnić dwie części. Pierwsza - we wstępie ozdobiona kilkoma taktami gitary klasycznej w stylu flamenco - to była ponownie dynamiczna rockowa piosenka. Druga, instrumentalna część, także pełna gitarowego zgiełku i ozdobionego dźwiękami kastanietów - oparta była na motywach utworu włoskiego kompozytora do filmu 'For A Few Dollars More'. Oczywiście jestem taki mądry, bo ta informacja figuruje w opisie nagrań na CD. Warto zauważyć, że tę instrumentalną sekwencję wydano także na drugiej stronie singla 'Wells Fargo'.

Z kolei 'Black Dog' nosił bardziej zróżnicowany charakter. Na samym początku słychać odgłos dzwonów. Pojawia się werbel oraz kotły perkusji. Autentycznie czuć klimat jakiegoś małego miasteczka gdzieś na wysuszonej słońcem prerii. Najpierw utwór jest niemal balladowy. Wstęp to delikatny śpiew na tle nastrojowej, łkającej gitary elektrycznej. Całość szybko jednak nabiera tempa. Pojawia się improwizacja fortepianu na tle prostego podkładu sekcji rytmicznej i powtarzanego z namaszczeniem riffu gitary. Janita Haan na powrót daje znać o swoim zamiłowaniu do bardziej ekspresyjnego śpiewania. W drugiej części nagrania otrzymujemy dynamiczne, ostre granie z wysuniętą na plan pierwszy kapitalną partią gitary.

Jedyny, w pełni instrumentalny fragment płyty 'King Kong' był porywającą, zdecydowanie rockową wersją kompozycji Franka Zappy. Tutaj eksponującą przede wszystkim dźwięki pianina elektrycznego oraz po raz kolejny z rzędu doskonałe brzmienie gitary lidera Babe Ruth, Alana Shacklocka. W takim nagraniu nie mogło zabraknąć miejsca na improwizacje.

Natomiast zupełnie wyjątkowa była piosenka 'The Runaways'. Jedna z najpiękniejszych kompozycji jakie miałem sposobność słyszeć.
Ten arcygenialny elegijny utwór zaaranżowano inaczej niż pozostałe kompozycje umieszczone na płycie. Chociaż pod względem konstrukcyjnym przypomina 'The Mexican', to jednak nie ma tutaj typowo rockowego instrumentarium. W zamian otrzymujemy przepiękną partię fortepianu, oboju i wiolonczeli. Śpiew wokalistki jest przepełniony smutkiem. W długiej instrumentalnej części muzyka nabiera rozmachu i bardziej podniosłego, marszowego sznytu.
To jest jedna z tych muzycznych wspaniałości, którą nie sposób opisać w żaden dostępny sposób. Nic bowiem nie zastąpi obcowania z takimi dokonaniami jak 'The Runaways'. Według mnie już za pierwsze takty fortepianu powinno się kompozytorowi postawić pomnik.

Program płyty uzupełniał zadziorny i ponownie zdecydowanie hard-rockowy 'Joker' w którym zespół zaproponował rodzaj wokalnego dialogu między wokalistką i gitarzystą.

Babe Ruth nagrali pięć płyt długogrających (to takie niemodne określenie).
Niestety tylko trzy pierwsze powstały w oryginalnym składzie. W tym okresie zespół cieszył się jako takim uznaniem w Stanach Zjednoczonych czego wynikiem była obecność tych płyt w niższych rejonach list przebojów. Niestety z chwilą, gdy grupę opuścił Alan Shacklock wszystko zaczęło zmierzać ku nieuniknionemu końcowi.
W ostatnim okresie działalności w zespole występował gitarzysta Bernie Marsden, z którego udziałem powstały dwa ostatnie albumy 'Stealin' Home' oraz nagrany w zupełnie już zmienionym składzie 'Kid's Stuff'.

KALEIDOSCOPE

TANGERINE DREAM 1967


Kaleidoscope to legenda brytyjskiego rocka psychodelicznego. W grupie pokładano spore nadzieje, których jednak kwartetowi nie udało się spełnić. Piosenki singlowe były często prezentowane przez stacje radiowe. Sam zespół zaliczył kilka sesji nagraniowych dla radia BBC. Prasa pisała entuzjastyczne recenzje ich płyt. Jednak to wszystko nie przyniosło oczekiwanego sukcesu. Dlaczego? Mogę tylko zgadywać.

Może zabrakło elementu zaskoczenia? Czegoś oryginalnego? Ale moim zdaniem grupa mimo wyraźnej fascynacji twórczością Bee Gees i Pink Floyd, potrafiła wypracować swój własny styl. Inny powód może być taki, że często w ich nagraniach zanikał pierwiastek typowego rockowego grania, a muzyka stawała się zbyt delikatna, bajkowa. Ale ten argument również nie jest w pełni przekonujący, wszak wspomniany Bee Gees zasłynął dzięki muzyce częstokroć wyraźnie odchodzącej od rockowej stylistyki, pełnej dostojeństwa niezbyt kojarzącego się z muzyką adresowaną do młodego odbiorcy. Daleko tutaj było do zgiełku rodem z nagrań The Jimi Hendrix Experience czy Cream.
Inny bardziej prozaiczny powód, to być może niezbyt atrakcyjne aparycje młodzieńców, którzy współtworzyli Kaleidoscope. To się może wydawać absurdalne, ale przecież nie od dzisiaj wiadomo, że ci którzy słuchają muzyki popularnej - czyli przede wszystkim młodzież - ogromną wagę przywiązuje do warstwy wizualnej.




1. Kaleidoscope
2. Please Excuse My Face
3. Dive Into Yesterday
4. Mr. Small, The Watch Repairer Man
5. Flight From Ashiya
6. The Murder Of Lewis Tollani
7. (Further Reflections) In The Room Of Percussion
8. Dear Nellie Goodrich
9. Holidaymaker
10. A Lesson Perhaps
11. The Sky Children


Skład


Eddie Pumer – Lead Guitar, Keyboards
Steve Clark – Bass Guitar, Flute
Danny Bridgman – Drums, Percussions
Peter Daltrey – Keyboards, Vocal


Dość tych mętnych wywodów.
Tytuł debiutanckiego LP zapewne dla wielu brzmi znajomo. Otóż nie wiadomo czy to zbieg okoliczności czy też słynna niemiecka grupa zetknęła się z tym albumem.

Oczywiście na 'Tangerine Dream' nie ma nawet cienia muzyki elektronicznej. To muzyka z pogranicza ambitnego popu oraz psychodelicznego rocka i odrobiną wpływów folkowych. To wszystko razem spowite jest bajkową aurą.
Punktem centralnym jest tutaj moim zdaniem 'Flight From Ashiya'. Piosenka zaczyna się od miażdżącego akordu fortepianu, po czym pojawia się zagrywka gitary w wysokich rejestrach nadająca całości nieco orientalnego charakteru. Zagrany w powolnym rytmie utwór wzbogacono pojawiającą się w tle i potęgującą wrażenia niesamowitości wokalizą bez słów. Rewelacja. Niestety wydana na singlu 'Flight From Ashiya' i ozdobiona - co wtedy było rzadkością - piękną, kolorową okładką nie wzbudziła większego zainteresowania i piosenka przebojem się nie stała.

Nie będę opisywał wszystkich umieszczonych na płycie nagrań. Opiszę tylko te, które mnie najbardziej przypadły do gustu lub zwróciły moją uwagę.
Pierwszy na płycie 'Kaleidoscope' to potężny, rytmiczny utwór we wstępie wzbogacony prostymi dźwiękami fortepianu. Przez cały czas rolę wiodącą pełniła mocna perkusja. Przeciwieństwem był 'Please Excuse My Face'. Wyciszony, akustyczny fragment mogący nasuwać skojarzenia z twórczością duetu Simon And Garfunkel.

Kolejnym objawieniem płyty był 'Dive Into Yesterday'. Kapitalna piosenka okraszona fajnymi gitarowymi trylami oraz nagłymi spowolnieniami, którym rytm nadawały potężne uderzenia w werbel. Zespół zacytował także kilka wersów z wcześniejszego nagrania 'Kaleidoscope'.
W 'The Murder Of Lewis Tollani' zwrotka to cudowne, senne i niemal rozpływające się dźwięki. Refren zaś to zupełnie odmienny, chwytliwy krótki motyw. Niby wydaje się proste, ale jest to jeszcze jeden wyrazisty punkt tej płyty.

Pełne słodyczy kompozycje jak refleksyjny 'Dear Nellie Goodrich' oraz pogodny 'Holidaymaker' ukazywały Kaleidoscope jako grupę skłonną do wycieczek w stronę zdecydowanie popowej odmiany rocka. W pierwszym z tych nagrań aranżację wzbogacono partiami pianina. Utwór ten zdradzał zauroczenie folkiem - czyli coś z pogranicza dokonań amerykańskiego kwartetu The Byrds oraz szkockiego barda Donovana. W 'Holidaymaker' wprowadzono naturalistyczny efekt dźwiękowy w postaci hałasów towarzyszących dziecięcym zabawom.

'A Lesson Perhaps' był rodzajem baśniowej opowieści z tłem gitary klasycznej.
Płytę kończył najdłuższy w zestawie, pełen optymizmu 'The Sky Children' ponownie ujawniający zamiłowanie grupy do łączenia folkowych melodii z popowymi aranżacjami. Zawsze, gdy tego słucham odnoszę wrażenie, że utwór powstał pod wpływem sławetnego 'San Francisco (Be Sure To Wear Flowers In Your Hair)' którego autorem był John Phillips z The Mamas And The Papas.

Tak więc materiał na płycie bez dwóch zdań posiadł swój ulotny czar i wdzięk. Trudno wyobrazić sobie bardziej melodyjne piosenki, dość łatwo wpadające w ucho, a jednocześnie posiadające tę magiczną, lekko psychodeliczną i eksperymentalną otoczkę. To opinia bardzo subiektywna.

Teraz natomiast będzie opinia obiektywna. Być może będąca odpowiedzią na wszystkie wątpliwości umieszczone na początku opisu. Obstawiam trochę naiwny kształt całości. Wszystko jest zbyt ładne. Zbyt wygładzone. Wypolerowane. Czasami za dużo tutaj prostoduszności. Nawet gdy muzycy grają bardziej dynamiczne motywy, to i tak nie udaje się im uwolnić od ciążącej nad całą płytą słodyczy.

Mimo niepowodzenia 'Tangerine Dream' zespół pod szyldem Kaleidoscope nagrał w 1969 roku kolejny album długogrający zatytułowany 'Faintly Blowing'. Oba powstałe dla wytwórni Fontana Records wydawnictwa nie zdobyły uznania publiczności. Natomiast wydany w roku 1970 LP 'From Home To Home' został zarejestrowany pod nazwą Fairfield Parlour dla ambitnej wytwórni Vertigo Records. Również bez odzewu.
Wkrótce potem grupa nagrała własnym kosztem materiał na niewydany wówczas album 'White Faced Lady', ale z braku zainteresowania jakiejkolwiek wytwórni zakończyła działalność. Materiał ten czekał na oficjalną publikację aż do 1991 roku, kiedy to został zrealizowany przez należącą do muzyków zespołu firmę The Kaleidoscope Record Company. Po latach całość wydała także zasłużona niemiecka wytwórnia Repertoire Records.

CRESSIDA 1970

czwartek, 14 kwietnia 2011

SPRING 1971

W ciągu ostatniego miesiąca napisałem chyba tylko dwa hasła. Czar i The Pretty Things.
Nadeszła wiosna, więc po przerwie powrócę opisem płyty zespołu, którego nazwa jak ulał pasuje do obecnej pory roku (w chwili, gdy piszę te słowa za oknem zrobiło się słonecznie). Zauważam jedną ważną rzecz - gdy układam sobie recenzje w myślach, wydaje mi się, że wymyśliłem coś ciekawego, interesującego. Niestety, gdy zasiadam do klawiatury komputera, nijak nie potrafię poskładać myśli i odtworzyć tego wszystkie, co wcześniej zrodziło się w mojej głowie. Taka udręka.

Cóż za płyta.
Album, na którym w sposób nadzwyczaj czarujący wykorzystano bogate, często wręcz orkiestrowe brzmienie melotronu. Wiadomo, w tym czasie był to instrument niezwykle popularny, rozsławiony dzięki płytom The Moody Blues, King Crimson czy Genesis. Tutaj muzyka dosłownie płynie na brzmieniu melotronu. Jest niczym delikatny powiew wiosennego wiatru, jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi.

Melotron wiedzie tutaj prym. Tworzy wspaniałe linie melodyczne, przestrzenie. Ważna jest również mocna, wyrazista perkusja. Nie mniejsze znaczenie posiada gitara elektryczna, czasem będąca podstawą aranżacji, czasem zaś subtelnie uzupełniająca muzyczne tło. Całość natomiast komentuje - na przemian delikatny, innym razem silny i zdecydowany - nieco nosowy głos wokalisty.
To wszystko razem oparte na dopracowanych, autentycznie nadzwyczajnych melodiach.




1. The Prisoner (Eight By Ten)
2. Grail
3. Boats
4. Shipwrecked Soldier
5. Golden Fleece
6. Inside Out
7. Song To Absent Friends (The Island)
8. Gazing


Skład


Pat Moran - Vocal
Ray Martinez - Guitar
Kips Brown - Keyboards (Mellotron. Hammond Organ, Piano)
Pick Withers - Drums
Adrian Maloney - Bass




Rozkładana na trzy części okładka autorstwa Marcusa Keefa doskonale oddaje klimat muzyki zawartej na płycie Spring.
Zwłoki na pierwszym planie. Krew sącząca się do strumyka. Po drugiej stronie sam zespół. Widać uśmiech na twarzy jednego z muzyków. Sielski obrazek. To wszystko razem jakieś takie nierzeczywiste. Przykryte dziwną mgiełką tajemnicy jaką skrywa w sobie otaczająca człowieka natura. Można wręcz odnieść wrażenie jakby zwłoki policjanta roztapiając się, spływały do strumyka razem ze śniegiem topionym przez promienie słońca zwiastujące nadejście wiosny.
Taki pomysł - niby prosty, a jednak mający w sobie coś surrealistycznego - mógł zrodzić się tylko w głowie Marcusa Keefa, twórcy nielicznej, acz istotnej części projektów zdobiących klasyczne rockowe płyty.

Wracając do tematu.
Ilustracja na okładce dobrze oddaje klimat takich nagrań jak rozpoczynający płytę, refleksyjny 'The Prisoner (Eight By Ten)'. Wysokie dźwięki melotronu tworzą ową dziwną aurę. W drugim nagraniu pałeczkę przejmuje gitara elektryczna. Wspaniały jest tutaj podniosły refren.

W 'Shipwrecked Soldier' główny temat to rockowa piosenka z ostrą gitarą oraz wysuniętą na plan pierwszy perkusją. Zaś we fragmentach instrumentalnych to po prostu niemal wojskowy marsz z fanfarowymi partiami grającego w wysokich rejestrach melotronu.
Podobne rozwiązania aranżacyjne wprowadzono w następnym na płycie 'Golden Fleece'. Od delikatnych tonów tworzących strukturę kompozycji poprzez niemal fanfarowe brzmienia. W środkowej części pojawia się przepiękna impresja grana na melotronie podparta delikatnymi dźwiękami gitary akustycznej. Znalazło się także miejsce na solowe popisy grane na organach Hammonda oraz na gitarze elektrycznej.

W świetnym, zdecydowanie rockowym i bardzo dynamicznym 'Inside Out' w formie dygresji wprowadzono krótki temat oparty na eterycznych dźwiękach cymbałków. W finale natomiast zespół zaproponował kapitalny motyw z organami Hammonda w roli głównej.

'Song To Absent Friends (The Island)' to przepiękna ballada zaśpiewana jedynie z akompaniamentem fortepianu.

Finałowy 'Gazing' to absolutny majstersztyk. Majestatyczny wstęp z melotronem o orkiestrowym brzmieniu swobodnie przechodzi w delikatną zwrotkę zaśpiewaną z towarzyszeniem gitary akustycznej i perkusji. Ten spokój mącą przeszywające wejścia potężnego brzmienia melotronu w refrenie, gdzie w tle słychać oszczędne akordy organów Hammonda. W interludium otrzymujemy zaś autentycznie poruszające solo gitary elektrycznej. Tego po prostu TRZEBA posłuchać.
Warto zwrócić uwagę na ostatni, wydłużony dźwięk melotronu wieńczący 'Gazing'. Niemal identyczny pomysł wprowadziła w tym samym czasie grupa Genesis w kompozycji 'The Fountain Of Salmacis' na swojej trzeciej płycie 'Nursery Cryme'. Jedyna różnica polega na tym, że w utworze Genesis ten dźwięk jest bardziej narastający (czyli tak zwane crescendo).
Kto od kogo zapożyczył? Czy też zwykły zbieg okoliczności?

Pierwotnie LP ukazał się zarówno w Wielkiej Brytanii jak i w Niemczech wydany przez krótkotrwały oddział firmy RCA - Neon. Producentem płyty był Gus Dudgeon, wieloletni współpracownik i współtwórca brzmienia na wielu klasycznych płytach Eltona Johna. Natomiast perkusista Pick Withers po kilku latach muzycznej tułaczki zasilił szeregi Dire Straits, nagrywając z tym popularnym zespołem cztery pierwsze płyty.

poniedziałek, 28 marca 2011

DYGRESJA

Swoim zwyczajem dodałem mnóstwo okładek płyt, które tradycyjnie czekają na zawiłe i nic nie mówiące opisy. Gdy widzę, jak wiele płyt wartych jest wzmianki, a których pewno nie zdołam opisać nawet za tysiąc lat, to nachodzi mnie refleksja, czy warto się tak rozdrabniać przy tych nieporadnych recenzjach. Jak dobrze byłoby znać choć trochę zagadnień związanych z muzyką. Jak wiele by wówczas takie opisy zyskały. Tymczasem narzucona przez samego siebie nieco sztywna zasada prezentowania płyt, nie pozwala mi na nieco większą swobodę traktowania tematu.
Po za tym wiele wspaniałych dokonań jest mimo wszystko dość trudnym orzechem do zgryzienia i póki co, nie wiem jak się za te dzieła zabrać.

Sprostowanie.
Otóż przy okazji opisu płyty Norman Haines Band 'Dan Of Iniquity' stwierdziłem błędnie jakoby nie doczekała się ona nigdy oficjalnego wznowienia. Otóż błąd. Okazuje się, że album ukazał się jak najbardziej oficjalnie w 1993 roku wydany przez Shoestring Records. Nakład był limitowany i numerowany oraz zawierał autograf samego Normana Hainesa.
Tak więc przepraszam za pochopne i niesprawdzone informacje.

ELONKORJUU

HARVEST TIME (1972)



1. Unfeeling
2. Swords
3. Captain
4. Praise To Our Basement
5. Future
6. Hey Hunter
7. The Ocean Song
8. Old Man's Dream
9. Me And My Friend
10. A Little Rocket Song


Skład


Heikki Lajunen - Vocals
Jukka Syrenius - Guitar
Ilkka Poijärvi - Organ, Flute, Guitar
Veli-Pekka Pessi - Bass Guitar
Eero Rantasila - Drums


REWELACYJNA płyta.
Dosłownie jakbym dostał obuchem po głowie. Chyba mogę uznać, że jeśli wznowiony na CD przez Shadoks Music album pochodzącej z Finladii grupy Elonkorjuu przesłuchałem cztery czy pięć razy pod rząd w ciągu jednego dnia i w ostatnim czasie wracam do niego regularnie to jest to muzyka stworzona dla mnie. Moja muzyka.

Jak jednak opisać takie dzieło?
Aranżacje mimo, że osnute wokół typowego rockowego instrumentarium, czyli gitary elektrycznej, gitary basowej i perkusji oraz w kilku miejscach wzbogacone partiami organów Hammonda, a nawet fletu poprzecznego, ujmują pastelowym kolorytem, bogactwem odcieni, subtelnością rozwiązań harmonicznych zestawionych z ostrym charakterem większości zawartych tutaj kompozycji.
Dopełnieniem tego wszystkiego jest charakterystyczny, dojrzały śpiew wokalisty. Mimo, że nie oszczędza on strun głosowych i przeważnie śpiewa w rockowym stylu, to jednak słyszę w tych jego interpretacjach jakąś życiową mądrość, melancholię.

Trzeba pamiętać o jednej istotnej kwestii. Mianowicie takiej, że 'Harvest Time' został nagrany przez bardzo młodych ludzi. Tym większy podziw budzi sprawność techniczna z jaką wykonują owe, na pozór nieskomplikowane utwory własnego autorstwa.

Przykuwa uwagę zachwycająca wręcz gra na gitarze Jukka Syreniusa, który z ogromną swobodą potrafi czarować zarówno dynamicznym układem akordów oraz swobodnymi partiami solowymi. Wprost uwielbiam taki styl gry.
Drugą centralną osobowością jest fenomenalny perkusista. Od razu daje się w jego grze odczuć jazzowe wpływy, które jednak zasymilowane są z bardzo ciężkim uderzeniem. Proszę tylko posłuchać jak pięknie to brzmi. Każdy dźwięk jest tutaj wyrazisty, soczysty. Tak grali najwięksi mistrzowie tego instrumentu. Tak właśnie powinna brzmieć perkusja.

Wiem, to wszystko wygląda jakoś bezradnie, ale jak już napisałem, nie jest to łatwa muzyka do przełożenia na litery.

Kompozycje utrzymane są w heavy-rockowej konwencji z bardzo delikatnymi wpływami folku.
Pierwsze trzy zawarty tutaj utwory doskonale ilustrują tonację w jakiej utrzymana jest reszta repertuaru. Wystarczy posłuchać 'Unfeeling'. Preferujący raczej progresje akordowe niż typowe riffy gitarzysta oraz nabijająca dynamiczny rytm na dwóch bębnach taktowych perkusja. Wszystko to wykonane w szybkim tempie łagodzonym nagłymi, nastrojowymi spowolnieniami.
Koncepcję tę rozwijał 'Swords'. Tutaj daje się wyodrębnić dwa kontrastowe tematy. Balladowy - z eterycznym podkładem gitary elektrycznej, organów Hammonda i niemal niesłyszalnego fletu poprzecznego oraz zdecydowanie ciężki - z mocną grą perkusisty i ostrymi zagrywkami gitarzysty. Jako rodzaj przerywnika zespół wprowadził dwa krótkie instrumentalne interludia - w pierwszym z nich zaproponował piękną partię fletu poprzecznego, w drugim natomiast rolę wiodącą przejęły organy Hammonda.

Z kolei 'Captain' to mój ukochany fragment tego LP.
Najpierw krótka gitarowa introdukcja. Po czym pałeczkę przejmują budujące tajemniczą atmosferę organy Hammonda oraz absolutnie wybitne partie gitary basowej. Niezwykłe, jak bardzo melodyjnie można grać na czterech strunach. Na tym urzekającym tle słyszymy niepokojący głos Heikki Lajunena. Wszystko to zostaje zaburzone przez zniewalający swoją intensywnością zdecydowanie heavy-rockowy motyw z rewelacyjnym solo gitarzysty oraz piorunującym wręcz werblem. Za moment wszystko ulega wyciszeniu i ustępuje pola niebiańskiej partii fletu poprzecznego.
Magiczny moment.

'Praise To Our Basement' to ponownie zestawienie lirycznych brzmień z żywszymi motywami - w tym przypadku jest to wspaniały, podniosły refren. Środkowa część okraszona została atmosferycznymi dźwiękami gitary grającymi na zaciąganych strunach, co daje wrażenie jakby zostało to nagrane przy pomocy puszczonej w zmienionym kierunku taśmy.

Jedyny na 'Harvest Time' instrumentalny 'Future' oparty był na granej w szybkim tempie ostinatowej figurze gitary basowej i czarował powtarzanymi z namaszczeniem kilkoma dźwiękami gitary. Był to rodzaj klamry dla krótkiego solowego popisu perkusisty oraz zdradzającej jazzowe inspiracje dygresji, stopniowo nabierając cech heavy-rockowego zgiełku.
To wszystko udawało się zmyślnie pomieścić w tak ograniczonych czasowo formach.

Nagrania takie jak 'Hey Hunter' czy 'Old Man's Dream' prezentowały kwintet jako muzyków, którzy największą słabość czują do hard-rockowych brzmień, nie stroniąc jednocześnie od wpływów jazzu czy bluesa. Klinicznym tego przykładem druga z tych piosenek za podstawę mająca prosty rockowy temat przechodzący w pełną wycyzelowanych, zagranych z polotem improwizacji z wyczuwalnymi jazzowymi wpływami, zwieńczona zaś zwięzłym motywem skłaniającym się na powrót w kierunku muzyki o stricte rockowym zabarwieniu.

Kilka dodatkowych kwestii.
Dla mnie jest to muzyka niczym z bajki.
Dlaczego dzisiejsi młodzi wykonawcy nie chcą lub może po prostu nie umieją grać tak dobrze? Co się dzieje? To jest ponad moją zdolność pojmowania świata.

Początkowo chciałem napisać krótki opis, który zawierałby esencję tego, co znajduje się na płycie. Pomyślałem jednak, że Elonkorjuu ze swoją niepowtarzalną muzyką zasługują na coś więcej. Martwię się jedynie czy to rozkładanie przeze mnie na czynniki pierwsze większości kompozycji ma w sobie choć ziarno profesjonalnie wykonanej pracy. Ze swoją muzyczną wiedzą jestem niestety skończonym laikiem.

Zamykając temat.
Zasłużona niemiecka wytwórnia Shadoks Music raczy zwolenników starego rocka bardzo dużą ilością reedycji. Wśród takiego natłoku wydawnictw siłą rzeczy otrzymujemy wiele tytułów, które bardzo się już zestarzały i czasem nawet takiemu zatwardziałemu fanatykowi jak niżej podpisany słucha się tego nie najlepiej. Zdarzają się jednak prawdziwe perły i bez wątpienia do takich należy Elonkorjuu 'Harvest Time'. Wyjątkowe dokonanie.
Warto wspomnieć, że wydany w 1972 roku wyłącznie w Finlandii przez EMI Parlophone oryginalny LP jest najnormalniej w świecie diabelnie rzadki. Niemal jakby nie istniał. Jedyny egzemplarz jaki pojawił się dwa lata temu na portalu Ebay, został sprzedany za kwotę 924 Euro.

Aha. Na YouTube można znaleźć wykonany na żywo w telewizji przez zespół utwór 'The Ocean Song'. SENSACYJNA sprawa.

JASON CREST

COLLECTED WORKS (1968-1969)