poniedziałek, 31 maja 2010

MUSIC EMPORIUM (1969)




1. Nam Myo Renge Kyo
2. Velvet Sunsets
3. Prelude
4. Catatonic Variations
5. Times Like This
6. Gentle Thursday
7. Winds Have Changed
8. Cage
9. Sun Never Shines
10. Day Of Wrath


Skład


Bill Cosby - Vocals, Keyboards
Dave Padwin - Guitar
Carolyn Lee - Bass, Vocals
Dora Wahl - Drums


Kolejny zapomniany przez czas i ludzi zespół ze Stanów Zjednoczonych i kolejna efemeryczna formacja z jedną płytą na koncie. Wśród zorientowanych na tamten okres w muzyce melomanów jest to dzieło bardzo wysoko oceniane.
Na pewno działa mgła tajemnicy, która spowija to dokonanie, niewielki nakład - ponoć sprzedano tylko trzysta egzemplarzy tego tytułu, malutka wytwórnia Sentinel oraz to, co najważniejsze, czyli fakt, że oryginalny LP jest niemal nie do zdobycia, jeśli zaś się pojawia na aukcji, osiąga takie ceny, że człowiekowi serce podchodzi do gardła. Blisko 3000 dolarów za niemal idealny egzemplarz to już raczej nie przelewki.

Natomiast sama muzyka to mieszanka nieco natchnionego, przebojowego rocka spod znaku The Doors z folkiem. Przy skromnych środkach wyrazu kwartetowi udało się uzyskać niepokojący, momentami ponury nastrój.

Skojarzenia z muzyką religijną przychodzą mi do głowy za sprawą wysokich tonów organów firmy Gem, co słychać zwłaszcza w podniosłym, niemal modlitewnym śpiewie na tle dźwięków tegoż instrumentu we wstępie 'Day Of Wrath'. Po tym krótkim preludium wiodącym instrumentem pozostają właśnie organy, zaś podkład jest zminimalizowany. Pojawia się również rodzaj chorału. Prawdopodobnie nieprzypadkowo tytuł utworu nawiązuje do tematu Sądu Ostatecznego.

Nagrania takie jak 'Catatonic Variations' oraz 'Cage' noszą klaustrofobiczny charakter. W 'Cage' złowieszcza melodia - wywiedziona najprawdopodobniej z "Boléra" Maurice'a Ravela - wsparta jest dynamiczną grą na perkusji Dory Wahl.
Natomiast posępny i tajemniczy 'Catatonic Variations' oparty jest na ostinatowej partii gitary, wydłużonych dźwiękach organów oraz melodyjnej linii basu i delikatnych uderzeniach w czynele perkusji.

Refleksyjny 'Velvet Sunsets' zaśpiewany został na dwa głosy przez Billa Cosby oraz Carolyn Lee. Trzeba przypomnieć, że sekcję rytmiczną tworzyły dwie panie. W podobnym stylu utrzymane były dwie ballady - 'Winds Have Changed' oraz piękny i wspaniale zaśpiewany przez Carolyn Lee 'Gentle Thursday'. W obydwu piosenkach słychać było wpływ folku.
Najbardziej pogodny na płycie 'Times Like This' wchodził zaś w rejony country.

RAW MATERIAL (1970)

wtorek, 25 maja 2010

IGGINBOTTOM

IGGINBOTTOM'S WRENCH (1969)

piątek, 21 maja 2010

czwartek, 20 maja 2010

HORSE (1970)



1. The Sacrifice
2. See The People Creeping Round
3. And I Have Love You
4. Freedom Rider
5. Lost Control
6. To Great The Sun
7. The Journey
8. Heat Of The Summer
9. Gypsy Queen
10. Step Out Of Line


Skład


Adrian Hawkins - Vocals
Rick Parnell - Drums
Rod Roach - Guitar
Colin Standring - Bass


Nie jest to może płyta do której wracam bez względu na stan samopoczucia, ale właśnie jeden z tych tytułów, których słucham w zależności od nastroju. Za to nie mogę się wprost oderwać od okładki zdobiącej ten zapominany album. Fioletowe tło i kapitalnie narysowany czarno-biały koń o pustych białych oczodołach. Takie to proste, ale jakie sugestywne. Po za tym, taka ilustracja dobrze zwiastuje z jaką muzyką przyjdzie nam się zmierzyć.

Najważniejsza na płycie wydaje się być kompozycja zatytułowana 'The Sacrifice'. Czyli ciężki riff gitary, mocno nabijająca rytm perkusja i ten przeraźliwy głos wokalisty, który wykrzykiwał te wszystkie krwiożercze wersy. Bez wątpienia nasuwają się skojarzenia z najwcześniejszymi dokonaniami Black Sabbath. W przewodniku 'Galactic Ramble' przytoczono nawet recenzję, której autor określił Horse jako bladą imitację grupy z Birmingham. Może trochę przesadził, bo tak po prawdzie, reszta albumu była dość zróżnicowana i bardziej przywodziła na myśl niewielki dorobek High Tide niźli debiut Black Sabbath. Można też odnieść się do pierwszych dwóch płyt Budgie, ale te powstały nieco później niż jedyny LP Horse.

Lubię ten album. Jeśli ktoś szuka interesujących i zwięzłych heavy rockowych nagrań, to tutaj znajdzie coś dla siebie. Grupa stara się jak może, żeby nie wiało nudą i dzięki temu poszczególne kompozycje różnią się między sobą. Jak się wsłuchać dokładnie i z uwagą, to nie jest to jednostajne odgrywanie wytartych schematów. Ale też nie będę mydlił nikomu oczy, że zespół stworzył nową jakość.

Dla przykładu - podstawowym budulcem 'And I Have Love You' jest gitara klasyczna zestawiona z dźwiękami gitary elektrycznej z efektem wah-wah. Rzecz zagrana jest z bardzo klarownie i z lekkością. Słychać, że muzykom polotu nie brakło. Ciekawostką jest fakt, że w nagraniu tym pojawia się zagrywka gitary klasycznej, której linia melodyczna przypomina refren z piosenki 'Tolerancja' Stanisława Soyki. Wcale nie żartuję.
Z resztą akustycznych partii pojawia się na tej płycie znacznie więcej. Chociażby w utrzymanym na początku w rytmie walca 'Heat Of The Summer'. Jest to także jeszcze jeden dowód, że grupa miała zupełnie inne aspiracje niż wspomniany już Black Sabbath. Byli bardziej ukierunkowani na nieco mocniejszą odmianę progresywnego rocka.

Dużą ciekawostką jest sposób śpiewania Adriana Hawkinsa. Zwłaszcza w 'The Sacrifice' jego interpretacja wokalna zbliża się momentami do tak zwanego growlingu.

P.S. Zapomniałem dodać, że ową charakterystyczną okładkę płyty zaprojektował Roger Wootton z grupy Comus. Wystarczy porównać z ilustracją na płycie 'First Utterance'. Ta sama kreska.

ATOMIC ROOSTER

DEATH WALKS BEHIND YOU (1970)



1. Death Walks Behind You
2. VUG
3. Tomorrow Night
4. Seven Lonely Streets
5. Sleeping For Years
6. I Can't Take No More
7. Nobody Else
8. Gershatzer


Skład


Vincent Crane - Hammond Organ, Piano
John Du Cann - Guitars, Vocals
Paul Hammond - Drums

Obok 'Deep Purple In Rock' jest to bodaj najlepszy heavy-rockowy album nagrany w Wielkiej Brytanii, w którym rolę główną odgrywają organy Hammonda.

Pod odejściu z zespołu Carla Palmera i Nicka Grahama, lider grupy Vincent Crane zaangażował na ich miejsce dwóch rewelacyjnych muzyków - Johna Du Canna i Paula Hammonda. Trudno wyobrazić sobie lepszy wybór. W tej nowej odsłonie muzyka tria nabrała znacznej dynamiki oraz stała się jeszcze bardziej ponura w wyrazie. Same kompozycje zaś stały się niemal archetypem tego rodzaju muzyki.

Ile razy pisałem o muzyce mrocznej i ponurej? Trudno zliczyć. Na 'Death Walks Behind You' wszystko to jest niezwykle klarowne i wyraziste. Muzyka wykonana została w sposób precyzyjny, ale nie bezduszny, wykalkulowany. Trzeba posłuchać, żeby zrozumieć, z jaką lekkością muzycy przemykają się od tematu do temat, z jaką finezją budują atmosferę wykonywanej muzyki. Nie ma tutaj elementów przypadkowych, tylko świadomie złożone w całość, pięknie układające się dźwięki.

Wystarczy posłuchać utworu tytułowego.
Najpierw złowieszczy arpeggiowy wstęp na fortepianie. Proste akordy. Dołącza gitara i utwór rusza z kopyta. Mimo, że przez cały czas nagranie utrzymane jest w wolnym tempie, to podskórnie wyczuwa się pewien niepokój. Taką atmosferę potęguje wprowadzenie pojawiającego się w tle delikatnego głosu, który stanowi kontrapunkt dla ostrego, zdecydowanego śpiewu Johna Du Canna.

Następujący potem instrumentalny 'VUG' to już skomasowany atak. Solidny rytm oraz współbrzmiące ze sobą gitara i organy Hammonda. Przy okazji muzycy Atomic Rooster udowadniają, że w tej stylistyce czują się niezwykle swobodnie. Po za tym zachwyca pełna wyczucia i niewymuszonej finezji gra Vincenta Crane'a, co, w kontekście muzyki pełnej ruchliwości, robi wrażenie brzmienia niezwykle szlachetnego.

Moje ulubione kompozycje to 'Seven Lonely Streets' i 'Sleeping For Years'. Oba nagrania to wzorzec ciężkiego grania, które obok płyt Black Sabbath były faktycznym początkiem metalu. Warto zauważyć, że we wstępie 'Sleeping For Years' pojawia się coś w rodzaju gitarowego flażoletu. Bardzo podobny początek posiada utwór 'Rape Of The Locks' zespołu Budgie na ich debiutanckim LP.

Rewelacyjny jest zamykający płytę 'Gershatzer', będący cięższym wariantem 'VUG'. Autentyczna bomba. Utwór posiadał doskonałe solowe popisy Paula Hammonda na perkusji oraz Vincenta Crane'a na instrumentach klawiszowych. Nie jestem wielkim miłośnikiem tych perkusyjnych przerywników - będących wtedy standardem i czasem o wiele za długich - które miały chyba ukazywać umiejętności techniczne muzyków, ale takie solo jak to zagrane przez Paula Hammonda robi duże wrażenie. Jest krótkie i konkretne. Istny karabin maszynowy. Natomiast lider Atomic Rooster zaproponował również krótką fortepianową impresję, która przechodziła w dysonansowe i zniekształcone brzmienia organów Hammonda.

Nie mogę nie wspomnieć o Johnie Du Cannie, którego wkład w powstanie 'Death Walks Behind You' był ogromny, nie tylko jako gitarzysty i wokalisty, ale także jako kompozytora kilku kluczowych utworów. Bez niego ten album bez wątpienia nie brzmiałby tak wybitnie.

'Death Walks Behind You' to absolutny majstersztyk rockowego grania.

wtorek, 18 maja 2010

MAGIC MIXTURE

THIS IS MAGIC MIXTURE (1968)

Muzyka składająca się na tę płytę powstała w prowizorycznym studiu bez producenta, a jedynie pod czujnym okiem pary inżynierów dźwięku. Cały materiał zarejestrowano w jednym podejściu bez poprawek i bez upiększeń. To, co słyszymy na płycie jest efektem tego, jak zostało to zagrane.

Taki sposób rejestrowania był typowy dla tamtej epoki, dzięki czemu uzyskiwano to miłe dla ucha posępne brzmienie, tak charakterystyczne dla wielu obecnie cenionych starych rockowych płyt. Należy dodać do tego niskobudżetową wytwórnię Saga oraz raczej słabą promocję i uzyskamy kolejny efemeryczny i kompletnie zapomniany zespół z głębokiego podziemia.





(I'm So) Sad
Urge To Leave
You
Slowly The Day
New Man
Living On A Hill
It's Alright By Me
When I Was Young
Hey Little Girl
Tomorrow's Sun
Motorbike Song
Moonbeams


Co do samej muzyki. Dlaczego ten album przypadł mi do gustu?
Otóż, wszystkie kompozycje odznaczają się atrakcyjnymi melodiami. Grupa dysponując skromnymi środkami technicznymi udatnie wytwarza odpowiedni nastrój całości, zaś od strony instrumentalnej muzycy zaprezentowali dobry poziom.

Doskonale mi się słucha tych powolnych rytmów zdominowanych przez partie gitary elektrycznej oraz dźwięki organów Hammonda. Sekcja rytmiczna nie jest może szczególnie wyszukana, ale w ogóle to nie przeszkadza. Głos śpiewającego gitarzysty Terry Thomasa też nie jest wybitnie charyzmatyczny, ale te proste interpretacje wokalne pasują dobrze do tych ponurych kompozycji.

Mnie najbardziej uwiódł utwór 'Moonbeams' z ciekawie wykorzystanym efektem pogłosu - jedyny taki efekt zastosowany na płycie - oraz intrygującą partią gitary. Wszystko jest takie proste, ale słucham tego z rozkoszą.

Ponieważ właściwie wszystkie utwory utrzymane są w podobnej tonacji, nie będę się nad nimi rozpisywał. Zrobiłem to przy pierwotnym opisie i uznałem, że jest zbyt rozwlekły i nudny.
Tylko skoczna kompozycja 'Motorbike Song' odbiega melodyką i klimatem od reszty. Nie kuje to jednak w uszy. Brakuje na 'This Is Magic Mixture' słabych momentów. Jest za to dużo ekscytującego, pozbawionego instrumentalnej ekwilibrystki, opartego na prostych rytmach, ale działającego na wyobraźnię grania.

Jeśli miałbym Magic Mixture przyrównać do innych grup, to na pewno do Harsh Reality, Open Mind albo Pussy lub do znacznie cięższego dokonania zespołu Arzachel. Jest też tutaj trochę elementów muzyki pop oraz pewnych wpływów freakbeatu, całość zaś posiada ewidentnie psychodeliczny sznyt.

Na koniec - mniej więcej w tym samym czasie, dla tej samej wytwórni i w identycznych warunkach swoją jedyną płytę nagrała grupa Five Day Week Straw People. Są to chyba najlepsze dwa tytuły z małego katalogu Saga.
Jeszcze przed nagraniem 'This Is Magic Mixture' perkusistą zespołu był późniejszy muzyk Free i Bad Company - Simon Kirke.

poniedziałek, 17 maja 2010

GROUP IMAGE

A MOUTH IN THE CLOUDS (1968)



Aunt Aida
A Way To Love You All The Time
Moonlit Dip
Voices Calling Me
New Romancing
Hi Ya
Banana Split
My Man
Grew Up All Wrong
The Treat


Maj miesiącem zmian. Oby na lepsze.
Ponieważ jednak za oknem od kilku dni jest szaro i bezprzerwy pada deszcz, to tym razem sięgnę po dokonanie, które może nasuwać pewne skojarzenia z Latem Miłości. Trzeba rozgonić jakoś te chmury.

Interesująca płyta. Być może nie jest to arcydzieło, ale ten album potrafi zaabsorbować. Zwłaszcza gdy słuchać tej muzyki w odpowiedniej oprawie. Ja po raz pierwszy posłuchałem Group Image 'A Mouth In The Clouds' pewnego słonecznego dnia i byłem autentycznie zadowolony z zakupionego właśnie CD.
Ale dosyć tych wspomnień.
Muzyka Group Image to ciekawostka dla fanów sceny Zachodniego Wybrzeża. Może nie jest to album odkrywczy, ale dużo się tutaj dzieje. Mamy więc obowiązkową psychodelię, momenty delikatniejsze i bardziej nastrojowe, jest też sporo cięższych brzmień plus trochę muzycznej anarchii. Słychać, co jest niemal oczywiste, wpływ Jefferson Airplane. I muszę przyznać, że Group Image wcale nie wypada źle w tej konfrontacji, tylko brak jakiegoś rzeczywiście zapadającego w pamięć nagrania oraz oryginalnych pomysłów sprawia, że trudno uznać ich za konkurencję dla bardziej znanego sekstetu.
Warto dodać, że i w Group Image występuje żeński i męski śpiew.

Świetny jest otwierający album 'Aunt Aida'. Ostry, gitarowy utwór z krzykliwym, mocnym głosem śpiewającej pani Sheili Darla (niestety zupełnie nie wiem jak odmienić nazwisko). Wokalistka nieco obłąkaną, wrzaskliwą manierą interpretacji przypomina Annę Meek z Catapilla - zwłaszcza z okresu debiutu brytyjskiej formacji. Z kolei w 'Hi Ya' grupa niemal nawiązuje do stylu Quicksilver Messenger Service.
Niestety po tej kompozycji grupa traci nieco inwencję. Ostatnich kilka nagrań jakby się rozjeżdżało i do końca nie ma już właściwie żadnych niespodzianek. Ale w sumie płyta robi dobre wrażenie i warto się z nią zapoznać, zwłaszcza jeśli ktoś (tak jak niżej podpisany) eksploruje muzykę rockową z drugiej płowy lat 60.

Postanowiłem, że tym razem ma być krótko. I chyba się udało. Jedynie swoim zwyczajem znowu zostawiłem niedokończone kolejne opisy.

piątek, 14 maja 2010

WIMPLE WINCH

TALES FROM THE SINKING SHIP (1964-1968)


Wimple Winch to kolejny przykład genialnej grupy, która nawet nie dotknęła popularności i niestety dawno temu została zepchnięta na margines muzyki popularnej. Prawdziwy diament, który latach zaczyna świecić coraz silniejszym blaskiem.

Okazuje się, że muzyka pochodzącego z Liverpoolu kwartetu bardzo dobrze zniosła próbę czasu i nawet najwcześniejsze beatowe dokonania jeszcze jako Just Four Men (najpierw Four Just Men) są autentycznie urzekające. Od razu słychać, że ci chłopcy mieli talent. Że nie była to tylko kopia czy próba naśladownictwa grup z czołówki, ale że zespół dawał także bardzo wiele od siebie.
Te najstarsze piosenki (nie wiedzieć czemu nie wydane w epoce) zachwycają cudownymi, niewymuszonymi melodiami, nie ma tutaj jakiś banałów, w które często wpadały nawet popularniejsze grupy. Jest w tych nagraniach coś szlachetnego. Mądrego. Wykonanie stoi na bardzo wysokim poziomie. Ja słucham piosenek Just Four Men z ogromną przyjemnością.
Trzeba też nadmienić, że wówczas grupie udało się podpisać kontrakt z wytwórnią EMI i nagrać dwa lub trzy single. Niestety bez sukcesu.

Ale mnie korci, żeby przejść do kolejnego etapu działalności zespołu, gdy zmienił on nazwę na Wimple Winch.




1. Ad-Ventures (Theme For Friday Night)
2. Half Past Five
3. Aggravatin'
4. Colours
5. The Four Just Men Theme (Laura Norder)
6. Sorry Girl
7. Don't Come Any Closer (1964 Demo)
8. I Just Can't Make Up My Mind
9. Woman Needs A Man
10. I Still Care
11. Thinking About Your Love
12. Tomorrow
13. In The Shelter Of You Arms
14. Trains And Boats And Planes
15. What's Been Done
16. I Really Love You
17. Save My Soul
18. Everybody's Worried 'Bout Tomorrow
19. Rumble On Mersey Square South
20. Atmospheres
21. Typical British Workmanship
22. Bluebell Wood
23. Lollipop Minds
24. Marmalade Hair
25. Coloured Glass
26. Those Who Wait
27. Three Little Teddy Bears
28. Sagittarius
29. The Last Hooray


Rok 1966.
Muzyka popularna zaczęła ewaluować, zmieniać swe oblicze i odnowiony zespół z nową nazwą podjął wyzwanie. Podpisanie kontraktu z wytwórnią Fontana Records również otwierało nowe możliwości.
Na pierwszy ogień poszedł singiel zawierający jeszcze dosyć zachowawcze piosenki 'What’s Been Done - I Really Love You'. Obie kompozycje zdradzały wpływ beatowych reminiscencji z nieco cięższym nowym graniem. Czyli był to pomost pomiędzy beatem a powstałym wtedy freak-beatem i jednocześnie preludium dla psychodelicznego rocka.
Jednak następny singiel to już było dzieło wielkiego kalibru. Mowa oczywiście o 'Save My Soul'. Ten wyprzedzający swój czas utwór, to prawdziwy majstersztyk. Właściwie mam wrażenie jakbym słyszał te dźwięki w muzyce rockowej także jakieś trzydzieści lat później. Tylko że prawda jest taka, że trzydzieści lat później nikt już nie grał tak autentycznie, z taką energią i tak nowatorsko. W 'Save My Soul' jest wszystko co powinna zawierać dobra rockowa piosenka. Świetna melodia. Żar wykonawczy. Szczere i pełne inwencji partie instrumentów. Tu nie ma taryfy ulgowej. Zwrotka to sympatyczny chwytliwy motyw z oszczędną partią gitary, ale już refren to prawdziwe ekstremum. Do tego te genialne wrzaski. W dodatku śpiewający gitarzysta Dee Christopholus operuje naprawdę mocnym, wyrazistym głosem. Słychać, że każda linijka tekstu śpiewana jest z ogromnym ładunkiem emocji, momentami wręcz pasji. Oczywiście to wszystko poparte jest wprost fenomenalnym riffem bezlitośnie tnącej gitary.
Rewelacja.

Kolejne wiekopomne dzieło Wimple Winch z 1967 roku zostało początkowo błędnie wytłoczone. Otóż przez cudowny przypadek, na drugiej stronie kolejnego singla znalazła się omyłkowo piosenka 'Atmospheres'. Utrzymany w gniewnym tonie główny temat dla kontrastu łagodzony był uroczo zharmonizowanymi głosami śpiewającymi delikatnym falsetem. To jest kolejny klasyk. Niby obie wymienione piosenki w jakiś sposób nawiązywały do osiągnięć The Rolling Stones - sfuzzowany riff gitary w stylu '(I Can't Get No) Satisfaction' - ale jak dla mnie, więcej się w muzyce kwartetu działo. Była jakby bogatsza pod względem harmonii. Nawet gdy grupa grała hałaśliwie i ostro, to na moment nie traciła wyczucia do melodii. Po za tym jak to jest zagrane? Ma się wrażenie, że ta muzyka płynie.
Ponownie Dee Christopholus udowodnił jak świetnym był wokalistą. Ekspresją i możliwościami bił na głowę wielu innych bardziej znanych śpiewaków.

Niestety wytwórnia bardzo szybko wycofała singla i zastąpiła umieszczonego na drugiej stronie 'Atmospheres' mniej porywającą kompozycją 'Typical British Workmanship'.
Na całe szczęście jedno pozostało nie zmienione. Mianowice pierwsza strona singla, czyli 'Rumble On Mersey Square South'. Utwór autentycznie fenomenalny. Uważam, że jest to szczytowe osiągnięcie zespołu. Pomyśleć tylko, że to była kompozycja typowana na przebój. W czterominutowej formie udało się pomieścić tyle zmiennych wątków i nastrojów, że jestem nieodmiennie zachwycony, gdy tego słucham. Po za tym Wimple Winch dbają o dramaturgię całości. Raz jest dynamicznie i ciężko, by za moment nastąpiło wyciszenie i spokój. Muzyka w sposób wówczas niespotykany współgrała z warstwą słowną, była swoistym komentarzem do tekstu piosenki.
Trzeba też pamiętać, że singel ukazał się w styczniu 1967 roku, czyli zanim The Beatles opublikowali piosenkę 'Strawberry Fields Forever', która jak wiadomo zbudowana został z wariacyjnego przetworzenia jednego tematu i wzbogacona przeróżnymi efektami oraz bogactwem aranżacji. Tak więc oba wymienione nagrania zwiastowały nowe podejście do komponowania, czyli wychodzenie poza jednostajność typowych piosenek młodzieżowych.
Wracając do Wimple Winch. Szczególną uwagę zwracają fantastyczne partie perkusji. Lawrence Arends (King) gra tutaj z taką fantazją i ciężarem, że mało kto wtedy tak grał. Uwielbiam to przestrzenne i dynamiczne brzmienie bębnów. Ponownie zniewala także sposób interpretacji wokalnej. Kompozycja niemal zwiastowała narodziny heavy-rocka.
Słowem - jest to jeden z najważniejszych momentów muzyki rockowej lat 60. Niestety, tak jak wszystko inne co zespół nagrał, wówczas niedocenione przez kogokolwiek. Dzisiaj natomiast każdy z trzech singli wart jest blisko 500 funtów.
Zasłużenie.

Kończąc.
Jaka szkoda, że w epoce wiele takich zespołów jak Wimple Winch nigdy nie wydało żadnej płyty długogrającej oraz nie odniosło znaczącego sukcesu komercyjnego. To dlatego dzisiaj ludziom się wydaje, że siódmym cudem świata był punk-rock. Dlatego większość ludzi nie wie, jak nowatorska była muzyka lat 60. Że tak naprawdę wszystko co powstało później było już tylko blednącym cieniem tamtego pionierskiego okresu.

NAZZ (1968)

To wspaniałe dokonanie, to dowód na to, że delikatna muzyka pop i dynamiczny gitarowy rock mogą ze sobą współgrać i co ważniejsze, stworzyć zupełnie nową jakość. Finezyjną, nie prostacką czy kiczowatą. Porażający młodzieńczą energią i niezwykłym liryzmem debiut Nazz zachwyca mnie dojrzałością oraz nieziemskimi wręcz melodiami, które rzeczywiście zapadają w pamięć.





1. Open My Eyes
2. Back Of Your Mind
3. See What You Can Be
4. Hello It's Me
5. Wildwood Blues
6. If That's The Way You Feel
7. When I Get My Plane
8. Lemming Song
9. Crowded
10. She's Goin' Down


To właśnie tutaj można znaleźć klasyczny 'Open My Eyes'. Wstęp do tego nagrania grupa zapożyczyła oczywiście z 'I Can't Explain' The Who, ale potem to już było własne granie. Czyli wzorcowe zestawienie bardzo ambitnej popowej piosenki z psychodelicznym rockiem. Całość została pięknie ozdobiona doskonałym, porywającym solem gitary oraz delikatną kompresją. Żeby dzisiaj powstawały takie piosenki.


C.D.N.

środa, 12 maja 2010

UNITED STATES OF AMERICA (1968)

Dawno nic nie pisałem, więc po miesiącu przerwy czas nadrobić zaległości i trochę wziąć się do pracy.

Najpierw napiszę o grupie United States Of America.
Pod tą niezbyt oryginalną nazwą kryła się grupa całkiem oryginalna. Jak mogłem tak nie docenić tej płyty? Znam ten album od dłuższego czasu, podobał mi się od momentu, gdy usłyszałem tę muzykę po raz pierwszy, ale nigdy nie zaabsorbowała moich zmysłów do tego stopnia co omawiany wcześniej LP Fifty Foot Hose. Dopiero teraz odkryłem całe spektrum barw i dźwięków tej płyty.





1. The American Metaphysical Circus
2. Hard Coming Love
3. Cloud Song
4. The Garden Of Earthly Delights
5. I Won't Leave My Wooden Wife For You, Sugar
6. Where Is Yesterday
7. Coming Down
8. Love Song For The Dead Ché
9. Stranded In Time
10. The American Way Of Love
a. Metaphor For An Older Man
b. California Good Time Music
c. Love Is All


Ciekawe, że w tym samym roku w Ameryce powstały tytuły tak bardzo do siebie podobne, stylistycznie niemal pokrewne sobie. Chodzi o kolażowy charakter muzyki wykonywanej przez oba zespoły - w przypadku United States Of America odgrywający nawet ważniejszą rolę, bardziej uwypuklony i właściwie decydujący o charakterze całości. Innym istotnym elementem są efekty dźwiękowe, które wtedy w muzyce popularnej były pewnym novum.

W 1968 rok album być może stanowił produkcyjną ekwilibrystykę. Jednocześnie całość nawet na moment nie traci naturalnego, żywego brzmienia.

Niektóre nagrania zostały ze sobą połączone i płynnie przechodzą jedno w drugie. Czego tu nie ma. Generowane elektronicznie dźwięki, eksperymenty z oscylatorami i przetwornikami dźwięków. Wciąż jednak były to zwykłe, krótkie piosenki, ale nieszablonowo zaaranżowane i nie nużące ani przez moment. Kompozycje opracowano ze smakiem oraz sporą dozą nieco anarchistycznego humoru.

Swoistego kolorytu dodawało wprowadzenie skrzypiec - grający na nich Gordon Marron serwował słuchaczom całą gamę dźwięków, od delikatnych kantylen aż po zgrzytliwe partie atonalne. Trzeba też powiedzieć, że pomimo posmaku muzycznej awangardy i nagromadzenia środków wyrazu, mamy do czynienia z muzyką rockową, a więc nie mogło zabraknąć też instrumentalnych improwizacji.

Kolażowy charakter mają - otwierający płytę powolny, najeżony po same brzegi elektronicznymi ozdobnikami 'The American Metaphysical Circus' oraz kończący całość, składający się z trzech części 'The American Way Of Love'. W tym ostatnim nagraniu pojawiają się także motywy z zamieszczonych na płycie nagrań.
Może się wydawać, że muzyka tak pomyślana jest jednorodna, ale moim zdaniem na płycie dzieje się bardzo wiele. Każda kompozycja jest inna i każda jest udana.

Głównym twórcą tego repertuaru był Joseph Byrd, zaś z taką muzyką wyjątkowo dobrze współgrał głos Dorothy Moskowitz, jakby staroświecki i właściwie uroczy, ale z wyczuwalną nutką sarkazmu i dekadencji, bo i teksty śpiewane przez wokalistkę były atakiem na amerykański styl życia.





Skład


Joseph Byrd – Electronic Music, Electric Harpsichord, Organ, Calliope, Piano
Dorothy Moskowitz – Lead Vocals
Gordon Marron – Electric Violin, Ring Modulator
Rand Forbes – Electric Bass
Craig Woodson – Electric Drums, Percussion


Swoim zwyczajem opiszę tylko te kompozycje, które najbardziej przypadły mi do gustu, co zwłaszcza w tym przypadku może nastręczać sporo trudności.
'The Garden Of Earthly Delights' pełen elektronicznych efektów i z ciekawą linią basu posiadał wszelkie cechy przeboju. Przy okazji - czy ktoś zwrócił uwagę, że piosenka niemal do złudzenia przypomina nieco zniekształcony 'Somebody To Love' Jefferson Airplane? Chyba, że już mam jakieś halucynacje i obie piosenki w żaden sposób nie są do siebie podobne.

Zwariowany 'Coming Down' zaaranżowano między innymi na skrzypce, przesterowaną gitarę basową oraz klarnet plus potężnie brzmiącą perkusję. Nie mogło również zabraknąć różnego rodzaju zniekształceń.
Utwór przechodził w przepiękny, liryczny 'Love Song For The Dead Ché' z cudowną kantylenową partią skrzypiec w roli głównej oraz zwiewnym, romantycznym śpiewem wokalistki. Warto wspomnieć, że zarówno 'Coming Down' oraz 'Love Song For The Dead Ché' nagrała wkrótce potem brytyjska grupa Locomotive na ich jedynej płycie 'We Are Everything You See'.
'I Won't Leave My Wooden Wife For You, Sugar' to z kolei humorystyczna stylizacja na jazz nowoorleański z początków wieku.

Uważam ten album za udany, tylko moja wiedza jest tak nikła, że mojego uznania nie potrafię przełożyć na rzeczowe opisy. Wadę stanowią komunistyczne sympatie muzyków, co jednak może odbierać przyjemność słuchania.
Album przeszedł niemal niezauważony. Grupa nic więcej nie nagrała, zaś lider United States Of America utworzył kolejny efemeryczny zespół pod nazwą Joe Byrd And The Field Hippies odpowiedzialny za płytę 'The American Metaphysical Circus'. Jeszcze nie miałem przyjemności wysłuchać tego legendarnego LP.