poniedziałek, 31 maja 2010

MUSIC EMPORIUM (1969)



1. Nam Myo Renge Kyo
2. Velvet Sunsets
3. Prelude
4. Catatonic Variations
5. Times Like This
6. Gentle Thursday
7. Winds Have Changed
8. Cage
9. Sun Never Shines
10. Day Of Wrath


Skład


Bill Cosby - Vocals, Keyboards
Dave Padwin - Guitar
Carolyn Lee - Bass, Vocals
Dora Wahl - Drums


Ze zgrozą patrzę, że mój blog przechyla się na stronę rocka progresywnego. Co się dzieje? Zamiast wychwalać pod niebiosa drugą połowę lat sześćdziesiątych, to spycham ten okres na plan dalszy, aby zamieszczać dokonania grup, które przecież zna chyba każdy miłośnik rocka w tym kraju.
Rzecz jasna trochę żartuję. Wczesny progresywny rock, to była wspaniała sprawa, bo poniekąd było to dziedzictwo muzyki psychodelicznej. Dopiero później zaczęło się coś psuć. Ale to, co powstało na przełomie dekad to rzecz niebywała i na pewno poświęcę temu zjawisku jeszcze niejeden wpis oraz uzupełnię wciąż brakujące opisy.

Wiadomo też, że w naszym kraju fanów progresywnego grania nie brakuje. Tak samo jak nie brakuje zwolenników art rocka. Tymczasem jakoś nikt nie chce nawet spróbować aliansu z genialnym psychodelicznym rockiem czy garagem. Ten najważniejszy w historii muzyki popularnej okres traktowany jest w Polsce niczym niechciane dziecko. Nawet jeśli ktoś wypowiada się na temat psychodelicznego gatunku, to tylko wtedy, gdy jest on częścią składową wczesnej odmiany progresywnego rocka.
Dlaczego tak się dzieje?
Zapewne przez to, że nikt u nas nie promował tego typu muzyki. Słowem - nasi dziennikarze mieli, i wciąż mają, za nic fenomenalne lata sześćdziesiąte. Melomanom natomiast trudno wykorzenić dawne przyzwyczajenia.
Na co to komu?

Dlatego powinienem stawać okoniem i pisać o wszystkim innym, tylko nie o muzyce od lat w Polsce uznanej i cenionej. Niestety, sam lepiej orientuję się w progresywnym rocku niż we wciąż eksplorowanych latach sześćdziesiątych.
Za późno się za to wziąłem. Ale plus jest taki, że wciąż czeka na mnie wiele wspaniałych płyt do odkrycia. Wielu rewelacyjnych wykonawców oraz jeszcze więcej niespodzianek i emocji.

Tak więc do rzeczy.
Kolejny zapomniany przez czas i ludzi zespół ze Stanów Zjednoczonych. Kolejna efemeryczna formacja z jedną tylko płytą. Oczywiście wśród bardziej zorientowanych na tamten okres w muzyce maniaków, jest to dzieło bardzo wysoko oceniane. Słusznie.
Na pewno działa mgiełka tajemnicy, która spowija to dokonanie. Niewielki nakład - ponoć sprzedano tylko trzysta egzemplarzy tego tytułu. Malutka wytwórnia Sentinel. I to co najważniejsze, czyli fakt, że oryginalny LP jest niemal nie do zdobycia. Jeśli zaś się pojawia, to osiąga takie ceny, że człowiekowi serce podchodzi do gardła. Blisko 3000 dolarów za niemal idealny egzemplarz to już raczej nie przelewki.

Natomiast sama muzyka to wyborna mieszanka psychodelicznego rocka z folkiem.
Dziwne skojarzenia z muzyką kościelną przychodzą mi do głowy za sprawą wysokich tonów organów firmy Gem. Zwłaszcza podniosły modlitewny śpiew we wstępie 'Day Of Wrath' na tle dźwięków tego instrumentu, nawiązuje niejako do motywów mszy. Po tym krótkim preludium wiodącym instrumentem pozostają właśnie organy, zaś podkład jest zminimalizowany. Pojawia się również rodzaj chorału. Prawdopodobnie nieprzypadkowo tytuł utworu nawiązuje do tematu Sądu Ostatecznego.

Bardzo mroczny i niesamowicie psychodeliczny charakter noszą także nagrania takie jak 'Catatonic Variations' oraz 'Cage'. W 'Cage' złowieszcza melodia - wywiedziona najprawdopodobniej z "Boléra" Maurice'a Ravela - wsparta jest kapitalnym bębnieniem grającej na perkusji Dory Wahl. Pomyśleć, że 21-letnia dziewczyna miała takie uderzenie...Niebywałe. Niektórzy mężczyźni nie potrafią zagrać tak dynamicznie, tak sprawnie i z taką energią.
Natomiast posępny i tajemniczy 'Catatonic Variations' oparty został na ostinatowej partii gitary, wydłużonych dźwiękach organów oraz bardzo melodyjnej linii basu i delikatnych uderzeniach w czynele perkusji. To jest dopiero fragment jak ze złego snu.

Bardziej refleksyjny charakter nosił ulotny 'Velvet Sunsets' zaśpiewany na dwa głosy przez Billa Cosby oraz Carolyn Lee. Trzeba przypomnieć, że sekcję rytmiczną tworzyły dwie panie. W podobnym stylu utrzymany był 'Winds Have Changed' oraz nieziemsko piękny i wspaniale zaśpiewany przez Carolyn Lee 'Gentle Thursday'. W obydwu piosenkach słychać było wpływ folku.
Najbardziej pogodny na płycie 'Times Like This' wchodził w rejony country.

Rzecz jasna Music Emporium nagrali płytę zdecydowanie rockową i jak najbardziej dynamiczną. Nie przypadkiem dokonanie to uchodzi za ścisłą klasykę rocka. Jeśli natomiast miałbym wskazać jakieś podobieństwa, to przychodzą mi na myśl The Doors i Ultimate Spinach.

RAW MATERIAL (1970)

wtorek, 25 maja 2010

IGGINBOTTOM

IGGINBOTTOM'S WRENCH (1969)

piątek, 21 maja 2010

czwartek, 20 maja 2010

HORSE (1970)



1. The Sacrifice
2. See The People Creeping Round
3. And I Have Love You
4. Freedom Rider
5. Lost Control
6. To Great The Sun
7. The Journey
8. Heat Of The Summer
9. Gypsy Queen
10. Step Out Of Line


Skład


Adrian Hawkins - Vocals
Rick Parnell - Drums
Rod Roach - Guitar
Colin Standring - Bass


Nie jest to może płyta do której wracam bez względu na stan samopoczucia, ale właśnie jeden z tych tytułów, których słucham w zależności od nastroju. Za to nie mogę się wprost oderwać od okładki zdobiącej ten zapominany album. Fioletowe tło i kapitalnie narysowany czarno-biały koń o pustych białych oczodołach. Takie to proste, ale jakie sugestywne. Po za tym, taka ilustracja dobrze zwiastuje z jaką muzyką przyjdzie nam się zmierzyć.

Najważniejsza na płycie wydaje się być kompozycja zatytułowana 'The Sacrifice'. Czyli ciężki riff gitary, mocno nabijająca rytm perkusja i ten przeraźliwy głos wokalisty, który wykrzykiwał te wszystkie krwiożercze wersy. Bez wątpienia nasuwają się skojarzenia z najwcześniejszymi dokonaniami Black Sabbath. W przewodniku 'Galactic Ramble' przytoczono nawet recenzję, której autor określił Horse jako bladą imitację grupy z Birmingham. Może trochę przesadził, bo tak po prawdzie, reszta albumu była dość zróżnicowana i bardziej przywodziła na myśl niewielki dorobek High Tide niźli debiut Black Sabbath. Można też odnieść się do pierwszych dwóch płyt Budgie, ale te powstały nieco później niż jedyny LP Horse.

Lubię ten album. Jeśli ktoś szuka interesujących i zwięzłych heavy rockowych nagrań, to tutaj znajdzie coś dla siebie. Grupa stara się jak może, żeby nie wiało nudą i dzięki temu poszczególne kompozycje różnią się między sobą. Jak się wsłuchać dokładnie i z uwagą, to nie jest to jednostajne odgrywanie wytartych schematów. Ale też nie będę mydlił nikomu oczy, że zespół stworzył nową jakość.

Dla przykładu - podstawowym budulcem 'And I Have Love You' jest gitara klasyczna zestawiona z dźwiękami gitary elektrycznej z efektem wah-wah. Rzecz zagrana jest z bardzo klarownie i z lekkością. Słychać, że muzykom polotu nie brakło. Ciekawostką jest fakt, że w nagraniu tym pojawia się zagrywka gitary klasycznej, której linia melodyczna przypomina refren z piosenki 'Tolerancja' Stanisława Soyki. Wcale nie żartuję.
Z resztą akustycznych partii pojawia się na tej płycie znacznie więcej. Chociażby w utrzymanym na początku w rytmie walca 'Heat Of The Summer'. Jest to także jeszcze jeden dowód, że grupa miała zupełnie inne aspiracje niż wspomniany już Black Sabbath. Byli bardziej ukierunkowani na nieco mocniejszą odmianę progresywnego rocka.

Dużą ciekawostką jest sposób śpiewania Adriana Hawkinsa. Zwłaszcza w 'The Sacrifice' jego interpretacja wokalna zbliża się momentami do tak zwanego growlingu.

P.S. Zapomniałem dodać, że ową charakterystyczną okładkę płyty zaprojektował Roger Wootton z grupy Comus. Wystarczy porównać z ilustracją na płycie 'First Utterance'. Ta sama kreska.

ATOMIC ROOSTER

DEATH WALKS BEHIND YOU (1970)



1. Death Walks Behind You
2. VUG
3. Tomorrow Night
4. Seven Lonely Streets
5. Sleeping For Years
6. I Can't Take No More
7. Nobody Else
8. Gershatzer


Skład


Vincent Crane - Hammond Organ, Piano
John Du Cann - Guitars, Vocals
Paul Hammond - Drums

Prawdopodobnie jest to najlepszy heavy-rockowy lub heavy-progresywny album kiedykolwiek nagrany w Wielkiej Brytanii, w którym rolę główną odgrywają organy Hammonda.

Pod odejściu z zespołu Carla Palmera i Nicka Grahama, lider grupy Vincent Crane zaangażował na ich miejsce dwóch rewelacyjnych muzyków - Johna Du Canna i Paula Hammonda. Trudno wyobrazić sobie lepszy wybór. W tej nowej odsłonie muzyka tria nabrała znacznej dynamiki oraz stała się jeszcze bardziej ponura w wyrazie. Same kompozycje zaś stały się niemal archetypem tego rodzaju muzyki.

Ile razy pisałem o muzyce mrocznej i ponurej? Trudno zliczyć. Ale na 'Death Walks Behind You' to wszystko ma w sobie coś rzeczywiście niezwykle klarownego i wyrazistego. Muzyka jest wykonana w sposób bezbłędny, ale nie bezduszny, wykalkulowany. Trzeba posłuchać, żeby zrozumieć z jaką lekkością muzycy przemykają się od tematu do tematu. Z jaką finezją budują atmosferę wykonywanej muzyki. Nie ma tutaj elementów przypadkowych, tylko świadomie złożone w całość pięknie się układające rockowe dźwięki.

Wystarczy posłuchać utworu tytułowego.
Najpierw złowieszczy arpeggiowy wstęp na fortepianie. Proste akordy. Dołącza gitara i utwór rusza z kopyta. Mimo że przez cały czas nagranie utrzymane jest w wolnym tempie, to podskórnie wyczuwa się pewien niepokój. Taką atmosferę potęguje wprowadzenie pojawiającego się w tle delikatnego głosu, który stanowi kontrapunkt dla ostrego, zdecydowanego śpiewu Johna Du Canna.

Następujący potem instrumentalny 'VUG' to już skomasowany atak. Solidny rytm oraz współbrzmiące ze sobą gitara i organy Hammonda. Przy okazji muzycy Atomic Rooster udowadniają, że w tej stylistyce czują się niezwykle swobodnie. Po za tym zachwyca pełna wyczucia i niewymuszonej finezji gra Vincenta Crane'a, co w kontekście muzyki pełnej ruchliwości robi wrażenie brzmienia niezwykle szlachetnego.

Moje ulubione kompozycje to 'Seven Lonely Streets' i 'Sleeping For Years'. Oba nagrania to wzorzec ciężkiego grania, które obok płyt Black Sabbath były faktycznym początkiem metalu. Warto zauważyć, że we wstępie 'Sleeping For Years' pojawia się coś w rodzaju gitarowego flażoletu. Bardzo podobny początek posiada utwór 'Rape Of The Locks' zespołu Budgie na ich debiutanckim LP.

Rewelacyjny jest zamykający płytę 'Gershatzer'. Będący jeszcze bardziej skomasowanym i powalającym wariantem 'VUG'. Autentyczna bomba. Utwór posiadał doskonałe solowe popisy Paula Hammonda na perkusji oraz Vincenta Crane'a na instrumentach klawiszowych. Nie jestem wielkim miłośnikiem tych perkusyjnych przerywników - będących wtedy standardem i czasem o wiele za długich - które miały chyba ukazywać umiejętności techniczne muzyków, ale takie solo jak to zagrane przez Paula Hammonda robi ogromne wrażenie. Jest krótkie i konkretne. Istny karabin maszynowy. Natomiast lider Atomic Rooster zaproponował również krótką fortepianową impresję, która przechodziła w dysonansowe i zniekształcone brzmienia organów Hammonda.

Nie mogę nie wspomnieć o Johnie Du Cannie, którego wkład w powstanie 'Death Walks Behind You' był ogromny, nie tylko jako gitarzysty i wokalisty, ale także jako kompozytora kilku kluczowych utworów. Bez niego ten album bez wątpienia nie brzmiałby tak wybitnie.

'Death Walks Behind You' to absolutny majstersztyk rockowego grania.

wtorek, 18 maja 2010

MAGIC MIXTURE

THIS IS MAGIC MIXTURE (1968)



(I'm So) Sad
Urge To Leave
You
Slowly The Day
New Man
Living On A Hill
It's Alright By Me
When I Was Young
Hey Little Girl
Tomorrow's Sun
Motorbike Song
Moonbeams


Słuchając 'This Is Magic Mixture' mam uczucie jakby album ten powstał w 1969 roku.

Muzyka składająca się na tę płytę powstała w prowizorycznym studiu bez producenta, a jedynie pod czujnym okiem pary inżynierów dźwięku. Rzecz jasna, cały materiał zarejestrowano w jednym podejściu bez poprawek i bez upiększeń. To co słyszymy na płycie jest efektem tego, jak zostało to zagrane.

Oczywiście taki sposób rejestrowania był bardzo typowy dla tamtej epoki, ale tutaj jednocześnie udało się uzyskać to bardzo tajemnicze, posępne brzmienie tak charakterystyczne dla wielu płyt nagranych rok później. Należy dodać do tego niskobudżetową wytwórnię Saga oraz raczej słabą promocję i uzyskamy kolejny efemeryczny i kompletnie zapomniany zespół z głębokiego podziemia.

Co do samej muzyki. Dlaczego ten album aż tak bardzo mnie uwiódł?
Otóż wszystkie kompozycje odznaczają się autentycznie świetnymi melodiami. Grupa dysponując skromnymi środkami technicznymi udatnie wytwarza odpowiedni nastrój całości. Zaś od strony instrumentalnej wszystko prezentowało bardzo dobry poziom, co zapewne w dużej mierze przyczyniło się do wytworzenia klimatu nagrań.

Doskonale mi się słucha tych powolnych rytmów zdominowanych przez partie gitary elektrycznej oraz dźwięki organów Hammonda. Sekcja rytmiczna nie jest może szczególnie wyszukana, ale tutaj w ogóle to nie przeszkadza. Głos śpiewającego gitarzysty Terry Thomasa też może nie jest wybitnie charyzmatyczny, ale te proste interpretacje wokalne pasują dobrze do tych mrocznych kompozycji i nie psują ogólnego wrażenia.
Mnie najbardziej intryguje utwór 'Moonbeams' z ciekawie wykorzystanym efektem pogłosu (jedyny taki efekt zastosowany na płycie) oraz intrygującą partią gitary. Niby to wszystko jest takie proste, ale słucha się tego z namaszczeniem.

Ponieważ właściwie wszystkie utwory utrzymane są w podobnej tonacji, nie będę się przy nich rozpisywał. Zrobiłem to przy pierwotnym opisie i uznałem, że jest zbyt rozwlekły i nudny.
Tylko jedna kompozycja 'Motorbike Song' odbiega melodyką i klimatem od reszty. Ale aż tak nie kuje to w uszy. Tak naprawdę nie ma na 'This Is Magic Mixture' słabych momentów. Jest za to dużo ekscytującego grania, pozbawionego może instrumentalnej ekwilibrystki oraz opartego na prostych rytmach, ale działającego na wyobraźnię.

Jeśli miałbym Magic Mixture przyrównać do innych grup, to na pewno do Harsh Reality, The Open Mind albo Pussy albo do znacznie cięższego dokonania zespołu Arzachel. Jest też tutaj trochę elementów muzyki pop oraz pewnych wpływów freakbeatu. Całość zaś posiada ewidentnie psychodeliczny sznyt.

Jeszcze na koniec.
Mniej więcej w tym samym czasie, dla tej samej wytwórni i w identycznych warunkach swoją jedyną płytę nagrała grupa Five Day Week Straw People. Są to chyba najlepsze dwa tytuły z małego katalogu Saga.
Jeszcze przed nagraniem 'This Is Magic Mixture' perkusistą zespołu był późniejszy muzyk Free i Bad Company - Simon Kirke.

poniedziałek, 17 maja 2010

GROUP IMAGE

A MOUTH IN THE CLOUDS (1968)



Aunt Aida
A Way To Love You All The Time
Moonlit Dip
Voices Calling Me
New Romancing
Hi Ya
Banana Split
My Man
Grew Up All Wrong
The Treat


Maj miesiącem zmian. Oby na lepsze.
Ponieważ jednak za oknem od kilku dni jest szaro i bezprzerwy pada deszcz, to tym razem sięgnę po dokonanie, które może nasuwać pewne skojarzenia z Latem Miłości. Trzeba rozgonić jakoś te chmury.

Interesująca płyta. Być może nie jest to arcydzieło, ale ten album potrafi zaabsorbować. Zwłaszcza gdy słuchać tej muzyki w odpowiedniej oprawie. Ja po raz pierwszy posłuchałem Group Image 'A Mouth In The Clouds' pewnego słonecznego dnia i byłem autentycznie zadowolony z zakupionego właśnie CD.
Ale dosyć tych wspomnień.
Muzyka Group Image to ciekawostka dla fanów sceny Zachodniego Wybrzeża. Może nie jest to album odkrywczy, ale dużo się tutaj dzieje. Mamy więc obowiązkową psychodelię, momenty delikatniejsze i bardziej nastrojowe, jest też sporo cięższych brzmień plus trochę muzycznej anarchii. Słychać, co jest niemal oczywiste, wpływ Jefferson Airplane. I muszę przyznać, że Group Image wcale nie wypada źle w tej konfrontacji, tylko brak jakiegoś rzeczywiście zapadającego w pamięć nagrania oraz oryginalnych pomysłów sprawia, że trudno uznać ich za konkurencję dla bardziej znanego sekstetu.
Warto dodać, że i w Group Image występuje żeński i męski śpiew.

Świetny jest otwierający album 'Aunt Aida'. Ostry, gitarowy utwór z krzykliwym, mocnym głosem śpiewającej pani Sheili Darla (niestety zupełnie nie wiem jak odmienić nazwisko). Wokalistka nieco obłąkaną, wrzaskliwą manierą interpretacji przypomina Annę Meek z Catapilla - zwłaszcza z okresu debiutu brytyjskiej formacji. Z kolei w 'Hi Ya' grupa niemal nawiązuje do stylu Quicksilver Messenger Service.
Niestety po tej kompozycji grupa traci nieco inwencję. Ostatnich kilka nagrań jakby się rozjeżdżało i do końca nie ma już właściwie żadnych niespodzianek. Ale w sumie płyta robi dobre wrażenie i warto się z nią zapoznać, zwłaszcza jeśli ktoś (tak jak niżej podpisany) eksploruje muzykę rockową z drugiej płowy lat 60.

Postanowiłem, że tym razem ma być krótko. I chyba się udało. Jedynie swoim zwyczajem znowu zostawiłem niedokończone kolejne opisy.

piątek, 14 maja 2010

WIMPLE WINCH

TALES FROM THE SINKING SHIP (1964-1968)


Wimple Winch to kolejny przykład genialnej grupy, która nawet nie dotknęła popularności i niestety dawno temu została zepchnięta na margines muzyki popularnej. Prawdziwy diament, który latach zaczyna świecić coraz silniejszym blaskiem.

Okazuje się, że muzyka pochodzącego z Liverpoolu kwartetu bardzo dobrze zniosła próbę czasu i nawet najwcześniejsze beatowe dokonania jeszcze jako Just Four Men (najpierw Four Just Men) są autentycznie urzekające. Od razu słychać, że ci chłopcy mieli talent. Że nie była to tylko kopia czy próba naśladownictwa grup z czołówki, ale że zespół dawał także bardzo wiele od siebie.
Te najstarsze piosenki (nie wiedzieć czemu nie wydane w epoce) zachwycają cudownymi, niewymuszonymi melodiami, nie ma tutaj jakiś banałów, w które często wpadały nawet popularniejsze grupy. Jest w tych nagraniach coś szlachetnego. Mądrego. Wykonanie stoi na bardzo wysokim poziomie. Ja słucham piosenek Just Four Men z ogromną przyjemnością.
Trzeba też nadmienić, że wówczas grupie udało się podpisać kontrakt z wytwórnią EMI i nagrać dwa lub trzy single. Niestety bez sukcesu.

Ale mnie korci, żeby przejść do kolejnego etapu działalności zespołu, gdy zmienił on nazwę na Wimple Winch.




1. Ad-Ventures (Theme For Friday Night)
2. Half Past Five
3. Aggravatin'
4. Colours
5. The Four Just Men Theme (Laura Norder)
6. Sorry Girl
7. Don't Come Any Closer (1964 Demo)
8. I Just Can't Make Up My Mind
9. Woman Needs A Man
10. I Still Care
11. Thinking About Your Love
12. Tomorrow
13. In The Shelter Of You Arms
14. Trains And Boats And Planes
15. What's Been Done
16. I Really Love You
17. Save My Soul
18. Everybody's Worried 'Bout Tomorrow
19. Rumble On Mersey Square South
20. Atmospheres
21. Typical British Workmanship
22. Bluebell Wood
23. Lollipop Minds
24. Marmalade Hair
25. Coloured Glass
26. Those Who Wait
27. Three Little Teddy Bears
28. Sagittarius
29. The Last Hooray


Rok 1966.
Muzyka popularna zaczęła ewaluować, zmieniać swe oblicze i odnowiony zespół z nową nazwą podjął wyzwanie. Podpisanie kontraktu z wytwórnią Fontana Records również otwierało nowe możliwości.
Na pierwszy ogień poszedł singiel zawierający jeszcze dosyć zachowawcze piosenki 'What’s Been Done - I Really Love You'. Obie kompozycje zdradzały wpływ beatowych reminiscencji z nieco cięższym nowym graniem. Czyli był to pomost pomiędzy beatem a powstałym wtedy freak-beatem i jednocześnie preludium dla psychodelicznego rocka.
Jednak następny singiel to już było dzieło wielkiego kalibru. Mowa oczywiście o 'Save My Soul'. Ten wyprzedzający swój czas utwór, to prawdziwy majstersztyk. Właściwie mam wrażenie jakbym słyszał te dźwięki w muzyce rockowej także jakieś trzydzieści lat później. Tylko że prawda jest taka, że trzydzieści lat później nikt już nie grał tak autentycznie, z taką energią i tak nowatorsko. W 'Save My Soul' jest wszystko co powinna zawierać dobra rockowa piosenka. Świetna melodia. Żar wykonawczy. Szczere i pełne inwencji partie instrumentów. Tu nie ma taryfy ulgowej. Zwrotka to sympatyczny chwytliwy motyw z oszczędną partią gitary, ale już refren to prawdziwe ekstremum. Do tego te genialne wrzaski. W dodatku śpiewający gitarzysta Dee Christopholus operuje naprawdę mocnym, wyrazistym głosem. Słychać, że każda linijka tekstu śpiewana jest z ogromnym ładunkiem emocji, momentami wręcz pasji. Oczywiście to wszystko poparte jest wprost fenomenalnym riffem bezlitośnie tnącej gitary.
Rewelacja.

Kolejne wiekopomne dzieło Wimple Winch z 1967 roku zostało początkowo błędnie wytłoczone. Otóż przez cudowny przypadek, na drugiej stronie kolejnego singla znalazła się omyłkowo piosenka 'Atmospheres'. Utrzymany w gniewnym tonie główny temat dla kontrastu łagodzony był uroczo zharmonizowanymi głosami śpiewającymi delikatnym falsetem. To jest kolejny klasyk. Niby obie wymienione piosenki w jakiś sposób nawiązywały do osiągnięć The Rolling Stones - sfuzzowany riff gitary w stylu '(I Can't Get No) Satisfaction' - ale jak dla mnie, więcej się w muzyce kwartetu działo. Była jakby bogatsza pod względem harmonii. Nawet gdy grupa grała hałaśliwie i ostro, to na moment nie traciła wyczucia do melodii. Po za tym jak to jest zagrane? Ma się wrażenie, że ta muzyka płynie.
Ponownie Dee Christopholus udowodnił jak świetnym był wokalistą. Ekspresją i możliwościami bił na głowę wielu innych bardziej znanych śpiewaków.

Niestety wytwórnia bardzo szybko wycofała singla i zastąpiła umieszczonego na drugiej stronie 'Atmospheres' mniej porywającą kompozycją 'Typical British Workmanship'.
Na całe szczęście jedno pozostało nie zmienione. Mianowice pierwsza strona singla, czyli 'Rumble On Mersey Square South'. Utwór autentycznie fenomenalny. Uważam, że jest to szczytowe osiągnięcie zespołu. Pomyśleć tylko, że to była kompozycja typowana na przebój. W czterominutowej formie udało się pomieścić tyle zmiennych wątków i nastrojów, że jestem nieodmiennie zachwycony, gdy tego słucham. Po za tym Wimple Winch dbają o dramaturgię całości. Raz jest dynamicznie i ciężko, by za moment nastąpiło wyciszenie i spokój. Muzyka w sposób wówczas niespotykany współgrała z warstwą słowną, była swoistym komentarzem do tekstu piosenki.
Trzeba też pamiętać, że singel ukazał się w styczniu 1967 roku, czyli zanim The Beatles opublikowali piosenkę 'Strawberry Fields Forever', która jak wiadomo zbudowana został z wariacyjnego przetworzenia jednego tematu i wzbogacona przeróżnymi efektami oraz bogactwem aranżacji. Tak więc oba wymienione nagrania zwiastowały nowe podejście do komponowania, czyli wychodzenie poza jednostajność typowych piosenek młodzieżowych.
Wracając do Wimple Winch. Szczególną uwagę zwracają fantastyczne partie perkusji. Lawrence Arends (King) gra tutaj z taką fantazją i ciężarem, że mało kto wtedy tak grał. Uwielbiam to przestrzenne i dynamiczne brzmienie bębnów. Ponownie zniewala także sposób interpretacji wokalnej. Kompozycja niemal zwiastowała narodziny heavy-rocka.
Słowem - jest to jeden z najważniejszych momentów muzyki rockowej lat 60. Niestety, tak jak wszystko inne co zespół nagrał, wówczas niedocenione przez kogokolwiek. Dzisiaj natomiast każdy z trzech singli wart jest blisko 500 funtów.
Zasłużenie.

Kończąc.
Jaka szkoda, że w epoce wiele takich zespołów jak Wimple Winch nigdy nie wydało żadnej płyty długogrającej oraz nie odniosło znaczącego sukcesu komercyjnego. To dlatego dzisiaj ludziom się wydaje, że siódmym cudem świata był punk-rock. Dlatego większość ludzi nie wie, jak nowatorska była muzyka lat 60. Że tak naprawdę wszystko co powstało później było już tylko blednącym cieniem tamtego pionierskiego okresu.

NAZZ (1968)

To wspaniałe dokonanie, to dowód na to, że delikatna muzyka pop i dynamiczny gitarowy rock mogą ze sobą współgrać i co ważniejsze, stworzyć zupełnie nową jakość. Finezyjną, nie prostacką czy kiczowatą. Porażający młodzieńczą energią i niezwykłym liryzmem debiut Nazz zachwyca mnie dojrzałością oraz nieziemskimi wręcz melodiami, które rzeczywiście zapadają w pamięć.





1. Open My Eyes
2. Back Of Your Mind
3. See What You Can Be
4. Hello It's Me
5. Wildwood Blues
6. If That's The Way You Feel
7. When I Get My Plane
8. Lemming Song
9. Crowded
10. She's Goin' Down


To właśnie tutaj można znaleźć klasyczny 'Open My Eyes'. Wstęp do tego nagrania grupa zapożyczyła oczywiście z 'I Can't Explain' The Who, ale potem to już było własne granie. Czyli wzorcowe zestawienie bardzo ambitnej popowej piosenki z psychodelicznym rockiem. Całość została pięknie ozdobiona doskonałym, porywającym solem gitary oraz delikatną kompresją. Żeby dzisiaj powstawały takie piosenki.


C.D.N.

środa, 12 maja 2010

UNITED STATES OF AMERICA (1968)

Dawno nic nie pisałem. Więc po miesiącu przerwy czas nadrobić zaległości i trochę wziąć się do pracy.

Tak więc najpierw napiszę o grupie United States Of America.
Pod tą niezbyt oryginalną nazwą kryła się niezwykle oryginalna grupa. Jak mogłem tak nie docenić tej płyty? Nie wiem. Znam ten album od dłuższego czasu. Podobał mi się od momentu, gdy usłyszałem tę muzykę po raz pierwszy, ale nigdy nie zaabsorbowała moich zmysłów do tego stopnia co omawiany wcześniej jedyny LP Fifty Foot Hose. Błąd. Dopiero teraz odkryłem całe spektrum barw i dźwięków tej świetnej płyty.




1. The American Metaphysical Circus
2. Hard Coming Love
3. Cloud Song
4. The Garden Of Earthly Delights
5. I Won't Leave My Wooden Wife For You, Sugar
6. Where Is Yesterday
7. Coming Down
8. Love Song For The Dead Ché
9. Stranded In Time
10. The American Way Of Love
a. Metaphor For An Older Man
b. California Good Time Music
c. Love Is All


Ciekawe, że w tym samym roku w Ameryce powstały tytuły tak bardzo do siebie podobne. Stylistycznie niemal pokrewne sobie. Chodzi o kolażowy charakter muzyki wykonywanej przez oba zespoły - w przypadku United States Of America odgrywający nawet ważniejszą rolę. Bardziej uwypuklony i właściwie decydujący o charakterze całości. Innym istotnym elementem są te wszystkie efekty dźwiękowe, które wtedy w muzyce popularnej były pewnym novum.

Moim zdaniem, jak na 1968 rok, album jest wręcz produkcyjnym majstersztykiem. Jednocześnie całość nawet na moment nie traci naturalnego, żywego brzmienia.

Niektóre nagrania zostały ze sobą połączone i płynnie przechodzą jedno w drugie. Czego tu nie ma? Generowane elektronicznie dźwięki. Eksperymenty z oscylatorami i przetwornikami dźwięków. Oczywiście wciąż były to teoretycznie zwykłe, dosyć krótkie piosenki, ale nieszablonowo zaaranżowane i nie nużące ani przez moment. Kompozycje opracowano ze smakiem oraz sporą dozą nieco anarchistycznego humoru.

Swoistego kolorytu dodawało wprowadzenie skrzypiec - grający na nich Gordon Marron serwował słuchaczom całą gamę dźwięków, od delikatnych kantylen aż po zgrzytliwe partie atonalne. Czysta awangarda. Trzeba też jasno powiedzieć, że pomimo tego całego muzycznego szaleństwa i nagromadzenia środków wyrazu, mamy do czynienia z ewidentnym rockowym graniem. Rzecz jasna nie mogło zabraknąć też instrumentalnych improwizacji.

Bez wątpienia kolażowy charakter mają - otwierający płytę powolny, najeżony po same brzegi elektronicznymi ozdobnikami 'The American Metaphysical Circus' oraz kończący całość, składający się z trzech części 'The American Way Of Love'. W tym ostatnim nagraniu pojawiają się także motywy z zamieszczonych na płycie nagrań.
Może się wydawać, że muzyka tak pomyślana jest jednorodna, ale moim zdaniem na płycie dzieje się bardzo wiele. Każda kompozycja jest inna i każda jest naprawdę udana.

Głównym twórcą tego szalonego repertuaru był Joseph Byrd. Z taką muzyką wyjątkowo dobrze współgrał głos Dorothy Moskowitz. Jakby staroświecki i właściwie uroczy, ale z wyczuwalną nutką sarkazmu i dekadencji. Bo i teksty śpiewane przez wokalistkę były atakiem na amerykański styl życia.




Skład

Joseph Byrd – Electronic Music, Electric Harpsichord, Organ, Calliope, Piano
Dorothy Moskowitz – Lead Vocals
Gordon Marron – Electric Violin, Ring Modulator
Rand Forbes – Electric Bass
Craig Woodson – Electric Drums, Percussion


Swoim zwyczajem opiszę tylko te kompozycje, które najbardziej przypadły mi do gustu, co zwłaszcza w tym przypadku może nastręczać sporo trudności.
'The Garden Of Earthly Delights' pełen elektronicznych efektów i z fajną linią basu to psychodeliczne mistrzostwo świata. Przy okazji - czy ktoś zwrócił uwagę, że ta piosenka niemal do złudzenia przypomina nieco zniekształcony 'Somebody To Love' Jefferson Airplane? Chyba, że już mam jakieś halucynacje i obie piosenki w żaden sposób nie są do siebie podobne.

Zwariowany 'Coming Down' zaaranżowano między innymi na skrzypce, przesterowaną gitarę basową (chociaż pewien nie jestem) oraz klarnet plus potężnie brzmiącą perkusję. Oczywiście nie mogło zabraknąć różnego rodzaju zniekształceń.
Utwór przechodził w przepiękny, liryczny 'Love Song For The Dead Ché' z cudowną kantylenową partią skrzypiec w roli głównej oraz zwiewnym, niezwykle romantycznym śpiewem wokalistki. Mam słabość do takich nagrań. Warto wspomnieć, że zarówno 'Coming Down' oraz 'Love Song For The Dead Ché' nagrała wkrótce potem brytyjska grupa Locomotive na ich jedynej płycie 'We Are Everything You See'.
'I Won't Leave My Wooden Wife For You, Sugar' to z kolei humorystyczna stylizacja na jazz nowoorleański z początków wieku.

Dla mnie ten album to rewelacja na skalę globalną, tylko moja wiedza jest tak nikła, że tych moich zachwytów nie potrafię przełożyć na rzeczowe opisy.
Album przeszedł niemal niezauważony. Grupa nic więcej nie nagrała, zaś lider United States Of America utworzył kolejny efemeryczny zespół pod nazwą Joe Byrd And The Field Hippies odpowiedzialny za płytę 'The American Metaphysical Circus'. Niestety jeszcze nie miałem przyjemności wysłuchać tego legendarnego LP.