Pokazywanie postów oznaczonych etykietą underground. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą underground. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lutego 2014

HANS POKORA

RECORD COLLECTOR DREAMS

Ponieważ ten blog znowu przeżywa zastój, aby nieco zamarkować, że jednak coś się tutaj dzieje, w kilku zdaniach opiszę popularny wśród kolekcjonerów przewodnik autorstwa Hansa Pokory.

Całość składa się z sześciu albumów. Każdy z nich autor podzielił na państwa. Nie ma tutaj opisów - nawet jednego zdania na temat tego, co płyty zawierają. Zamieszczono wyłącznie fronty oryginalnych okładek, rzadziej zaś widnieją nalepki płyt. Każdy tytuł przypisany jest do jakiegoś gatunku przynależnego muzyce rockowej. Podana jest nazwa wytwórni płytowej, która pierwotnie dany album opublikowała oraz numer katalogowy.
W końcu jest to, co stanowi najistotniejszy element tych przewodników, czyli wycena każdej płyty prezentowana przez kropki - od jednej do sześciu.





Warto zwrócić uwagę, że niektóre płyty umieszczone są tutaj w dwóch wersjach, wynika to z tego, że doczekały się innych, czasem naprawdę rzadkich - rzadszych niż wersje macierzyste - wydań w różnych częściach świata.
Przykładem 'S.F. Sorrow' The Pretty Things - zespół z Wielkiej Brytanii. Ich album został skatalogowany w tym kraju podwójnie - zarówno w wersji wyprodukowanej na Wyspach, jak i w wersji posiadającej odmienną okładkę, a wydaną w Japonii.

Niektóre LP dostały rekomendację autora, co ma oznaczać, że Hans Pokora uznał daną płytę za majstersztyk. Można tutaj oczywiście dyskutować, czy w istocie tak jest, czy rzeczywiście mamy do czynienia z jakąś muzyczną sensacją, przyjmijmy jednak, że jest to ocena subiektywna.

Poza tym autor oznacza w ten sposób przede wszystkim płyty zapomniane, bardzo rzadko zaś dokonania uznane, znane szerokiej publiczności. Oczywiście nie ma w tym nic złego - wszak chodzi, aby wreszcie te przykryte warstwą kurzu tytuły zyskały należne im miejsce w panteonie. Ale czasem odnoszę wrażenie, że Hans Pokora ma skrzywienie polegające na wynoszeniu na piedestał płyt z kompletnego podziemia - chociażby prywatne tłoczenia, kosztem płyt naprawdę wartościowych, jednak już cenionych wśród zbieraczy.

Być może jednak to tylko moje odczucia, wynikające z tego, że również jestem melomanem.





Niestety, wszystkie płyty, które przedstawił Hans Pokora są drogie lub bardzo drogie. Na przykład LP z jednym punktem oznacza cenę od 75 Euro do 100 Euro. Natomiast płyty, które zostały wycenione na sześć punktów osiągają ceny grubo ponad 1000 Euro.

Rzecz jasna ceny tych płyt uległy lub wciąż ulegają zmianom. Ceny niektórych albumów zamieszczonych w przewodnikach poszły znacznie w górę, inne na szczęście nieco zmalały. Wiadomo też, że na aukcjach internetowych wszystko w tej dziedzinie rządzi się nieco innymi prawami niż na tradycyjnych giełdach płytowych.





W każdym razie o wartości tych książek decyduje fakt, że jeśli ktoś poszukuje zapomnianych lub nieznanych rockowych płyt, tutaj ma niemal kopalnię tego typu dokonań. Jest to drogowskaz dla kolekcjonerów nie tylko płyt analogowych, ale również dla tych, którzy zbierają CD. Natomiast jeżeli ktoś liczy na to, że przewodniki Hansa Pokory wzbogacą jakoś jego wiedzę muzyczną, lepiej niech poszuka gdzie indziej.

wtorek, 15 października 2013

STRANGE

SOUVENIR ALBUM 1979

Tytuł mówi wszystko.

Nagrany w latach 1975-1978 materiał zawierał piosenki zarejestrowane w różnych miejscach i w różnych okolicznościach. W 1978 roku płyta została skompilowana przez lidera zespołu Davida Chamberlaina - głównego twórcę repertuaru, jaki złożył się na album - i wytłoczona w nakładzie 100 EGZEMPLARZY przez właściciela maleńkiej wytwórni Yantis Recording, prowadzącego swoje wydawnictwo we własnym domu. Egzemplarze płyty były rozdawane wśród przyjaciół zespołu. Tak więc LP stanowił rodzaj pamiątki po pewnym epizodzie z życia muzyków tworzących Strange.

Biorąc pod uwagę, że zgromadzone na 'Souvenir Album' nagrania powstały w skromnym studiu oraz podczas występów, trzeba przyznać, że wszystkie one brzmią naprawdę przyzwoicie. Ponoć jest to w dużej mierze zasługa odrestaurowania dźwięku przez wytwórnię Shadoks Music, gdyż oryginalny LP nie brzmiał tak klarownie.

Rzecz jasna, ze względu na brak porządnej produkcji, jakość niektórych fragmentów jest dość nierówna - raczej typowa dla nagrań demo. Te niedostatki zauważalne są przede wszystkim w 'Twelve Boats'. Mimo to słychać, że Strange był zespołem posiadającym duży potencjał.

Płytę w znacznej mierze wypełniły nastrojowe, liryczne ballady.
Trzeba zauważyć jedną istotną rzecz - muzyka, która się tutaj znalazła w najmniejszym stopniu nie przypomina tego, co się wówczas na rynku zadomowiło. Nie ma tutaj syntezatorów, nie ma tutaj nic z punkowej maniery, nie ma wpływów popularnego wówczas disco. Formacja zaproponowała muzykę zaaranżowaną dosyć skromnie, która równie dobrze mogłaby powstać w 1970 roku. Słowem - były to dźwięki, które pochodziły z zupełnie innego bieguna w stosunku do muzycznych tendencji panujących w roku 1979.





1. Segment From BARAPP
Somebody
The Ballad Of Hollis Spaceman
Four-Eyes

2. Segment From BARAPP

3. Segment From On Winning The War
A Faced Dream
Rick's Song

4. Segment From Mushroom Wednesday
Lies By Poetic License
Twelve Boats
The Last Song


Według mnie naprawdę wyjątkowej urody jest piosenka 'Somebody'. Niezwykle poetycka otoczka wytworzona poprzez przepiękny temat grany na fortepianie wzbogacona została przez oszczędne zagrywki gitary elektrycznej. Ten powoli płynący i pełen zadumy, kameralny utwór to dzieło światowego formatu.

Skrajnie odmienny charakter nosił 'The Ballad Of Hollis Spaceman'. Był to dynamiczny, pełen młodzieńczej werwy i pewnej nerwowości, rockowy utwór ze świetnym, długim solem przesterowanej gitary elektrycznej - częstokroć dodatkowo zniekształconej przy użyciu efektu Wah-Wah. Zaśpiewany zaś został z zacięciem przez Davida Chamberlaina.

Oparty na brzmieniu gitary akustycznej i elektrycznego pianina - zagrany bez udziału perkusji - 'Four-Eyes' ponownie wprowadzał atmosferę zadumy. Balladowy, nastrojowy 'Twelve Boats' jest jedynym nagraniem na płycie, które posiada nieco gorszą jakość dźwięku. Momentami można odnieść wrażenie, że utwór zarejestrowano przy pomocy zwykłego magnetofonu kasetowego. Ale też nie chcę popadać w przesadę - mimo niedoskonałości, wszystko słychać wyraźnie.

Zaśpiewany przede wszystkim z akompaniamentem fortepianu 'Rick's Song' wzbogacony został subtelnym tłem sekcji rytmicznej oraz - w końcowej części - oszczędnymi zagrywkami gitary elektrycznej. Podobny charakter nosiły - podniosły 'Segment From On Winning The War' oraz pobrzmiewający nutą smutku 'The Last Song'. To wszystko może sprawiać wrażenie niezbyt wyszukanego, ale według mnie te nieco aseptyczne, sterylne aranżacje doskonale pasują do tego typu kompozycji.

W delikatnym, zagranym w wolnym tempie 'Segment From Mushroom Wednesday' zespół wprowadził do aranżacji nastrojową partię trąbki, która dodawała kompozycji kolorytu. Piosnka zaaranżowana została na fortepian i gitarę akustyczną, w finale zaś pojawiały się schowane w tle dźwięki organów Hammonda.

Tak więc powstał bardzo interesujący zestaw, może nie idealny, ale bez wątpienia wartościowy. Jeśli jednak ktoś oczekuje jakiejś przemyślanej, dopracowanej w najdrobniejszych szczegółach produkcji, lepiej niech poszuka gdzie indziej. Natomiast zwolennicy starego, zapomnianego przez czas i ludzi rocka będą zachwyceni.


piątek, 12 kwietnia 2013

SHUTTAH

THE IMAGE MAKER (1971)

Ten fascynujący, koncepcyjny, nagrany w 1971 roku album przez długie lata nie wyszedł poza formę acetatu. Aż do roku 2002, kiedy to został zaprezentowany światu przez szacowną wytwórnię Shadoks Music.

Powstała muzyka posiadająca cechy kolażu dźwiękowego. Powiązane ze sobą piosenki tworzyły opowieść rozgrywającą się w czasie drugiej wojny światowej, zaś efekt dramaturgiczny pogłębiały przeróżne efekty dźwiękowe. Zespół nie stronił od eksperymentów - częstokroć nawiązujących do muzyki awangardowej. Starał się wzbogacić aranżacje poprzez wprowadzenie instrumentów dętych.

Niekiedy też kładł spory nacisk na grupowe harmonie wokalne.
Materiał - nagrany przez nikomu nieznanych muzyków w profesjonalnym studiu - budzi duży podziw autentycznie udanymi melodiami oraz znakomitą produkcją. Niebywałe zjawisko.
Znalazło się tutaj miejsce na tematy stonowane, spokojne, ale też na repertuar stricte rockowy, posiadający niemal hard-rockową intensywność, przytłaczający posępną, niepokojącą atmosferą. Wiele kompozycji ujawniało zamiłowanie zespołu do funku. Całość zdradzała jednak wpływy i ambicje rocka progresywnego.





1. Image Maker
2. Bull Run
3. Cry My Little Darling
4. Lady Smith
5. Village Green
6. The Crimp
7. Christmas 1914
8. The Fens
9. Guernica
10. World War II
11. Concrete
12. Imjin
13. She's A Bad Girl
14. The Wizard
15. Tell Me Why
16. Conclusion


Cóż więc tu mamy?
Tytułowa, nieco funkowa piosenka kontrastowała z powolnym, mrocznym 'Bull Run' opartym na ciężkich tonach mocno przesterowanych, niemal rzężących organów Hammonda oraz dźwiękach natarczywej i również przesterowanej gitary elektrycznej. Muzyczna tkanka nagrania obudowana została różnego rodzaju naturalistycznymi odgłosami wojny. Dodatkowo pojawiały się zniekształcone, agresywne dźwięki instrumentów dętych.
Utwór wieńczyła nastrojowa impresja zagrana przez trąbkę i fortepian.

'Cry My Little Darling' to z kolei krystalicznie czysta, szlachetna, dynamiczna piosenka cudownie oplatana dźwiękami elektrycznego klawesynu. 'Lady Smith' w początkowej fazie miał w sobie coś ze spokojnej twórczości Carlosa Santany, by w drugiej części powrócić do funkowych zapędów Shuttah.

W 'The Crimp' zwykła piosenka zostaje przerwana niespodziewanie kakofonią dźwięków. Po chwili następuje powrót do normalnego, w dużej mierze instrumentalnego grania mającego jazzowe zabarwienie - z partią trąbki i pełnym werwy solem gitary.

Rozpoczynający się od melodii pozytywki 'Christmas 1941' to najpiękniejszy fragment płyty. Jest to melancholijna, zagrana na wodewilową nutę miniatura zaśpiewana jedynie z akompaniamentem fortepianu, zaś w zwrotkach wspaniale zaaranżowana na głosy. Warto zatrzymać się przy tych właśnie chórkach ponieważ nieodparcie kojarzą mi się one z aranżacjami partii wokalnych w muzyce Yes, a także Queen.

'The Fens' we wstępie ozdobiony fortepianowym tematem był następnym powrotem na bardziej rockowe terytoria - z uwypuklonymi brzmieniami organów Hammonda na tle prostego, równomiernego podkładu sekcji rytmicznej. W środkowej części jako kontrapunkt pojawiły się zespołowe chórki.

Miniatura 'Guernica' to impresja na gitarze elektrycznej solo.

'World War II' to kolejna synteza funku i jazzu, w drugiej połowie wzbogacona efektami dźwiękowymi - syrenami alarmowymi, odgłosami wojny. Całość kończył zwiewny temat wokalny. Nie przepadam za funkiem, ale na tej płycie - jako element składowy w ramach rockowej konwencji - świetnie się broni.

W głównej części 'Imjin' rytm nadawał hi-hat punktowany przez pojedyncze uderzenia gitary elektrycznej. Następnie zespół przechodził do krótkiej instrumentalnej, dosyć swobodnej improwizacji z uwypuklonymi partiami perkusji - zwłaszcza talerza. Piosenkę wieńczył refleksyjny, wyciszony fragment oparty na grze gitary akustycznej i pobrzmiewających w drugim głosie organach Hammonda.

'The Wizard' to najpierw subtelny wokalny temat oraz tajemniczy szept na tle stonowanych, sugestywnych dźwięków organów Hammonda.
Po chwili jednak muzyka się ożywia i otrzymujemy porywającą, rockową improwizację wspomnianego wyżej instrumentu przeplataną przez ponownie funkującą gitarę. Całość zaś po raz kolejny wskazywała pewne wpływy twórczości Carlosa Santany, ale także miała w sobie coś z ówczesnych undergroundowych, progresywnych zespołów z Wielkiej Brytanii.

Płytę zamykał wielowątkowy i zróżnicowany - potężny organowy motyw skontrastowano z delikatną partią trąbki - 'Conclusion' na moje ucho będący czymś na kształt wariacji osnutej wokół 'Bull Run'. Kompozycję wieńczył niepokojący quasi chór.





Nie ma sensu drobiazgowego opisywania i rozkładania na czynniki pierwsze każdej kompozycji, zbyt wiele jest tu szczegółów. Najlepiej samemu posłuchać. Jest czego - ponieważ materiał ten stanowi wzorcowy przykład rockowego podziemia z tamtych czasów. Niemal każdy dźwięk jest przesiąknięty tym dziwnym klimatem, jaki panował tylko wtedy. Poza tym niektóre fragmenty naprawdę świdrują umysł, zaś moje opisy są zbyt uproszczone, aby oddać urodę wszystkich drobiazgów tutaj zawartych.
Ponad to jest to tytuł, który z każdym przesłuchaniem smakuje coraz lepiej.

W roku 2002 wydany przez Shadoks Music 'Image Maker' ukazał się jako podwójny LP w grubej, skórzanej okładce z wklejonymi czterema fotografiami oraz reprodukcjami winylowych nalepek studia IBC, gdzie materiał na ten album został zarejestrowany.
Dopiero w 2007 roku tytuł ukazał się na podwójnym CD.

MARSUPILAMI 1970

Nagrane dla wytwórni Transatlantic Records dwie płyty sekstetu zawierały bardzo ciekawą i ekscytującą odsłonę nowego rocka progresywnego. Grupa zaprezentowała porywający mariaż ciężkiego rocka i muzyki dawnej, całość zaś nasyciła elementami jazzu. Wszystko to razem wykonywała - zwłaszcza na drugiej płycie - z niemal teatralną dramaturgią, co potęgował głos wokalisty częstokroć oscylujący na granicy melodeklamacji.
Swój repertuar formacja osnuła wokół brzmień organów Hammonda, gitary elektrycznej oraz instrumentów dętych takich jak flet poprzeczny oraz - na drugim albumie - saksofon.

Grupie udało się połączyć różnorodne wpływy w spójne, frapujące kompozycje charakteryzujące się dużą dynamiką wykonania oraz umiejętnością budowania nastroju przy pomocy łączenia zmiennych, częstokroć bardzo kontrastowych motywów. Duży nacisk położono także na opracowanie grupowych partii wokalnych, mających częstokroć charakter wokaliz.

Żeby jednak nie być gołosłownym przytoczę kilka przykładów.
Otwierający płytę 'Dorian Deep' rozpoczynała zaśpiewana w dwugłosie niepokojąca wokaliza na tle subtelnych tonów organów Hammonda. Następnie przeradzał się w rozpędzony heavy-rockowy utwór przerywany różnego rodzaju dygresjami wykorzystującymi brzmienie fletu oraz głosu, a nawet harmonijki ustnej. Ponad to uwagę przykuwało rewelacyjne solo gitary, dla którego rodzaj kontrapunktu stanowiły, uzupełniające plan dźwiękowy, partie organów Hammonda.
Fantastyczny muzyka.





1. Dorian Deep
2. Born To Be Free
3. And The Eagle Chased The Dove To Its Ruin
4. Ab Initio Ad Finem (The Opera)
5. Facilis Descensus Averni


Przesycony atmosferą tajemniczości wstęp wielowątkowego 'Ab Initio Ad Finem (The Opera)' rozpoczynała melodia pozytywki, która przechodziła w niemal kościelne, acz delikatne akordy organów Hammonda. Niezwykłej aury dodawało tutaj wprowadzenie dobiegających z oddali odgłosów kraczących wron.
Kolejny motyw - oparty na powtarzanej figurze rytmicznej granej przez perkusję i pojedynczych dźwiękach organów - posiadał w sobie ów pierwiastek muzyki dawnej. Następna część kompozycji to był już świetny hard-rock z gitarą elektryczną w roli głównej. Po tym pojawiał się melancholijny temat, w którym rola instrumentu wiodącego przypadła grającej na flecie poprzecznym Jessice Stanley Clarke. Za chwilę muzyka ponownie nabierała żywiołowości uwypuklając partie organów Hammonda i gitary. Zwieńczeniem zaś był pełen dysonansów motyw, z którego łagodnie wyłaniał się organowy temat będący repryzą tematu rozpoczynającego kompozycję.

Jak nietrudno zauważyć, zespół nie stronił od długich improwizacji, które nie tylko ujawniały dążność do rozbudowanej formy, ale także ukazywały fascynację instrumentalistów różnymi gatunkami muzyki i próbę ich asymilacji w przemyślaną całość.
Bardziej jednorodny charakter nosiły utwory 'Born To Be Free' oraz 'And The Eagle Chased The Dove To Its Ruin'.

Pierwsza z wyżej wymienionych piosenek to cudowna, rozmarzona ballada zdominowana przez falujące niczym liście na wietrze dźwięki fletu poprzecznego, które skontrastowano z jazzowymi, oszczędnymi zagrywkami gitary elektrycznej tworzącymi subtelne tło. W środkowej części następowało zupełnie kontrastowe instrumentalne przyśpieszenie - na plan pierwszy wysuwała się tutaj ostra gitara elektryczna. Pojawiała się nawet dosyć natarczywa harmonijka ustna.

Wszystkie te utwory zachwycają niezwykle klarownym brzmieniem, umiejętnym operowaniem barwami i tworzeniem różnorodnych nastrojów oraz - jak na ówczesną muzykę rockową - śmiałością rozwiązań kompozytorskich. Zachwyca swoboda wykonawcza, przy pomocy której grupa buduje te wszystkie niezwykle mroczne klimaty niczym z innej epoki, podane jednak w iście rockowym stylu.

Już za moment ten rodzaj grania stał się normą, jednak w marcu 1970 roku, gdy debiut Marsupilami ujrzał światło dzienne, wciąż było to spore novum.

Czysta rockowa poezja.

piątek, 21 grudnia 2012

C.A. QUINTET

TRIP THRU HELL 1969

Pochodzący z Minneapolis zespół C.A. Quintet nagrał ten jeden album, na który złożyło się siedem piosenek spowitych mroczną, niepokojącą atmosferą. Wydany przez mikroskopijną wytwórnię Candy Floss tytuł obecnie należy do czołówki najbardziej poszukiwanych nieznanych rockowych płyt, w stanie idealnym oryginalne egzemplarze osiągają cenę TRZECH TYSIĘCY PIĘCIUSET dolarów.
Chociaż osobną kwestię może stanowić, czy jest to dokonanie warte takich pieniędzy, to jednak nie można odmówić 'Trip Thru Hell' pewnego uroku. Natomiast za sprawą mocno nawiedzonego nastroju muzyka, która wypełniła album może intrygować także dzisiaj, chociaż bez wątpienia wymaga kilku przesłuchań i pewnej dozy zainteresowania starym rockiem.

Głównym twórcą repertuaru składającego się na LP był Ken Erwin - wokalista i trębacz w jednej osobie, całość zaś opracowano z użyciem tradycyjnego wówczas instrumentarium.

Główny nacisk położono na partie organów Vox Continental, bez wątpienia wzorowane na dokonaniach grupy The Doors - charakterystyczny nieco falujący lub dla odmiany metaliczny, piskliwy dźwięk. Wyeksponowano także brzmienie gitary elektrycznej, przeważnie grającej delikatne melodie i wybijającej proste akordy, ale niekiedy prowokacyjnie wręcz jazgotliwej, najeżonej różnego rodzaju dysonansami, jak chociażby w długiej improwizacji w 'Underground Music', czy w jednym z motywów 'Trip Thru Hell (Part 1)' oraz w niesamowicie wręcz obłąkanym, pełnym niepokoju 'Cold Spider'.
Ważną funkcję pełniła wysunięta na pierwszy plan pierwszy gitara basowa, nie tyle będąca instrumentem rytmu, co raczej instrumentem odpowiedzialnym za prowadzenie melodii.





1. Trip Thru Hell (Part 1)
2. Colorado Mourning
3. Cold Spider
4. Underground Music
5. Sleepy Hollow Lane
6. Smooth As Silk
7. Trip Thru Hell (Part 2)


Aranżację wzbogacono poprzez wprowadzenie do niektórych utworów trąbki.
Aby powiązać piosenki w całość i nadać im bardziej przemyślany, spójny charakter, pomiędzy nagraniami umieszczono - nadającą całości aurę niesamowitości - krótką kobiecą wokalizę wziętą z głównego tematu kompozycji tytułowej, która to z kolei została podzielona na dwie części rozpoczynając i wieńcząc 'Trip Thru Hell'.

Wielowątkowy utwór tytułowy był dla grupy okazją do wykorzystania różnych środków wyrazu - quasi awangardowych, na przykład w przetworzonym solo perkusji w pierwszej części kompozycji. Z kolei finalna część 'Trip Thru Hell (Part 2)' posiadała cechy kontrolowanego chaosu - wrzaskom wokalisty towarzyszyła kakofonia dźwięków, chociażby uderzenia dzwonu wieńczące płytę.
Także w drugiej części przewijały się różne krótkie, kontrastowe tematy - marszowy rytm z fanfarowymi trąbkami przechodził w odrealniony temat wokalny, aby za moment powrócić do kobiecej wokalizy z pierwszej części nagrania.

Właściwie wszystkie utwory zasługują na wyróżnienie.
Przed wszystkim, rozpoczynający się od krótkiego dźwięku gongu, 'Smooth As Silk'. Piosenka przykuwała uwagę niemal mistyczną aurą, nawiązującą do muzyki orientalnej partią organów i chwytliwym, narastającym refrenem, a także zdecydowanie rockową dynamiką wykonania. Piosenkę ozdobiono - dodającą latynoskiego kolorytu - partią trąbki.

Równie znakomity był posępny 'Colorado Mourning' - oparty na rytmicznie wybijanych akordach gitary elektrycznej i zagrany w szybkim tempie, czarował zaś tajemniczą, senną, narkotyczną atmosferą uzyskaną dzięki rozpływającym się dźwiękom organów oraz niepokojącym zagrywkom trąbki. Trudno to opisać, mimo że to prosta muzyka.

We wspomnianym 'Cold Spider' wyprany z emocji głos wokalisty bardziej przypominał monolog niż śpiew, w dodatku każdą zwrotkę wieńczył konwulsyjny krzyk. Cała środkowa, instrumentalna część należała zaś do gitarzysty, który, na tle jednostajnego podkładu, wydobywał ze swojego instrumentu przeróżne ostro przesterowane, zgrzytliwe dźwięki.

Przy pierwszym przesłuchaniu można odnieść wrażenie wielkiego bezładu zawartego tutaj repertuaru, ale zapewne taki był też zamysł twórców, aby ukazać wszelkie ludzkie lęki i fobie, żeby za pomocą muzyki zilustrować piekło, które jest w nas samych. W jakimś stopniu zapewne się powiodło, chociaż trudno też uznać, by efekt końcowy był w pełni satysfakcjonujący.
Mimo to, dla mnie jest to kawałek znakomitej, dawno zapomnianej muzyki z amerykańskiego muzycznego undergroundu.

Do kompaktowej edycji firmy Sundazed Music dołączono aż dwanaście nagrań dodatkowych, z których kilka było do tej pory niepublikowanych i spokojnie mogłyby stanowić materiał na kolejny LP. Jak chociażby świetny 'Fortune Teller's Lie' w stylu ówczesnych poczynań The Who, czy 'Sadie Lavone', ale też zagrany z akompaniamentem gitary akustycznej i bongosów 'Bury Me In A Marijuana Field'. Jaka szkoda, że nie wydano tego jako osobnego materiału.

poniedziałek, 26 marca 2012

FOX

FOR FOX SAKE (1970)

Przepiękna muzyka.
Wyjątkowej urody epitafium dla psychodelicznego rocka i jednocześnie kolejna odsłona nowego rocka progresywnego. Być może zabrzmi to trywialnie, ale jest to zapomniany klejnot muzyki rockowej.

Zespół wcale nie starał się podążać za modami - nie ma tutaj ani taniej wirtuozerii, ani wyszukanej produkcji. Fox byli wierni dźwiękom, które powoli przechodziły do historii. Brzmienie jest przestrzenne i klarowne, pozbawione różnych sztuczek studyjnych, suche - dzięki temu całość momentami przywodzi atmosferę występu na żywo.

Kompozycje zdominowane przez partie organów Hammonda i gitary elektrycznej - chociaż znalazło się miejsce dla instrumentów akustycznych - czarują ulotnym wdziękiem. Zachwycają urodziwymi, chwytliwymi melodiami. Zaskakują tonem refleksji i zadumy.





1. Secondhand Love
2. Lovely Day
3. As She Walks Away
4. Glad I Could
5. Butterfly
6. Look In The Sky
7. Goodtime Music
8. Mr. Blank
9. Man In A Fast Car
10. Birthday Card
11. Madame Magical

Skład

Steve Brayne - Lead Guitar
Winston Weatherwill - Lead Guitar And Sitar
Alex Lane - Hammond Organ And Piano
David Windross - Bass Guitar And Piano
Tim Reeves - Drums





Wzorcowym przykładem jest ukochany przeze mnie, podzielony na dwie części, 'As She Walks Away'.
Długie instrumentalny preludium to delikatna impresja grana na gitarze elektrycznej, ozdobiona szelestem talerzy, na których perkusista grał miękko zakończonymi pałeczkami do kotłów. Jako kolejny głos dołączają po chwili wysokie tony organów. Kompozycja nabiera wigoru, dramaturgii. Następuje spiętrzenie dźwięków. Szybko jednak muzyka zwalnia i przychodzi ukojenie. Wówczas rozpoczyna się część druga - nieco rozmarzona piosenka.

Podobnym wydźwięk miały - podniosły 'Secondhand Love' i 'Look In The Sky'.
Co do piosenki 'Secondhand Love' to przywodzi mi na myśl 'With A Little Help From My Friends' w interpretacji Joe Cockera - tylko bez żeńskich chórków i w nieco szybszym tempie zagrana. Obok zagrywek gitary elektrycznej zdobiącej to nagranie, istotną rolę pełnił, schowany na drugim planie, fortepian.
W zaaranżowanym na dwie gitary akustyczne i zagranym bez perkusji 'Butterfly' dzięki wprowadzeniu w środkowej części sitaru całość pobrzmiewała elementami muzyki orientalnej.

Znalazło się miejsce dla pełnych werwy piosenek w rodzaju 'Mr. Blank' czy 'Man In A Fast Car'.
Pierwsza - zagrana w szybkim tempie - została oparta na marszowym rytmie i odznaczała się wyjątkową intensywnością, by nie rzec nerwowością. Warto tutaj zauważyć, że grany unisono główny motyw tego nagrania przypomina ten, na którym zbudowano nagraną w 1979 roku piosenkę 'London Calling' The Clash.

Najbardziej rozbudowany utwór 'Madame Magical' - we wstępie ozdobiony odgłosami wesołego miasteczka - to instrumentalna, jednostajna improwizacja. We wstępie wprowadzono zwykłą piosenkę, której refren  - powtórzony także na końcu - zagrany został w rytmie walca. Kompozycja jest wzorcowo nasycona psychodelicznym pierwiastkiem. Wbrew pewnej prostocie wykonawczej jest to autentycznie porywający fragment płyty.

Odmienny charakter posiadał 'Goodtime Music' z knajpianym pianinem w roli głównej. Ta żywiołowa piosenka miała w sobie coś z ducha klasycznego rock and rolla.

To jest płyta jak ze snu dla miłośników rocka z lat sześćdziesiątych. Nad każdym dźwiękiem unosi się ta przymglona, psychodeliczna aura uzyskiwana zwłaszcza dzięki świdrującym dźwiękom organów Hammonda. Najbliżej tej muzyce zaś do ówczesnego dorobku Procol Harum.

Oryginalny LP ukazał się w Wielkiej Brytanii dzięki staraniom wytwórni Fontana Records. Niestety nie był to najlepszy czas dla takiej muzyki i 'For Fox Sake' poniósł komercyjną porażkę. Obecnie egzemplarze tego wydania są bardzo rzadkie i na aukcjach internetowych osiągają kwotę blisko czterystu funtów.
Amerykańska wersja - wydana przez firmę Crewe - nie dość, że posiadała odmienną ilustrację, to jeszcze została wydana w nieporęcznej, rozkładanej okładce, którą można było przerobić na plakat. Zaletą jest fakt, że ta wersja jest łatwa do zdobycia i wciąż bardzo tania.

Jednym z inżynierów dźwięku był Roy Thomas Baker, już wkrótce światowej sławy producent współodpowiedzialny za sukces pierwszych płyt Queen. Być może to właśnie on wpadł na pomysł, aby w piosence 'Brighton Rock' pochodzącej z płyty 'Sheer Heart Attack' wykorzystać te same odgłosy wesołego miasteczka, które pojawiają się w 'Madame Magical'.

Przy okazji - czy tylko mnie końcówka ogona lisa kojarzy się z pewną częścią ciała?


niedziela, 13 lutego 2011

ANDROMEDA 1969

Według mnie Andromeda nie była - co sugeruje wiele źródeł - kontynuacją grupy The Attack. Jedyne co łączy obie formacje to osoba gitarzysty Johna DuCanna. Natomiast sam The Attack istniał jeszcze przez moment po odejściu tegoż muzyka i utworzeniu Five Day Week Straw People, czyli grupy odpowiedzialnej za nagranie jednego LP na zlecenie. To właśnie ten zespół można uznać za właściwy początek tria Andromeda.

Niestety, także Andromeda pozostawiła po sobie ten jedyny album, który w mojej opinii stanowi  jeden z synonimów muzycznego podziemia. Całość mimo, że zdecydowanie heavy-rockowa, przepełniona jest trudnym do opisania ulotnym czarem, nastrojem tajemnicy.
Ale po kolei.




1. Too Old
2. The Day Of The Change
3. Now The Sun Shines
4. Turns To Dust
Discovery
Sanctuary
Determination

5. Return To Sanity
Breakdown
Hope
Conclusion

6. The Reason
7. I Can Stop The Sun
8. When To Stop
The Traveller
Turning Point
Journey's End


Skład


John DuCann - Guitar, Lead Vocals
Mick Hawksworth - Bass Guitar, Vocals
Ian McLane - Drums


Album rozpoczyna krótka parafraza pierwszych taktów bluesowej klasyki 'Train Kept A Rollin', po czym rozpoczyna się dynamiczna introdukcja zwiastująca to, z czym przyjdzie się zmierzyć słuchaczom. Po chwili jednak następuje nagłe zwolnienie tempa i otrzymujemy dość powolny, ciężki 'Too Old' pochodzący jeszcze z czasów The Attack.

Właśnie taka jest cała płyta. Poskładana - może czasem trochę na siłę - z różnych, nie zawsze przystających do siebie elementów, które jednak trio umiejętnie połączyło w intrygującą całość. Prawdopodobnie z tego powodu trzy kompozycje zostały podzielone na trzy części, z których każda miała indywidualny tytuł. Już wkrótce ten zwyczaj w muzyce rockowej stanie się normą.

Charakterystyczną cechą płyty jest to, że w wielu miejscach Andromeda posługuje się cytatami lub nawiązaniami do osiągnięć innych artystów, ich źródło stanowią tak różnorodne wpływy jak choćby 'Mars' Gustava Holsta wykorzystany we wstępie do 'Return To Sanity' czy zagrana na gitarze klasycznej w stylu flamenco finałowa część 'When To Stop' zainspirowana ponoć przez 'Concierto De Aranjuez' Joaquina Rodrigo.

Wracając jednak do tematu.
Do moich ulubionych nagrań na płycie należy 'Turns To Dust'. Podstawowa część to oparta na ciężkim riffie i bardzo mocnej sekcji rytmicznej chwytliwa piosenka ozdobiona dobiegającymi jakby z oddali chórami, które nadają kompozycji posępny, natchniony klimat.
Natomiast w formie dygresji grupa zaproponowała instrumentalne interludium być może  zainspirowane utworem 'Albatross' grupy Fleetwood Mac, w którym przykuwały uwagę charakterystyczne harmonie gitary elektrycznej.
Finałowy fragment niepotrzebnie powiela motyw z 'Communication Breakdown' Led Zeppelin. Nie rozumiem dlaczego gitarzysta tej klasy co John DuCann uciekał się do takich marnych sztuczek. W końcu już w czasach The Attack potrafił tworzyć rzeczy ciężkie i oparte na pomysłowych riffach. Tylko, że tamten zespół i ich muzyka nie zostały w porę dostrzeżone.

Innym wspaniałym utworem, który przykuł moją uwagę jest zamykający płytę, także wielowątkowy 'When To Stop'. Początek stanowią monumentalne akordy gitary na tle dynamicznej sekcji rytmicznej, to wszystko zaś wzbogacono chóralnym śpiewem. Ta introdukcja spełniała funkcję refrenu w pierwszej części kompozycji. We wstępie pojawia się również zagrywka zaczerpnięta z nagrania 'Strange House' wspomnianego już kilka razy The Attack.
Pierwsza część utworu to nieco bluesowy fragment poprzetykany wspomnianymi potężniejszymi interludiami. Następnie pojawia się krótka gitarowa improwizacja, która przechodzi w ostrą, hałaśliwą, nad wyraz intensywną kulminację.
Finał zaś - jak już wspomniałem - to partia gitary akustycznej w stylu flamenco. Oprócz nawiązań do kompozycji hiszpańskiego kompozytora pojawia się tutaj także motyw ze 'Still I'm Sad' zespołu The Yardbirds. Zwraca uwagę subtelna gra gitary basowej oraz kotłów perkusji.

Wspaniały, do bólu melancholijny fragment będący doskonałym zwieńczeniem tej nadzwyczajnej płyty.

Główny twórca repertuaru na płycie, gitarzysta John DuCann, jak wiadomo, przeszedł wkrótce potem do grupy Atomic Rooster. Basista Mick Hawksworth najpierw przyłączył się do zespołu Fuzzy Duck, zaś w późniejszych latach parał się współpracą z Alvinem Lee w jego formacji Ten Years Later. Nie wiem natomiast jak potoczyły się dalsze losy autentycznie fantastycznego perkusisty Iana McLane.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

GRANNIE 1971

Ten bardzo interesujący album powstał w 1971 roku jako PRYWATNE TŁOCZENIE wydane przez firmę S.R.T. (Sound Recording Technology) założoną ponoć przez muzyków Jethro Tull oraz inżyniera dźwięku Dave'a Richardsona, który to jedyne dokonanie Grannie wyprodukował.
W chwili odkrycia tego białego kruka przez kolekcjonerów zespół Grannie pozostawał enigmą. Dwadzieścia lat później, gdy tytuł został wznowiony jako CD przez wydawnictwo Wooden Hill, udało się w znacznym stopniu odsłonić tajemnicę związaną z krótkim istnieniem zagadkowej formacji.

Liderem zespołu i głównym kompozytorem był, zmarły młodo, gitarzysta Phil Newton. Na perkusji grał John Clark. Basistą był Dave Holland. Natomiast na moment przed sesją nagraniową - w celu wzbogacenia brzmienia - do zespołu dołączył, grający na organach Hammonda John Stevenson. Personalia wokalisty pozostały nieznane. Także niezidentyfikowana pozostała dziewczyna, która kilka kompozycji ozdobiła partiami fletu poprzecznego.

Album wytłoczono w nakładzie DZIEWIĘĆDZIESIĘCIU DZIEWIĘCIU egzemplarzy, których jednak zespół nie rozsyłał do wytwórni płytowych w celu zainteresowania swoją muzyką oraz nie sprzedawał podczas występów, częścią nakładu członkowie kwintetu obdarowali natomiast najbliższych oraz osoby, które miały udział przy powstawaniu płyty. Ze wspomnień perkusisty można wywnioskować, że zamiarem grupy wcale nie było podjęcie długotrwałej działalności.



Oryginalna okładka (wznowienie CD Wooden Hill)


1. Leaving
2. Romany Return
3. Tomorrow Today
4. Saga Of The Sad Jester
5. Dawn
6. Coloured Armageddon


Całość brzmi zaskakująco dobrze. Tak od strony wykonawczej, jak i produkcyjnej mamy do czynienia z solidną robotą. Pewne niedociągnięcia brzmieniowe, wynikające z niedostatków studia, w którym materiał został zarejestrowany, tylko dodają płycie uroku. Zwraca uwagę umiejętność komponowania ciekawych, chwytliwych melodii oraz wyczucie rockowej stylistyki. Jedno też trzeba przyznać - zespół nie silił się na wirtuozerię.

Grupa zaproponowała repertuar mocno osadzony w tradycji hard rocka bliskiego dokonaniom Wishbone Ash, ale nie stroniąc przy tym od balladowych i folkowych wpływów.
Wystarczy wspomnieć rozpoczynający płytę utwór 'Leaving' z nastrojową, wyrazistą partią gitary. Folkowe korzenie posiadał zagrany z akompaniamentem gitary akustycznej 'Dawn', który w niektórych momentach pobrzmiewał echami muzyki dawnej.
Elementy ballady i ciężkiego rocka asymilował w sobie 'Romany Return'. We wszystkich trzech wymienionych nagraniach mniej lub bardziej istotną rolę odgrywały eteryczne dźwięki fletu poprzecznego, dodające muzyce Grannie baśniowego klimatu.

Posiadający bardzo melodyjne zwrotki 'Saga Of The Sad Jester' przerywany był zdecydowanie ciężkimi, ostrymi riffami gitary, zaś w finale kompozycje przybierała na dynamice. Podobny charakter nosił 'Tomorrow Return' w znacznym stopniu oparty na ciężkich improwizacjach i wzbogacony grupowymi harmoniami wokalnymi.

Najbardziej rozbudowany 'Coloured Armageddon' również prezentował Grannie jako grupę ciążącą ku estetyce ciężkiego rocka i nie stroniącą od długich, instrumentalnych motywów. Utwór zyskał na mocy za sprawą organów Hammonda.
Niekiedy można jedynie odnieść wrażenie, że zespół trochę błądził wśród tych nieco karkołomnych improwizacji, nie bardzo miał pomysł na ich rozwinięcie oraz w jakim kierunku winien podążyć. Nie jest to zarzut, wszak trzeba pamiętać, że te nagrania są na dobrą sprawę szkicami muzycznymi, stanowią wstęp do tego, czym ta muzyka mogłaby się stać, gdyby zespół zarejestrował całość w profesjonalnym studiu i nadał kompozycjom kształt ostateczny.

Dla wielu miłośników starego rocka jest to najlepszy tytuł wydany jako PRYWATNE TŁOCZENIE w Wielkiej Brytanii i osiąga cenę blisko DWÓCH TYSIĘCY funtów.

Warto dodać, że oryginalna okładka została wykonana własnoręcznie z ilustracją - przedstawiającą starszą damę trzymającą model gitary elektrycznej Gibson Les Paul - naklejoną na front.



Zmieniona okładka (wydanie CD HMP)

wtorek, 14 grudnia 2010

PESKY GEE

EXCLAMATION MARK 1969

Leniwy jestem i to okrutnie. Od dobrych kilku tygodni nie napisałem nawet jednego słowa na tym nieszczęsnym blogu. Nie mogę się na niczym dłużej skoncentrować. Przedwczesna zima dodatkowo pogłębia stan rozbicia psychicznego. Nawet zdarzyło się, że odsunąłem od siebie muzykę, ale na szczęście nie na długo. Od dwóch tygodni nieprzerwanie pada śnieg pokrywając cały kraj. W tych warunkach bardzo trudno zmobilizować się do czegokolwiek.





1. Another Country
2. Pigs Foots
3. Season Of The Witch
4. A Place Of Heartbreak
5. Where Is My Mind
6. Piece Of My Heart
7. Dharma For One
8. Peace Of Mind
9. Born To Be Wild

Skład

Kay Garret - Lead Vocals
Kip Trevor - Lead Vocals
Jim Gannon - Guitar
Bob Bond - Bass
Jess Taylor - Organ
Clive Jones - Saxophone
Clive Box - Drums And Percussion


Pesky Gee po nagraniu 'Exclamation Mark' przeistoczył się w popularny przez krótki moment Black Widow i nagrał kolejne trzy płyty, które mnie już aż tak nie zachwycają. Oczywiście, debiut Black Widow 'Sacrifice' to bardzo dobre, czy wręcz porywające dokonanie, jednak, jak dla mnie, to już nie to samo. Czegoś tam brakuje.

Na jedynej płycie septetu mamy zaś repertuar powstały pod wpływem fascynacji jazzem, spowity nieco senną atmosferą oraz doskonałe, plastyczne brzmienie uzyskane przy pomocy dość standardowego - jak na ówczesne normy - instrumentarium, czyli organów Hammonda, gitary elektrycznej, basu, perkusji i saksofonu.
Dość typowy dla tamtego okresu był wybór kompozycji wypełniających albumu, wśród których dominowały przeróbki cudzych kompozycji.

Esencjonalna jest tutaj znakomita interpretacja 'Season Of The Witch' autorstwa Donovana. Nasycona klimatem jazzu i doskonale zaśpiewana przez Kay Garrett leniwym - dla odmiany w refrenie cudownie krzykliwym - głosem, zwracała uwagę oszczędną partią gitary oraz dynamicznymi partiami organów Hammonda, które pierwszoplanową rolę wiodły w długiej instrumentalnej improwizacji, tworząc bogatą paletę barw i brzmień. Nie jest to szczególnie oryginalne, ale na pewno świetnie zagrane. Kay Garrett posiadała wprawdzie skromne możliwości, ale liczy się fakt, że potrafiła wpasować się w klimat muzyki, że jej głos był idealny do tego typu dźwięków.

Uważam, że wokalistka prezentowała ciekawszy sposób śpiewania niźli dominujący na płycie Kip Trevor. Doskonale wychodziły pani zwłaszcza wysokie tony. Mimo to 'Another Country' z wokalistą w roli głównej był następnym doskonałym punktem programu. Obowiązkowa jazzowa gitara i wiodące partie saksofonu, dynamiczna sekcja rytmiczna plus tajemniczy nastrój. Z główną częścią kontrastowało zagrane z lekkim swingiem instrumentalne interludium, z subtelną partią organów Hammonda, które jednak po chwili nabierało tempa i przeistaczało się w kapitalny pojedynek gitary elektrycznej i saksofonu.

Innym klejnotem była zagrana w średnim tempie i nieco paranoiczna przeróbka nagrania 'Where Is My Mind' amerykańskiego kwartetu Vanilla Fudge. W końcu od jak najlepszej strony zaprezentował się Kip Trevor śpiewając tym swoim zlęknionym głosem, a w refrenie wspomagany przez niemal obłąkaną Kay Garrett.
Bardzo dobry jest też instrumentalny 'Pigs Foots'. Na tle mocnej sekcji rytmicznej można posłuchać pełnych wigoru solowych partii saksofonu, ostrej gitary i organów Hammonda. Całość została oczywiście nasączona jazzowym kolorytem.

Ponad to Pesky Gee zaprezentował spopularyzowany przez Janis Joplin 'Piece Of My Heart' oraz własne wersje kompozycji popularnych w tym czasie zespołów - 'Peace Of Mind' z debiutanckiej płyty grupy Family 'Music In A Doll's House', instrumentalny 'Dharma For One' zespołu Jethro Tull z ich pierwszego albumu 'This Was' oraz 'Born To Be Wild' amerykańskiej formacji Steppenwolf.
'Exclamation Mark' trzymał równy, dosyć wysoki poziom i trudno znaleźć słabszy moment. Troszkę szkoda, że zabrakło kompozycji własnych, ale i tak jako całość jest to wymarzone dokonanie rodem z brytyjskiego muzycznego undergroundu.
Czegoż więcej chcieć?

Muszę koniecznie nadmienić, że wspomniany wcześniej debiut Black Widow 'Sacrifice' został pierwotnie zarejestrowany jeszcze pod nazwą Pesky Gee i z Kay Garrett jako wokalistką, ale ukazał się dopiero po latach jako 'Return To The Sabbath'. Ta wczesna wersja płyty była bliższa opisywanemu tutaj dokonaniu i przez to jakby ciut bardziej tajemnicza.

czwartek, 14 października 2010

CHOCOLATE WATCHBAND

THE INNER MYSTIQUE 1968

W mojej ocenie 'The Inner Mystique' to jedna z najciekawszych płyt dekady i bez wątpienia jedna z bardziej intrygujących płyt w całym gatunku. Zespół znacznie dojrzał i można powiedzieć, że drugi w dorobku album był dużym krokiem naprzód. Świadczył, że muzyka The Chocolate Watch Band ewoluowała w kierunku dokonań bardziej wyszukanych pod względem kompozytorskim i wyrafinowanych od strony brzmieniowej.

Można przyjąć, że styl nowej płyty zwiastował już utwór z debiutanckiego albumu 'Gone And Passed By', ale na 'The Inner Mystique' całość została potraktowana z większym pietyzmem i powagą, dojrzalej.





1. Voyage Of The Trieste
2. In The Past
3. Inner Mystique
4. I'm Not Like Everybody Else
5. Medication
6. Let's Go, Let's Go, Let's Go
7. It's All Over Now Baby Blue
8. I Ain't No Miracle Worker


Pierwsze trzy zawarte tutaj kompozycje roztaczają przed słuchaczami niemal mistyczną, orientalną aurę. Dwie instrumentalne impresje czarują swą tajemniczą atmosferą. Grupa posłużyła się tutaj takimi instrumentami jak sitar, gitara akustyczna, fortepian, flet poprzeczny, saksofon oraz różnego rodzaju instrumenty perkusyjne, w tym nawet chiński gong.

W 'Voyage Of The Trieste' pojawiają się hipnotyzujące wręcz improwizacje fletu i - nadającego nagraniu jazzowy koloryt - saksofonu.
Następnie piosenka 'In The Past' nawiązująca do tradycji 'Paint It Black' grupy The Rolling Stones, czyli dynamiczny rytm i partie sitaru, tutaj wzbogacone natchnionym, delikatnym śpiewem oraz dźwiękami kastanietów.
Natomiast utwór tytułowy 'The Inner Mystique' był przesiąknięty wpływami muzyki Wschodu. Przepiękna, bardzo swobodna partia fletu poprzecznego, delikatna, melancholijna gra gitary akustycznej i fortepianu oraz potęgujące wrażenie niesamowitości wejścia gongu i gitary elektrycznej. Całość zaś snuje się w cudowny wręcz sposób.

Muszę jednocześnie zauważyć, że owe trzy utwory niekoniecznie muszą być łatwe w odbiorze dla każdego słuchacza i raczej nie noszą cech komercyjnych.

Druga strona płyty, to już krótkie piosenki nawiązujące do stylu The Rolling Stones i The Kinks. Znalazło się tutaj miejsce na przeróbkę 'I'm Not Like Everybody Else' drugiej z tych grup. Ponadto zespół zaproponował urzekającą, chropowatą interpretację 'It's All Over Now Baby Blue' autorstwa Boba Dylana, tutaj pod tytułem 'Baby Blue' - z pobrzmiewającą w tle partią fletu poprzecznego.

Reasumując. Druga płyta, to materiał znakomity i w tym momencie The Chocolate Watch Band mogli śmiało konkurować z najpopularniejszymi wykonawcami ówczesnej epoki. Jaka szkoda, że formacja nagrała potem jeszcze tylko jedną płytę i zakończyła działalność.

poniedziałek, 4 października 2010

MIGHTY BABY

A JUG OF LOVE 1971




1. Jug Of Love
2. The Happiest Man In The Carnival
3. Keep On Jugging
4. Virgin Spring
5. Tasting The Life
6. Slipstreams


Po długim czasie bezczynności mam nadzieję, że uda mi się ponownie ożywić bloga kilkoma wpisami.

Na 'A Jug Of Love' brak lokomotywy, która pociągnęłaby za sobą pozostałe wagoniki. Na debiucie takim mocnym akcentem był 'Egyptian Tomb', natomiast na drugiej i ostatniej płycie w dyskografii Mighty Baby można by w prawdzie wskazać na utwory tytułowy oraz 'Virgin Spring' jako coś wyjątkowego, jednak są one zdecydowanie za długie i właśnie to stanowi o słabości tego albumu - jego długość.

Pamiętam, że przy pierwszym przesłuchaniu wydawało mi się, że nagrania ciągną się w nieskończoność, dopiero przy którymś z kolei odsłuchu odkryłem urodę kompozycji zawartych na płycie. Zespół bardziej niż na debiutanckim albumie położył nacisk na wysublimowane aranżacje, dzięki czemu muzyka zyskała bardziej pastelowy odcień, jednak wciąż niezmienna pozostała moja opinia, że te utwory powinny trwać zdecydowanie krócej, wówczas byłby to albumu bardziej niż bardzo dobry, a tak powstała jedynie płyta czarująca wytrwałego słuchacza niezwykle refleksyjną aurą, ale nic ponad to.

Jak zespół przyznaje, inspiracją były dla nich dokonania amerykańskich wykonawców takich jak The Byrds oraz bardzo wtedy wpływowej grupy The Band, co słychać dość wyraźnie. Nad poszczególnymi utworami przez niemal cały czas unosi się duch muzyki folk oraz country - nasuwające skojarzenia z tym gatunkiem partie gitary - na przykład zastosowanie techniki slide we wspomnianej kompozycji tytułowej - oraz brzmienie fortepianu. Może właśnie niemożność przypisania zawartości 'A Jug Of Love' do jakiejś kategorii stanowi o sile tej płyty? Czy zawsze trzeba wszystko szufladkować? Jedno jest pewne, muzyka zamieszczona na LP przeważnie daleka jest od typowej rockowej stylistyki.

Pozwolę sobie na pewne spostrzeżenie.
Uważam, że zespół nie do końca trafnie wybrał utwory na płytę. Okazuje się bowiem, że na albumie zabrakło wspaniałego, niemal mistycznego 'Ancient Traveller' ozdobionego przepiękną partią fletu. Utwór czekał dwadzieścia lat na pierwszą oficjalną publikację, kiedy to został dołączony jako bonus do reedycji drugiej płyty. Warto było czekać, gdyż dla mnie to jest właśnie kwintesencja stylu Mighty Baby.

Przyznam, że po jakimś czasie ta muzyka zaczyna zapadać w pamięć. Nie da się ukryć, że na melodie zwracam szczególną uwagę, dla mnie to podstawowa sprawa, chyba nikt nie lubi słuchać muzyki, której nijak nie daje się przyswoić. Tak więc 'A Jug Of Love' to płyta idealna na taką jesienną pogodę, stonowana, momentami oparta na żywszym rytmie, momentami zaś wyciszona, ale zawsze pełna zadumy i ulotnego wdzięku. Dla tego też najlepszym momentem płyty jest długa instrumentalna koda wspomnianego 'Virgin Spring', olśniewająca wysuniętymi na plan pierwszy improwizacjami mandoliny i fortepianu, jest to jednocześnie jedna z tych piosenek, których słucham nieprzyzwoicie często.

Album wyprodukował Mike Vernon, zaś płytę wydała wyłącznie na terenie Wielkiej Brytanii należąca do niego wytwórnia Blue Horizon. Był to schyłkowy okres tej zasłużonej - szczególnie dla bluesa - wytwórni. Płyta przepadła na rynku i teraz jest nie tylko bardzo rzadka, zwłaszcza w stanie idealnym, ale przede wszystkim bardzo kosztowna.

piątek, 10 września 2010

LOOK AT THE SUN

PRECIOUS SECONDS THOUGHT GONE FROM THE BRITISH UNDERGROUND 1967 - 1970




1. ‘Saturday Club’ LP Of The Week’ Introduced By Keith Skues
Broadcast on ‘Saturday Club’, July 1968

2. The Murder Of Lewis Tollani – KALEIDOSCOPE
Recorded For ‘Top Gear’, 13th December 1967

3. Reactions Of A Young Man – ELMER GANTRY’S VELVET OPERA
Recorded For ‘Top Gear’, 3rd November 1967

4. Toymaker’s Shop – LOUISE
Acetate, Recorded 1967

5. A Kaleidoscope Of Colours – THE ONYX SET
From Tape Of Session Recorded At Bob Potter’s Studio, Late 1967

6. Faintly Blowing – KALEIDOSCOPE
Recorded For ‘Top Gear’, 13th December 1967

7. Does It Really Matter – THE GLASS OPENING
Plexium Label Single, Released July 1968

8. Look At The Sun – LOUISE
Acetate, Recorded 1967

9. The Fool – THE GLASS OPENING
Acetate, Recorded 1968

10. You’ve Gotta Be With Me – THE ONYX SET
From Tape Of Session Recorded At Bob Potter’s Studio, Late 1967

11. Without Her – COCONUT MUSHROOM
Emidisc Acetate, Recorded 1968

12. Flames – ELMER GANTRY’S VELVET OPERA
Recorded For ‘Saturday Club’, 16th January 1968

13. Dust My Blues – THE GLASS OPENING
Emidisc Acetate, Recorded 1968

14. Cross Cut Saw – THE FLEUR DE LYS
Recorded For ‘Top Gear’, 11th October 1967

15. Better By You, Better Than Me – GRADED GRAINS
Acetate Recorded In Paris, December 1969

16. Love’s Gone Bad – THE GLASS OPENING
Emidisc Acetate, Recorded 1968

17. Call Me Lightning – COCONUT MUSHROOM
Emidisc Acetate, Recorded 1969

18. Uptown And Downtown – THE ELASTIC BAND
Acetate Recorded At Deroy Sound Service studio, Early 1970

19. Highways – T2
Recorded For ‘Sounds Of The Seventies’, 14th October 1970

20. Careful Sam – T2
Recorded In The Marquee Club Studio And Broadcast On ‘Disco 2’, 31st October 1970


Wytwórnia Top Sounds Records jest naprawdę genialna. Rok temu wydała trzyczęściową serię pod wspólnym tytułem 'Shapes And Sounds' z nagraniami z drugiej połowy lat sześćdziesiątych dokonanymi przez BBC na potrzeby prezentacji radiowych i według mnie był to materiał więcej niż sensacyjny. Przede wszystkim wszystkie zespoły grały na żywo wykonując piosenki, których częstokroć nie umieszczały na płytach studyjnych, jeśli takowe udało się w ogóle stworzyć. Poza tym wszystkie formacje pochodziły z muzycznego podziemia, tak więc nie było tutaj popularnych nazw, a wyłącznie wykonawcy od dawna zapomniani, którymi obecnie fascynują się zazwyczaj miłośnicy klasycznego rocka. Najważniejszy zaś jest fakt, że owe nagrania w większości przypadków zostały oficjalnie opublikowane po raz pierwszy.
Jako suplement dodano kompilacyjny 'Alphabeat'. Tym razem materiał obejmował pochodzące z acetatów, do tej pory nie wydane, studyjne rarytasy przeróżnych, równie zapomnianych zespołów.
Właściwie to powinienem opisać te cztery płyty już dawno temu.

Tym razem wytwórnia Top Sounds Records postanowiła zaskoczyć wszystkich kolejnym zestawem rzadkich nagrań dla BBC oraz sporą ilością materiału pochodzącego z acetatów.

Muszę uczciwie przyznać, że wytwórnia wyjątkowo rozpieszcza melomanów. Tak jak poprzednio kompilacja ukazała się w dwóch wersjach - CD i LP. CD zawiera dwa nagrania więcej. Do LP dołączono singla z dwoma nagraniami T2. Całość obowiązkowo zawiera dużą kilkunastostronicową książkę z mnóstwem informacji, zdjęć oraz wycinków prasowych. Prawdziwa uczta dla oka.
Ponad to nalepki na płycie są reprodukcjami oryginalnych nalepek. Duża płyta zawiera nalepkę będącą odpowiednikiem brytyjskiego oddziału wytwórni MGM, zaś nalepka na singlu jest kopią nalepki, która zdobiła stare BBC Transcription, czyli płyty, które zawierały właśnie materiał przeznaczony do prezentacji radiowej. Takie płyty są obecnie bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów, gdyż wydawane były w nakładzie stu egzemplarzy, jeśli nie mniejszym.

Przytłaczająca większość zawartych tutaj utworów to istna rewelacja. Prawdziwą niespodzianką są dwa nagrania T2. Oba dotąd dostępne tylko na unikalnych płytach BBC Transcription. Po raz kolejny można usłyszeć i przekonać się, jaką stratą dla świata muzyki rockowej był rozpad tego fenomenalnego tria.
Uważam także, że wielu wykonawców w tych radiowych występach prezentowało się znacznie lepiej niż na studyjnych dokonaniach.

Ponieważ przez cały czas pisałem tylko peany pochwalne na cześć wytwórni Top Sounds Records,  czas najwyższy ich trochę zbesztać. Nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił. Mam na myśli mianowicie wkładki na płyty w wydaniu LP. Co za imbecyl wygenerował ze swojej głowy koncepcję wsuwania winylowych płyt do czegoś tak chropowatego i twardego? Przecież już przy pierwszej próbie wysunięcia płyty z tak sztywnej koperty, niemożliwością jest nie uszkodzić delikatnej powierzchni winylu. Jest to jedyny, niestety znaczący mankament tego wspaniałego wydawnictwa.

Tak więc za sam pomysł całości należą się laury, natomiast za wkładki na płyty winylowe proponuję rzucić pomysłodawcę na pożarcie lwom.

sobota, 10 lipca 2010

FIVE DAY RAIN (1970)

W tamtych czasach PRYWATNE TŁOCZENIE było praktyką dosyć często stosowaną przez zespoły, które chciały zwrócić na siebie uwagę wytwórni płytowych. Własnym - przeważnie niewielkim - kosztem rejestrowały materiał, który dzisiaj określilibyśmy jako DEMO.

W zależności od możliwości tak muzyków, jak i studia, w którym powstawał materiał, takie nagrania prezentowały bardzo różnorodny poziom. Five Day Rain tworzyli instrumentaliści nie tylko bardzo utalentowani, ale także posiadający zdolność do komponowania naprawdę dobrych piosenek. Można się wręcz zadumać nad tym, jak to możliwe, że żadna wytwórnia nie wykazała grupą zainteresowania. Zadziwia bowiem nie tylko wykonawstwo, co także strona techniczna całości nagranej w renomowanym IBC Studios pod okiem dwóch doświadczonych inżynierów dźwięku - Damona Lyon-Shawa oraz Briana Carrolla.





1. Marie’s A Woman
2. Don’t Be Mislead
3. Good Year
4. Fallout
5. Leave It At That
6. The Reason Why
7. Sea Song
8. Rough Cut Marmalade
9. Lay Me Down
10. Too Much Of Nothing

IRON PROPHET

1. Antonia
2. So Don’t Worry
3. The Boy
4. Wanna Make Love To You

Skład

Rick Sharpe - Guitars, Vocals, Harmonica, Percussion
Graham Maitland - Keyboards, Accordeon, Vocals
Clive Shepherd - Bass, Vocals
Kim Haworth - Drums


Zespół przedstawił stosunkowo zwięzłe rockowe utwory noszące melancholijny, romantyczny i balladowy charakter, ale nie wolne od wpływów ciężkiego rocka.
Repertuar zaaranżowano z użyciem typowych dla tego okresu instrumentów - wiodącą rolę powierzono organom Hammonda i gitarze elektrycznej. W kilku piosenkach prym wiódł fortepian. Z tego rodzaju muzyką doskonale współgrał pełen ciepła, rozmarzony śpiew Ricka Sharpe'a.

Właściwie każda z kompozycji przykuwa uwagę. Podniosłą atmosferę w wyjątkowej urody dynamicznym 'Good Year' budowały dźwięki melotronu oraz gitary stalowej. Utwór ozdobiono oszczędną, autentycznie przepiękną zagrywką gitary elektrycznej. Zagrana w szybkim tempie ballada 'Don’t Be Mislead' za podstawę miała liryczny temat grany na fortepianie, z którym kontrastowała schowana na drugim planie całkiem ostro brzmiąca gitara.
Pobrzmiewającą sentymentalną nutą piosenkę 'Sea Song' wzbogacono szumem morskich fal i krzykiem mew. Zaśpiewana z akompaniamentem fortepianu i zaaranżowana na głosy poetycka miniatura 'Lay Me Down' czarowała smutną aurą.

Z kompozycji bliższych estetyce ówczesnego rocka warto wymienić 'Marie’s A Woman'. Przesterowana gitara i ciężkie tony organów Hammonda stworzyły atmosferę wzorcową dla tego typu dokonań. Inny przykład to 'The Reason Why' z przetworzonym głosem wokalisty.
Przede wszystkim zaś trzeba wskazać najbardziej rozbudowany, instrumentalny 'Rough Cut Marmalade' posiadający w sobie hard-rockową intensywność. Już niepokojący, futurystyczny wstęp robi duże wrażenie. Wyjątkowo żywiołowy i pełen ruchliwości utwór zachwyca pełnymi swobodny improwizacjami gitarzysty oraz granymi z fantazją partiami organów Hammonda. Przez całe nagranie przewijają się pulsujące, zniekształcone dźwięki syntezatorów Mooga, co daje kompozycji nieco awangardowy posmak.

Zespół wykonał także przeróbkę piosenki Boba Dylana 'Too Much Of Nothing'. W pierwszej części niezwykle pogodną, niemal folkową. W finale zaś przeradzającą się w pełną zadumy kantylenę.

Warto dodać, że w sesji wzięło udział kilku dodatkowych muzyków. Wśród nich wokalistka Sharon Tandy znana ze współpracy z rewelacyjną formacją Les Fleur De Lys, która jako zespół akompaniujący pojawiła się na dwóch piosenkach sygnowanych imieniem i nazwiskiem artystki 'Hold On' i 'Daughter Of The Sun'.





Pozbawione pierwotnie okładki i wydane w nakładzie ledwie DWUDZIESTU PIĘCIU egzemplarzy dokonanie stało się podstawą dwóch reedycji, dzięki którym miłośnicy starego rocka mogli ten przepiękny album odkryć.

W 2001 roku album, ozdobiony atrakcyjną ilustracją, wydała wytwórnia Background (Wielka Brytania). Natomiast w 2006 roku wydawnictwo Night Wings Records (Włochy) wznowiło ten tytuł w innej - chociaż równie baśniowej - kopercie oraz dołączyło kilka nagrań, dzięki temu można usłyszeć nie tylko cały materiał, jaki grupa zarejestrowała w 1969 roku, ale także cztery nagrania powstałe nieco wcześniej (pod nazwą IRON PROPHET).

Odnoszę jednak wrażenie, że Five Day Rain wciąż czeka na należne mu miejsce w panteonie rockowej klasyki.

piątek, 14 maja 2010

WIMPLE WINCH

TALES FROM THE SINKING SHIP (1964-1968)


Wimple Winch to kolejny przykład grupy, która nawet nie dotknęła popularności i dawno temu została zepchnięta na margines muzyki popularnej. Prawdziwy diament, który po latach zaczyna świecić coraz silniejszym blaskiem.

Okazuje się, że muzyka pochodzącego z Liverpoolu kwartetu bardzo dobrze zniosła próbę czasu i nawet najwcześniejsze beatowe dokonania, jeszcze jako Just Four Men - najpierw Four Just Men - są urzekające. Słychać, że młodzi muzycy mieli talent, że nie była to tylko kopia lub próba naśladownictwa grup z czołówki, ale że zespół dawał także bardzo wiele od siebie.
Te najstarsze piosenki - nie wiedzieć czemu nie wydane w epoce - zachwycają niewymuszonymi melodiami, brak tutaj banałów, w które często wpadały nawet popularniejsze grupy, jest w tych nagraniach coś szlachetnego, a wykonanie stoi na wysokim poziomie.
Trzeba też nadmienić, że wówczas grupie udało się podpisać kontrakt z wytwórnią EMI i nagrać dwa lub trzy single, niestety bez sukcesu.

Ale mnie korci, żeby przejść do kolejnego etapu działalności zespołu, gdy zmienił on nazwę na Wimple Winch.





1. Ad-Ventures (Theme For Friday Night)
2. Half Past Five
3. Aggravatin'
4. Colours
5. The Four Just Men Theme (Laura Norder)
6. Sorry Girl
7. Don't Come Any Closer (1964 Demo)
8. I Just Can't Make Up My Mind
9. Woman Needs A Man
10. I Still Care
11. Thinking About Your Love
12. Tomorrow
13. In The Shelter Of You Arms
14. Trains And Boats And Planes
15. What's Been Done
16. I Really Love You
17. Save My Soul
18. Everybody's Worried 'Bout Tomorrow
19. Rumble On Mersey Square South
20. Atmospheres
21. Typical British Workmanship
22. Bluebell Wood
23. Lollipop Minds
24. Marmalade Hair
25. Coloured Glass
26. Those Who Wait
27. Three Little Teddy Bears
28. Sagittarius
29. The Last Hooray


Rok 1966.
Muzyka popularna zaczęła ewaluować, zmieniać swe oblicze i odnowiony zespół z nową nazwą podjął wyzwanie. Podpisanie kontraktu z wytwórnią Fontana Records również otwierało nowe możliwości.
Na pierwszy ogień poszedł singiel zawierający jeszcze dosyć zachowawcze piosenki 'What’s Been Done - I Really Love You'. Obie kompozycje zdradzały wpływ beatowych reminiscencji z nieco cięższym nowym rockiem, czyli był to pomost pomiędzy beatem a rodzącą się wówczas muzyką o bardziej eksperymentalnym charakterze, zdradzającą większe ambicje.
Następny singiel to już było dzieło dużego kalibru. 'Save My Soul' wyprzedzał swój czas, jest tu wszystko, co powinna zawierać dobra rockowa piosenka. Wpadająca w ucho melodia, żar wykonawczy, pełne inwencji partie instrumentów. Zwrotka to sympatyczny, chwytliwy motyw z oszczędną partią gitary, ale już refren zaskakuje niespotykaną wówczas dynamiką i ekspresją wykonania. Trzeba dodać, że śpiewający gitarzysta Dee Christopholus operuje mocnym, wyrazistym głosem na granicy wrzasku, zaś każda linijka tekstu śpiewana jest z ogromnym ładunkiem emocji, momentami wręcz pasji.

Kolejne wiekopomne dzieło Wimple Winch z 1967 roku zostało początkowo błędnie wytłoczone. Otóż przez przypadek, na drugiej stronie kolejnego singla znalazła się omyłkowo piosenka 'Atmospheres'. Utrzymany w gniewnym tonie główny temat dla kontrastu łagodzony był zharmonizowanymi głosami śpiewającymi delikatnym falsetem.
Obie wymienione piosenki nawiązywały do osiągnięć The Rolling Stones - przesterowany riff gitary w stylu '(I Can't Get No) Satisfaction' - jednak więcej się w muzyce kwartetu działo, była bogatsza pod względem harmonii. Nawet gdy grupa grała hałaśliwie i ostro, nie traciła wyczucia do melodii.
Ponownie Dee Christopholus udowodnił jak świetnym był wokalistą, ekspresją i możliwościami bił na głowę wielu innych bardziej znanych śpiewaków.

Niestety, wytwórnia bardzo szybko wycofała singla i zastąpiła umieszczonego na drugiej stronie 'Atmospheres' mniej porywającą kompozycją 'Typical British Workmanship'.
Na całe szczęście jedno pozostało nie zmienione, mianowicie pierwsza strona singla, czyli znakomity 'Rumble On Mersey Square South'. Wimple Winch zerwał tu z formą zwykłej piosenki, nadając kompozycji zmienną formę, dobierając środki wyrazu pod względem dramaturgicznym. Muzyka w swoisty sposób współgrała z warstwą słowną i stanowiła komentarz do opisywanej historii - raz jest dynamicznie i ciężko, by za moment nastąpiło wyciszenie i spokój. Kompozycja zwiastowała narodziny heavy-rocka.
Trzeba pamiętać, że singel ukazał się w styczniu 1967 roku, czyli zanim The Beatles opublikowali piosenkę 'Strawberry Fields Forever', która, jak wiadomo, zbudowana został z wariacyjnego przetworzenia jednego tematu i wzbogacona przeróżnymi efektami oraz bogactwem aranżacji. Tak więc oba wymienione nagrania zwiastowały nowe podejście do komponowania, czyli wychodzenie poza jednostajność typowych piosenek młodzieżowych.
Wracając do Wimple Winch. Szczególną uwagę zwracają partie perkusji. Lawrence Arends (King) gra tutaj z wielką fantazją i ciężarem, przestrzennie i dynamicznie. Ponownie zachwyca sposób interpretacji wokalnej.
Słowem - jest to jeden z najważniejszych momentów muzyki rockowej lat sześćdziesiątych, jednak, jak wszystko inne, co zespół nagrał, wówczas niedocenione. Dzisiaj natomiast każdy z trzech singli wart jest blisko 500 funtów.

Kończąc.
Jaka szkoda, że w epoce wiele takich zespołów jak Wimple Winch nigdy nie wydało żadnej płyty długogrającej oraz nie odniosło znaczącego sukcesu komercyjnego. To dlatego dzisiaj ludziom się wydaje, że siódmym cudem świata był punk-rock. Dlatego większość ludzi nie wie, jak nowatorska była muzyka lat sześćdziesiątych, że tak naprawdę wszystko co powstało później było już tylko blednącym cieniem tamtego pionierskiego okresu.

piątek, 2 kwietnia 2010

MISUNDERSTOOD

BEFORE THE DREAM FADED (1965-1966)



Produced By Dick Leahy. Recorded 1966 In London At Fontana Studios And IBC

Colour Of Their Sound

1. Children Of The Sun
2. My Mind
3. Who Do You Love
4. I Unseen
5. Find The Hidden Door
6. I Can Take You To The Sun

1965 USA Recordings (Preserved From Acetate)

Blue Day In Riverside

1. I’m Not Talking
2. Who’s Been Talking?
3. I Need Your Love
4. You Don’t Have To Go
5. I Cried My Eyes Out
6. Like I Do


Ten amerykański zespół był wielkim odkryciem Johna Peela. Słynny prezenter radiowy sprowadził The Misunderstood do Anglii i pokierował ich krótkotrwałą karierą. Już na miejscu do grupy dołączył utalentowany gitarzysta Tony Hill, jednocześnie główny twórca repertuaru, który wypełnił połowę omawianej przeze mnie kompilacji.

Otóż to.
Opisywany zestaw podzielony został na dwie części. Pierwsze sześć nagrań zarejestrowane zostały w 1966 roku w Anglii. Natomiast pozostałe piosenki pochodzą jeszcze z 1965 roku, kiedy grupa egzystowała w Kalifornii.

Moją uwagę skoncentruję na tych nagraniach, które powstały w Anglii. To był czas Swingującego Londynu, w kulturze młodych ludzi następowały nieodwracalne przemiany obyczajowe. W tym momencie muzyka rockowa zaczęła zyskiwać ten kształt, który zdefiniował ten gatunek na późniejsze lata. Jednym z pierwszych rzeczywiście doskonałych pod względem artystycznym wyrazicieli był Misunderstood. Klasyczny beat i rhythm and blues w naturalny sposób przekształcił się w nieco mocniejszy i ostrzejszy freak-beat oraz garage. Ponieważ w tym samym czasie kształtował się również nurt rocka psychodelicznego, to te dwa kierunki zaczęły się przenikać.

W 1966 roku muzyka Misunderstood mogła wydawać się ekstremalna. Problem polegał jednak na tym, że z kilku zarejestrowanych przez zespół utworów wytwórnia Fontana wówczas wybrała tylko dwa, które wydała na singlu.

Na pierwszej stronie pojawił się nowatorski 'I Can Take You To The Sun'. Krótka, wielowątkowa piosenka składająca się trzech części. Pierwsza część nagrania jest atmosferyczna, niemal hard-rockowa, z głębokim głosem Ricka Browna i gitarą slide w roli głównej. Natomiast druga część kompozycji przeradza się w gitarową ścianę dźwięku, by w finale przejść w grane na gitarze klasycznej flamenco. Publiczność nie była chyba przygotowana na taką propozycję, dlatego singel przepadł na rynku.
Na drugiej stronie figurował 'Who Do You Love?'. Zagrana w bezkompromisowy sposób i bardzo dynamiczna interpretacja kompozycji Bo Diddleya.

Wkrótce po ukazaniu się singla dwóch muzyków grupy dostało powołanie do wojska, co oznaczało wyjazd na wojnę w Wietnamie oraz koniec zespołu.
Gdy trzy lata później wytwórnia Fontana wydała kolejnego singla 'Children Of The Sun - I Unseen' (oba nagrania pochodziły z tej samej sesji z 1966 roku) świat muzyki rockowej uległ diametralnej przemianie, zaś sam The Misunderstood działał już wtedy w zupełnie innym składzie.

W każdym razie 'Children Of The Sun' to chwytliwa i dynamiczna, zagrana z butą piosenka oparta na marszowym rytmie. Wielu uważa ten utwór za mocniejszy wariant 'Shapes Of Things' Yardbirds, możliwe, że tak jest. W 1969 roku grało się już jednak inaczej i takie dokonania nie miały prawa zainteresować kogokolwiek.
Na odwrocie umieszczono złowieszczy, zaśpiewany ponurym głosem 'I Unseen' ozdobiony dźwiękami harmonijki ustnej.

Pozostałe dwa nagrania w niczym nie ustępowały wyżej wymienionym. Trzeba jedno przyznać - grupie udało się  wytworzyć wyjątkowo mroczną atmosferę jak na 1966 rok. 'Find A Hidden Door' epatował wyjątkowo brutalną, agresywną aurą - ciekawe zastosowanie pauz w zwrotce, natomiast refren to nagłe przyśpieszenie i desperacki śpiew Ricka Browna. Wciąż podkreślam, ale powtórzę raz jeszcze - wtedy to było muzyczne ekstremum.

Szkoda, że grupa nie zarejestrowała wówczas więcej materiału, a to co wtedy powstało nie doczekało się publikacji choćby w formie EP. Tak więc w tej konfiguracji The Misunderstood nie dokonał już nic więcej i zespół, na skutek różnych niesprzyjających okoliczności, zakończył działalność i przeszedł niemal niezauważony.
Jakiś czas potem gitarzysta Glenn Campbell zebrał zupełnie nowy skład, gdzie sekcję rytmiczną stanowili Nic Potter i Guy Evans, czyli muzycy Van Der Graaf Generator. Wtedy też powstały takie udane nagrania jak 'Never Had A Girl Like You Before' czy 'Golden Glass'. Był to już jednak zupełnie inny rozdział w działalności grupy, bo i czasy się zmieniły.

niedziela, 21 marca 2010

13TH FLOOR ELEVATORS

PSYCHEDELIC SOUNDS OF 13TH FLOOR ELEVATORS (1966)




1. You're Gonna Miss Me
2. Roller Coaster
3. Splash 1 (Now I'm Home)
4. Reverberation (Doubt)
5. Don't Fall Down
6. Fire Engine
7. Thru The Rhythm
8. You Don't Know (How Young You Are)
9. Kingdom Of Heaven
10. Monkey Island
11. Tried To Hide


'You gotta open up your mind
And let everything come through'

Rok 1966 zwiastował zjawiska nowe, niekoniecznie dobre.
Środki halucynogenne, rodząca się wówczas kontrkultura, czy raczej antykultura, ruchy młodzieżowej kontestacji, a więc podważanie wszelkich obyczajów i zasad, to wszystko znalazło swój wyraz w tworzonej wówczas muzyce młodzieżowej. Nowe, radykalne podejście do tworzenia wzmocniło nie tylko wyraz muzyki, ale wpłynęło także na jej odbiór. Był to także początek prawdziwie rockowych dokonań. Muzyka pop poczęła ewaluować.

Wyrazem tego były narodziny gatunku określanego mianem psychodelicznego rocka.
Ponoć debiut 13th Floor Elevators był pierwszym albumem z muzyką popularną zawierającym słowo 'PSYCHODELICZNY' w nazwie, plus przykuwająca uwagę intrygująca okładka i enigmatyczna nazwa grupy - wszystko stawało się jasne, dla muzyki młodych zaczęły się nowe czasy.
Na tylnej stronie koperty umieszczono przypisy do poszczególnych piosenek, z których wynika, że teksty łączą się w całość, ukazując różnice pokoleniowe oraz będące zachętą do nadania życiu nowych wartości.

Kompozycje umieszczone na LP nie są może zbyt zróżnicowane, mogą nawet sprawiać wrażenie prymitywnych i monotonnych, ale to dlatego, że takie to były czasy, że zespoły wchodziły do studia - częstokroć nie najlepiej wyposażonego - i nagrywały materiał na płytę w kilka godzin, na żywo, bez zbędnych ozdobników, a czasem nawet bez poprawek.

Na dodatek grupa 13th Floor Elevators postanowiła wzbogacić brzmienie swojej muzyki dźwiękami specyficznego instrumentu zwanego electric jug - niestety, nie wiem jaki jest polski odpowiednik tej nazwy. W rezultacie we wszystkich nagraniach słychać - początkowo sprawiające dziwne wrażenie - rytmiczne dudnienie. Może to irytować, chociaż ja już przywykłem i nawet polubiłem ten patent. Biorąc pod uwagę charakter muzyki, ma to swój urok.
Było nie było, grupa tworzyła swoją muzykę pod wpływem LSD i do przeżyć narkotycznych zapewne ta muzyka miała się odwoływać, więc te chropowate, krótkie piosenki, odznaczające się skrajną prostotą rytmów, dużą dynamiką wykonania, taki nastrój miały przywoływać i wprawiać w hipnotyczne uczucie.

Nie będę się tym razem rozpisywał na temat zawartości płyty, wskażę tylko utwory, które zrobiły na mnie największe wrażenie.
Przebojowy, przesiąknięty butną aurą, najpopularniejszy na płycie 'You're Gonna Miss Me' to przebojowy rockowy fragment zagrany z werwą i zaśpiewany z pasją przez Roky Ericksona. Zadziorny głos lidera zespołu to znak rozpoznawczy 13th Floor Elevators.
Następnie intrygujący, porywający 'Roller Coaster' zaśpiewany z desperacją w głosie. Nie chcę się silić na znawstwo, ale wydaje mi się, że główny motyw tego nagrania pobrzmiewa nieco orientalną nutą, co tylko dodaje kompozycji niesamowitości.
Potem wskazałbym na hałaśliwy 'Fire Engine'. Ciekawa energetyczna piosenka okraszona jakimiś dziwacznymi pojękiwaniami imitującymi dźwięk syreny wozu strażackiego.
Na koniec zaś monumentalny i dostojny 'Kingdom Of Heaven', najbardziej tajemniczy, niemal mistyczny utwór na tym albumie. Trzeba przy tym wyraźnie zaznaczyć, że jest to płyta zdecydowanie gitarowa, w każdym z wymienionych nagrań rola tego instrumentu nadaje inny charakter poszczególnym kompozycjom, buduje ich klimat, ponieważ zaś nie ma tutaj żadnych produkcyjnych sztuczek, wszystko spoczywa w rękach obydwu gitarzystów, którzy, dysponując ograniczonymi umiejętnościami, musieli wykazać się zręcznością i wyobraźnią.

Przykuwa uwagę buntownicza otoczka 'Psychedelic Sounds Of 13th Floor Elevators', muszę przyznać, że nie wyczuwam tu udawania, pozerstwa.
Brzmienie jest tak naturalne, że dzisiaj nawet jeśli ktoś bardzo by się starał, raczej nie zdołałby takiego uzyskać, chyba że udałoby się wygrzebać skądś tak stary sprzęt nagraniowy - co zresztą czasami praktykują nowe zespoły pragnące uzyskać klimat starych płyt.
Jest w tym stwierdzeniu coś z ironii, proszę nie myśleć, że zupełnie oderwałem się od dnia dzisiejszego.

Na początku wspomniałem, że debiut 13th Floor Elevators był ponoć pierwszym tytułem z przymiotnikiem 'PSYCHODELICZNY' w tytule. Otóż nie jest to do końca pewna informacja, ponieważ w tym samym czasie ukazały się dwa inne LP z tym magicznym słówkiem w tytułach płyt. 'Psychedelic Lollipop' grupy Blues Magoos oraz 'Psychedelic Moods' zespołu The Deep. Kto był pierwszy? Trudno odpowiedzieć.
Jedno jest pewne - 'Psychedelic Sounds Of 13th Floor Elevators' to jedna z najważniejszych amerykańskich rockowych płyt.

'After you trip life opens up
You start doing what you want to do'

sobota, 13 marca 2010

SOFT MACHINE (1968)




1. Hope For Happiness
2. Joy Of a Toy
3. Hope For Happiness (Reprise)
4. Why Am I So Short?
5. So Boot If At All
6. A Certain Kind
7. Save Yourself
8. Priscilla
9. Lullabye Letter
10. We Did It Again
11. Plus Belle Qu'Une Poubelle
12. Why Are We Sleeping?
13. Box 25/4 Lid

Skład

Robert Wyatt – Drums, Lead Vocals
Mike Ratledge – Lowrey Holiday De Luxe Organ, Piano
Kevin Ayers – Bass, Lead And Backing Vocals, Piano

With

Hugh Hopper – Bass (On 'Box 25/4 Lid')
The Cake – Backing Vocals (On 'Why Are We Sleeping?')


Ta oryginalna, ozdobiona pomysłową okładką, z wmontowanym ruchomym mechanizmem, płyta zawierała kilkanaście kompozycji powstałych pod wpływem twórczości artystów z kręgu jazzu nowoczesnego i muzycznej awangardy, w momencie premiery dokonanie to było dziełem rzeczywiście nowatorskim.
Soft Machine tworzyło trzech młodych muzyków związanych ze Sceną Canterbury - i chociaż pierwszy LP ukazał się w 1968 roku tylko w Stanach Zjednoczonych, grupa cieszyła się już sporą estymą i była jednym z ważniejszych zjawisk brytyjskiego rockowego podziemia.

Dla mnie debiut Soft Machine to największe osiągnięcie tego, wówczas, tria. Ciekawa, nieszablonowa forma oraz wysoki poziom wykonawczy sprawiają, że muzyka tu zawarta nawet dzisiaj potrafi zaskakiwać świeżością rozwiązań aranżacyjnych i brzmieniowych. Wówczas twórczość Soft Machine ciążyła w stronę rockowego zgiełku, podczas gdy na późniejszych płytach jazzowe aspiracje zdominowały dokonania grupy.

Trzeba też zwrócić uwagę na konstrukcję płyty oraz na fakt, że był to jeden z pierwszych rzeczywiście doskonałych LP zmiksowanych w formacie stereofonicznym. Właściwie do 1968 roku format stereo był jedynie substytutem płyt monofonicznych, teraz miało się to zmienić.
Natomiast sam przebieg nagrań na albumie wyglądał tak, że poszczególne fragmenty układały się w dłuższe formy. Najpierw były to 'Hope For Happiness' - 'Joy Of A Toy' - 'Hope For Happiness (Reprise)'. Następnie 'Why Am I So Short?' - 'So Boot If At All' - 'A Certain Kind'. Na koniec zaś cała druga strona LP.

Już początek płyty przykuwa uwagę - uderzenie perkusji i słyszymy oddalający się coraz bardziej głos Roberta Wyatta, tak jakby wokalista spadał w przepaść. Następnie na plan pierwszy wysuwają się zniekształcone partie organów Lowreya, charakterystyczny i ważny element tej muzyki. Z mocno narkotycznym nastrojem kompozycji doskonale współgrał zaś senny, przejmujący głos Roberta Wyatta, jednocześnie perkusisty zespołu. W dwóch piosenkach głównym wokalistą był basista Kevin Ayers.

Nie będę rozkładał muzyki na czynniki pierwsze, bo nie posiadam niezbędnej wiedzy do tak szczegółowych zagadnień. Po za tym zbyt wiele się tutaj dzieje, aby zawrzeć to wszystko na ekranie monitora.

Wystarczy, że napiszę iż dominują tutaj chwytliwe, nieszablonowo opracowane piosenki pomieszane z dosyć długimi, zwłaszcza na pierwszej stronie płyty, improwizacjami. Niemal każdy utwór zagrany został ze sporą ilością pogłosu, pojawiały się przeróżne dysonanse, każdy fragment płyty był sposobnością dla instrumentalistów do wprowadzenia różnych pomysłów. Dla przykładu - dwie różne linie wokalne w 'Hope For Happiness' albo recytacja zamiast tradycyjnego śpiewu w 'Why Are We Sleeping?', permanentne zmiany tempa, każdy z instrumentów pełnił funkcję solową - na przykład bas i perkusja w 'So Boot If At All'.
W tym całym natłoku dźwięków znalazło się miejsce dla delikatnej, romantycznej piosenki 'A Certain Kind'.
Tak naprawdę to większa część repertuaru nosiła dosyć przebojowy charakter. Takie to były czasy, że kładło się nacisk na melodie. Wystarczy posłuchać 'Save Yourself', 'Lullabye Letter' czy wspomnianego genialnego 'Why Are We Sleeping?'.
Żartobliwy 'We Did It Again' zespół oparł na powtarzanej figurze rytmicznej i melodycznej oraz śpiewanym niezmienną barwą głosu jednym zdaniu.

Warto także sięgnąć po album 'At the Beginning' (potem wznowiony jako 'Jet-Propelled Photographs') zawierający pierwszą studyjną sesję Soft Machine zarejestrowaną w 1967 roku jeszcze z Daevidem Allenem w składzie. Całość to krótkie piosenki z delikatnymi wpływami jazzu i muzyki pop. Może nie byłoby w tym nawet nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że wiele pomysłów tu zawartych grupa wykorzystała w zmienionych aranżacjach na późniejszych płytach.

Niestety z każdą kolejną płytą Soft Machine coraz bardziej oddalał się od rocka na rzecz aliansu z muzyką jazzową. Nie jestem miłośnikiem takiej odmiany jazzu, uczciwie muszę przyznać, że nudzi mnie to straszliwie. Jak się jednak okazuje, dla wielu, to właśnie wcielenie zespołu, które możemy poznać na płytach takich jak 'Third' czy 'Fourth' jest kwintesencją stylu Brytyjczyków.
Chociaż...Muszę również dodać, że o ile studyjne płyty to dla mnie męka i udręka, o tyle koncertowe poczynania ówczesnego składu zespołu, to już nieporównywalnie ciekawsze doświadczenie.

Oczywiście chyba nie ma sensu nadmieniać, że debiut Soft Machine był prawdopodobnie pierwszym dokonaniem z kręgu Sceny Canterbury.

DEVIANTS (1969)




1. Billy The Monster
2. Broken Biscuits
3. First Line (Seven The Row)
4. The People Suite
5. Rambling B(l)ack Transit Blues
6. Death Of A Dream Machine
7. Playtime
8. Black George Does It With His Tongue
9. The Junior Narco Rangers
10. Lets Drink To The People
11. Metamorphis Explosion


Skład


Mick Farren – Lead Vocals And Production
Paul Rudolph – Guitar, Vocals And Mouth Music
Duncan Sanderson – Bass And Vocals
Russell Hunter – Percussion, Vocals And Stereo Panning


Wprawdzie okładkę dodałem 13 marca, ale wpis powstał dopiero dzisiaj, czyli 3 dni później.
To wszystko przez moje niezorganizowanie. Marcowa pogoda nie służy mobilizacji, wszystko się kotłuje, raz jest słonecznie, przyroda budzi się do życia, innym razem robi się szaro i ponuro, a niespodziewanie w niedzielę zima postanowiła pożegnać nas mocnym akcentem w postaci potężnej dawki śniegu. Miejmy jednak nadzieję, że to ostatnie podrygi zimy oraz preludium dla upragnionej wiosny. Dla mnie najpiękniejszej pory roku.
Zgodnie z powiedzeniem - w marcu jak w garncu.

Za to trzecia i ostatnia płyta Deviants nie jest aż tak zmienna jak marcowa pogoda. To przede wszystkim ciężkie, gitarowe utwory. Grupa zakończyła swoją działalność płytą bardziej jednolitą i mniej chaotyczną niż dwa poprzednie tytuły. Muzyka nadal przesiąknięta jest duchem anarchii, tylko że nie jest on już tak wyczuwalny, nie jest wyłożony kawa na ławę.

Spójność tej płyty, to nie wada.
Tak więc za buntowniczego ducha muzyki odpowiedzialny był lider grupy Mick Farren, natomiast nowy gitarzysta Paul Rudolph skierował zespół w bardziej heavy-rockowe rejony - nieobce Deviants, bo obecne chociażby na debiutanckiej płycie 'Ptooff'.





Zaczyna się od przebojowego 'Billy The Monster', który w drugiej marszowej części, dzięki wprowadzeniu potężnie brzmiących organów, nabiera monumentalnego i dostojnego wyrazu. Instrumentalny 'Broken Biscuits' to jedna z moich ulubionych kompozycji Deviants, na początku podbijana ostrymi gitarowymi wejściami, przeistacza się w improwizowany fragment z doskonałą partią gitary w roli głównej. Stąd już bardzo blisko do punk-rocka, a nawet do metalu. Przy czym trzeba jasno stwierdzić, że wówczas taka muzyka było właściwie na porządku dziennym.
Gdyby dzisiaj tak ładnie szarpano struny.

Zwiewny główny temat 'First Line (Seven The Row)' kojarzy mi się z dokonaniami...U2. Irlandczycy wprawdzie robili jeszcze wtedy do nocnika, ale to tylko ukazuje jak muzyka rockowa w pewnym momencie zaczęła zjadać własny ogon. Zdaję sobie sprawę, że dla większości i tak nie ma to żadnego znaczenia, nam wydaje się, że wciąż powstają rzeczy oryginalne.
Dla odmiany 'The People Suite' to standardowy bluesowy motyw okraszony skandującym głosem brzmiącym jak przez megafon.

Ponownie pojawia się motyw marszowy w początkowo bluesowym, ciężkim 'Rambling B(l)ack Transit Blues'. Znowu także prym wiodła sfuzzowana gitara Paula Rudolpha. W końcówce pojawiła się humorystyczna przyśpiewka a capella.

Żeby się nie rozpisywać bez sensu, dodam tylko, że album jest mocno osadzony w bluesowej tradycji, jednak miłośnicy starych ciężkich brzmień powinni być zadowoleni.
Chociaż to wcale nie jest łatwo wpadające w ucho dokonanie - zwłaszcza dla nienawykłych do tak radykalnego, bezkompromisowego podejścia do muzyki słuchaczy, w dodatku okraszone ekscentrycznymi wyskokami typowymi dla stylu Deviants. Wystarczy posłuchać 'Black George Does It With His Tongue' oraz 'The Junior Narco Rangers'. Także utrzymany w stylu country, pastiszowy 'Lets Drink To The People' może być sporym zaskoczeniem.

Jednak są to wyjątki, ponieważ, jak wspomniałem na początku, dominują tutaj konkretne,  zdecydowanie mocne dźwięki. Tak więc, ozdobiona kontrowersyjną, prowokacyjną okładką płyta jest dziełem udany.

środa, 3 lutego 2010

CHOCOLATE WATCHBAND

NO WAY OUT (1967)




1. Let’s Talk About Girls
2. Midnight Hour
3. Come On
4. Dark Side Of The Mushroom
5. Hot Dusty Road
6. Are You Gonna Be There (At The Love-In)
7. Gone And Passes By
8. No Way Out
9. Expo 2000
10. Gossamer Wings


Ktoś może mnie zapytać - dlaczego o omawianych przez mnie płytach piszę prawie wyłącznie w samych superlatywach. Odpowiedź będzie prosta - dlatego, bo to mój blog. Staram się, w miarę możliwości, zamieszczać tutaj płyty, które bardzo lubię lub zrobiły na mnie mniejsze lub większe wrażenie.
Uważam, że nie ma sensu dodawać tygodniowo po pięćdziesiąt tytułów z kilkuzdaniowymi opisami dla ozdoby. To nie byłoby uczciwe, chociaż może wyglądałoby efektownie, ale przecież blogów działających na takich zasadach jest multum.
Po za tym lubię sobie podywagować, czasem coś uwznioślić, wyolbrzymić. Czasem też sprowadzić na ziemię. Jednak do wszystkiego potrzebuję odrobiny czasu i natchnienia, nie chcę pisać na odczepnego. Właśnie dlatego wciąż nie dokończyłem opisów płyt Fairport Convention 'What We Did On Our Holidays' oraz Blossom Toes 'We Are Ever So Clean', czy High Tide, a wielu innych opisów nawet nie zacząłem.

Wiadomo, muzyka to jest beczka bez dna. Zarówno stara jaki i nowa muzyka to temat tak obszerny, że chyba żaden śmiertelnik nie jest w stanie zapoznać się ze wszystkim dokonaniami na muzycznym polu. To tyle tytułem wstępu.

Chocolate Watchband to jedna z najlepszych grup amerykańskiego podziemia. Co ciekawe, wcale nie był to tak do końca oryginalny zespół. Na pierwszej płycie słychać fascynację dorobkiem The Rolling Stones. Nawet znalazła się tutaj przeróbka 'Come On' Chucka Berry'ego niemal identyczna z interpretacją brytyjskiego kwintetu.

Chociaż to nie nagrania nawiązujące do stylu The Rolling Stones są tutaj esencją. Mnie najmocniej zapadły w pamięć trzy eksperymentalne i przesycone tajemniczą aurą utwory.
Najeżony różnego rodzaju efektami dźwiękowymi, dynamiczny 'Expo 2000' można określić jako amerykański odpowiednik 'Tomorrow Never Knows'.
Natomiast opisujący doznania narkotyczne 'Gossamer Wings' to powolna, niemal rozpływająca się piosenka ze zniekształconym głosem i nawiedzoną kodą.
Oba nagrania zachwycają świeżością, młodzieńczą energią i śmiałością w stosowaniu możliwości technicznych, jakie oferowało ówczesne studio nagrań. Chociaż zdaję sobie sprawę, że w Polsce większości ludzi takie dźwięki kością w gardle stają.

Trzecie nagranie to 'Dark Side Of The Mushroom'. Jeszcze jeden instrumentalny, przesiąknięty niepokojącą atmosferą utwór. Proszę posłuchać tego motywu granego na gitarze i snujących się w tle organów. Muzyczne arcydzieło.

Ponad to na płycie znalazły się utwory tak różne jak chociażby zagrana z pasją, żywiołowa interpretacja 'In The Midnight Hour' Wilsona Picketta i Steve Croppera, we wstępie i w zakończeniu ozdobiona niemal kościelnymi dźwiękami organów Hammonda. Oczywiście w wykonaniu Chocolate Watchband soulowy klasyk zyskał bardziej porywczy, rockowy charakter.
'Let’s Talk About Girls' i 'Are You Gonna Be There (At The Love-In)' prezentowały bardziej surowe oblicze zespołu. Były to pełne młodzieńczej buty, gitarowe utwory. To właśnie tego typu piosenki określa się od wielu już lat jako muzyka garażowa.

W kompozycji 'Gone And Passes By' grupa wprowadziła dźwięki sitaru, łącząc w ten sposób osadzony w bluesie utwór - w aranżacji ważną rolę odgrywała harmonijka ustna - z elementami muzyki orientalnej. Była to niejako zapowiedź kierunku obranego przez formację na kolejnej płycie długogrającej zatytułowanej 'Inner Mystique'.

Na koniec jeszcze chciałbym zwrócić uwagę na oryginalną, utrzymaną w stylu Op-Art okładkę. Dwa lata później ten nurt w sztuce wizualnej spopularyzowany zostanie za sprawą filmu animowanego 'Yellow Submarine' w reżyserii George'a Dunninga.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

VELVETT FOGG (1969)

To bodaj jedna z najdziwniejszych płyt, jakie miałem możliwość usłyszeć. Nie dlatego, że muzyka jest szczególnie skomplikowana, przeciwnie, wszystkie kompozycje odznaczają się skrajną prostotą, są dosyć oszczędnie zaaranżowane i wykonane bez popisów czy instrumentalnej ekwilibrystyki. Produkcja natomiast jest skromna.

Do dzisiaj pamiętam moment, gdy słuchałem płyty Velvett Fogg po raz pierwszy. Nie zapomnę także uczucia rozczarowania, jakie mi towarzyszyło podczas przesłuchiwania kolejnych nagrań. Po owianym legendą albumie oczekiwałem jakichś szaleństw, czegoś niepospolitego - wystarczy spojrzeć na okładkę.
Tymczasem okazało się, że jest to album dość banalny, zagrany od niechcenia, czy wręcz po amatorsku.

Takie były moje odczucia na początku. Później jednak okazało się, że to, co najpierw uważałem za ogromną wadę, jest tak naprawdę zaletą płyty. Tak więc czas nieco zweryfikował moje surowe poglądy.

Nie chodzi tutaj bowiem o jakieś studyjne eksperymenty. Uroda muzyki Velvett Fogg tkwi w wytwarzaniu odpowiedniej atmosfery za pomocą prostych środków wyrazu. Dlaczego więc w ogóle piszę na temat tej płyty? Ano dlatego, że mimo tych wszystkich niedociągnięć jest to tytuł interesujący i posiadający swój niezaprzeczalny wdzięk. W 1969 nie powstała chyba druga tak specyficzna płyta.




1. Yellow Cave Woman
2. New York Mining Disaster 1941
3. Wizard Of Gobsolod
4. Once Among The Trees
5. Lady Caroline
6. Come Away Melinda
7. Owded To The Dip
8. Within The Night
9. Plastic Man


Najciekawszy utwór zespół zaproponował na początek. 'Yellow Cave Woman' jest wzorcowym przykładem późnego brytyjskiego psychodelicznego rocka przeradzającej się w rock progresywny. Powolny transowy rytm, płynne frazy organów Hammonda oraz wysunięte na pierwszy plan, nadające kompozycji zdecydowanie rockowy ton, ostre zagrywki gitary. Wszystko to razem jest jakby odzwierciedleniem narkotycznego snu. Mocno nawiedzony fragment.

Następnie przeróbka kompozycji 'Come Away Melinda'. Tutaj pojawia się porywające interludium z organami Hammonda w roli głównej. Dźwięki tego instrumentu stopniują napięcie aż do kulminacji, która przechodzi w nieco klaustrofobiczną piosenkę.
Spokojna, zaśpiewana zniekształconym głosem zwrotka wspomagana jest pobrzmiewającymi w tle efektami dźwiękowymi. To jest chyba najlepszy moment płyty. Uważam, że tutaj grupie udało się  umiejętnie zbudować nastrój i stworzyć odpowiedni klimat.
Kilka miesięcy później piosenkę na swojej debiutanckiej płycie umieściła grupa UFO. Było to jednak skrajnie inne wykonanie.

Obie wymienione piosenki w wyraźny sposób obrazują muzyczną zawartość płyty.
Jest tutaj jeszcze ciekawa, dynamiczna wersja piosenki Bee Gees 'New York Mining Disaster 1941', oczywiście podana w tej dziwnej, spowitej różnymi zniekształceniami otoczce. Oryginału nie udało się jednak przebić.
W 'Within The Night' pojawia się grany na organach motyw do złudzenia przypominający słynną zagrywkę z 'Light My Fire' The Doors.
Natomiast najbardziej zaskakującym tworem płyty jest piosenka 'Wizard Of Gobsolod'. Nie wiem, kto wpadł na pomysł by umieścić to dzieło, ale nie był to chyba najlepszy pomysł. Nagranie sprawia wrażenie dodanego te zestawu przypadkiem, a w domyśle zostało nagrane jako piosenka dla dzieci, bo takie nasuwa skojarzenia. Skoczny rytm, jakieś dziwne plumkanie, piskliwa gitara. Co to ma być? Niby zabawne, ale jednak chyba niepotrzebne.

Być może niektórzy znienawidzą taką muzykę, być może znajdzie ona swoich admiratorów. Dla niektórych płyta okaże się nieporozumieniem i wyrazem braku inwencji, dla innych będzie dziełem intrygującym, czy wręcz porywającym. Jak jest naprawdę? W tym przypadku odpowiedź jest niejednoznaczna i trudna do udzielenia. Najlepiej samemu wysłuchać.

Wkrótce po rozpadzie Velvett Fogg, gitarzysta Paul Eastment założył grupę Ghost odpowiedzialną za płytę 'When You're Dead...One Second'. Co ciekawe okładka płyty - zamieszczona powyżej - została zrobiona przed sesją nagraniową, zanim Paul Eastment dołączył do zespołu.