Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folk-rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folk-rock. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 czerwca 2013

MARK FRY

DREAMING WITH ALICE (1972)

Uznanie dla psychodelicznej odmiany folku wśród miłośników starego rocka jest bardzo duże. Rzeczywiście, powstało w tym gatunku sporo interesujących, znakomitych tytułów. Jednym z nich jest wręcz wzorcowe i stanowiące wielkie osiągnięcie jedyne dokonanie młodego muzyka z Wielkiej Brytanii. Wówczas dwudziestoletni gitarzysta Mark Fry - z pomocą grupy szkockich muzyków sesyjnych - podczas pobytu we Włoszech zarejestrował materiał, który ukazał się wyłącznie na tamtejszym rynku pod tytułem 'Dreaming With Alice'.

Uwielbiam ten album, mimo że tak naprawdę artysta nie odkrywa tutaj nic nowego. Ale bajkowy klimat utkany z balladowych kompozycji nie ma sobie równych. Całość sprawia wrażenie owianego psychodeliczną mgiełką, natomiast dosyć uboga, chropowata produkcja pozwala odczuć w sposób niemal namacalny atmosferę rodem z jakiegoś zadymionego klubu.
 




1. Dreaming With Alice (Verse 1)
2. The Witch
3. Dreaming With Alice (Verse 2)
4. Song For Wilde
5. Dreaming With Alice (Verse 3)
6. Roses For Columbus
7. A Norman Soldier
8. Dreaming With Alice (Verse 4)
9. Dreaming With Alice (Verse 5)
10. Lute And Flute
11. Dreaming With Alice (Verse 6)
12. Down Narrow Streets
13. Dreaming With Alice (Verse 7)
14. Mandolin Man
15. Dreaming With Alice (Verses 8-9)
16. Rehtorb Ym No Hcram


Sensacją jest tutaj rozpoczynający płytę 'The Witch'.
Ten zagrany w szybkim tempie i nasycony pierwiastkami muzyki Wschodu utwór zniewala hipnotycznym rytmem - nabijanym przez pulsującą gitarę basową - oraz wręcz natrętnymi, przeszywającymi zmysły partiami sitaru napędzanymi dźwiękami gitary akustycznej. To wszystko jest przeplatane tu i ówdzie przez brzmienie fletu poprzecznego.
Prosty pomysł, ale zagrany z taką brawurą, że aż dech zapiera.

Zupełnie wyjątkowa piosenka.
Resztę repertuaru stanowiły akustyczne piosenki wyrastające - jak już wspomniałem - z folku, ale posiadające bardziej psychodeliczny odcień. Wszystkie one czarowały urodziwymi, niewymuszonymi melodiami. Zaśpiewane zostały przez autora delikatnym, sennym głosem przy akompaniamencie gitary akustycznej, czasem zaś z subtelnym wsparciem zaproszonych do studia muzyków.

Większość nagrań stanowiły natchnione, wyciszone ballady w rodzaju 'Song For Wilde' czy autentycznie przepięknej 'Roses For Columbus' posiadające cudowny odrealniony nastrój. Druga z tych piosenek ponownie została wzbogacona subtelnymi zagrywkami fletu poprzecznego. Instrument ten stał się ozdobą kompozycji bardziej pogodnej 'Lute And Flute'.

Ale znalazło się miejsce także dla piosenek bardziej żywiołowych, takich jak 'Mandolin Man' czy 'A Norman Soldier' - obok 'The Witch' były to kompozycje chyba najbliższe estetyce rocka. 'Mandolin Man' jako jedyny utwór na płycie został zagrany z użyciem perkusji, a do aranżacji wprowadzono nawet ostro przesterowaną gitarę elektryczną. Kodę zaś stanowiła tutaj dosyć dziwna folkowa, a po części nieco jazzowa mantra.

Warto zwrócić uwagę, że we wszystkich utworach towarzyszący liderowi muzycy udzielali się w chórkach. Idealnym tego przykładem romantyczny 'Down Narrow Streets' czy wspomniany już 'Lute And Flute'.

Jako spoiwo łączące poszczególne fragmenty tej historii - zainspirowanej przez 'Alicję w Krainie Czarów' Lewisa Carrolla, wówczas, ze względu na surrealistyczną tematykę, niezwykle popularną w kręgach muzyków grających rocka - wprowadzono powracający temat przewijający się między piosenkami - była to miniatura zagrana na gitarze akustycznej i zaśpiewana z lekkim pogłosem.

Oryginalny LP wydała włoska filia wytwórni RCA Records - IT Dischi. Obecnie płyta jest prawdziwym białym krukiem wartym blisko 4000 dolarów - dokładnie 4061 dolarów jakiś kolekcjoner zapłacił za egzemplarz tego tytułu w maju tego roku na aukcji internetowej Ebay.

niedziela, 5 lutego 2012

LOUDEST WHISPER

THE CHILDREN OF LIR (1974)

Rozpęd byka, strzał królika - jak głosi staropolskie powiedzenie. Tak mniej więcej prezentuje się mój blog. Najpierw wielkie chęci i pomysły, potem natomiast...jedna recenzja średnio raz na miesiąc.

Debiutancki album pochodzącego z Irlandii kwartetu nabyłem - jeśli mnie pamięć nie zawodzi - blisko dwa lata temu na fali fascynacji folkiem. Wówczas po jednorazowym przesłuchaniu płyta Loudest Whisper 'The Children Of Lir' wylądował na półce i od tamtej pory nie wracałem do tego tytułu.
Coś mnie jednak niedawno tknęło, więc postanowiłem sobie tę długo ignorowaną muzykę przypomnieć. Okazało się, że jest to dokonanie wyjątkowej urody, które bez chwili zastanowienia można postawić obok najwybitniejszych dokonań gatunku. Jak często w takich przypadkach bywa, teraz jest to płyta, która najczęściej gości w moim odtwarzaczu.

Z informacji zamieszczonej w atrakcyjnej książeczce do kompaktowego wznowienia wynika, że początkowo całe przedsięwzięcie miało charakter sceniczny, za libretto posłużyła zaś irlandzka legenda Króla Lira i dzieci zamienionych w łabędzie. Dopiero gdy musical zdobył pewien rozgłos, zespół zwrócił uwagę tamtejszego oddziału wytwórni Polydor Records, który wyraził chęć na podpisanie z Loudest Whisper kontraktu oraz na nagranie płyty długogrającej. Tak powstał album 'The Children Of Lir'.

Wszelkie informacje dotyczące grupy i samej płyty można bez problemu znaleźć w internecie, dlatego wolę skoncentrować się na muzyce. Ta rzeczywiście poraża swym ulotnym wdziękiem.




1. Overture
2. Lir's Lament
3. Good Day My Friend
4. Wedding Song
5. Children's Song
6. Mannanan I
7. Mannanan II
8. Children Of The Dawn
9. Dawning Of The Day
10. Septimus
11. Farewell Song
12. Cold Winds Blow
13. Sad Children


Podstawowy Skład


Brian O'Reilly – Guitar, Piano, Keyboards, Vocals
Brendan Neligan - Vocals
Paud O'Reilly – Drums, Vocals
John Aherne – Bass Guitar


LP rozpoczynał 'Overture'.
Początkowo jest to elegijny temat zaaranżowany na gitarę akustyczną oraz kwartet smyczkowy. W tle dyskretnie gra sekcja rytmiczna. Przepiękny fragment. Następnie utwór przekształca się w żywy, ludyczny temat, w którym pojawia się gitara elektryczna. Po chwili jednak następuje, zagrany w wolnym tempie, motyw oparty na prostych akordach fortepianu, w którym główny głos stanowi rodzaj chorału, nadającego całości niemal katedralny charakter. Gdy do akompaniamentu dołącza reszta zespołu, utwór nabiera tempa i otrzymuje zdecydowanie rockowy kształt. Przykuwa uwagę świetna gra gitary basowej.
Doprawdy wspaniały wstęp idealnie wprowadzający w klimat 'The Children Of Lir'.

O charakterze muzyki zawartej na płycie decydowały, proste pod względem aranżacyjnym, folkowe ballady wykonane z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego oraz chóru, który w większości utworów pełnił rolę wiodącą. Czasem w muzyce kwartetu znać było wpływy amerykańskiej odmiany tego gatunku.
W większości były to kompozycje oparte na brzmieniu gitary akustycznej oraz sekcji rytmicznej, czasem wzbogacone partiami fortepianu oraz gitary elektrycznej. Piosenki posiadały na przemian żywy, bardziej rockowy charakter skontrastowany z nagraniami delikatnymi, przeważnie przepełnionymi dozą smutku. Każdy z tych fragmentów odznaczał się wysublimowaną melodyką oraz unoszącym nad całością refleksyjnym tonem.

Duże wrażenie robią te nagrania, w których wprowadzono chór dziecięcy. Dwuczęściowy 'Mannanan' to w części pierwszej folk-rockowa piosenka - głównym wokalistą był tutaj Brendan Neligan - w której chór pojawia się jedynie na wysokości refrenu. Druga część to już zdecydowanie rockowy utwór, z wyrazistym riffem gitary elektrycznej, w którym partia śpiewana należy wyłącznie do chóru.

Podniosły 'Dawning Of The Day' może nasuwać skojarzenia z muzyką gospel. Minorowa zwrotka wykonana jest przez chór jedynie z akompaniamentem fortepianu. Na wysokości refrenu następuje pełna emocji erupcja. Według mnie jest to najwspanialszy moment płyty. Ten refren powraca w wieńczącym album 'Sad Children' nastrojem i wykonaniem bardzo przypominającym 'Dawning Of The Day', jedynie zagranym w wolniejszym tempie.

A co z resztą nagrań?
'Cold Winds Blow' to z kolei tradycyjna folk-rockowa pieśń zaśpiewana przez wokalistę zespołu z towarzyszeniem gitary akustycznej i fortepianu oraz pojawiającego się w tle fletu poprzecznego. W środkowej części kompozycję okraszono zaciąganymi strunami gitary elektrycznej. Ponownie refren wzbogacono partiami chóru.

Wykonanie głównej partii wokalnej w 'Wedding Song' powierzono wokalistce Geraldine Dorgan. Również w opracowanych na głosy 'Children's Song' i 'Children Of The Dawn' można usłyszeć głos wspomnianej pani. Wszystkie te piosenki zachwycały cudownymi melodiami oraz pełnym ciepła opracowaniem, uzyskanym przy pomocy skromnego instrumentarium. Tak jak w przypadku wspomnianych wyżej kompozycji, także tutaj pojawiają się fortepian, gitara akustyczna oraz delikatna gra sekcji rytmicznej. 'Children's Song' i niezwykle dostojny 'Children Of The Dawn' wzbogacono partiami fletu poprzecznego.

Genialny i wprost bajeczny pod względem melodycznym jest kameralny 'Farewell Song'. Tylko głos wokalisty i gitara akustyczna. Nie ma słów, aby opisać taką muzykę.

Nie będę opisywał każdego nagrania, ponieważ w sposób nieunikniony prowadzi to do uproszczeń, poza tym wbrew pozorom nawet tak jednolitą i skromną muzykę bardzo trudno jest zrecenzować, zwłaszcza gdy się jest laikiem takim jak niżej podpisany.

W każdym razie każda zagrana tutaj nuta zasługuje na najwyższe uznanie. Być może trudno uwierzyć, aby skryty za tak niepozorną okładką album zawierał muzykę aż tak udaną, bez słabych momentów. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że płyta nie miała szans na sukces. Po pierwsze brzmiała jakby powstała dwa lata wcześniej, a w 1974 roku w świecie muzyki rockowej panowały już inne wartości. Bez wątpienia po latach to zapomniane dokonanie wiele zyskuje, chociażby dzięki prostej produkcji, która dodaje 'The Children Of Lir' pierwiastka tajemniczości i sprawia, że muzyka zawarta tutaj intryguje.
Druga i najważniejsza przyczyna porażki całego przedsięwzięcia to nakład tytułu wynoszący zawrotną liczbę PIĘCIUSET EGZEMPLARZY. Dlatego dzisiaj zalicza się ten album do grona najrzadszych rockowych płyt, co ma swoje odbicie w cenie dochodzącej do SIEDMIUSET FUNTÓW. Oczywiście osobną kwestią jest fakt, że jeszcze trudniej zdobyć egzemplarz idealny.

Muszę przyznać, że w tym przypadku nawet nagrania dodatkowe robią wielkie wrażenie. Jest ich aż sześć. Sam zespół w kolejnej dekadzie zarejestrował jeszcze dwie płyty.




Na okładce CD, wydanego przez zasłużone wydawnictwo Sunbeam Records, widnieje taka oto informacja -

"This 1974 psychedelic folk classic is a superb blend of catchy melodies, soaring harmonies and biting acid guitar".

Krótko i zwięźle...ale czy na temat? Niby trudno o bardziej zwięzłą recenzję, jednak po prawdzie, to tego typu sformułowania można znaleźć niemal wszędzie i mogą się one odnosić do co drugiej płyty, która powstała na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Ale i tak bez takich wytwórni jak Sunbeam Records trudno byłoby to stwierdzić.

piątek, 3 czerwca 2011

PETER THORUP

WAKE UP YOUR MIND (1970)

To nie będzie opis płyty lecz raczej pretekst do przemyśleń związanych z bluesem. Nie jestem wprawdzie sympatykiem klasycznego bluesa, za to jego asymilację z estetyką rocka cenię bardzo. Ponieważ zaś album 'Wake Up Your Mind' stanowi przyzwoity przykład bluesa z elementami hard-rocka oraz wzbogaconego delikatnymi wpływami folku i jazzu, to przy okazji prezentacji tego tytułu postanowiłem przemycić kilka spostrzeżeń związanych ze znaczeniem bluesa w muzyce popularnej.

Rok 1970 był bodajże finałem mody, jaka panowała w muzyce popularnej, na bluesa. Oczywiście później nadal był obecny w dorobku wielu wykonawców, ale na dobrą sprawę zszedł na margines i przestał być integralną częścią głównego nurtu, zwłaszcza wśród tych zespołów, które cieszyły się uznaniem, lub docierały do świadomości publiczności.
Według mnie, to odcinanie się od bluesowych korzeni miało swoje bardzo poważne konsekwencje w jakości muzyki.
Pomijam tutaj fakt, że mnóstwo ludzi, znających temat, uważa rok 1970 za koniec najlepszej epoki w historii muzyki popularnej i wraz z rozpadem zespołu The Beatles, czy śmiercią Jimiego Hendrixa skończył się najbardziej nowatorski i ekscytujący okres w dziejach tego zjawiska, więc to wszystko razem zbiegło się w czasie.

Żeby się nie rozwodzić - zmierzam mniej więcej do tego, że dopóki rock opierał się na bluesie, to powstawały rzeczy wyjątkowe. Na dobrą sprawę ciężki rock czy rock progresywny zrodził się dzięki czerpaniu z bluesowej spuścizny. Nie chcę też przez to powiedzieć, że nie należy odcinać się od swych korzeni i podążać własną drogą niczym dziecko opuszczające rodzinny dom, trzeba jednak pamiętać skąd się wyszło. Tak się jednak złożyło, że ten mariaż bluesa i rocka dawał doskonałe rezultaty i miał ogromny wpływ na rozwój muzyki popularnej, natomiast gdy wykonawcy w kolejnej dekadzie niemal pozbawili swoje poczynania elementów bluesowych, można odnieść wrażenie, że z tego wysoko wzbijającego się balonu zaczęło uchodzić powietrze.

Efekt? Ostatnie dwadzieścia lat. Większość artystów, którzy pojawiają się na rynku muzycznym, wzoruje się nie na tradycyjnym bluesie, nie od mistrzów tego gatunku uczy się techniki gry, czy interpretacji wokalnej, oni są wpatrzeni w gwiazdy MTV czy w heavy-metalowych bohaterów serwujących gitarowe zagrywki grane z prędkością światła.
Oczywiście w dużym uproszczeniu prezentując sytuację.

Czy można sobie wyobrazić rozwój rocka bez takich zespołów jak choćby Cream, Fleetwood Mac czy Free? Przecież to one wyznaczyły kanon rockowej muzyki, będąc wpatrzonym w muzyków takich jak Willie Dixon czy Howlin' Wolf. To była ich szkoła i to byli ich nauczyciele. Niestety owe grupy mimo, że dla muzyki zrobiły bardzo dużo, jednocześnie stworzyły potwora i teraz ten potwór pożera wszystko to, co kiedyś decydowało o sile tego gatunku.





1. Worried Blues
2. Coming Home Baby
3. Keep It Up
4. Running Wild
5. I'm Coming Home
6. Grand Mother Watch Your Son
7. Wake Up Your Mind


Wracając do tematu 'Wake Up Your Mind'.
Głównym twórcą muzyki na tej ciekawej płycie był pochodzący z Danii gitarzysta Peter Thorup, którego imieniem i nazwiskiem dokonanie sygnowano. Byłego muzyka grupy Beefeaters wspomagała śmietanka skandynawskiej sceny, czyli - Culpeper's Orchard, Youngflowers oraz Maxwells i Midnight Sun.

Repertuar oscylował wokół niemal tradycyjnych bluesowych pieśni zagranych z pomocą akustycznej gitary i harmonijki. Przykładem 'Keep It Up' zaaranżowany z pomocą kontrabasu i subtelnie nadającej rytm perkusji, dzięki czemu kompozycja zyskała jazzowy koloryt.
W podobnym tonie utrzymane były nagrania 'Running Wild' oraz 'I'm Coming Home'. Pierwsza z tych kompozycji wzbogacona została partią saksofonu, natomiast 'I'm Coming Home' to tylko gitara akustyczna i pełen pasji śpiew.

Do hard-rockowych brzmień nawiązywały dwie kompozycje - rozpoczynający album 'Worried Blues'. Ten będący dynamiczną, rozbudowaną interpretacją tradycyjnej pieśni utwór za podstawę miał stosunkowo prosty, wyrazisty riff oraz ciężkie brzmienie perkusji. To właśnie tutaj można usłyszeć najwięcej doskonałych gitarowych improwizacji.
Z kolei 'Grand Mother Watch Your Son' to typowy blues-rock zagrany z pogrywającymi w tle bongosami. Słychać dość wyraźne echa dokonań Fleetwood Mac i Free, ale także Carlosa Santany.

Płytę zamykał utwór tytułowy. Najbardziej melancholijna, chociaż pod względem melodycznym dość standardowa i niewyszukana kompozycja z pięknymi solowymi partiami organów Hammonda, fletu poprzecznego oraz gitary elektrycznej. Całość wzbogacono dźwiękami fortepianu.

Reasumując. Nie było to może wybitne, grzeszące oryginalnością dzieło, ale mnie słucha się tego wybornie. Całość wręcz unosiła miłość do bluesa. Wiem, nie wysiliłem się tym razem z opisem, ale jak wspomniałem na początku, płyta Petera Thorupa miała stanowić jedynie zgrabny wybieg do wyrzucenia z siebie spoczywających na dnie mojej duszy skrywanych od dawna bolączek.


---------------------


Przy okazji muszę wspomnieć, że w tym roku ukazała się pięknie wydana reedycja drugiej płyty Killing Floor 'Out Of Uranus' i to również była jedna z przyczyn, dla których postanowiłem napisać coś na temat około bluesowy. Swoją drogą 'Out Of Uranus' to jedna z tych płyt, które mógłbym posiadać w każdej możliwej edycji oraz w każdym możliwym formacie. Po prostu padam na kolana przed tym niedocenionym zespołem i ich muzyką.

Na koniec jeszcze podniosę lament.
Wytwórnia Long Hair uraczyła słuchaczy pokaźną dawką nagrań dodatkowych, pochodzący z tych samych sesji, co podstawowa płyta, miał to być bowiem album podwójny wydany pod szyldem 'Copenhagen 1970'. Tak bardzo jednak obszerny jest zestaw tych nagrań, że aż się zastanawiam czy ostatnia kompozycja na kompakcie nie posiada skróconego zakończenia.
Możliwe, że jestem przeczulony, ale mam dziwne wrażenie, że ta mania na dodawanie bonusów do kompaktowych wznowień sięga już granic absurdu. Wiem, że często powracam do tego tematu, ale z jakiś niezrozumiałych przyczyn taka forma zapychania CD aż po same brzegi działa negatywnie na mój zmysł estetyczny.
Czy naprawdę nie można tych wszystkich rarytasów umieścić na osobnym dysku, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z taką mnogością materiału? Wyobrażam sobie, że takie wydawnictwo musiałoby automatycznie drożej kosztować. Zawsze też można umieścić te wszystkie dodatkowe utwory na osobnym CD i wydać jako indywidualny tytuł. Tak na przykład postąpiła wytwórnia Sunbeam Records wydając niepublikowane do tej pory nagrania Blossom Toes jako 'What On Earth'.

poniedziałek, 23 maja 2011

FLAT EARTH SOCIETY

WALEECO (1968)

Prędzej wieloryb przejdzie przez ucho igielne niźli sklecę jakiś nowy tekst. Łatwiej słuchać muzyki niż później o niej pisać. Dlatego spróbuję choć odrobinę wziąć się w garść.

Ten kompletnie zapomniany przez czas i ludzi zespół nagrał tylko ten jeden album.

Rzadko to robię, ale opis Flat Earth Society 'Waleeco' poprzedzę krótkim wstępem dotyczącym okoliczności ukazania się płyty.
Z tekstu zawartego w książeczce dołączonej do kompaktowej edycji tego tytułu wynika, że powstanie płyty było rezultatem akcji promocyjnej przeprowadzonej przez firmę produkującą batoniki Waleeco. Otóż F. B. Washburn Candy Company zatrudniła zespół w celu stworzenia tak zwanego jingla oraz płyty długogrającej, którą klienci mogliby otrzymać za cenę jednego dolara i pięćdziesięciu centów oraz sześciu opakowań po batonikach, które należało wysłać wraz z kuponem dołączanym do produktów Waleeco.

Brzmi zabawnie? Bez wątpienia jednak w tak niecodziennych okolicznościach powstała wspaniała i pełnowartościowa muzyka. Było to bowiem dokonanie nie gorsze niż dokonania z ówczesnej czołówki. Może nie do końca oryginalne, ale zagrane profesjonalnie przez zdolnych choć niedoświadczonych muzyków. Ponad to całość zarejestrowano w dosyć przeciętnym - należącym do małej wytwórni Fleetwood, która album wydała - studiu i w dodatku w niespełna tydzień. Niewiele więc było czasu na ogranie materiału, zespół zaś nie posiadał doświadczenia w pracy studyjnej.
Był to zatem typowy obrazek dla tamtych czasów. Należy więc tylko pogratulować firmie F. B. Washburn Candy Company pomysłu i dobrego wyboru, ponieważ powstało dokonanie nad wyraz udane.

Tak na marginesie - myślę sobie, że gdyby cała ta heca miała miejsce dzisiaj, to powstałby jakiś koszmarny gniot.





1. Feelin' Much Better
2. Midnight Hour
3. I'm So Happy
4. When You're There
5. Four And Twenty Miles
6. Prelude For The Town Monk
7. Shadows
8. Dark Street Downtown
9. Portrait in Grey
10. In My Window
11. Satori


Jak przyznają we wspomnieniach muzycy, którzy przed laty współtworzyli Flat Earth Society, zespół był pod dużym wpływem twórczości Jefferson Airplane i te inspiracje słychać wyraźnie w trzech piosenkach. 'Feelin' Much Better', 'Four And Twenty Miles' oraz 'In My Window' - wszystkie te kompozycje pomimo rozwiązań aranżacyjnych zaczerpniętych od popularnej grupy, zachwycają młodzieńczą werwą, ciekawymi melodiami i charakterystycznym dla formacji z Zachodniego Wybrzeża klimatem.
Przy dość oszczędnych aranżacjach i stosunkowo jednorodnym repertuarze Flat Earth Society potrafili wytworzyć niecodzienny nastrój w swoich utworach.

Przykładem chociażby jedyna na 'Waleeco' przeróbka, czyli atmosferyczna interpretacja soulowej piosenki 'In The Midnight Hour' Wilsona Picketta i Steve Croppera - na okładce opisana jako 'Midnight Hour'. Ta zupełnie odmienna od oryginału wersja należy do najczęściej przeze mnie słuchanych nagrań zamieszczonych na tej płycie. Powolny, leniwy rytm. Senne, grupowe partie wokalne. Niby nic niezwykłego, ale nigdy nie mogę się nacieszyć tym wykonaniem.

Na repertuar albumu ponad to składały się kompozycje takie jak pogodna wodewilowa stylizacja 'I'm So Happy'. Nawiązująca do dokonań duetu Simon And Garfunkel piosenka 'When You're There'.
Także w 'Prelude For The Town Monk' było dostrzegalne zafascynowanie kwintetu folk-rockiem. Ponownie była to prosta piosenka zaaranżowana z pomocą fortepianu i gitary elektrycznej, gdzie rytm nadawały uderzenia w obręcz werbla, ale zagrana z wielkim uczuciem.

Dla odmiany 'Shadows' posiadał bardziej chropowaty, surowy charakter. Piosenka wzbogacona została falującym brzmieniem organów, dzięki czemu piosenka zyskała oniryczną oprawę. Do tego wyrazisty rytm gitary basowej i perkusji plus delikatnie przetworzony - tak przynajmniej podejrzewam - śpiew. Czego więcej chcieć?

Duże wrażenie robi 'Dark Street Downtown' zaśpiewany z akompaniamentem fortepianu grającego w minorowej, bardzo posępnej tonacji. W drugim planie pobrzmiewało dyskretne organowe tło.
Wieńczący LP 'Satori' był quasi awangardową instrumentalną kompozycją opartą na efektach studyjnych, czyli puszczonej w odwrotnym kierunku i ze zmienioną prędkością taśmie. Całość natomiast wzbogacono brzmieniem sitaru.

Tak więc, jest to jeszcze jeden, dawno zapomniany klejnot w koronie rodzącego się wówczas rocka i trudno uwierzyć, że taki materiał zarejestrowali ludzie tak młodzi. Zawsze bowiem, gdy słucham tych wszystkich starych formacji, tworzonych przecież głównie przez nastolatków lub osoby niewiele ponad dwudziestoletnie, nie mogę się nadziwić, jak dojrzale wykonywana była ta muzyka. Zachwyca lekkość z jaką grano na wszelkiej maści instrumentach, wyobraźnia, świadomość, co chce się grać i co chce się osiągnąć. Niekłamany podziw budzą umiejętności instrumentalne. Interpretacje wokalne sprawiają wrażenie jakby pochodziły z gardła doświadczonego wokalisty, a nie młodzieńca, który dopiero co przechodził mutację głosu.

Na koniec muszę dopisać, że ilustracja na okładce nieodparcie kojarzy mi się ze sławetnym drzeworytem autorstwa francuskiego astronoma, Camille Flammariona, zdobiącym jego dzieło 'L'atmosphere - Météorologie Populaire'.

poniedziałek, 4 października 2010

MIGHTY BABY

A JUG OF LOVE 1971




1. Jug Of Love
2. The Happiest Man In The Carnival
3. Keep On Jugging
4. Virgin Spring
5. Tasting The Life
6. Slipstreams


Po długim czasie bezczynności mam nadzieję, że uda mi się ponownie ożywić bloga kilkoma wpisami.

Na 'A Jug Of Love' brak lokomotywy, która pociągnęłaby za sobą pozostałe wagoniki. Na debiucie takim mocnym akcentem był 'Egyptian Tomb', natomiast na drugiej i ostatniej płycie w dyskografii Mighty Baby można by w prawdzie wskazać na utwory tytułowy oraz 'Virgin Spring' jako coś wyjątkowego, jednak są one zdecydowanie za długie i właśnie to stanowi o słabości tego albumu - jego długość.

Pamiętam, że przy pierwszym przesłuchaniu wydawało mi się, że nagrania ciągną się w nieskończoność, dopiero przy którymś z kolei odsłuchu odkryłem urodę kompozycji zawartych na płycie. Zespół bardziej niż na debiutanckim albumie położył nacisk na wysublimowane aranżacje, dzięki czemu muzyka zyskała bardziej pastelowy odcień, jednak wciąż niezmienna pozostała moja opinia, że te utwory powinny trwać zdecydowanie krócej, wówczas byłby to albumu bardziej niż bardzo dobry, a tak powstała jedynie płyta czarująca wytrwałego słuchacza niezwykle refleksyjną aurą, ale nic ponad to.

Jak zespół przyznaje, inspiracją były dla nich dokonania amerykańskich wykonawców takich jak The Byrds oraz bardzo wtedy wpływowej grupy The Band, co słychać dość wyraźnie. Nad poszczególnymi utworami przez niemal cały czas unosi się duch muzyki folk oraz country - nasuwające skojarzenia z tym gatunkiem partie gitary - na przykład zastosowanie techniki slide we wspomnianej kompozycji tytułowej - oraz brzmienie fortepianu. Może właśnie niemożność przypisania zawartości 'A Jug Of Love' do jakiejś kategorii stanowi o sile tej płyty? Czy zawsze trzeba wszystko szufladkować? Jedno jest pewne, muzyka zamieszczona na LP przeważnie daleka jest od typowej rockowej stylistyki.

Pozwolę sobie na pewne spostrzeżenie.
Uważam, że zespół nie do końca trafnie wybrał utwory na płytę. Okazuje się bowiem, że na albumie zabrakło wspaniałego, niemal mistycznego 'Ancient Traveller' ozdobionego przepiękną partią fletu. Utwór czekał dwadzieścia lat na pierwszą oficjalną publikację, kiedy to został dołączony jako bonus do reedycji drugiej płyty. Warto było czekać, gdyż dla mnie to jest właśnie kwintesencja stylu Mighty Baby.

Przyznam, że po jakimś czasie ta muzyka zaczyna zapadać w pamięć. Nie da się ukryć, że na melodie zwracam szczególną uwagę, dla mnie to podstawowa sprawa, chyba nikt nie lubi słuchać muzyki, której nijak nie daje się przyswoić. Tak więc 'A Jug Of Love' to płyta idealna na taką jesienną pogodę, stonowana, momentami oparta na żywszym rytmie, momentami zaś wyciszona, ale zawsze pełna zadumy i ulotnego wdzięku. Dla tego też najlepszym momentem płyty jest długa instrumentalna koda wspomnianego 'Virgin Spring', olśniewająca wysuniętymi na plan pierwszy improwizacjami mandoliny i fortepianu, jest to jednocześnie jedna z tych piosenek, których słucham nieprzyzwoicie często.

Album wyprodukował Mike Vernon, zaś płytę wydała wyłącznie na terenie Wielkiej Brytanii należąca do niego wytwórnia Blue Horizon. Był to schyłkowy okres tej zasłużonej - szczególnie dla bluesa - wytwórni. Płyta przepadła na rynku i teraz jest nie tylko bardzo rzadka, zwłaszcza w stanie idealnym, ale przede wszystkim bardzo kosztowna.

poniedziałek, 31 maja 2010

MUSIC EMPORIUM (1969)




1. Nam Myo Renge Kyo
2. Velvet Sunsets
3. Prelude
4. Catatonic Variations
5. Times Like This
6. Gentle Thursday
7. Winds Have Changed
8. Cage
9. Sun Never Shines
10. Day Of Wrath


Skład


Bill Cosby - Vocals, Keyboards
Dave Padwin - Guitar
Carolyn Lee - Bass, Vocals
Dora Wahl - Drums


Kolejny zapomniany przez czas i ludzi zespół ze Stanów Zjednoczonych i kolejna efemeryczna formacja z jedną płytą na koncie. Wśród zorientowanych na tamten okres w muzyce melomanów jest to dzieło bardzo wysoko oceniane.
Na pewno działa mgła tajemnicy, która spowija to dokonanie, niewielki nakład - ponoć sprzedano tylko trzysta egzemplarzy tego tytułu, malutka wytwórnia Sentinel oraz to, co najważniejsze, czyli fakt, że oryginalny LP jest niemal nie do zdobycia, jeśli zaś się pojawia na aukcji, osiąga takie ceny, że człowiekowi serce podchodzi do gardła. Blisko 3000 dolarów za niemal idealny egzemplarz to już raczej nie przelewki.

Natomiast sama muzyka to mieszanka nieco natchnionego, przebojowego rocka spod znaku The Doors z folkiem. Przy skromnych środkach wyrazu kwartetowi udało się uzyskać niepokojący, momentami ponury nastrój.

Skojarzenia z muzyką religijną przychodzą mi do głowy za sprawą wysokich tonów organów firmy Gem, co słychać zwłaszcza w podniosłym, niemal modlitewnym śpiewie na tle dźwięków tegoż instrumentu we wstępie 'Day Of Wrath'. Po tym krótkim preludium wiodącym instrumentem pozostają właśnie organy, zaś podkład jest zminimalizowany. Pojawia się również rodzaj chorału. Prawdopodobnie nieprzypadkowo tytuł utworu nawiązuje do tematu Sądu Ostatecznego.

Nagrania takie jak 'Catatonic Variations' oraz 'Cage' noszą klaustrofobiczny charakter. W 'Cage' złowieszcza melodia - wywiedziona najprawdopodobniej z "Boléra" Maurice'a Ravela - wsparta jest dynamiczną grą na perkusji Dory Wahl.
Natomiast posępny i tajemniczy 'Catatonic Variations' oparty jest na ostinatowej partii gitary, wydłużonych dźwiękach organów oraz melodyjnej linii basu i delikatnych uderzeniach w czynele perkusji.

Refleksyjny 'Velvet Sunsets' zaśpiewany został na dwa głosy przez Billa Cosby oraz Carolyn Lee. Trzeba przypomnieć, że sekcję rytmiczną tworzyły dwie panie. W podobnym stylu utrzymane były dwie ballady - 'Winds Have Changed' oraz piękny i wspaniale zaśpiewany przez Carolyn Lee 'Gentle Thursday'. W obydwu piosenkach słychać było wpływ folku.
Najbardziej pogodny na płycie 'Times Like This' wchodził zaś w rejony country.

poniedziałek, 17 maja 2010

GROUP IMAGE

A MOUTH IN THE CLOUDS (1968)



Aunt Aida
A Way To Love You All The Time
Moonlit Dip
Voices Calling Me
New Romancing
Hi Ya
Banana Split
My Man
Grew Up All Wrong
The Treat


Maj miesiącem zmian. Oby na lepsze.
Ponieważ jednak za oknem od kilku dni jest szaro i bezprzerwy pada deszcz, to tym razem sięgnę po dokonanie, które może nasuwać pewne skojarzenia z Latem Miłości. Trzeba rozgonić jakoś te chmury.

Interesująca płyta. Być może nie jest to arcydzieło, ale ten album potrafi zaabsorbować. Zwłaszcza gdy słuchać tej muzyki w odpowiedniej oprawie. Ja po raz pierwszy posłuchałem Group Image 'A Mouth In The Clouds' pewnego słonecznego dnia i byłem autentycznie zadowolony z zakupionego właśnie CD.
Ale dosyć tych wspomnień.
Muzyka Group Image to ciekawostka dla fanów sceny Zachodniego Wybrzeża. Może nie jest to album odkrywczy, ale dużo się tutaj dzieje. Mamy więc obowiązkową psychodelię, momenty delikatniejsze i bardziej nastrojowe, jest też sporo cięższych brzmień plus trochę muzycznej anarchii. Słychać, co jest niemal oczywiste, wpływ Jefferson Airplane. I muszę przyznać, że Group Image wcale nie wypada źle w tej konfrontacji, tylko brak jakiegoś rzeczywiście zapadającego w pamięć nagrania oraz oryginalnych pomysłów sprawia, że trudno uznać ich za konkurencję dla bardziej znanego sekstetu.
Warto dodać, że i w Group Image występuje żeński i męski śpiew.

Świetny jest otwierający album 'Aunt Aida'. Ostry, gitarowy utwór z krzykliwym, mocnym głosem śpiewającej pani Sheili Darla (niestety zupełnie nie wiem jak odmienić nazwisko). Wokalistka nieco obłąkaną, wrzaskliwą manierą interpretacji przypomina Annę Meek z Catapilla - zwłaszcza z okresu debiutu brytyjskiej formacji. Z kolei w 'Hi Ya' grupa niemal nawiązuje do stylu Quicksilver Messenger Service.
Niestety po tej kompozycji grupa traci nieco inwencję. Ostatnich kilka nagrań jakby się rozjeżdżało i do końca nie ma już właściwie żadnych niespodzianek. Ale w sumie płyta robi dobre wrażenie i warto się z nią zapoznać, zwłaszcza jeśli ktoś (tak jak niżej podpisany) eksploruje muzykę rockową z drugiej płowy lat 60.

Postanowiłem, że tym razem ma być krótko. I chyba się udało. Jedynie swoim zwyczajem znowu zostawiłem niedokończone kolejne opisy.

poniedziałek, 29 marca 2010

GENESIS

TRESPASS (1970)




1. Looking For Someone
2. White Mountain
3. Visions Of Angels
1. Stagnation
2. Dusk
3. The Knife


Skład


Peter Gabriel – Vocals, Flute, Oboe, Accordion, Bass Drum, Percussion.
Anthony Phillips – Acoustic Guitar, Electric Guitar, Dulcimer, Percussion, Backing Vocals
Mike Rutherford – Bass, Classical Guitar, Cello, Backing Vocals
Tony Banks – Organ, Piano, Mellotron, Guitar, Backing Vocals
John Mayhew – Drums, Percussion, Backing Vocals


Moim zdaniem jest to najlepszy album w bogatej dyskografii Genesis.
Uważam, że później tylko na 'Foxtrot' i przede wszystkim na 'A Trick Of The Tail' zespół stworzył równie spójny i przemyślany materiał. Natomiast płyty takie jak 'Nursery Cryme', 'Selling England By The Pound', podwójny 'Lamb Lies Down On Broadway' oraz 'Wind And Wuthering' mimo, że równie wspaniałe, były jednak momentami nierówne. Obok doskonałych kompozycji pojawiały się fragmenty nieco słabsze, mniej porywające, ustępujące poziomem reszcie repertuaru.

Na 'Trespass' nie ma takich wypełniaczy, czy momentów na niższym poziomie, to płyta przemyślana od pierwszej do ostatniej sekundy. Zespół wykonał koronkową robotę utykając kompozycje z wyjątkowo delikatnych nitek.
Bardzo ważną cechą 'Trespass' jest nastrój tej płyty - wszystkie umieszczone tutaj utwory przepełnione są smutkiem, ale jest to smutek urzekający, tworzony przez cudowne, pastelowe dźwięki organów Hammonda, krystaliczne dźwięki przenikających się gitar dwunastostrunowych oraz wysublimowanej gitary elektrycznej i oszczędnej sekcji rytmicznej. Całość zaś wzbogacono o brzmienia takich instrumentów jak cymbały, akordeon oraz flet poprzeczny.

Muzyka o wyraźnie folkowym odcieniu, podana w elegijnej oprawie - słychać też pewien wpływ Procol Harum czy The Nice - zachwyca wspaniałymi melodiami.
Proszę posłuchać 'Looking For Someone'. Zbolały głos Petera Gabriela na tle subtelnych akordów granych przez organy Hammonda. Po krótkiej introdukcji dołącza reszta zespołu, w finale zaś pojawia się stylizacja - przynajmniej mnie się tak kojarzy - na rosyjską muzykę ludową wsparta zdecydowanie rockowym podkładem.
Właśnie to jest cecha szczególna tego albumu - różne linie melodyczne, a jak wspaniale się uzupełniają tworząc urzekającą całość.

 


Najbardziej wielowątkowym nagraniem na płycie okazał się 'Stagnation', który chyba w najdobitniejszy sposób obrazował aspiracje grupy - budowanie kompozycji w oparciu o akustyczne i elektryczne brzmienia oraz składanie ich z kontrastowych epizodów.
Najbardziej zachwyca moment, w którym dialog prowadzą dwie gitary dwunastostrunowe, jest to wyjątkowej urody fragment.

Prostsze formalnie i pełne rockowej werwy nagrania to bez wątpienia 'White Mountain' oraz wyjątkowo ostry i mroczny 'The Knife'. Natomiast folkowy 'Dusk' został zagrany bez udziału perkusji. Nad 'Visions Of Angels' unosi się duch epoki Baroku, charakterystyczny zresztą dla niemal całej płyty - przykuwa uwagę temat grany na fortepianie plus niemal kościelny chór w refrenie.

Trzeba też nadmienić, że w chwili ukazania się album sprzedawał się bardzo słabo.
Obecnie często zarzuca się 'Trespass', że to jeszcze nie w pełni wypracowany styl Genesis, że produkcja jest słaba, że perkusista nijaki, a także kompozycje sztucznie poskładane w dłuższe formy.
Co za bzdura.
Warto również zapoznać się z trzema nagraniami, które zespół zarejestrował na potrzeby radia BBC w lutym 1970 roku, na kilka miesięcy przed wydaniem omawianej płyty długogrającej, pierwszej nagranej dla ambitnej wytwórni Charisma Records. Niestety owe trzy akustyczne kompozycje - 'Shepherd', 'Pacidy' i 'Let Us Now Make Love' - nie ukazały się w epoce, a na ich oficjalną premierę trzeba było czekać aż do 1998 roku, kiedy to został wydany box 'Genesis Archive 1967–1975'.

Mam do 'Trespass' ogromny sentyment. Nigdy nie zapomnę, gdy kupiłem ten album na kasecie magnetofonowej w 1998 roku. Rany, jakby to było wczoraj, a jednocześnie tak dawno.

sobota, 27 marca 2010

DAVID BOWIE (1969)




1. Space Oddity
2. Unwashed And Somewhat Slightly Dazed
3. Don't Sit Down
4. Letter To Hermione
5. Cygnet Committee
6. Janine
7. An Occasional Dream
8. Wild Eyed Boy From Freecloud
9. God Knows I'm Good
10. Memory Of A Free Festival


Pamiętam jak dziś moment, w którym świadomie zacząłem interesować się starym rockiem. Moment, w którym przykuł on moją uwagę. Pamiętam również, jak nieodparta chęć poszerzania wiedzy na jego temat sprawiła, że sięgnąłem po dokonania Davida Bowie, było nie było postaci ważnej w historii gatunku.

Można krytykować muzyka za zbyt częste wolty stylistyczne, niekoniecznie mające charakter artystyczny, częściej zaś posiadające walor komercyjny, ale też przyznać trzeba, że David Bowie posiadał talent i dużą osobowość. O ile jednak na przestrzeni lat większość jego płyt stała mi się obojętna, to drugi w dyskografii LP zatytułowany po prostu 'David Bowie' - czyli identycznie jak debiut - nadal bardzo sobie cenię, teraz nawet bardziej niż kiedyś.
Warto dodać, że album od dawna dostępny jest na rynku pod tytułem 'Space Oddity' wziętym od najpopularniejszej na płycie kompozycji, która w 1969 roku zapewniła Davidowi Bowie chwilową popularność. Na prawdziwy sukces komercyjny musiał jeszcze kilka lat poczekać.

Co do drugiej płyty.
Wspomniany 'Space Oddity' to piosenka zbudowana na bazie brzmienia gitary akustycznej, zachwyca kosmiczną aurą, co jest w dużej mierze zasługą ciekawej aranżacji, w której wprowadzono instrumenty takie jak flet poprzeczny, czy melotron. To wszystko podbudowane tajemniczymi dźwiękami instrumentu zwanego stylofon. Natomiast prosty, nieco marszowy rytm perkusji nadaje całości zdecydowanie rockowy charakter.

Istotną cechą płyty jest jej akustyczne brzmienie, to delikatna muzyka.
Uwagę przykuwały trzy dłuższe kompozycje. Wyjątkowo ciężki i dynamiczny 'Unwashed And Somewhat Slightly Dazed', energetyczny, przestrzenny blues-rock w stylu Led Zeppelin. Rzecz godna podziwu.
Ponadto - rozbudowany 'Cygnet Committee' ze świetną, dramatyczną końcówką oraz leniwie się snujący 'Memory Of A Free Festival', gdzie w drugiej części autorowi towarzyszy skandujący chór - do złudzenia przypomina to finał 'Hey Jude' The Beatles.
Pozostałe nagrania to właśnie stonowane akustyczne piosenki. Mnie najbardziej uwiodły 'Letter To Hermione' oraz 'An Occasional Dream'. Z kolei 'Wild Eyed Boy From Freecloud' wykonany została z udziałem orkiestry.




Żeby ułatwić orientację i nie rozpisywać się nadto - cała muzyka zagrana jest na styku folk-rocka z delikatnymi wpływami bardziej ambitnej odmiany rocka. Następna - chyba najlepsza - płyta 'The Man Who Sold The World' była zdecydowanie mocniejsza i świadczyła o fascynacji artysty rodzącym się wówczas ciężkim rockiem.

Jaka jest pozycja Davida Bowie w naszym kraju? Trudno odpowiedzieć. Pamiętam, że jakieś 15 lat temu pierwszy koncert artysty w Polsce został odwołany ponieważ, jeśli się nie mylę, nie było zbyt dużego zainteresowania ze strony publiczności. Mój stosunek do muzyka jest zaś raczej ambiwalentny.

piątek, 5 lutego 2010

JEFFERSON AIRPLANE

SURREALISTIC PILLOW (1967)

Drugi album w dorobku Jefferson Airplane, to jedno z najbardziej wpływowych dokonań muzyki popularnej. 'Surrealistic Pillow' to przejaw, że muzyka rockowa nie była tylko hałaśliwym i trywialnym młodzieżowym zrywem, ale dowód, że zarówno w Wielkiej Brytanii jaki i w Stanach Zjednoczonych muzyka rockowa miała wówczas coraz większe ambicje i twórcy starali się wyjść poza przyjęte do tej pory ramy. Okazało się również, że amerykańskie grupy zaczęły nadawać ton nowym rockowym tendencjom, zaczęły coraz wyraźniej konkurować z kolegami zza Oceanu, wyrazem tego były narodziny nowego gatunku określanego jako rock psychodeliczny.





1. She Has Funny Cars (Jorma Kaukonen, Marty Balin)
2. Somebody To Love (Darby Slick)
3. My Best Friend (Skip Spence)
4. Today (Marty Balin, Paul Kantner)
5. Comin' Back To Me (Marty Balin)
6. 3/5 Of A Mile In 10 Seconds (Marty Balin)
7. D.C.B.A. -25 (Paul Kantner)
8. How Do You Feel (Tom Mastin)
9. Embryonic Journey (Jorma Kaukonen)
10. White Rabbit (Grace Slick)
11. Plastic Fantastic Lover (Marty Balin)

Skład

Marty Balin – Vocals, Guitar
Grace Slick – Vocals, Piano, Organ, Recorder
Paul Kantner – Rhythm Guitar, Vocals
Jorma Kaukonen – Lead Guitar, Rhythm Guitar, Vocals
Jack Casady – Bass, Fuzz Bass, Rhythm Guitar
Spencer Dryden – Drums, Percussion


Muzyka wyrastała z amerykańskiej odmiany folku oraz - takie jest moje wrażenie - z klasycznego rock and rolla. Amerykańska odmiana psychodelicznego rocka zawsze miała odmienny charakter od brytyjskiego podejścia do tego gatunku i na 'Surrealistic Pillow' słychać to wyraźnie.

Piosenka za piosenką posiadały cechy przebojów. Głównym kompozytorem był tutaj Marty Balin, który z jednej strony celował w romantycznych, nieco odrealnionych utworach takich jak refleksyjny 'Comin' Back To Me', w którym w tle pojawia się intrygująca, delikatna partia fletu. Z drugiej zaś serwował kompozycje pełne młodzieńczej zadziorności w rodzaju 'Plastic Fantastic Lover' czy '3/5 Of A Mile In 10 Seconds'.
W nagraniu 'She Has Funny Cars' pojawił się natomiast tak charakterystyczny dla stylu grupy duet wokalny Marty Balina i Grace Slick, której głos nadawał piosence bardziej dzikiego, żywego charakteru.
Jak napisałem wcześniej, dużo jest na płycie elementów folkowych, choćby w piosenkach 'Today' i instrumentalnym 'Embryonic Journey' oraz we wspomnianym 'Comin' Back To Me'. Wiele z klimatu tych nagrań przeniknęło później do twórczości brytyjskich folk-rockowych zespołów takich jak Fairport Convention, zwłaszcza w ich najwcześniejszym okresie działalności.

Nowa wokalistka zespołu, Grace Slick okazała się osobą dzięki której Jefferson Airplane zyskali międzynarodową sławę. To ona przyniosła na sesję nagraniową dwie piosenki z repertuaru swojej poprzedniej grupy Great Society.  Właśnie dzięki tym dwóm piosenkom grupa odniosła komercyjny sukces.
Także głos wokalistki okazał się bardzo istotnym znakiem rozpoznawczym zespołu. Jest to prawdopodobnie jedna z oryginalniejszych i najbardziej inspirujących wokalistek w muzyce popularnej tamtych lat. Jednocześnie z każdą kolejną płytą rola Grace Slick stawała się coraz ważniejsza i powoli wysuwała się ona na plan pierwszy, usuwając w cień Marty Balina.

W każdym razie wybór Grace Slick okazał się strzałem w dziesiątkę.
Skomponowany przez nią 'White Rabbit' oraz 'Somebody To Love' autorstwa Darby Slicka, zna chyba każdy pod każdą szerokością geograficzną. Zwłaszcza druga z tych piosenek zyskała wielką sławę. Chociaż wcale nie uważam by to był najmocniejszy punkt 'Surrealistic Pillow'.
Nie ma się co rozpisywać, bo na temat tych kompozycji napisano już chyba wszystko, co tylko możliwe.





Album okazał się bardzo ważnym w karierze zespołu. Obok płyt duetu Simon And Garfunkel i zespołu The Byrds oraz debiutanckiego LP The Doors, było to dokonanie zmieniające oblicze rockowych piosenek. Ukazujące, że także w obrębie prostej trzyminutowej formy, można tworzyć rzeczy wyrafinowane i dojrzałe.

niedziela, 24 stycznia 2010

FAIRPORT CONVENTION

HEYDAY (BBC 1968 - 1969)




1. Close The Door Lightly When You Go
2.I Don't Know Where I Stand
3. Some Sweet Day
4. Reno, Nevada
5. Suzanne
6. If It Feels Good, You Know It Can't Be Wrong
7. I Still Miss Someone
8. Bird On A Wire
9. Gone Gone Gone
10. Tried So Hard
11. Shattering Live Experience
12. Percy's Song
13. You Never Wanted Me
14. Nottamun Town
15. Fotheringay
16. Si Tu Dois Partir
17. Cajun Woman
18. Autopsy
19. Reynardine
20. Tam Lin


Materiał zawarty na tym LP czekał na oficjalne wydanie blisko 20 lat i ukazuje sekstet w momencie, gdy z grupy tworzącej pod wpływem wykonawców ze Stanów Zjednoczonych zaczynali stawać się formacją kształtującą indywidualny styl.

Jak to w przypadku nagrań dla BBC bywało, przytłaczająca większość repertuaru nigdy nie znalazła się na oficjalnych wydawnictwach. Poza tym - co również było normą - dominowały interpretacje cudzych kompozycji, a ponieważ dobrzy muzycy potrafią na każdym dziele odcisnąć własne piętno, tak więc w przypadku Fairport Convention nie odczuwa się, że mamy do czynienia z interpretacją, lecz z utworami autorskimi.

Album zawiera między innymi wspaniałe wersje nagrań Leonarda Cohena - zaśpiewaną przez duet Sandy Denny - Ian Matthews pieśń 'Suzanne', a przykuwającą uwagę subtelnymi partiami gitar Richard Thompson i Simon Nicole, oraz poruszający 'Bird On A Wire' z delikatnym, przejmującym głosem Ian Matthewsa.
Dostojna, melancholijna wersja piosenki Joni Mitchell 'I Don't Know Where I Stand' prezentowała natomiast Sandy Denny w roli głównej.
Znalazło się miejsce dla urzekającej interpretacji piosenki Johnny'ego Casha 'I Still Miss Someone'. 'Shattering Live Experience' miał nieco bardziej swobodny, cięższy charakter, z wyczuwalnymi wpływami bluesa.

Tutaj jeszcze wyraźniej niż na drugiej płycie słychać, że Sandy Denny i Ian Matthews byli stworzeni by wspólnie śpiewać, szkoda, że tak krótko to trwało. Słychać też, jak zgrany zespół tworzyli muzycy Fairport Convention. Przestaje dziwić, że wówczas było to spore zjawisko na rockowej scenie, a muzyka zespołu wywarła niemały wpływ na innych wykonawców.

Początkowo wydawnictwo zawierało zestaw nagrań z okresu płyty 'What We Did On Our Holidays'. Jednak w 2002 roku ukazała się rozszerzona wersja, dodatkowo zawierająca sesje radiowe z okresu płyt 'Unhalfbricking' i 'Liege And Lief'.
Chyba trudno wyobrazić sobie lepszą kompilację. No może tylko 4-płytowy box 'Live At The BBC' wydaje się być lepszym wariantem 'Heyday'.

sobota, 5 grudnia 2009

HIGH TIDE

SEA SHANTIES 1969
HIGH TIDE 1970



Połączenie folku, heavy rocka i wczesnych progresywnych ambicji zrodziło dwie wspaniałe płyty grupy High Tide.
Być może dostrzegam tam folk-rockowe wpływy ze względu na obecność skrzypiec. Natomiast bez wątpienia mamy do czynienia z muzyką miażdżącą swoim brzmieniem. Chyba można przyjąć, że jest to apogeum ostrego, ciężkiego grania lat 60. I jest to granie mimo wszystko czarujące, momentami wręcz (zwłaszcza na drugiej płycie) natchnione.

Grupę utworzył Tony Hill. W 1966 roku gitarzysta związany był z amerykańskim zespołem The Misunderstood - sprowadzonym do Anglii przez Johna Peela - z którym nagrał sześć epokowych, autentycznie powalających piosenek. Tylko dwie z nich ukazały się na singlu w tym samym rocku ('I Can Take You To The Sun - Who Do You Love'). Natomiast kolejne dwie dopiero w 1969 roku ('Children Of The Sun - I Unseen'), kiedy już dawno było po sprawie.

C.D.N.








czwartek, 10 września 2009

FAIRPORT CONVENTION

WHAT WE DID ON OUR HOLIDAYS 1969

Gdyby ktoś mnie spytał o jedną z ulubionych płyt 1969 roku, wskazałbym 'What We Did On Our Holidays'.
Począwszy od pierwszych dźwięków gitary akustycznej w 'Fotheringay', a na ostatnich sekundach 'End Of A Holiday' skończywszy, ten album czaruje i elektryzuje ulotnym wdziękiem, nie popadając w banał. Przy tak delikatnej muzyce bardzo łatwo przekroczyć pewną niemal niedostrzegalną granicę między ambitnym zamysłem a trywialnością, jednak grupie Fairport Convention udawało się tego unikać.

Był to pierwszy album nagrany z Sandy Denny. Była to jednocześnie pierwsza próba odejścia od amerykańskich wpływów obecnych na debiucie. Grupa zaczęła tworzyć swój własny styl opierający się na łączeniu rocka z folklorem Wysp Brytyjskich i w mniejszym stopniu z bluesem. Na 'What We Did On Our Holidays' te próby nie są jeszcze tak wyraźne jak na kolejnej płycie, a swój ostateczny, zamknięty kształt osiągną na 'Liege And Lief'.





1. Fotheringay
2. Mr Lacey
3. Book Song
4. The Lord Is In This Place...How Dreadful Is This Place
5. No Man's Land
6. I'll Keep It With Mine
7. Eastern Rain
8. Nottamun Town
9. Tale In Hard Time
10. She Moves Through The Fair
11. Meet On The Ledge
12. End Of A Holiday


Skład

Sandy Denny - Vocals, Acoustic And 12-String Acoustic Guitars, Organ, Piano, Harpsichord
Ian Matthews - Vocals, Congas
Richard Thompson - Electric, Acoustic And 12-String Acoustic Guitars, Piano Accordion, Vocals
Ashley Hutchings - Bass, Backing Vocals
Simon Nicol - Electric And Acoustic Guitars, Electric Autoharp, Electric Dulcimer, Backing Vocals
Martin Lamble - Drums, Percussion, Violin, Tabla And Footsteps

with

Bruce Lacey And His Robots On "Mr Lacey"
Claire Lowther - Cello On "Book Song"
Kingsley Abbott - Coins On "The Lord Is In This Place...How Dreadful Is This Place" Backing Vocals On "Meet On The Ledge"
Paul Ghosh, Andrew Horvitch And Marc Ellington - Backing Vocals On "Meet On The Ledge"


Zwiastunem nowego podejścia do muzyki był 'Fotheringay', słychać tu wpływ muzyki średniowiecznej - zarówno w warstwie opracowania partii gitar akustycznych, jak i pojawiającego się chóru, być może inspirowanego chorałami gregoriańskimi. Dostrzec można również elementy muzyki celtyckiej.
Dla odmiany 'Mr Lacey' to standardowy blues, w środkowej części wzbogacony efektami dźwiękowymi.
Kolejne nagranie to melancholijny 'Book Song', który dzięki skrzypcom ma w sobie coś z muzyki country, jednak za sprawą zharmonizowanych głosów Sandy Denny i Iana Matthewsa, oraz wprowadzeniu w formie ornamentu sitaru, całość nabiera mistycznego charakteru.
Oszczędny, ponownie wywodzący się z bluesa 'The Lord Is In This Place...How Dreadful Is This Place?' to tylko przygrywająca gitara akustyczna i pomrukująca wokalistka. Pogodny, biesiadny 'No Man's Land' ozdobiony został porywającą partią akordeonu oraz rytmicznym klaskaniem. Jest to wyborny przykład, jak przy pomocy subtelnej i prostej aranżacji osiągnąć niebanalny efekt.

Nad wyraz udana okazała się dramatyczna interpretacja piosenki Boba Dylana 'I'll Keep It With Mine' zaśpiewana mocnym, pełnym zadumy głosem przez Sandy Denny, w refrenie wspomagana przez Iana Matthewsa. Zachwyca subtelny wstęp zagrany na gitarach przez Richarda Thompsona i Simona Nicola.

Na drugiej stronie LP grupa zaproponowała senny folkowy 'Eastern Rain' ponownie urzekający głosami obydwojga wokalistów.
'Nottamun Town' to kolejny dowód nowych fascynacji. Akustyczny, przesiąknięty pierwotną naturą utwór nosił cechy obrzędu, w środkowej części pojawił się zaś dialog transowej akustycznej gitary oraz skrzypiec w stylu orientalnym.
Prosty, przebojowy 'Tale In Hard Time' to przede wszystkim głęboki głos Iana Matthewsa. 'She Moves Through The Fair' to kolejna tradycyjna pieśń, tym razem z Sandy Danny w roli głównej. Potem następowała chyba najważniejsza piosenka w dorobku zespołu, czyli 'Meet On The Ledge'. Na przemian zaśpiewana przez Iana Matthewsa i Sandy Denny. Chóralny refren został odśpiewany przez cały zespół.
Jako finał otrzymujemy przepełniony smutkiem 'End Of A Holiday', zagrana na gitarze akustycznej przez Simona Nicola instrumentalna miniatura. Muszę dodać, że jej główny temat autor zaczerpnął prawdopodobnie z piosenki Jefferson Airplane 'Comin' Back To Me'.

Nieważne.
Ten znaczący album wywarł duży wpływ na innych wykonawców. 'What We Did On Our Holidays' został nagrany przez najciekawszy skład, jaki ukonstytuował się w długiej historii zespołu. Szkoda, że tak krótko Fairport Convention wytrwali w tej konfiguracji, gdyż zaraz po nagraniu płyty grupę opuścił Ian Matthews. Pozostaje zatem cieszyć się tym, co po sobie pozostawili.

Płyta miała ogromny wpływ na rozwój rocka w Wielkiej Brytanii. Podejrzewam, że gdyby nie Fairport Convention, muzyka King Crimson na ich debiutanckim LP 'In The Court Of The Crimson King' nie przyjęłaby tego samego kształtu, który wszyscy znamy. Bez Fairport Convention grupa Jethro Tull zapewne nie poszłaby w rejony ukazane na 'Aqualung'.
Przykłady można by mnożyć.
1969 roku bez dwóch zdań należał do Fairport Convention.

wtorek, 8 września 2009

FAIRPORT CONVENTION

UNHALFBRICKING 1969

Jedna z najlepszych płyt 1969 roku. Trzeba tutaj nadmienić, że 1969 to był rok płyt wybitnych i wyjątkowych, prawdopodobnie najbardziej twórczy i najwspanialszy rocznik w historii całej muzyki popularnej, tak więc konkurencja była ogromna.

'Unhalfbricking' był trzecią płytą w dorobku Fairport Convention i stanowi syntezę wszystkiego, co w muzyce rockowej - nie tylko folkowej - najlepsze. Inteligentne kompozycje, przejmujące melodie, doskonałe partie gitar, melancholijny klimat, przepiękny głos wokalistki oraz doskonała produkcja całości.
Biorąc pod uwagę tempo, w jakim zespół pracował, budzi niekłamany podziw, że udało grupie się stworzyć dzieło wybitne.





1. Genesis Hall (Richard Thompson)
2. Si Tu Dois Partir (Bob Dylan)
3. Autopsy (Sandy Denny)
4. A Sailor's Life (Traditional - Arranged By Sandy Denny, Richard Thompson, Simon Nicol, Ashley Hutchings, Martin Lamble)

1. Cajun Woman (Richard Thompson)
2. Who Knows Where the Time Goes? (Sandy Denny)
3. Percy's Song (Bob Dylan)
4. Million Dollar Bash (Bob Dylan)


Skład

Sandy Denny - Vocals, Harpsichord
Richard Thompson - Electric & Acoustic Guitars, Electric Dulcimer, Piano Accordion, Organ, Backing Vocals
Ashley Hutchings - Bass, Backing Vocals
Simon Nicol - Electric & Acoustic Guitars, Electric Dulcimer, Backing Vocals
Martin Lamble - Drums

with

Ian Matthews - Backing Vocals On "Percy's Song"
Dave Swarbrick - Fiddle On "Si Tu Dois Partir", "A Sailor’s Life" And "Cajun Woman" And Mandolin On "Million Dollar Bash"
Trevor Lucas - Triangle On "Si Tu Dois Partir"
Marc Ellington - Vocals On "Million Dollar Bash"


Na płycie znajduje się osiem nagrań. Pięć utworów koncypowanych jest całkiem poważnie, trzy pozostałe stanowią pogodny kontrapunkt dla piosenek takich jak 'Genesis Hall', 'Autopsy', 'Who Knows Where The Time Goes' czy rozbudowany 'Percy's Song'.
Osobny temat stanowi kompozycja 'A Sailor's Life'. Na początku jest to spowity tajemniczą aurą szant. W drugiej połowie nagranie przeistacza się w niemal transowe granie na dwie gitary i skrzypce plus grającą dynamicznie sekcję rytmiczną.

To samo tyczy się wspomnianego 'Percy's Song'. Ten skomponowany przez Boba Dylana utwór wprost zachwyca swoistym liryzmem. Powoli narastająca melodia, dochodzące kolejno instrumenty, śpiewany chóralnie refren, oszczędne wykonanie i przejmujący finał z jakby oddalającą się partią cymbałów (dulcimer).

Płyta ukazała się w momencie dla grupy dramatycznym. Zanim LP pojawił się na rynku, zespół spotkała tragedia. W drodze z koncertu samochód, którym podróżowali muzycy, uległ wypadkowi, w wyniku którego życie stracił perkusista Martin Lamble oraz przyjaciółka Richarda Thompsona - Jeannie Franklyn (Jack Bruce zadedykował jej swoją pierwszą solową płytę 'Song For A Tailor').

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

JEFFERSON AIRPLANE

AFTER BATHING AT BAXTER'S 1967




Streetmasse
1. The Ballad Of You & Me & Pooneil
2. A Small Package Of Value Will Come To You, Shortly
3. Young Girl Sunday Blues

The War Is Over
4. Martha
5. Wild Tyme (H)

Hymn To An Older Generation
6. The Last Wall Of The Castle
7. Rejoyce

How Suite It Is
1. Watch Her Ride
2. Spare Chaynge

Schizoforest Love Suite
3. Two Heads
4. Won't You Try / Saturday Afternoon


Skład

Grace Slick – Piano, Organ, Recorder, Vocals
Marty Balin – Rhythm Guitar, Vocals
Paul Kantner – Rhythm Guitar, Vocals
Jorma Kaukonen – Lead Guitar, Sitar, Vocals
Jack Casady – Bass
Spencer Dryden – Drums, Percussion, Horn Arrangement


Pierwszy mój kontakt z płytą 'After Bathing At Baxter's' to był fragment piosenki 'Watch Her Ride', którą usłyszałem bodajże w połowie lat dziewięćdziesiątych. Wówczas wiedziałem jaki zespół ją wykonuje, ale nie znałem tytułu nagrania. Próbowałem dowiedzieć się, z której płyty pochodzi, ale moje wysiłki spełzły na niczym. Sprawa została uznana za niebyłą. Aż do teraz. Nie tak dawno bowiem zacząłem kolekcjonować dorobek Jefferson Airplane na CD i nagle ta niezapomniana przez tyle lat melodia uderzyła mnie we wspaniały sposób po uszach.

Ten album, to moim zdaniem, esencja sceny z Zachodniego Wybrzeża. Jest tu wszystko co sprawiło, że wokół młodych grup z San Francisco zrobiło się głośno.
Szaleństwo, anarchia, nieprzewidywalna, improwizowana gra zespołu - by wskazać dla przykładu gitarowy 'Spare Chaynge'. Przesycony narkotyczną atmosferą kontrowersyjny kolaż dźwiękowy 'A Small Package Of Value Will Come To You, Shortly' - oraz jakaś dziwna szlachetność i swoisty liryzm. W kilku fragmentach - jak choćby w 'The Last Wall Of The Castle' - do głosu doszło zafascynowanie zespołu cięższym stylem spod znaku The Jimi Hendrix Experience.
Płyta idealnie oddaje atmosferę roku 1967 na rockowej scenie. 'After Bathing At Baxter's' to także chyba najlepszy LP Jefferson Airplane.

Muszę przyznać, że słuchając tej płyty przekonałem się także do śpiewu Marty Balina. Ten jego wibrujący, nieco płaczliwy głos zawsze wydawał mi się nijaki. Tym bardziej dziwiło mnie powierzanie mu głównych partii wokalnych w wielu nagraniach. Teraz już wiem, jak bardzo się myliłem. Może brak mu zadziorności charakterystycznej dla Grace Slick, ale właśnie przecież na tym polega urok tego duetu - na kontraście. Głos Marty Balina jest stworzony do łagodniejszych tematów, podczas gdy Grace Slick zdecydowanie urodziła się by śpiewać ostrzej.
Chociaż...Akurat wspomniany na początku wspaniały, przebojowy 'Watch Her Ride' jest tego zaprzeczeniem.

Zamieszczona przeze mnie okładka pochodzi z bardzo rzadkiej japońskiej edycji oryginalnego LP. Dlaczego wybrałem tę wersję zamiast właściwej amerykańskiej? Nie wiem. To pewno przez moje zauroczenie twórczością pop-art i wszystkim, co z tym nurtem związane - od muzyki poprzez stronę wizualną, a na ubiorach skończywszy.

sobota, 16 maja 2009

ANDWELLA'S DREAM

LOVE AND POETRY 1969



1. The Days Grew Longer For Love
2. Sunday
3. Lost A Number Found A King
4. Man Without A Name
5. Clockwork Man
6. Cocaine
7. Shades Of Grey
8. High On A Mountain
9. Andwella
10. Midday Sun
11. Take My Road
12. Felix
13. Goodbye


Skład


David Lewis: Vocals, Guitar, Keyboards
Nigel Smith: Bass, Vocals
Gordon Barton: Drums


Jedyny album Andwella's Dream doskonale odzwierciedla aspiracje muzyki rockowej końca dekady. Płyta jak w soczewce skupia wszystko to, co na brytyjskiej scenie dopiero zyskiwało nowy kształt oraz to, co powoli odchodziło do lamusa. Gdybym miał wskazać album najbardziej reprezentatywny dla ukazania przemian w muzyce popularnej tego okresu 'Love And Poetry' byłby bez wątpienia pozycją wiodącą.
Mimo, że w muzyce tria znać przeróżne wpływy, to jednak potrafili z nich stworzyć spójną, przemyślaną całość. Od psychodelicznego rocka i ambitnego popu, poprzez folk, na heavy rockowym terytorium kończąc. Poruszając się w obrębie tych wszystkich nurtów Andwella's Dream potrafiła odcisnąć na nich swoje własne piętno. To już właściwie był rock progresywny w jego najlepszej postaci, jednak tutaj nie ma rozbudowanych kompozycji, tylko krótkie piosenki zaaranżowane w sposób charakterystyczny dla nowego gatunku.

Czegóż tutaj nie ma.
Uroczy akustyczny wstęp stanowi wprowadzenie nie tylko dla całej płyty, ale przede wszystkim dla najlepszego na płycie utworu 'The Days Grew Longer For Love'. Zagrany na dwie gitary niemal zwiastował epokę takich grup jak Wishbone Ash. Muszę przyznać, że przepiękne partie gitar zawsze sprawiają, że mam gęsią skórkę. Coś niesamowitego jak doskonale to zostało pomyślane. Gitary uzupełniają się w cudowny wręcz sposób. Muszę tutaj nadmienić, że jest to efekt pracy studyjnej, gdyż obie partie bez wątpienia wykonał David Lewis.

Zaraz...Momencik...Napisałem, że 'The Days Grew Longer For Love' jest najlepszy na płycie? Zupełnie zapomniałem o niemniej fantastycznym 'Felix'. Obok wymienionego wcześniej nagrania jest to centralny punkt tej bogatej w pomysły, zróżnicowanej płyty. Zainspirowany dokonaniami Procol Harum i Traffic utwór zagrano w mocno psychodelicznej otoczce spotęgowanej przez pomysłowe wprowadzenie kompresji. Trudno sobie wyobrazić bardziej przebojową i nieszablonową piosenkę. Takich właśnie piosenek mogę słuchać do upadłego.

Heavy-rockowy charakter posiadał bezkompromisowy 'Sunday', oparty na wyrazistym riffie gitary i mocnej sekcji rytmicznej, zaśpiewany w agresywny sposób, niemal na granicy krzyku. Piosenka zaskakuje tym bardziej, że specjalnością tria były kompozycje nieco łagodniejsze. Nagranie nie tworzy jednak dysonansu z resztą materiału.

Wskażę jeszcze tylko tajemniczy 'Lost A Number Found A King' poprzedzony introdukcją wykorzystującą brzmienie gongu i różnych instrumentów perkusyjnych. Na pierwszym planie zaś wzbogacony partią fletu poprzecznego w stylu orientalnym. Jestem zwolennikiem takich niekonwencjonalnych pomysłów. Szkoda, że to tylko połowa nagrania.
'Take My Road' wzbogacono natomiast brzmieniem skrzypiec i - jak kilka innych fragmentów płyty - piosenka ta posiada folk rockowy charakter.

Obiecałem sobie, że tym razem nie będzie rozpisywania się, błądzenie po zakamarkach danej płyty. Dodam jeszcze, że materiał zamieszczony na wydanej przez CBS płycie długogrającej jest oryginalny i zawiera wyłącznie kompozycje autorstwa lidera grupy Davida Lewisa.

Aha. Napisałem we wstępie, że 'Love And Poetry' był jedynym dziełem Andwella's Dream. Otóż nie do końca, ponieważ grupa po skróceniu nazwy do Andwella nagrała jeszcze dwie płyty w zmienionym składzie, ale uważam, że należy tę późniejszą działalność oddzielić grubą kreską od dokonań pierwotnej wersji formacji. Tak przy okazji - niemal normę w tamtych czasach stanowiło, że gdy grupa nie mogła się przebić do świadomości słuchaczy, zmianom ulegała nazwa. Po co? Moim zdaniem był to poważny błąd.

P.S. W szeregach Andwella pojawił się muzyczny wagabunda - perkusista Jack McCullough, brat gitarzysty Jimmy McCullougha znanego ze Stone The Crows oraz przede wszystkim Wings Paula McCartneya. Natomiast sam Jack McCullough grał także w takich legendarnych formacjach jak - One In A Million, Thunderclap Newman, Magic Mixture czy Andromeda.

KONIEC.


wtorek, 3 marca 2009

FAIRPORT CONVENTION

FAIRPORT CONVENTION 1968

Jednym z istotniejszych elementów, który wpłynął na moją potrzebę poznawania nieznanego rocka, była książka Jacka Leśniewskiego 'Brytyjski Rock w latach 1961 - 1979'.
Uważam, że 'Brytyjski Rock' to ewenement na naszym rynku wydawniczym, ewenement na niwie literatury dotyczącej rocka wydawanej w Polsce. Nikt wcześniej nie napisał czegoś tak interesującego. Szkoda, że tak rzadko, a właściwie wcale, podobne publikacje pojawiają się na półkach księgarń w Polsce.

Przyznam też, że trochę liczyłem, że ów przewodnik będzie jak kamyk, który poruszy lawinę i może w końcu takich tytułów pojawi się więcej. Niestety, nic takiego się nie wydarzyło. Jest to jeszcze jeden dowód, że klasyczny rock nie cieszy się u nas wielką popularnością. Nie ma zapotrzebowania na tego typu rzeczy. Dziwne o tyle, że specjalistów i wszystko wiedzących osobników u nas nie brakuje.
Ale to akurat jest temat na osobne rozważania.

Co jest bardzo ważne w przewodniku Jacka Leśniewskiego to fakt, że można bliżej zaznajomić się z wykonawcami, o których albo nie wie się zupełnie nic, albo wie bardzo niewiele. To właśnie dzięki tej książce przyjrzałem się bliżej pewnej grupie, która okazała się być jednym z moich największych odkryć ostatnich lat.
Jestem niemal pewien, że już wcześniej zetknąłem się z samą nazwą zespołu, nie pamiętam, jakie odczucia u mnie wywołała. Najpewniej pomyślałem, że to jeszcze jedna grupa ze Wschodniego Wybrzeża.

Nazwa Fairport Convention faktycznie kojarzy się z amerykańską sceną muzyczną, jednak, jak się okazało, to zespół z Wielkiej Brytanii, w dodatku jest to grupa bardzo popularna w rodzinnym kraju. Ich pierwsze płyty - zwłaszcza trzy albumy z 1969 roku - miały wielki wpływ na rozwój rocka w Wielkiej Brytanii. Jak na młody wiek muzyków, grupa prezentowała bardzo wysoki poziom, zaś rozwój muzyczny następował w szybkim tempie, czego dowodem aż pięć płyt nagranych w ciągu dwóch lat, które ukształtowały gatunek.

Na debiutanckiej płycie sekstet pozostawał jeszcze pod wpływem grup ze Stanów Zjednoczonych, takich jak Jefferson Airplane, dopiero poszukując własnego stylu

Pierwszy singiel 'If I Had A Ribbon Bow' nieodparcie kojarzy się - w dużej mierze ze względu na głos wokalistki - z muzyką wodewilową. Dostojny nastrój, ale też lekkość i wdzięk. Całość ozdobiono dźwiękami wibrafonu, a w środkowej części pojawił się zupełnie kontrastowy, lekko odrealniony motyw.





1. Time Will Show the Wiser
2. I Don't Know Where I Stand
3. If (Stomp)
4. Decameron
5. Jack O'Diamonds
6. Portfolio
7. Chelsea Morning
8. Sun Shade
9. The Lobster
10. It's Alright Ma, It's Only Witchcraft
11. One Sure Thing
12. M1 Breakdown


Na płycie znalazło się kilka interpretacji kompozycji innych artystów, jednak zespół miał talent do wydobywania z tych piosenek wszystkiego, co najlepsze, czyniąc takie nagrania jak 'I Don't Know Where I Stand' czy 'Chelsea Morning' - obydwa autorstwa Joni Mitchell - formą indywidualnej wypowiedzi. Podobny charakter nosiły kompozycje własne, dowodzące talentu twórczego i wykonawczego.
Uważam również, że pierwsza wokalistka, Judy Dyble, wykonała tutaj kawał świetnej roboty i zaprezentowała się od jak najlepszej strony. Chociaż, jeśli idzie o śpiew, to osobą pierwszoplanową na tej płycie był, obdarzony ciepłym, delikatnym głosem, Ian Matthews. Nieco odmienne oblicze ukazał zaś w piosenkach 'Time Will Show The Wiser' i 'Jack O'Diamonds'. Zwłaszcza w drugiej z nich, autorstwa Boba Dylana - chociaż możliwe, że wywiedzionej z tradycyjnej folkowej kompozycji - zaśpiewał bardziej zadziornie.

Do wersji CD dołączono cztery bonusy.
Własną wersję 'Suzanne' Leonarda Cohena - zaśpiewaną wyłącznie przez Iana Matthewsa. Prawdopodobnie utwór zarejestrowano po odejściu Judy Dyble, a przed dołączeniem do zespołu Sandy Denny, oraz singlowy 'If I Had A Ribbon Bow'. Swoją drogą, gdzie się podziała strona B tego singla, czyli If (Stomp) - inna wersja tej piosenki pojawiła się na debiucie.

Natomiast dwa ostatnie utwory zostały nagrane podczas występu w francuskiej telewizji (brakuje tylko 'Time Will Show The Wiser') w kwietniu 1968 roku. Przyznam, że wersja 'Morning Glory' Tima Buckleya w interpretacji Fairport Convention, z cudownym, przejmującym wokalem Ian Matthewsa, zawsze przyprawia mnie o gęsią skórkę.
Z kolei 'Reno Nevada' Richarda Farina ukazuje nam grupę w wersji, jaka wkrótce poszła w odstawkę, jako skłonną do dynamicznych, rockowych, rozbudowanych gitarowych improwizacji. Na innych dokonaniach Fairport Convention nie słyszałem już takiego wymiatania na gitarach panów Richarda Thompsona i Simona Nicola.





Dodam jeszcze, że producentem płyty, oraz kolejnych czterech albumów, był Joe Boyd. Prawdopodobnie bez obecności tego zasłużonego producenta, Fairport Convention nie osiągnęli by aż takiego poziomu, a ich płyty nie brzmiały by tak wyjątkowo.
Chwała mu za to.