Pokazywanie postów oznaczonych etykietą heavy-prog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą heavy-prog. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lutego 2023

DARK

DARK ROUND THE EDGES 1972 

 

Lider zespołu Dark kuje żelazo póki gorące.

Ponieważ na przestrzeni lat jedyne dokonanie, wydane własnym kosztem w 1972 roku w nakładzie sześćdziesięciu czterech egzemplarzy, do niedawna enigmatycznej grupy obrosło legendą, a ceny osiągnęły niebotyczny poziom, Steve Giles postanowił wykorzystać koniunkturę i wznawia ten tytuł od kilku lat na CD, natomiast w zeszłym roku płyta jego zespołu została odrestaurowana w studiach Abbey Road, dzięki czemu w 2023 roku można nabyć 'Dark Round The Edges' jako LP w dwóch lub nawet trzech wariantach.

Warto przypomnieć przy tej okazji, że album obecnie jest najdroższą i najbardziej poszukiwaną płytą z klasycznym rockiem, a w każdym razie najdroższą wśród dokonań, które były PRYWATNYMI TŁOCZENIAMI.

Nie jestem całkiem pewien, ale wydaje mi się, że obecnie koszt wydanych w epoce egzemplarzy oscyluje w granicach kilkunastu tysięcy funtów. Dlatego to bardzo drobiazgowe wznowienie - pierwsze, które jest repliką oryginału - to duże wydarzenie i zapewne stanowi alternatywę dla drogocennych egzemplarzy z 1972 roku.

Powtórzę - ta ciekawa płyta, będąca intrygującym świadectwem pionierskiej epoki muzyki rockowej, nie jest może jakimś zapomnianym arcydziełem, które zmieniło bieg muzyki popularnej, bez którego nie można żyć, ale bez dwóch zdań jest to wielki rarytas, z którym warto się zapoznać.

Dodam jeszcze, że najbardziej obszerne wznowienie zapakowane zostało do koperty ozdobionej atrakcyjną, kolorową ilustracją, widoczną na trzecim zdjęciu.

 

sobota, 20 lutego 2016

DARK

ROUND THE EDGES 1972

 

1. Darkside
2. Maypole
3. Live for Today
4. R.C. 8
5. The Cat
6. Zero Time

 

Skład -


Steve Giles – Guitar, Vocals, Producer
Martin Weaver – Guitar
Ronald Johnson – Bass Guitar
Clive Thorneycroft – Drums

 

Wydana własnym kosztem płyta należy do najdroższych i najbardziej poszukiwanych dokonań z Wielkiej Brytanii. Niewielki nakład płyty posiadał trzy różne wersje okładki. W zależności od oprawy graficznej płyta kosztuje od czterech tysięcy funtów do dziesięciu tysięcy funtów*. Szczęśliwie jednak album od lat jest wznawiany - także przy udziale lidera zespołu - gitarzysty, głównego kompozytora i producenta płyty - Steve'a Giles'a

Repertuar zamieszczony na 'Dark Round The Edges', zarejestrowany przez nieznanych muzyków, zdradzał fascynację hard-rockiem, ukazywał dążenie tria do rozbudowanej formy. Ze względu na amatorski status przedsięwzięcia powstała całość niekiedy dość chaotyczna, niedopracowana brzmieniowo, kompozycje rażą zaś nieprzemyślaną konstrukcją oraz lekką monotonią wykonawczą. Ponad to słuchacz epatowany jest natrętnym zamiłowaniem lidera do brzmienia sfuzzowanej gitary elektrycznej. Niestety, Steve Giles posiadał także przeciętną, nużącą barwę głosu.

Nie chcę jednak powiedzieć, że płyta jest nieudana - tak źle nie jest. Muzyki tu zawartej słucha się z przyjemnością, zapewne za sprawą jej unikatowego charakteru. Czaru dodaje natomiast to, że muzycy bardzo się starają, i sądzę, że gdyby przedsięwzięciem pokierował doświadczony producent, utwory zyskałaby znacznie ciekawszy kształt.

 

*Jak podaje Wikipedia - obecnie ceny wahają się od sześciu do dwudziestu czterech tysięcy funtów. Dane z roku 2018.

piątek, 19 kwietnia 2013

BLOOD CEREMONY (2008)




1. Master Of Confusion
2. I’m Coming With You
3. Into The Coven
4. A Wine Of Wizardry
5. The Rare Lord
6. Return To Forever
7. Hop Toad
8. Children Of The Future
9. Hymn To Pan


Skład


Alia O’Brien - Vocals, Flute, Organ
Sean Kennedy - Guitar
Lucas Gadke - Bass Guitar
Michael Carrillo - Drums


Płyta, która co prawda nie powstała w przedziale czasowym, któremu poświęcony jest ten blog, ale brzmi tak jakby została żywcem wyjęta z tamtej epoki, a konkretnie z wczesnych lat siedemdziesiątych. Dlatego wyjątkowo postanowiłem przybliżyć ten wydany w 2008 roku przez Rise Above Records tytuł, ponieważ naprawdę na to zasługuje i bezsprzecznie jest hołdem złożonym tym wszystkim wspaniałym pionierskim wykonawcom, których także i niżej podpisany uwielbia.

Do momentu, w którym usłyszałem Blood Ceremony uważałem, że grupy imitujące klasyczne rockowe dokonania to kompletny niewypał. To, co do tej pory miałem możność poznać nie dawało się słuchać. Owszem, brzmiało po staremu, jednak od strony muzycznej była to zwykła dłubanina bez pomysłu.
Na całe szczęście Blood Ceremony zmąciła ten obraz.

Debiutancki album zespołu z Kanady to urzekający dla ucha mariaż brzmień spod znaku wczesnego Black Sabbath i Jethro Tull. Fascynację pierwszą z wymienionych grup oddawały ciężkie riffy gitary oraz mocna sekcja rytmiczna niemal wyjęte z pierwszych trzech płyt kwartetu. Ducha twórczości Jethro Tull przywoływały dynamiczne partie fletu poprzecznego, które dodawały muzyce folkowego odcienia.
Grupa starała się oddać atmosferę starego rockowego grania jak najwierniej poprzez wprowadzenie do instrumentarium także organów.

Trzeba też mocno podkreślić - to nie jest jedynie bierne naśladownictwo pionierów gatunku, ale udana próba odświeżenia tego, co w muzyce rockowej najlepsze, jednocześnie kompletnie pozbawiona komercyjnego charakteru tak nachalnie epatującego z niemal wszystkich przedsięwzięć, które pojawiają się na rynku.

Mimo, że nie jest to muzyka jakoś szczególnie oryginalna pod względem melodycznym, a same kompozycje są do siebie dosyć podobne, to jednak słucha się tego wybornie, utwory zostały wykonane z prawdziwą pasją i posiadają wzorcowo zbudowany klimat.
Muszę przyznać, że w ciągu tygodnia przesłuchałem ten album kilka razy. Bez cienia zmuszania się, bez znużenia.
Może jedynie głos wokalistki Alia O’Brien nie do końca przekonuje, ale na szczęście wykonawstwo jest tak mocne, że nie wpływa to ujemnie na odbiór.

Uważam, że jest to jedno z najciekawszych wydarzeń, jakie na rockowej scenie pojawiło się w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat. To jest właśnie alternatywa dla tej całej miernej masówki, która od dłuższego czasu zalewa nas ze wszystkich stron. Alternatywa, przy której ta, wychwalana przez środowiska młodych, wykształconych z dużych miast, wydaje się jakimś kiepskim dowcipem niczym nie różniącym się od dzisiejszego głównego nurtu.

piątek, 12 kwietnia 2013

MARSUPILAMI 1970

Nagrane dla wytwórni Transatlantic Records dwie płyty sekstetu zawierały bardzo ciekawą i ekscytującą odsłonę nowego rocka progresywnego. Grupa zaprezentowała porywający mariaż ciężkiego rocka i muzyki dawnej, całość zaś nasyciła elementami jazzu. Wszystko to razem wykonywała - zwłaszcza na drugiej płycie - z niemal teatralną dramaturgią, co potęgował głos wokalisty częstokroć oscylujący na granicy melodeklamacji.
Swój repertuar formacja osnuła wokół brzmień organów Hammonda, gitary elektrycznej oraz instrumentów dętych takich jak flet poprzeczny oraz - na drugim albumie - saksofon.

Grupie udało się połączyć różnorodne wpływy w spójne, frapujące kompozycje charakteryzujące się dużą dynamiką wykonania oraz umiejętnością budowania nastroju przy pomocy łączenia zmiennych, częstokroć bardzo kontrastowych motywów. Duży nacisk położono także na opracowanie grupowych partii wokalnych, mających częstokroć charakter wokaliz.

Żeby jednak nie być gołosłownym przytoczę kilka przykładów.
Otwierający płytę 'Dorian Deep' rozpoczynała zaśpiewana w dwugłosie niepokojąca wokaliza na tle subtelnych tonów organów Hammonda. Następnie przeradzał się w rozpędzony heavy-rockowy utwór przerywany różnego rodzaju dygresjami wykorzystującymi brzmienie fletu oraz głosu, a nawet harmonijki ustnej. Ponad to uwagę przykuwało rewelacyjne solo gitary, dla którego rodzaj kontrapunktu stanowiły, uzupełniające plan dźwiękowy, partie organów Hammonda.
Fantastyczny muzyka.





1. Dorian Deep
2. Born To Be Free
3. And The Eagle Chased The Dove To Its Ruin
4. Ab Initio Ad Finem (The Opera)
5. Facilis Descensus Averni


Przesycony atmosferą tajemniczości wstęp wielowątkowego 'Ab Initio Ad Finem (The Opera)' rozpoczynała melodia pozytywki, która przechodziła w niemal kościelne, acz delikatne akordy organów Hammonda. Niezwykłej aury dodawało tutaj wprowadzenie dobiegających z oddali odgłosów kraczących wron.
Kolejny motyw - oparty na powtarzanej figurze rytmicznej granej przez perkusję i pojedynczych dźwiękach organów - posiadał w sobie ów pierwiastek muzyki dawnej. Następna część kompozycji to był już świetny hard-rock z gitarą elektryczną w roli głównej. Po tym pojawiał się melancholijny temat, w którym rola instrumentu wiodącego przypadła grającej na flecie poprzecznym Jessice Stanley Clarke. Za chwilę muzyka ponownie nabierała żywiołowości uwypuklając partie organów Hammonda i gitary. Zwieńczeniem zaś był pełen dysonansów motyw, z którego łagodnie wyłaniał się organowy temat będący repryzą tematu rozpoczynającego kompozycję.

Jak nietrudno zauważyć, zespół nie stronił od długich improwizacji, które nie tylko ujawniały dążność do rozbudowanej formy, ale także ukazywały fascynację instrumentalistów różnymi gatunkami muzyki i próbę ich asymilacji w przemyślaną całość.
Bardziej jednorodny charakter nosiły utwory 'Born To Be Free' oraz 'And The Eagle Chased The Dove To Its Ruin'.

Pierwsza z wyżej wymienionych piosenek to cudowna, rozmarzona ballada zdominowana przez falujące niczym liście na wietrze dźwięki fletu poprzecznego, które skontrastowano z jazzowymi, oszczędnymi zagrywkami gitary elektrycznej tworzącymi subtelne tło. W środkowej części następowało zupełnie kontrastowe instrumentalne przyśpieszenie - na plan pierwszy wysuwała się tutaj ostra gitara elektryczna. Pojawiała się nawet dosyć natarczywa harmonijka ustna.

Wszystkie te utwory zachwycają niezwykle klarownym brzmieniem, umiejętnym operowaniem barwami i tworzeniem różnorodnych nastrojów oraz - jak na ówczesną muzykę rockową - śmiałością rozwiązań kompozytorskich. Zachwyca swoboda wykonawcza, przy pomocy której grupa buduje te wszystkie niezwykle mroczne klimaty niczym z innej epoki, podane jednak w iście rockowym stylu.

Już za moment ten rodzaj grania stał się normą, jednak w marcu 1970 roku, gdy debiut Marsupilami ujrzał światło dzienne, wciąż było to spore novum.

Czysta rockowa poezja.

poniedziałek, 28 marca 2011

ELONKORJUU

HARVEST TIME (1972)

 

1. Unfeeling
2. Swords
3. Captain
4. Praise to Our Basement
5. Future
6. Hey Hunter
7. The Ocean Song
8. Old Man's Dream
9. Me and My Friend
10. A Little Rocket Song

Skład

Heikki Lajunen - Vocals
Jukka Syrenius - Guitar, Vocals
Veli-Pekka Pessi - Bass Guitar
Eero Rantasila -Drums
Ilkka Poijärvi - Organ, Flute

 

Ten urzekający album zachwyca wspaniałymi melodiami spowitymi aurą melancholii. Całość ujmuje pastelowym kolorytem, bogactwem odcieni, subtelnością rozwiązań harmonicznych, a uzyskanymi przy pomocy skromnego instrumentarium. Dopełnieniem tego wszystkiego jest dojrzały, jakby sterany życiem śpiew wokalisty.

Wydany w 1972 roku
wyłącznie w Finlandii 'Harvest Time', nagrany przez młodych ludzi, przykuwa uwagę swobodą i polotem, z jakimi zawarte tu kompozycje zostały wykonane. Muzycy kwintetu przechodzą od łagodnych, balladowych tematów o folkowym rodowodzie - wspartych dźwiękami fletu poprzecznego - do fragmentów o dużej intensywności wykonawczej, zdradzających fascynacje hard-rockiem.

Pierwsze trzy zawarte tutaj utwory doskonale ilustrują tonację, w jakiej utrzymany jest repertuar, na który złożyły się nagrania takie jak zagrany w szybkim tempie, a łagodzony delikatnymi fragmentami 'Unfeeling'.
W 'Swords' można wyodrębnić dwa kontrastowe tematy - balladowy - z eterycznym podkładem gitary elektrycznej, organów Hammonda i niemal niesłyszalnego fletu poprzecznego oraz zdecydowanie ciężki - z mocną, o jazzowych inklinacjach grą perkusisty i ostrymi zagrywkami gitarzysty. Jako rodzaj przerywnika zespół wprowadził dwa krótkie instrumentalne interludia - w pierwszym z nich zaproponował zwiewną partię fletu poprzecznego, w drugim zaś rolę wiodącą przejęły organy Hammonda.

W wielowątkowym, przepełnionym tajemniczą atmosferą 'Captain' zespół Elonkorjuu zdradza zamiłowanie do bardziej złożonych form.

'Praise To Our Basement' to ponownie zestawienie lirycznych brzmień z żywszymi motywami. W środkowej części piosenkę okraszono nie przystającymi do całości dźwiękami gitary granymi na zaciąganych strunach.

Jedyny na 'Harvest Time' instrumentalny 'Future' oparty był na granej w szybkim tempie ostinatowej figurze gitary basowej i czarował powtarzanymi z namaszczeniem kilkoma dźwiękami gitary. Był to rodzaj klamry dla krótkiego solowego popisu perkusisty oraz zdradzającej jazzowe wpływy dygresji, stopniowo nabierając cech heavy-rockowego zgiełku.
To wszystko udawało się zmyślnie pomieścić w tak ograniczonych czasowo formach.

Nagrania takie jak 'Hey Hunter' czy 'Old Man's Dream' prezentowały kwintet jako muzyków, którzy największą słabość czują do hard-rockowych brzmień, nie stroniąc jednocześnie od wpływów jazzu czy bluesa. Przykładem druga z tych piosenek, za podstawę mająca prosty rockowy temat przechodzący w pełną wycyzelowanych, zagranych z polotem improwizacji z ponownie dochodzącymi do głosu jazzowymi wpływami, zwieńczona zaś zwięzłym motywem skłaniającym się na powrót w kierunku muzyki o rockowym zabarwieniu.

Kilka dodatkowych kwestii.
Dla mnie jest to muzyka niczym z bajki.
Dlaczego dzisiejsi młodzi wykonawcy nie chcą lub może po prostu nie umieją grać tak dobrze? Co się dzieje? To jest ponad moją zdolność pojmowania świata.

Zamykając temat.
Zasłużona niemiecka wytwórnia Shadoks Music raczy zwolenników starego rocka bardzo dużą ilością reedycji. Wśród takiego natłoku wydawnictw siłą rzeczy otrzymujemy wiele tytułów, które bardzo się już zestarzały i czasem nawet takiemu zatwardziałemu fanatykowi jak niżej podpisany słuchanie tego przychodzi z dużym trudem. Zdarzają się jednak prawdziwe perły i bez wątpienia do takich należy Elonkorjuu 'Harvest Time', która jest wyjątkowym dokonaniem.
Warto wspomnieć, że wydany w 1972 roku wyłącznie w Finlandii przez EMI Parlophone oryginalny LP jest najnormalniej w świecie diabelnie rzadki. Niemal jakby nie istniał. Jedyny egzemplarz jaki pojawił się dwa lata temu na portalu Ebay, został sprzedany za kwotę 924 Euro.

Aha. Na YouTube można znaleźć wykonany na żywo w telewizji przez zespół utwór 'The Ocean Song'. SENSACYJNA spr
awa.

niedziela, 13 lutego 2011

ANDROMEDA 1969

Według mnie Andromeda nie była - co sugeruje wiele źródeł - kontynuacją grupy The Attack. Jedyne co łączy obie formacje to osoba gitarzysty Johna DuCanna. Natomiast sam The Attack istniał jeszcze przez moment po odejściu tegoż muzyka i utworzeniu Five Day Week Straw People, czyli grupy odpowiedzialnej za nagranie jednego LP na zlecenie. To właśnie ten zespół można uznać za właściwy początek tria Andromeda.

Niestety, także Andromeda pozostawiła po sobie ten jedyny album, który w mojej opinii stanowi  jeden z synonimów muzycznego podziemia. Całość mimo, że zdecydowanie heavy-rockowa, przepełniona jest trudnym do opisania ulotnym czarem, nastrojem tajemnicy.
Ale po kolei.




1. Too Old
2. The Day Of The Change
3. Now The Sun Shines
4. Turns To Dust
Discovery
Sanctuary
Determination

5. Return To Sanity
Breakdown
Hope
Conclusion

6. The Reason
7. I Can Stop The Sun
8. When To Stop
The Traveller
Turning Point
Journey's End


Skład


John DuCann - Guitar, Lead Vocals
Mick Hawksworth - Bass Guitar, Vocals
Ian McLane - Drums


Album rozpoczyna krótka parafraza pierwszych taktów bluesowej klasyki 'Train Kept A Rollin', po czym rozpoczyna się dynamiczna introdukcja zwiastująca to, z czym przyjdzie się zmierzyć słuchaczom. Po chwili jednak następuje nagłe zwolnienie tempa i otrzymujemy dość powolny, ciężki 'Too Old' pochodzący jeszcze z czasów The Attack.

Właśnie taka jest cała płyta. Poskładana - może czasem trochę na siłę - z różnych, nie zawsze przystających do siebie elementów, które jednak trio umiejętnie połączyło w intrygującą całość. Prawdopodobnie z tego powodu trzy kompozycje zostały podzielone na trzy części, z których każda miała indywidualny tytuł. Już wkrótce ten zwyczaj w muzyce rockowej stanie się normą.

Charakterystyczną cechą płyty jest to, że w wielu miejscach Andromeda posługuje się cytatami lub nawiązaniami do osiągnięć innych artystów, ich źródło stanowią tak różnorodne wpływy jak choćby 'Mars' Gustava Holsta wykorzystany we wstępie do 'Return To Sanity' czy zagrana na gitarze klasycznej w stylu flamenco finałowa część 'When To Stop' zainspirowana ponoć przez 'Concierto De Aranjuez' Joaquina Rodrigo.

Wracając jednak do tematu.
Do moich ulubionych nagrań na płycie należy 'Turns To Dust'. Podstawowa część to oparta na ciężkim riffie i bardzo mocnej sekcji rytmicznej chwytliwa piosenka ozdobiona dobiegającymi jakby z oddali chórami, które nadają kompozycji posępny, natchniony klimat.
Natomiast w formie dygresji grupa zaproponowała instrumentalne interludium być może  zainspirowane utworem 'Albatross' grupy Fleetwood Mac, w którym przykuwały uwagę charakterystyczne harmonie gitary elektrycznej.
Finałowy fragment niepotrzebnie powiela motyw z 'Communication Breakdown' Led Zeppelin. Nie rozumiem dlaczego gitarzysta tej klasy co John DuCann uciekał się do takich marnych sztuczek. W końcu już w czasach The Attack potrafił tworzyć rzeczy ciężkie i oparte na pomysłowych riffach. Tylko, że tamten zespół i ich muzyka nie zostały w porę dostrzeżone.

Innym wspaniałym utworem, który przykuł moją uwagę jest zamykający płytę, także wielowątkowy 'When To Stop'. Początek stanowią monumentalne akordy gitary na tle dynamicznej sekcji rytmicznej, to wszystko zaś wzbogacono chóralnym śpiewem. Ta introdukcja spełniała funkcję refrenu w pierwszej części kompozycji. We wstępie pojawia się również zagrywka zaczerpnięta z nagrania 'Strange House' wspomnianego już kilka razy The Attack.
Pierwsza część utworu to nieco bluesowy fragment poprzetykany wspomnianymi potężniejszymi interludiami. Następnie pojawia się krótka gitarowa improwizacja, która przechodzi w ostrą, hałaśliwą, nad wyraz intensywną kulminację.
Finał zaś - jak już wspomniałem - to partia gitary akustycznej w stylu flamenco. Oprócz nawiązań do kompozycji hiszpańskiego kompozytora pojawia się tutaj także motyw ze 'Still I'm Sad' zespołu The Yardbirds. Zwraca uwagę subtelna gra gitary basowej oraz kotłów perkusji.

Wspaniały, do bólu melancholijny fragment będący doskonałym zwieńczeniem tej nadzwyczajnej płyty.

Główny twórca repertuaru na płycie, gitarzysta John DuCann, jak wiadomo, przeszedł wkrótce potem do grupy Atomic Rooster. Basista Mick Hawksworth najpierw przyłączył się do zespołu Fuzzy Duck, zaś w późniejszych latach parał się współpracą z Alvinem Lee w jego formacji Ten Years Later. Nie wiem natomiast jak potoczyły się dalsze losy autentycznie fantastycznego perkusisty Iana McLane.

środa, 12 stycznia 2011

KLEPTOMANIA 1971

Tym razem pozwoliłem sobie na pewną dowolność twórczą. Otóż zamieszczona przeze mnie okładka nie do końca jest oryginalna. Z pewnych powodów musiałem zrobić zgrabną replikę białego frontu z nazwą zespołu, ponieważ właśnie w takiej ascetycznej kopercie ukazała się w 2006 roku oficjalna edycja płyty zespołu rodem z Belgii. Jedyne w dorobku Belgów dzieło sprawia mi tyle samo kłopotów, co przyjemności.

Na przykład nie bardzo wiem, kiedy pierwotnie płyta się ukazała. Podawane są dwie daty - 1971 lub 1972. Pierwotnie ponoć album wydała jako prywatne tłoczenie wytwórnia Flame. Chociaż widnieje też rocznik 1979, ale być może ta data odnosi się do nieoficjalnego (pirackiego) wznowienia zatytułowanego 'Elephants Lost'. Niemiecka edycja firmy Amber Soundroom, którą posiadam, również zatytułowana jest 'Elephants Lost', tylko, że tym razem jest to wydanie podwójne. Na pierwszej płycie zamieszczono najpewniej ów materiał z oryginalnej płyty, na drugiej zaś znalazła się kompilacja głównie singlowych nagrań dokonanych w latach 1969-1975.

 

 

DISC 1 

1. Intro
2. Improve
3. Moonchild
4. Stop
5. Eligie
6. Thema
7. Cadens
8. Travel
9. Intrude
10. Visit For Above

DISC 2 

1. Divertimentos
2. Kept Woman
3. Out Of A Nightmare
4. I've Got My Woman By My Side
5. Lovely Day
6. Mean Old Man
7. Back To The Country
8. Rock And Roll
9. Don't Tell Lies
10. Time Is Money
11. Just A Little Minute To Go

 

W każdym razie posiadana przeze mnie dwupłytowa wersja jest właśnie tą pierwszą oficjalną reedycją. Skoncentruję się zaś na pierwszym dysku zawierającym materiał wręcz sensacyjny, który był podstawą wydanego przed laty prywatnego tłoczenia. Drugi dysk to zbiór nagrań singlowych, według mnie już nie tak porywających, dlatego tym zajmę się być może przy innej okazji. Na dysku pierwszym dominuje ciężka, improwizowana i na swój sposób frapująca odmiana rocka, bez wątpienia wyrosła z fascynacji dokonaniami Black Sabbath. Belgijski rock był wtedy bardzo płodny - żeby wspomnieć Waterloo czy Irish Coffee, ale tym formacjom udało się przynajmniej nagrać po jednej pełnoprawnej płycie.

Spróbuję wybrnąć jakoś z tego chaosu i napisać co nieco na temat muzyki. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności i czasy kiedy działał zespół, to powstało dzieło zaskakujące swoją dojrzałością. Muzyka zachwyca spontaniczną atmosferą oraz niewymuszoną melodyką, całość zaś opiera się przede wszystkim na gitarowych, niekiedy wielowątkowych improwizacjach. Muszę przyznać, że w swojej klasie album jest jednym z ciekawszych tego typu dokonań.
 

W większości przypadków dominują tematy instrumentalne, jedynie chyba w trzech nagraniach wprowadzono dosyć przekonywający śpiew. W kliku miejscach brzmienie wzbogacono dźwiękami organów Hammonda, niekiedy pełniącymi funkcje solowe.

Podoba mi się, jak zespół potrafił przejść od dość swobodnych partii do ostrych motywów, jak choćby w 'Stop', gdzie w krótkich zwrotkach wokaliście towarzyszy jedynie perkusja, ale potem dołącza reszta zespołu eksponując brzmienie dwóch gitar, z których jedna wybija dość prosty riff, druga natomiast prowadzi partie solowe. Jeszcze bardziej potężny i agresywny zdaje się być w całości instrumentalny 'Eligie', zbudowany na niewyszukanym riffie gitary, który stanowi tło dla improwizacji drugiej gitary.

Dla odmiany delikatna 'Thema' to pełna ulotnego wdzięku, niezwykle atmosferyczna impresja, gdzie formacja prezentuje swe bardziej szlachetne oblicze, zwłaszcza cudownie się przenikających gitar. Dość krótki 'Cadens' to już powrót na wcześniej upatrzone pozycje, czyli dokonanie bliskie twórczości Black Sabbath, ponownie oparte na topornym riffie gitary i ponownie ozdobione popisami drugiego gitarzysty. Na sam koniec Kleptomania zaproponowała WSPANIAŁY 'Visit For Above'. Była to pełna optymizmu piosenka wprowadzająca nawet harmonie wokalne oraz urozmaicona dwiema dygresjami - na przykład krótkie interludium na organach Hammonda oraz pełnym ekspresji, żywiołowym finałem.
 

Podsumowując. Grupa pozostawiła po sobie dzieło czarujące, doskonale wykonane i zrealizowane czasem odnoszę tylko wrażenie, że niektóre kompozycje jakby nagle się urywały, albo brakło pomysłów na ich zamknięcie, jednak wcale nie rzuca się to w oczy. Możliwe też, że to tylko moje imaginacje.

Dodam jeszcze, że cały wstęp do tego opisu to wyłącznie domysły oparte na wszelkich możliwych informacjach zdobytych w internecie i nie będę się przy nich szczególnie upierał.

wtorek, 7 grudnia 2010

NORMAN HAINES BAND

DEN OF INIQUITY 1971

Ten jedyny album progresywnej grupy The Norman Haines Band jak do tej pory nie doczekał się oficjalnego wznowienia, a szkoda, gdyż jest to bardzo interesująca płyta. Inna sprawa, że problem nielegalnych reedycji dotyczy także kilku innych wykonawców, którzy zostali tutaj przeze mnie opisani. Tak się dziwnie składa, że rynek z klasycznym, zapomnianym rockiem zalewany jest przez całą masę różnej maści podróbek wartych niestety spore pieniądze.

Co zaś się tyczy płyty 'Den Of Iniquity', to mamy do czynienia z kliniczną wręcz wersją rocka progresywnego. Przy pierwszym przesłuchaniu można wręcz odnieść wrażenie, że niepodzielnie rządzą tutaj lekko zniekształcone lub przesterowane organy Hammonda nadające muzyce nieco zdehumanizowany charakter. Grał na nich, wcześniej związany z grupą Locomotive, Norman Haines. Jednak przy dokładnych oględzinach okazuje się, że równie ważna jest tutaj gitara. Szczęśliwie bowiem, grający na tym instrumencie Neil Clarke nie dał się zepchnąć na bocznicę i także jego umiejętnością płyta wiele zawdzięcza.




1. Den Of Iniquity
2. Finding My Way Home
3. Everything You See (Mr. Armageddon)
4. When I Come Down
5. Bourgeois
6. Rabbits
7. Life Is So Unkind


Skład


Norman Haines - Keyboards, Vocals
Neil Clarke - Guitar
Andy Hughes - Bass Guitar, Vocals
Jimmy Skidmore - Drums


Przede wszystkim to właśnie gitarzysta skomponował będący clou programu, rozbudowany 'Rabbits'.
Co w tamtych czasach było normą, utwór składał się jakoby z kilku części i każda z tych części zawierała dodatkowy podtytuł. Ale chyba poza muzykami formacji, nikt nie byłby w stanie tych poszczególnych części wyodrębnić ponieważ niemal cały utwór to gnająca przed siebie instrumentalna improwizacja. Tematy płynnie przechodziły jeden w drugi, co jakiś czas tempo ulegało zmianie. Muszę przyznać, że jest to jeden z przykładów, kiedy powtarzane wkoło motywy nie nużyły. Natomiast, w dosyć typowy sposób, we wstępie i w zakończeniu wprowadzono, jako rodzaj klamry, zwykłą, równie dynamiczną piosenkę.

Proszę nie myśleć, że piszę to bez entuzjazmu. Wprost przeciwnie. 'Rabbits' to absolutnie rewelacyjny przykład jak bez nadmiernej ekwilibrystyki i pseudo wirtuozerii można grać długo i w sposób absorbujący.

Album proponował mimo wszystko muzykę różnorodną.
Dla przykładu 'Finding My Way Home' to dosyć lekka i zwiewna piosenka ciążąca ku estetyce muzyki pop. Ukłonem w stronę folku, z naciskiem na twórczość Boba Dylana, był zagrany wyłącznie na gitarze akustycznej 'Bourgeois'. Z tym słynnym bardem to jest tylko moja opinia. Kto tak naprawdę wie, co autor miał na myśli?

Natomiast dla przeciwwagi The Norman Haines Band zaproponowali - modnie teraz zwane - heavy progresywne nagrania, jak choćby utwór tytułowy czy skomponowany kilka lat wcześniej - zaproponowany grupie Black Sabbath, lecz ostatecznie nie wykorzystany przez słynny kwartet z Birmingham - 'When I Come Down'.
Nawet trochę dziwi mnie fakt, że zespół odrzucił tę kompozycję, ponieważ w gruncie rzeczy mamy tu świetny riff, który w wykonaniu grupy Normana Hainesa zagrany został na gitarze i organach Hammonda z użyciem różnych przetworników dźwięku.
Ponoć Tony Iommi stwierdził po latach, że 'When I Come Down' nie pasował do muzyki wykonywanej przez Black Sabbath.

Lider wykonał także, na obowiązkowo zniekształconych brzmieniowo organach Hammonda, coś na kształt fugi w trochę za długim, ale za to posiadającym fajną, klaustrofobiczną aurę 'Life Is So Unkind'.

Program płyty uzupełniała zaś piosenka 'Everything You See' będąca nieco mniej efektowną wersją nagrania 'Mr. Armageddon' pochodzącego z płyty 'We Are Everything You See' wspomnianej już grupy Locomotive. Oryginalnie utwór ten zaaranżowany był na zespół rockowy i sekcję instrumentów dętych i odznaczał się nieopisaną wręcz dynamiką i ekspresją wykonania oraz niesamowicie mroczną i na swój sposób psychodeliczną atmosferą. Niestety wszystko to stracił tutaj, przez co nie zachwyca już tak bardzo.

Warto zwrócić uwagę na fantastyczną okładkę rodem z płyt zespołów grających metal. To właśnie ta ilustracja była sprawcą całego zamieszania, w efekcie którego wiele sklepów płytowych nie chciało przyjąć LP do sprzedaży. Dlatego dzisiaj za oryginalne pierwsze brytyjskie tłoczenie tego tytułu wydanego przez zasłużony Parlophone Records trzeba zapłacić od 1000 do 1500 funtów. Nieco tańsze jest natomiast wydanie francuskie, które kosztuje - bagatela - 500 euro.

Ktoś powie, że jestem rozchwiany emocjonalnie. Nie wiadomo czy zachwalam, czy krytykuję. Czy wskazuję mocne strony płyty, czy też wytykam błędy? Szczerze mówiąc, sam nie wiem. Wiem tylko, że mimo to bardzo lubię 'Den Of Iniquity'.

wtorek, 29 czerwca 2010

STONEWALL (1976)

Teoretycznie postanowiłem sobie, że będę umieszczał opisy tylko tych tytułów, do których mogę również dodać okładkę. Okłada jest dla mnie nierozłącznym i bardzo istotnym elementem dawnych płyt. Czasem stanowi nawet poważny argument dla kolekcjonerów, którzy chcą postawić płytę na półce właśnie tylko ze względu na atrakcyjną szatę graficzną. Nie ma w tym nic złego. Toż to sztuka.
Dlatego tym razem z braku laku dodałem okładkę zastępczą.




1. Right On
2. Solitude
3. Bloody Mary
4. Outer Spaced
5. Try And See It Through
6. Atlantis
7. Suite (I'd Rather Be Blind - Roll Over Rover)


Strasznie chciałem napisać kilka słów na temat Stonewall.
Amerykański zespół owiany legendą. Ich jedyne dokonanie zostało zarejestrowane ponoć w 1972 roku, natomiast kilka lat później bez wiedzy muzyków materiał ten wydała nielegalna wytwórnia Tiger Lily. Podobno ostało się około pięciu egzemplarzy oryginalnego LP. Podejrzewam, że album wart jest obecnie kilka tysięcy dolarów.

Uważam, że płyta zawiera dawkę muzyki piorunującej. Momentami to już jest właściwie metal w wersji jaka objawi się światu w kolejnej dekadzie za sprawą wykonawców z kręgu New Wave Of British Heavy Metal.

Takie skojarzenia nasuwają mi się przede wszystkim za sprawą miażdżącego zmysły 'Right On'. Ale także 'Outer Spaced' gdzie słychać echa dokonań Black Sabbath, jest już jedną nogą w nowej epoce. Trzeba też pamiętać, że płyta Stonewall została nagrana w 1972 roku. Wszystkie zamieszczone tutaj nagrania zawierają istną ścianę gitarowych dźwięków.
Nie ma tutaj żadnych łagodzących całość ballad. Prawdziwe ekstremum. Dodatkowo zaśpiewane bez taryfy ulgowej przez wypruwającego sobie wnętrzności wokalistę. Momentami jego maniera wokalna przywodzi mi na myśl głos Johnny Rottena.

Świetny wywodzący się z bluesa 'Suite (I'd Rather Be Blind - Roll Over Rover)' to ponownie toporny riff plus krótki solowy popis perkusisty oraz cała masa kapitalnego instrumentalnego grania wzbogaconego dźwiękami harmonijki ustnej. Genialne.
Warto wspomnieć także heavy-progresywny 'Try And See It Through' gdzie pojawiają się mocne akordy organów Hammodna oraz ponownie dla okrasy partia harmonijki ustnej. Natomiast 'Bloody Mary' oparta została na riffie niemal powtarzającym 'Sunshine Of Your Love' Cream. Dla odmiany środkowa część tej kompozycji parafrazuje słynny motyw z 'You Really Got Me' The Kinks. Rzecz jasna tutaj jest więcej mocy.

Oczywiście nie jest to wyłącznie gitarowe młócenie, ale również odpowiedni klimat w jakim podane są kompozycje. Wystarczy wskazać 'Solitude'. Być może działa także efekt tajemnicy jaka otacza ten rarytas.
Moim zdaniem jest to dzieło bez słabych punktów.

Stonewall doczekał się bodajże trzech reedycji.
Za jedno wznowienie odpowiedzialna jest włoska wytwórnia Akarma, która wydała ten tytuł w zmienionej okładce (widocznej powyżej) i z dodanym tytułem 'Stoner' zarówno jako CD jak i LP. Kolejna edycja została przygotowana przez Shadoks. Tym razem w oryginalnej okładce, ale chyba tylko wyłącznie jako LP. Obecnie obie reedycje są już od dawna niedostępne.
Ostatnia jak dotąd wersja jest bodajże najwierniejszą reprodukcją albumu - nie tylko posiada odpowiednią kopertę, ale także label Tiger Lily. Niestety również funkcjonuje tylko jako LP. Szkoda, ponieważ przez te problemy wydawnicze płyta egzystuje gdzieś na obrzeżach ludzkiej świadomości i prawdopodobnie dlatego mnóstwo słuchaczy nie zna tego genialnego dzieła.
Chyba najwyższy czas, aby ktoś ponownie wydał Stonewall w pełnej glorii na kompakcie.

czwartek, 20 maja 2010

ATOMIC ROOSTER

DEATH WALKS BEHIND YOU (1970)




1. Death Walks Behind You
2. VUG
3. Tomorrow Night
4. Seven Lonely Streets
5. Sleeping For Years
6. I Can't Take No More
7. Nobody Else
8. Gershatzer


Skład


Vincent Crane - Hammond Organ, Piano
John Du Cann - Guitars, Vocals
Paul Hammond - Drums

Obok 'Deep Purple In Rock' jest to bodaj najlepszy heavy-rockowy album nagrany w Wielkiej Brytanii, w którym rolę główną odgrywają organy Hammonda.

Pod odejściu z zespołu Carla Palmera i Nicka Grahama, lider grupy Vincent Crane zaangażował na ich miejsce dwóch znakomitych muzyków - Johna Du Canna i Paula Hammonda. Trudno wyobrazić sobie lepszy wybór. W tej nowej odsłonie muzyka tria nabrała znacznej dynamiki oraz stała się jeszcze bardziej ponura w wyrazie. Same kompozycje zaś stały się niemal archetypem tego rodzaju muzyki.

Ile razy pisałem o muzyce mrocznej i ponurej? Trudno zliczyć. Na 'Death Walks Behind You' wszystko to jest niezwykle klarowne i wyraziste. Muzyka wykonana została w sposób precyzyjny, ale nie bezduszny, wykalkulowany. Trzeba posłuchać, żeby zrozumieć, z jaką lekkością muzycy przemykają się od tematu do temat, z jaką finezją budują atmosferę wykonywanej muzyki. Nie ma tutaj elementów przypadkowych, tylko świadomie złożone w całość, pięknie układające się dźwięki.

Wystarczy posłuchać utworu tytułowego.
Najpierw złowieszczy arpeggiowy wstęp na fortepianie, do którego po chwili dołącza gitara. Mimo, że nagranie utrzymane jest w wolnym tempie, przez cały czas najeżone jest swoistą atmosferą niepokoju. Taką atmosferę potęguje wprowadzenie pojawiającego się w tle delikatnego głosu, który stanowi kontrast dla ostrego, zdecydowanego śpiewu Johna Du Canna.

Następujący potem instrumentalny 'VUG' to już żywiołowo wykonany utwór ukazujący hard-rockowe oblicze tria - solidny rytm oraz współbrzmiące ze sobą gitara i organy Hammonda. Przy okazji muzycy Atomic Rooster udowadniają, że w tej stylistyce czują się niezwykle swobodnie. Po za tym zachwyca pełna wyczucia i niewymuszonej finezji gra Vincenta Crane'a, co, w kontekście muzyki pełnej ruchliwości, robi wrażenie brzmienia niezwykle szlachetnego.

'Seven Lonely Streets' i 'Sleeping For Years' - to nagrania będące wzorcem ciężkiego rocka, które obok płyt Black Sabbath były faktycznym początkiem metalu. Warto zauważyć, że we wstępie 'Sleeping For Years' pojawia się coś w rodzaju gitarowego flażoletu. Bardzo podobny początek posiada utwór 'Rape Of The Locks' zespołu Budgie na ich debiutanckim LP.

Zamykający płytę 'Gershatzer', stanowi cięższy wariant 'VUG'. Utwór posiadał doskonałe solowe popisy Paula Hammonda na perkusji oraz Vincenta Crane'a na instrumentach klawiszowych. Nie jestem wielkim miłośnikiem tych perkusyjnych przerywników - będących wtedy standardem i czasem o wiele za długich - które miały chyba ukazywać umiejętności techniczne muzyków, ale takie intensywne i krótkie solo, jak to zagrane przez Paula Hammonda, robi duże wrażenie. Natomiast lider Atomic Rooster zaproponował również krótką fortepianową impresję, która przechodziła w dysonansowe i zniekształcone brzmienia organów Hammonda.

Nie mogę nie wspomnieć o Johnie Du Cannie, którego wkład w powstanie 'Death Walks Behind You' był ogromny, nie tylko jako gitarzysty i wokalisty, ale także jako kompozytora kilku kluczowych utworów. Bez niego ten album bez wątpienia nie byłby tak wspaniały.

'Death Walks Behind You' to absolutny majstersztyk rockowego grania.

piątek, 2 kwietnia 2010

ATOMIC ROOSTER (1970)




1. Friday The 13th
2. And So To Bed
3. Broken Wings
4. Before Tomorrow
5. Banstead
6. S.L.Y.
7. Winter
8. Decline And Fall


Skład


Vincent Crane: Hammond Organ, Piano, Backing Vocals
Carl Palmer: Drums, Percussion
Nick Graham: Bass Guitar, Vocals, Flute


Zastanawia mnie, czy w wytwórni Sanctuary Records mieli problemy ze słuchem? Jak można było tak niechlujnie przygotować reedycję debiutanckiej płyty Atomic Rooster? Nie chodzi mi ani o zawartość czy oprawę graficzną. To nie budzi najmniejszych zastrzeżeń. Moja irytacja wynika z fatalnej wręcz jakości dźwięku. Coś strasznego. Jedyne, co sprawia, że wytrzymuję do końca kompaktu to doskonała muzyka, tej nie jest w stanie popsuć nawet metaliczne, puste brzmienie CD.

Dlaczego postanowiłem napisać o pierwszej płycie? Z dwóch powodów - ponieważ bardzo mi się podoba powolny, mocny rytm nagrań tutaj zawartych oraz dlatego, że wyjątkowo lubię dwie kompozycje 'Friday The 13th' i 'Winter'.

Jest to dzieło nieco odmienne od 'Death Walks Behind You', na co być może wpływ mieli dwaj muzycy ówczesnego składu Atomic Rooster - Nick Graham oraz Carl Palmer, którzy grając z rockową werwą, zdradzali częstokroć jazzowe inklinacje. Na kolejnej płycie, gdy na ich miejsca zostali zatrudnieni John Du Cann oraz Paul Hammond, elementy jazzu zostały nieco stonowane, posiadały mniejsze znaczenie. Na tym pierwszym albumie także organy Hammonda lidera grupy miały bardziej jazzowy koloryt.
Oczywiście muzyka nosi wyraźne elementy heavy-rockowego gatunku, chociażby za sprawą motorycznych rytmów oraz intensywnych partii Vincenta Crane'a na organach Hammonda, jednak, nawet pomimo tego, niektóre nagrania pobrzmiewają nutą refleksji, czy wręcz smutku. Atomic Rooster nie zamyka się w obrębie jednego stylu. Zespół wprowadza do aranżacji także brzmienie instrumentów dętych czy fletu poprzecznego.

Słychać również, że LP był kierunkowskazem dla późniejszych poczynań Emerson Lake And Palmer, głównie w okresie debiutu, czy Nicholasa Greenwooda na jego jedynym albumie 'Cold Cuts'.

Co do Emerson Lake And Palmer. Nasuwają się skojarzenia w instrumentalnych organowo-perkusyjnych dialogach, które zostaną niemal powtórzone lub rozwinięte w utworach takich jak 'The Barbarian' czy 'Knife-Edge'. Proszę posłuchać choćby instrumentalnego 'Before Tomorrow'.
Inny przykład to kompozycja 'Winter'. Piękna, melodyjna piosenka uatrakcyjniona długą jazzową improwizacją na fortepian, flet poprzeczny i kotły. Mnie to nasuwa skojarzenia z 'Take A Pebble'.
Proszę jednak nie traktować tych moich przyrównań jako zarzut wysunięty przeciw Emerson Lake And Palmer. Nie. Chciałem jedynie ukazać, jak twórczym muzykiem był Vincent Crane.

Natomiast aranżacje instrumentów dętych w bardzo podobnej formie słychać na 'Cold Cuts'. Chociaż w tym przypadku i Vincent Crane i Nicholas Greenwood mogli czerpać z doświadczeń zebranych w czasach ich występów w Crazy World Of Arthur Brown.
Rzecz jasna są to moje spostrzeżenia, niekoniecznie zgodne ze stanem faktycznym. Dodam jeszcze, że głos Nicka Grahama barwą przypomina mi głos jego następcy w zespole Johna Du Canna.

Kariera Atomic Rooster z różnym skutkiem trwała do połowy dekady. Potem jeszcze dwukrotnie grupa wznawiała działalność.
W 1989 roku Vincent Crane odebrał sobie życie.

poniedziałek, 22 lutego 2010

T2

FANTASY (1970-1997)




1. Highway
2. Careful Sam
3. Timothy Monday
4. CD
5. The Minstrel
6. Fantasy
7. T2


Skład


Keith Cross - Guitar, Keyboards
Peter Dunton - Drums, Lead Vocals
Bernard Jinks - Bass Guitar


Ten album nie wyszedł poza formę acetatu, bo wytwórnia odrzuciła przygotowany przez T2 materiał.

Pierwsza płyta ukazywała zespół jako wiele obiecujące zjawisko. W szeregach tria grali - siedemnastoletni utalentowany gitarzysta Keith Cross, perkusista, kompozytor i wokalista w jednej osobie, czyli Peter Dunton oraz basista Bernard Jinks. Trójka młodych muzyków - zwłaszcza basista i perkusista - posiadała już pewne doświadczenie w pracy studyjnej i miała na swym koncie nagrania. Grupa, która na pewno nie była epigonem, przeciwnie - talentem, wyobraźnią, wyczuciem rockowej stylistyki oraz biegłością wykonawczą mogłaby zawstydzić niejednego wykonawcę z czołówki.

Niestety, życie jest niesprawiedliwe i coś poszło nie tak. Prawdopodobnie sprawę popsuła Decca Records. Wprawdzie zespół był sporą sensacją koncertową, ale co z tego skoro wytwórnia nie wytłoczyła wystarczającej ilości egzemplarzy 'It'll All Work Out In Boomland', przez co publiczność miała utrudniony dostęp do kupna debiutanckiej płyty. Niedługo potem z T2 rozstał się Keith Cross, ponoć wystraszony zamieszaniem wokół jego osoby - gitarzystę określano mianem nowego Erica Claptona.

Jednak zanim doszło do rozłamu grupy, zdążył T2 zarejestrować omawiany tutaj materiał na drugi LP. Jak już wspomniałem, płyta nigdy się nie ukazała, to znaczy ukazała...dwadzieścia siedem lat później, dzięki czemu miłośnicy rockowej klasyki mogą zapoznać się z tym arcydziełem.

Ponieważ całość zgrano z acetatu, to w wielu miejscach słychać głośniejsze lub cichsze szumki niczym z typowej zgranej winylowej płyty. Uważam mimo to, że wytwórnia Essex wykonała kawał dobrej roboty, bo nagrania brzmią bardzo dobrze, klarownie. Właściwie od razu zapomina się o tych wszystkich mankamentach, których i tak czasem w ogóle nie ma. Jest to solidnie wykonana praca.

Jeśli zaś chodzi o zawartość muzyczną, to wielu melomanów twierdzi, że 'Fantasy' prezentuje jeszcze wyższy poziom niż słynny debiut. Uważam, że można się zgodzić z tą oceną.
W odróżnieniu od 'It'll All Work Out In Boomland' tutaj mamy krótsze kompozycje, ale za to o większym ładunku emocji i ekspresji. Nie znaczy to, że zabrakło improwizacji, że brak tych wszystkich dramatycznych zwrotów akcji charakterystycznych dla pierwszego dokonania. Oczywiście, że jest to wszystko, tyle że zamknięte w krótszych formach. Ponadto trio z większą śmiałością wykorzystało w swej muzyce melotron, który z jednej strony dodał kompozycjom dostojeństwa, z drugiej zaś wprowadził element melancholii, z tego to powodu drugi album prezentuje bardziej refleksyjne oblicze zespołu.

Spróbuję jeszcze swoim zwyczajem opisać pokrótce kilka wybranych kompozycji, a to jest dla mnie znacznie trudniejsze niż ogólnikowe recenzje.
Bez chwili wahania wskażę utwór 'Careful Sam', wielowątkowe nagranie składające się z trzech segmentów. Rozpoczyna się niczym zwykła akustyczna, delikatna piosenka. Nagle wyłania się melotron i kompozycja nabiera nerwowości i napięcia. Przez cały czas prym wiedzie gitara - Keith Cross gra z finezją i wyczuciem, po wirtuozowsku, ale bez efekciarstwa, za to z uczuciem. Pod sam koniec muzyka nabiera tempa i w granym unisono finale emocje sięgają zenitu.

Na płycie znalazły się dwie eteryczne, pełne zadumy ballady 'Timothy Monday' i 'The Minstrel'. Pierwsze nagranie, w głównej części wyrosłe z folk-rockowych wpływów, zaburzane było dwoma nagłymi przejściami pełnymi hard-rockowego zgiełku. Druga z kompozycji ozdobiona została partią melotronu.

Dla odmiany nagrania takie jak 'Highway' czy 'CD' przypominały, że T2 to zespół przede wszystkim o hard-rockowym obliczu. 'Highway' to hałaśliwa piosenka oparta na zwięzłym riffie gitary elektrycznej, natomiast w środkowej części 'CD' pojawia się spokojniejszy jazzowy motyw.

Są jeszcze dwa nagrania, ale tych opisać nie jestem w stanie. Po za tym niech będzie to całkowita niewiadoma i być może zachęta dla kogoś, aby sięgnąć po ten wyjątkowy album.
T2 zasługuje na odkrycie.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

CIRCUS (1969)

Od kilku miesięcy jest to najczęściej słuchany przeze mnie album. Pochodząca z Wielkiej Brytanii grupa Circus trafiła w mój gust wprost idealnie. Jestem tą płytą oczarowany. Być może nie jest to arcydzieło, ale na pewno dokonanie na bardzo wysokim poziomie i nawet na swój sposób oryginalne.

Przy pierwszym przesłuchaniu odniosłem wrażenie pewnej dziwnej przypadkowości doboru nagrań. Obok naprawdę ciężkich fragmentów pojawiają się tutaj bowiem kompozycje delikatne i zwiewne, niemal banalne piosenki.
Jednak przy każdym kolejnym wsłuchiwaniu się w muzykę zawartą na płycie, wszystko to przestało mieć znaczenie. Wszystko to, co wydawało się brakiem spójności, okazywało się wielką zaletą. Wręcz przemyślaną myślą muzyczną. Bez wątpienia muzycy dobrze wiedzieli co chcą osiągnąć i potrafili to przełożyć na dźwięki. A dźwięki płynące z głośników są tutaj doprawdy ujmujące. Subtelne. Nic tu nie jest wymuszone. Każda nuta zagrana jest ze spokojem i uczuciem. Nawet ostrzejsze momenty są niesamowicie klarowne.
Za wyjątkiem fenomenalnej interpretacji piosenki The Beatles 'Norwegian Wood' i instrumentalnego 'II BS' autorstwa Charlesa Mingusa, całość osnuta jest jakąś senną mgiełką.

Właśnie. Co w tamtych czasach było normą - także na LP Circus pojawiły się przeróbki. Cztery utwory skomponował Mel Collins, zaś cztery pozostałe to właśnie kompozycje cudze. I co również było wówczas normą, zespół potraktował owe cudze nagrania ze swobodą. Nadając im własny sznyt.




1. Norwegian Wood
2. Pleasures Of A Lifetime
3. St. Thomas
4. Goodnight John Morgan
5. Father Of My Daughter
6. II BS
7. Monday Monday
8. Don't Make Promises


W przypadku 'Norwegian Wood' w drugiej improwizowanej części utworu mamy do czynienia z taką kanonadą dźwięków, że aż dech zapiera. Fantastyczne granie. Nawet jeśli jest to jazz-rock, to zdecydowanie bardzo ciężki. Tak wtedy chyba nikt nie grał. Najlepszej próby heavy-progressive.

Następna kompozycja 'Pleasures Of A Lifetime' odsłaniała inne oblicze zespołu. Tutaj błyszczał zwłaszcza gitarzysta Ian Jelfs. Delikatna i niesamowicie atmosferyczna introdukcja na gitarze (wspieranej dyskretnie przez dobiegający jakby z oddali saksofon) to jeden z najpiękniejszych muzycznych fragmentów jakie słyszałem. Potem pojawiał się ten melancholijny, pełen uczucia głos...Cudowny utwór. Również sekcja rytmiczna z wyczuciem budowała atmosferę. W środkowej części następowało przyśpieszenie po czym wyłaniał się kolejny przepiękny motyw - tym razem z eteryczną partią fletu w roli głównej.
Jak trudno opisać swoje odczucia w stosunku do takich nagrań jak 'Pleasures Of A Lifetime'.

'St. Thomas' to najbardziej relaksacyjny fragment płyty. Zagrany z lekkością i swadą. Może trochę zbyt skoczny i przez to jakby najmniej porywający. Ale wciąż posiadający ten nieodparty zwiewny urok charakterystyczny dla muzyki Circus.

Kolejny utwór, czyli krótki instrumentalny 'Goodnight John Morgan' był jakby nawiązaniem do 'Pleasures Of A Lifetime'. Prosty i delikatny jazzowy temat i ponownie wspaniała partia saksofonu Mela Collinsa. Jak ja uwielbiam takie klimaty. Tego rodzaju refleksyjne dźwięki mają na mnie jakiś dziwny wpływ, pobudzają moją wyobraźnię.

Na pierwszy rzut oka banalny, ale melodyjny 'Father Of My Daughter' to mój cichy faworyt. Bardzo lubię ten rodzaj melodyki. Z lekka senny, odrealniony nastrój spotęgowany dźwiękami fletu poprzecznego oraz tabli, a całość spowita folkową mgiełką. Momentami nasuwają się skojarzenia z dokonaniami grupy The Beatles. W dodatku ten kojący wszelkie nerwy pastelowy głos. Mogę tej piosenki słuchać bez końca. Naprawdę.

Przeróbka kompozycji Charlesa Mingusa 'II BS' to z kolei kapitalna partia basu i dynamiczne brzmienie saksofonu. Ale przede wszystkim rewelacyjny popis perkusisty. Chris Burrows grzmiał tutaj niczym tornado. Bez problemu przebijał przereklamowanego do bólu Johna Bonhama. Jego atomowa gra na bębnach w 'Norwegian Wood' i 'II BS' to temat na osobne rozważania. Padam do stóp tego pana.

Ogólnie rzecz ujmując - bez wątpienia płyta Circus była dziełem udanym i wiele obiecującym na przyszłość. Grający tutaj muzycy sprawiali wrażenie doskonale zgranych. Każdy z nich miał możliwość zaprezentowania swoich wybornych umiejętności. Muszę nadmienić, że nie było mowy o jakichkolwiek bezproduktywnych popisach. Wszystkie partie instrumentalne są przemyślane i stanowią integralną część poszczególnych kompozycji. To jest wciąż stara dobra szkoła kładąca nacisk przede wszystkim na melodię i klimat.
Straszna szkoda, że za wyjątkiem Mela Collinsa, żaden z nich nic już później nie osiągnął na muzycznym polu. Jest to kliniczny przykład zmarnowanych talentów.
Osobiście stawiam album Circus na najwyższej półce.

P.S. Na okładce widnieje skład zespołu jeszcze z perkusistą Alanem Bunnem, który w rzeczywistości na płycie nie grał. Po prostu sesja zdjęciowa został wykonana jeszcze zanim grupa przystąpiła do nagrywania płyty.

sobota, 2 stycznia 2010

LOVE SCULPTURE

FORMS AND FEELINGS (1969)

Ze wstydem muszę przyznać, że tytuł ten odkryłem dla siebie kilka dni temu, mimo że płytę grupy Love Sculpture 'Forms And Feelings' znam od blisko roku. Inna sprawa, że to nie pierwszy i zapewne nie ostatni przypadek, gdy muzyka dociera do mnie ze sporym opóźnieniem. Chyba jednak tak musi być. Nie żebym narzekał, bo dzięki temu pozostaje szczęśliwa świadomość, że jeszcze wiele przede mną do odkrycia, że jeszcze wiele czeka mnie muzycznych niespodzianek i ekscytacji na długie miesiące.

Co do samej muzyki - drugi i jednocześnie ostatni w dorobku Love Sculpture LP to bardzo wysoka półka. Dave Edmunds jawi się tutaj jako gitarowy wirtuoz, natomiast słuchając sekcji rytmicznej mam uczucie, że gra z niebywałą fantazją, chociaż dosyć oszczędnie i bez zbędnego kombinowania. Tak więc mamy do czynienia z idealnie zgranym triem.





1. In The Land Of The Few
2. Seagull
3. Nobody's Talking
4. Why (How Now)
5. Farandole
6. You Can't Catch Me
7. People People
8. Mars
9. Sabre Dance


Na płycie zespół zaproponował sporo przeróbek. Jest tutaj utrzymana w rytmie walca trochę żewna i pretensjonalna ballada 'Seagull' Paula Kordy. Jest 'You Can't Catch Me' Chucka Berry'ego.
Znajdują się kompozycje klasyczne - 'Farandole' Georges Bizeta, 'Mars' z suity 'Planety' - nota bene utwór, który wyjątkowo upodobali sobie wykonawcy rockowi, oraz najważniejszy i najpopularniejszy na albumie 'Sabre Dance' czyli 'Taniec z Szablami' Arama Chaczaturiana.
'Sabre Dance' jest jedną z najsłynniejszych kompozycji w historii muzyki, Love Sculpture nie odchodząc daleko od oryginału, nadali mu cechy hard-rockowego zgiełku. Efekt jest oszałamiający. Można to wykonanie postawić obok 'Rondo' grupy The Nice.
Nie dziwne, że utwór odniósł duży sukces i uczynił z grupy na bardzo krótko gwiazdę.

Także kompozycje oryginalne, przeważnie autorstwa współproducentów płyty, są nad wyraz udane. Mamy więc takie ciekawostki jak otwierający płytę przebojowy 'In The Land Of The Few' z chwytliwym refrenem, poprzedzony krótką introdukcją na klawesynie. Potem ciężki i mroczny 'Nobody's Talking'. Tak samo jak w 'In The Land Of The Few' tak i tutaj głos wokalisty jest lekko przetworzony. Następnie powolny 'Why (How Now)' w drugiej części przeradzający się w instrumentalną mantrę, w tle pojawiają się dochodzące jakby z oddali wokalizy.

'Forms And Feelings' to płyta bogata w pomysły, wielobarwna, trudno się nudzić przy takiej muzyce, to przecież tylko trzech młodych muzyków, a całość brzmi bogato i potężnie.
Dave Edmunds tworzy na gitarze dźwięki, które wówczas mogły zaskakiwać i budzić podziw. Wystarczy posłuchać złowróżebnego 'Mars'. Dla odmiany w 'You Can't Catch Me' zespół nawiązuje do stylistyki Ten Years After. W 'People People' słychać echa muzyki z pierwszej połowy lat sześćdziesiątych, szczególny nacisk położono tutaj na tak charakterystyczne dla tamtego okresu harmonie wokalne.
Pomimo tak różnej biegunowości 'Forms And Feelings' jest płytą spójną i przemyślaną.

Do wydania CD dodano między innymi singlową, zupełnie inną wersję 'Sabre Dance' oraz drugą stronę tegoż singla 'Think Of Love' - piosenkę niepublikowaną na LP. Ciekawostką jest fakt, że na oryginalnym brytyjskim LP brak kompozycji 'Mars', która dostępna jest w wersji amerykańskiej 'Forms And Feelings'. Na szczęście wytwórnia Esoteric uwzględniła ten istotny drobiazg i kompakt jest odpowiednikiem amerykańskiego LP.

Po raz nie wiem który ciśnie mi się na usta pytanie - dlaczego dzisiaj nikt nie gra tak wspaniale? Z taką finezją, wyobraźnią i tak oryginalnie. Dlaczego obecnie w muzyce brakuje elementu ryzyka i chociażby odrobiny szaleństwa, jak to było kiedyś? Co się stało z muzyką popularną przez ostatnie czterdzieści lat?

poniedziałek, 14 grudnia 2009

WRITING ON THE WALL

THE POWER OF THE PICTS (1969)

Ponad rok zabierałem się do opisania płyty Writing On The Wall. Nie żebym przez ten czas doznał olśnienia i dojrzał coś, czego być może nikt wcześniej nie dostrzegł, ale jak pisać to od serca, nie na siłę.

Przede wszystkim jedno się rzuca w oczy słuchając 'The Power Of The Picts', zespół proponował rozwiązania, jakie dopiero kilka miesięcy później można było usłyszeć na płycie 'In Rock' grupy Deep Purple.
Przykład? Wystarczy posłuchać finału rozbudowanej kompozycji 'Aries' - spiętrzające się, agresywne, grane z dużą dynamiką dźwięki organów Hammonda i śpiew Linnie Patersona, zabrakło tylko charakterystycznego dla Iana Gillana krzyku i wypisz wymaluj mamy końcową część 'Child In Time' słynnego kwintetu. Nie jest to chyba bez znaczenia, bowiem 'In Rock', a w szczególności znajdujący się tam 'Child In Time' uważany jest za jeden z kamieni milowych muzyki rockowej.

Niczego też nie zamierzam odbierać płycie Deep Purple, gdyż sam bardzo cenię ten tytuł, ale przykład ten pokazuje, że wiele ciekawych idei rodziło się wówczas na muzycznym poboczu, na muzycznych obrzeżach.

Co do zawartości płyty Writing On The Wall - zespół zaproponował swój wariant ciężkiego rocka, dokładając cegiełkę do, wówczas rodzącego się, gatunku. Pierwszy na CD utwór 'Bogeyman' rozpoczyna się w sposób zaskakujący - od ludowej przyśpiewki z akompaniamentem akordeonu. Ten sielski nastrój zostaje nagle zaburzony przez wejście zespołu, mocny rytm wspomagany jest przez klawinet, natomiast kulminacją każdej zwrotki jest krzyk wokalisty.

Druga kompozycja we wstępie cytuje 'Mars' Gustava Holsta z suity 'The Planets', ale potem następuje zwolnienie toku narracji i kwintet proponuje własną kompozycję z niepokojącą deklamacją wokalisty z tłem muzycznym, które zaburzane jest dynamicznymi wejściami zespołu.

Mógłbym długo pisać takie truizmy, ale nie ma to najmniejszego sensu, dlatego postaram się podać tylko esencję.
W niezbyt złożonych kompozycjach dominują brzmienia organów Hammonda, ostre i na swój sposób finezyjne partie gitary elektrycznej oraz ciężka i dość ruchliwa sekcja rytmiczna. Utalentowani muzycy czynią proste pod względem konstrukcji utwory interesującymi, dzięki czemu nawet przez chwilę nie nużą, za to zachwycają i intrygują posępną atmosferą, a także dużą intensywnością wykonania.
Osobną kwestię stanowi głos Linnie Patersona, bez wątpienia zainspirowanego przez Arthura Browna. Nawet w spokojniejszych fragmentach jego interpretacje wokalne są pełne pasji, a Linnie Paterson nie oszczędza gardła. Bardzo lubię jego pełne grozy wrzaski i pokrzykiwania.





1. Bogeyman
2. Shadow Of Man
3. Taskers Successor
4. Hill Of Dreams
5. Virginia Water
6. It Came On A Sunday
7. Mrs. Coopers Pie
8. Ladybird
9. Aries


Skład


Linnie Paterson - Vocals
Willy Finlayson - Guitar
Jake Scott - Bass Guitar
Jimmy Hush - Drums
Bill Scott - Hammond Organ, Piano, Clavinet


Gdybym miał wskazać swoje ulubione nagrania z tej równej i spójnej płyty wskazałbym porywający 'It Came On A Sunday' - świetny utwór z prostą i melodyjną linią basu obudowaną partiami gitary i wypełniającymi tło organami Hammonda. Zwraca uwagę instrumentalne interludium, w którym wspomniane dwa instrumenty prowadzą ze sobą rodzaj dialogu.

Natomiast najciekawsze nagranie stanowi wspomniany już 'Aries' będące interpretacją nagrania amerykańskiej grupy The Zodiac z płyty 'Cosmic Sounds'. W wersji Writing On The Wall piosenka została nie tylko rozbudowana względem oryginału, ale także zyskała bardziej nerwowy, niepokojący charakter.
Grupie udało się osiągnąć taki efekt dzięki melorecytacjom wokalisty oraz instrumentalnym tematom, z potężnymi tonami organów Hammonda w roli głównej, stanowiącymi rodzaj spoiwa dla poszczególnych wątków. Grający na organach Bill Scott dodawał muzyce niespotykanej wręcz ekspresji. Dla odmiany w środkowej części na plan pierwszy wysuwa się gitara elektryczna proponując swobodną improwizację na tle równie stonowanej sekcji rytmicznej, było to preludium do ekstatycznego finału z zatrwożonym, bliskim krzyku głosem wokalisty oraz ponownie dominującymi nad całością dźwiękami organów Hammonda.

Wiem, że to wszystko wygląda banalnie na monitorze, ale jest to jeden z ciekawszych utworów, z jakimi miałem możliwość zetknąć się, robiącym duże wrażenie.





Album, który powstał w nie najlepszym studiu i zapewne bez wielkiego budżetu, mimo pewnych niedociągnięć realizatorskich, charakterystycznych dla produkcji z rockowego podziemia tamtych czasów, ma w sobie coś fascynującego, porywającego, ekscytującego.

"The Power Of The Picts' tak jak album grupy Arcadium 'Breathe Awhile' ukazał w się w listopadzie 1969 wydany przez tę samą wytwórnię, czyli Middle Earth.

Na moim wydaniu wytwórni Repertoire Records nie wiedzieć czemu przestawiono kolejność nagrań. Tak więc cztery pierwsze nagrania wylądowały na końcu, zaś pięć kolejnych z drugiej strony oryginalnego LP przesunięto na początek. Muszę nawet przyznać, że ma to sens. Trochę dziwi bowiem oryginalny układ tych kompozycji, gdzie pierwszą stronę LP wieńczy 'Aries', natomiast na drugiej stronie nie ma już TAK mocnego punktu kulminacyjnego.
Dzięki zabiegowi niemieckiej wytwórni album zyskał na dramaturgii ponieważ CD otwiera idealny wręcz na początek 'Bogeyman', a potem napięcie rośnie.
Rzecz jasna, to tylko moje odczucia, zapewne wynikłe z przyzwyczajenia do edycji kompaktowej tego dokonania.

Aha. Jeszcze tradycyjnie na koniec dodam, że do wydania kompaktowego dorzucono dwa nagrania pochodzące z singla 'Child On A Crossing - Lucifer Corpus'. Intrygująca jest szczególnie druga z tych kompozycji. Bez wątpienia jednak, tak jak w przypadku singla grupy Arcadium, tak i w tym przypadku, te dwie piosenki mogłyby śmiało znaleźć się na płycie długogrającej, są doskonałym dopełnieniem 'The Power Of The Picts'.

czwartek, 15 października 2009

SWEET SLAG

TRACKING WITH CLOSE-UPS (1971)

Jedna z najbardziej intrygujących i specyficznych, i jednocześnie niemal całkowicie zapomnianych, płyt lat siedemdziesiątych.
Jeśli ktoś szuka mocno kombinowanych instrumentalnych i bardzo mrocznych partii, to 'Tracking With Close-Ups' jest płytą marzeniem. Tutaj znajduje się to wszystko za co lubię starą nieszablonową
muzykę.





1. Specific
2. Milk Train
3. Rain Again
4. Patience
5. Twisted Trip Woman
6. World Of Ice
7. Babyi Ar


Muzyka jest posępna, mroczna.
Na początku specyficzne brzmienie może sprawiać wrażenie przybrudzonego, odstręczającego, czy wręcz prymitywnego, tak jakby całość nagrano za jednym podejściem, w obskurnych warunkach. Nic bardziej mylnego. Z każdym kolejnym przesłuchaniem mam wrażenie, że kompozycje i ich struktura są przemyślane, ale nie pozbawione elementu szaleństwa i twórczej swobody.
Żywe brzmienie, to tylko wielka zaleta płyty.

Zawartość to przede wszystkim dość ciężkie jazz-rockowe improwizacje podane w prowokacyjnie zbrutalizowanej otoczce. Słowem - wczesny progresywny rock, tyle że nagrany dość późno, bo w 1971 roku, szalenie nastrojowy, klimatyczny.
Jedyne do czego mogę się przyczepić, to głos wokalisty. Trochę zbyt warczący, nachalny. Chociaż w 'Rain Again' śpiewa dla odmiany naprawdę delikatnie i nastrojowo.
Gdy zespół chce gra z ogromną desperacją i wściekłością, wręcz heavy-rockowo jak w 'Babyi Ar'. Innym razem bez problemu potrafi uwieść nastrojowymi, spokojniejszymi dźwiękami jak w 'World Of Ice', w którym odpowiednią atmosferę pomagają budować kotły perkusji oraz pojawiająca się w środkowej części partia trąbki.

Dodam jeszcze, że okładka, jaką posiada 'Tracking With Close-Ups' jest jedną z najpiękniejszych, jakie widziałem. Cóż za urzekający układ śmieci rozrzuconych pod ścianą jakiegoś zaułka. Jak te wszystkie odpadki wspaniale się komponują. Cudowne wysypisko. Nigdy nie mogę się napatrzeć na to dzieło.


czwartek, 23 lipca 2009

KILLING FLOOR

OUT OF URANUS 1970

Co tu dużo pisać? Drugi i ostatni album w dorobku Killing Floor, to rockowy dynamit w najbardziej skomasowanej wersji, jaką można sobie wyobrazić, bezkompromisowy i pozbawiony słabych punktów.
Zespół od początku atakuje uszy słuchacza gitarową kanonadą, tak jak w przypadku intrygującego debiutu, wyrastającą z bluesa. O ile jednak pierwsza płyta to blues-rock z wyraźniejszym ukłonem w stronę bluesowej tradycji, to 'Out Of Uranus' jest już zdecydowanie rockową propozycją. Oczywiście odniesienia do bluesa nadal są bardzo wyraźne, ale jako całość płyta ma bardziej hard-rockowy charakter.





1. Out Of Uranus
2. Soon There Will Be Everything
3. Acid Bean
4. Where Nobody Ever Goes
5. Sun Keeps Shining
6. Call For The Politicians
7. Fido Castrol
8. Lost Alone
9. Son Of Wet
10. Milkman


Już utwór tytułowy to archetypowa rockowa piosenka, w której zespół prezentuje się od jak najlepszej strony. Proszę zwrócić uwagę na chropowate, wyjątkowo ostre partie gitary oraz na te wszystkie pauzy. Killing Floor jawi się tutaj niczym sprawnie działająca maszyna. Nie ulega wątpliwości, że grupie nie brakowało polotu i wyobraźni.

Dużo jest na 'Out Of Uranus' nawiązań do klasyki bluesa oraz do osiągnięć innych wykonawców działających w tym czasie.
Dla przykładu w 'Acid Bean' pojawia się zagrywka gitary niemal żywcem zaczerpnięta z 'Oh Well' grupy Fleetwood Mac. Natomiast sam utwór tytułowy oparty został na riffie gitary kojarzącym się z tym, na którym oparty był 'Born To Be Wild' zespołu Steppenwolf. Ale może mi się zdaje? Natomiast ewidentnie hołdem dla klasycznego bluesa jest dynamiczny 'Lost Alone', którego główny motyw jest parafrazą 'I'm A Man' autorstwa Bo Diddleya. 'Sun Keeps Shining' to uroczy pastisz przebojów doby rock and rolla w środkowej części okraszony zupełnie kontrastową improwizacją gitary i gitary basowej.

W nagraniu 'Soon There Will Be Everything' grupa w sposób frapujący wykorzystała brzmienie melotronu, dzięki czemu muzyka zabrzmiała posępnie i stanowiła próbą stworzenia czegoś bardziej wyrafinowanego.
Wiele nagrań wzbogacono dźwiękami harmonijki ustnej. Sekcja rytmiczna sprawiła zaś, że muzyka zyskała na dynamice, czego dowodem solo perkusji w 'Son Of Wet'. Swoją drogą, także na debiucie Bas Smith uraczył słuchaczy solową prezentacją swoich umiejętności, jednak na drugiej płycie zagrane zostało z większą intensywnością.

Osobna pochwała należy się wokaliście. Bill Thorndycraft śpiewa zadziornym, pełnym żaru głosem w sposób porywający i wyrazisty. Bardzo lubię jego głos znacznie bardziej niż na przykład koszmarne popiskiwania Roberta Planta.

Oryginalny LP wydany został przez wytwórnię Penny Farthing zarówno w Wielkiej Brytanii jak i w Niemczech, ponieważ jednak wówczas prawie nikt nie był zainteresowany tym świetnym dokonaniem, obecnie płyta jest dużym rarytasem poszukiwanym przez kolekcjonerów i osiąga bajońskie sumy. Muszę też przyznać, że już sama okłada, ozdobiona dość prowokacyjnymi ilustracjami sprawia, że również chciałbym posiadać ten album.
Reasumując - 'Out Of Uranus' jest płytą niemal idealną, kolejnym dokonaniem będącym głosem w sprawie kształtującego się wówczas hard-rocka.