Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garage. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 maja 2011

FLAT EARTH SOCIETY

WALEECO (1968)

Prędzej wieloryb przejdzie przez ucho igielne niźli sklecę jakiś nowy tekst. Łatwiej słuchać muzyki niż później o niej pisać. Dlatego spróbuję choć odrobinę wziąć się w garść.

Ten kompletnie zapomniany przez czas i ludzi zespół nagrał tylko ten jeden album.

Rzadko to robię, ale opis Flat Earth Society 'Waleeco' poprzedzę krótkim wstępem dotyczącym okoliczności ukazania się płyty.
Z tekstu zawartego w książeczce dołączonej do kompaktowej edycji tego tytułu wynika, że powstanie płyty było rezultatem akcji promocyjnej przeprowadzonej przez firmę produkującą batoniki Waleeco. Otóż F. B. Washburn Candy Company zatrudniła zespół w celu stworzenia tak zwanego jingla oraz płyty długogrającej, którą klienci mogliby otrzymać za cenę jednego dolara i pięćdziesięciu centów oraz sześciu opakowań po batonikach, które należało wysłać wraz z kuponem dołączanym do produktów Waleeco.

Brzmi zabawnie? Bez wątpienia jednak w tak niecodziennych okolicznościach powstała wspaniała i pełnowartościowa muzyka. Było to bowiem dokonanie nie gorsze niż dokonania z ówczesnej czołówki. Może nie do końca oryginalne, ale zagrane profesjonalnie przez zdolnych choć niedoświadczonych muzyków. Ponad to całość zarejestrowano w dosyć przeciętnym - należącym do małej wytwórni Fleetwood, która album wydała - studiu i w dodatku w niespełna tydzień. Niewiele więc było czasu na ogranie materiału, zespół zaś nie posiadał doświadczenia w pracy studyjnej.
Był to zatem typowy obrazek dla tamtych czasów. Należy więc tylko pogratulować firmie F. B. Washburn Candy Company pomysłu i dobrego wyboru, ponieważ powstało dokonanie nad wyraz udane.

Tak na marginesie - myślę sobie, że gdyby cała ta heca miała miejsce dzisiaj, to powstałby jakiś koszmarny gniot.





1. Feelin' Much Better
2. Midnight Hour
3. I'm So Happy
4. When You're There
5. Four And Twenty Miles
6. Prelude For The Town Monk
7. Shadows
8. Dark Street Downtown
9. Portrait in Grey
10. In My Window
11. Satori


Jak przyznają we wspomnieniach muzycy, którzy przed laty współtworzyli Flat Earth Society, zespół był pod dużym wpływem twórczości Jefferson Airplane i te inspiracje słychać wyraźnie w trzech piosenkach. 'Feelin' Much Better', 'Four And Twenty Miles' oraz 'In My Window' - wszystkie te kompozycje pomimo rozwiązań aranżacyjnych zaczerpniętych od popularnej grupy, zachwycają młodzieńczą werwą, ciekawymi melodiami i charakterystycznym dla formacji z Zachodniego Wybrzeża klimatem.
Przy dość oszczędnych aranżacjach i stosunkowo jednorodnym repertuarze Flat Earth Society potrafili wytworzyć niecodzienny nastrój w swoich utworach.

Przykładem chociażby jedyna na 'Waleeco' przeróbka, czyli atmosferyczna interpretacja soulowej piosenki 'In The Midnight Hour' Wilsona Picketta i Steve Croppera - na okładce opisana jako 'Midnight Hour'. Ta zupełnie odmienna od oryginału wersja należy do najczęściej przeze mnie słuchanych nagrań zamieszczonych na tej płycie. Powolny, leniwy rytm. Senne, grupowe partie wokalne. Niby nic niezwykłego, ale nigdy nie mogę się nacieszyć tym wykonaniem.

Na repertuar albumu ponad to składały się kompozycje takie jak pogodna wodewilowa stylizacja 'I'm So Happy'. Nawiązująca do dokonań duetu Simon And Garfunkel piosenka 'When You're There'.
Także w 'Prelude For The Town Monk' było dostrzegalne zafascynowanie kwintetu folk-rockiem. Ponownie była to prosta piosenka zaaranżowana z pomocą fortepianu i gitary elektrycznej, gdzie rytm nadawały uderzenia w obręcz werbla, ale zagrana z wielkim uczuciem.

Dla odmiany 'Shadows' posiadał bardziej chropowaty, surowy charakter. Piosenka wzbogacona została falującym brzmieniem organów, dzięki czemu piosenka zyskała oniryczną oprawę. Do tego wyrazisty rytm gitary basowej i perkusji plus delikatnie przetworzony - tak przynajmniej podejrzewam - śpiew. Czego więcej chcieć?

Duże wrażenie robi 'Dark Street Downtown' zaśpiewany z akompaniamentem fortepianu grającego w minorowej, bardzo posępnej tonacji. W drugim planie pobrzmiewało dyskretne organowe tło.
Wieńczący LP 'Satori' był quasi awangardową instrumentalną kompozycją opartą na efektach studyjnych, czyli puszczonej w odwrotnym kierunku i ze zmienioną prędkością taśmie. Całość natomiast wzbogacono brzmieniem sitaru.

Tak więc, jest to jeszcze jeden, dawno zapomniany klejnot w koronie rodzącego się wówczas rocka i trudno uwierzyć, że taki materiał zarejestrowali ludzie tak młodzi. Zawsze bowiem, gdy słucham tych wszystkich starych formacji, tworzonych przecież głównie przez nastolatków lub osoby niewiele ponad dwudziestoletnie, nie mogę się nadziwić, jak dojrzale wykonywana była ta muzyka. Zachwyca lekkość z jaką grano na wszelkiej maści instrumentach, wyobraźnia, świadomość, co chce się grać i co chce się osiągnąć. Niekłamany podziw budzą umiejętności instrumentalne. Interpretacje wokalne sprawiają wrażenie jakby pochodziły z gardła doświadczonego wokalisty, a nie młodzieńca, który dopiero co przechodził mutację głosu.

Na koniec muszę dopisać, że ilustracja na okładce nieodparcie kojarzy mi się ze sławetnym drzeworytem autorstwa francuskiego astronoma, Camille Flammariona, zdobiącym jego dzieło 'L'atmosphere - Météorologie Populaire'.

środa, 5 stycznia 2011

THE WHO

A QUICK ONE 1966

Obok płyty 'Revolver' The Beatles jest to najciekawszy album 1966 roku. Muzyka jest tutaj równie barwna jak nawiązująca do pop-artu ilustracja autorstwa Alana Aldridge'a umieszczona na okładce.

Drugą płytę The Who wypełnił materiał zróżnicowany, zaskakujący świeżością pomysłów, zachwycający dynamicznym, ostrym brzmieniem. Poszczególne utwory zdradzały duże poczucie humoru muzyków The Who. Wszystko to komasowało się w rozbudowanej kompozycji tytułowej, będącej rodzajem żartobliwej mini-opery, świadczącej o rosnących ambicjach kwartetu, ukazującej także przemiany zachodzące w muzyce młodzieżowej. Trwający blisko dziesięć minut 'A Quick One While He's Away' składał się z rozpisanych na role kilku epizodów muzycznych powiązanych w całość i opisujących historię zdrady małżeńskiej.

Warto zauważyć, że, pod względem doboru kompozycji na płycie, było to chyba najbardziej zespołowe dzieło w całej dyskografii The Who.





1. Run Run Run
2. Boris The Spider
3. I Need You
4. Whiskey Man
5. Heat Wave
6. Cobwebs And Strange
7. Don't Look Away
8. See My Way
9. So Sad About Us
10. A Quick One While He's Away


Skład


Roger Daltrey – Vocals
John Entwistle – Bass Guitar, Horns, Vocals
Pete Townshend – Guitar, Keyboards, Vocals
Keith Moon – Drums, Percussion, Vocals


Pete Townshend zaproponował piosenki tak różnorodne jak zadziorny 'Run Run Run' oparty na mocno wybijanych akordach gitary. Do osiągnięć amerykańskiej grupy The Byrds gitarzysta nawiązał w 'Don't Look Away'. 'So Sad About Us' dowodził talentu autora w tworzeniu nagrań dojrzałych pod względem melodycznym i harmonicznym. Przy czym ta minorowa piosenka została wykonana z iście rockową ekspresją. Wyróżniały się zwłaszcza ciężkie brzmienie gitary basowej oraz grupowe partie wokalne.
Także dziełem gitarzysty był wspomniany już 'A Quick One While He's Away', który przez długi czas był żelaznym punktem występów formacji.

John Entwistle przygotował dwie kompozycje.
Chyba najpopularniejszy na płycie, powolny 'Boris The Spider', który za podstawę miał mosiężny riff gitary basowej, w refrenie zaś pojawiał się charakterystyczny, demoniczny głos będący znakiem firmowym autora. Dla odmiany zagrana w szybkim tempie kompozycja 'Whiskey Man' została ozdobiona dźwiękami waltorni. Warto zauważyć, że we wstępie tego nagrania pojawia się kilka taktów parę lat później wykorzystanych przez basistę, w nieco przetworzonej formie, w kompozycji 'Heaven And Hell'.

Perkusista skomponował 'I Need You'. Zaśpiewana pełnym słodyczy głosem przez samego Keitha Moona piosenka przykuwa uwagę zdecydowanie rockową grą na perkusji. Nikt tak wtedy nie grał, to była nowa jakość w muzyce popularnej, również ciekawym rozwiązaniem było wprowadzenie, w formie kontrastu, partii klawesynu, co nadało muzyce delikatnie barokowego kolorytu.
Instrumentalny 'Cobwebs And Strange' był czymś w rodzaju muzycznej wizytówki perkusisty. Zwariowany, przesycony jarmarczną, czy wręcz cyrkową atmosferą utwór serwował popisy Keitha Moona na perkusji.





Roger Daltrey podpisał się pod 'See My Way', uroczą stylizacją wodewilową zaaranżowaną na rockowe instrumentarium. Całości dopełniała żywiołowa, dynamiczna przeróbka 'Heat Wave' z repertuaru Martha And The Vandellas.
W amerykańskiej wersji LP zatytułowanej 'Happy Jack' tę właśnie piosenkę, wydaną w Wielkiej Brytanii wyłącznie na singlu, umieszczono w miejsce 'Heat Wave'.

Do wydania CD dołączono - tak jak w przypadku innych kompaktowych reedycji wczesnych płyt The Who - całą masę bonusów. Przede wszystkim cztery nagrania (pominięto tylko 'Circles') pochodzące ze znakomitej EP 'Ready Steady Who'.

czwartek, 14 października 2010

CHOCOLATE WATCHBAND

THE INNER MYSTIQUE 1968

W mojej ocenie 'The Inner Mystique' to jedna z najciekawszych płyt dekady i bez wątpienia jedna z bardziej intrygujących płyt w całym gatunku. Zespół znacznie dojrzał i można powiedzieć, że drugi w dorobku album był dużym krokiem naprzód. Świadczył, że muzyka The Chocolate Watch Band ewoluowała w kierunku dokonań bardziej wyszukanych pod względem kompozytorskim i wyrafinowanych od strony brzmieniowej.

Można przyjąć, że styl nowej płyty zwiastował już utwór z debiutanckiego albumu 'Gone And Passed By', ale na 'The Inner Mystique' całość została potraktowana z większym pietyzmem i powagą, dojrzalej.





1. Voyage Of The Trieste
2. In The Past
3. Inner Mystique
4. I'm Not Like Everybody Else
5. Medication
6. Let's Go, Let's Go, Let's Go
7. It's All Over Now Baby Blue
8. I Ain't No Miracle Worker


Pierwsze trzy zawarte tutaj kompozycje roztaczają przed słuchaczami niemal mistyczną, orientalną aurę. Dwie instrumentalne impresje czarują swą tajemniczą atmosferą. Grupa posłużyła się tutaj takimi instrumentami jak sitar, gitara akustyczna, fortepian, flet poprzeczny, saksofon oraz różnego rodzaju instrumenty perkusyjne, w tym nawet chiński gong.

W 'Voyage Of The Trieste' pojawiają się hipnotyzujące wręcz improwizacje fletu i - nadającego nagraniu jazzowy koloryt - saksofonu.
Następnie piosenka 'In The Past' nawiązująca do tradycji 'Paint It Black' grupy The Rolling Stones, czyli dynamiczny rytm i partie sitaru, tutaj wzbogacone natchnionym, delikatnym śpiewem oraz dźwiękami kastanietów.
Natomiast utwór tytułowy 'The Inner Mystique' był przesiąknięty wpływami muzyki Wschodu. Przepiękna, bardzo swobodna partia fletu poprzecznego, delikatna, melancholijna gra gitary akustycznej i fortepianu oraz potęgujące wrażenie niesamowitości wejścia gongu i gitary elektrycznej. Całość zaś snuje się w cudowny wręcz sposób.

Muszę jednocześnie zauważyć, że owe trzy utwory niekoniecznie muszą być łatwe w odbiorze dla każdego słuchacza i raczej nie noszą cech komercyjnych.

Druga strona płyty, to już krótkie piosenki nawiązujące do stylu The Rolling Stones i The Kinks. Znalazło się tutaj miejsce na przeróbkę 'I'm Not Like Everybody Else' drugiej z tych grup. Ponadto zespół zaproponował urzekającą, chropowatą interpretację 'It's All Over Now Baby Blue' autorstwa Boba Dylana, tutaj pod tytułem 'Baby Blue' - z pobrzmiewającą w tle partią fletu poprzecznego.

Reasumując. Druga płyta, to materiał znakomity i w tym momencie The Chocolate Watch Band mogli śmiało konkurować z najpopularniejszymi wykonawcami ówczesnej epoki. Jaka szkoda, że formacja nagrała potem jeszcze tylko jedną płytę i zakończyła działalność.

czwartek, 15 lipca 2010

THE COMMON PEOPLE

OF THE PEOPLE BY THE PEOPLE FOR THE PEOPLE FROM... (1969)

Zamiast opisywać płyty ostatnio ugrzązłem w muzyce folkowej. Ki diabeł mnie kusi, żeby ciągle odchodzić od tego, co najważniejsze na stronę tego, co również ważne i intrygujące, ale...właściwie to nie mam żadnych argumentów, aby się bronić. Muszę bowiem uczciwie przyznać, że folk jest czymś niebywałym, cudownie się tego słucha. Zajmę się tym tematem przy okazji.

Muszę nadmienić, że od wielu lat w świecie panuje zwrot na klasyczny folk-rock. Kolekcjonerzy wydają fortuny na stare i oryginalne wydania płyt z muzyką folkową, natomiast nowe wytwórnie co rusz wypuszczają na rynek wznowienia jakichś zapomnianych pereł związanych z tym nurtem. Również dałem się ponieść na fali tej mody, ale wcale nie dlatego, żeby być na czasie. Po prostu uważam, że to jest piękna kraina, do której warto się wybrać. Na całe szczęście jeszcze nigdy do żadnej muzyki nie musiałem się zmuszać, zawsze słuchałem tylko tego, co mojej duszy odpowiadało.

Aha. Może właśnie ze względu na ten folkowy zryw, za granicą tak wielką popularność zyskała Kapela Ze Wsi Warszawa? Rzecz jasna w naszym pięknym kraju panuje znieczulica na stare folkowe dokonania, z których Kapela Ze Wsi Warszawa czerpie pełnymi garściami. My preferujemy inne dźwięki.





1. Soon There'll Be Thunder
2. I Have Been Alone
3. Those Who Love
4. Go Every Way
5. Why Must I Be
6. Take From You
7. They Don’t Even Go To The Funeral
8. Feeling
9. Girl Said Know
10. Land Of A Day
11. This Life She Is Mine


Skład


Denny Robinett - Vocal, Guitar
John Bartley III - Guitar
Michael McCarthy - Bass Guitar
Jerrald Robinett - Drums
William Fausto - Piano, Organ


Ale dość tego wstępu. Dzisiaj będę przynudzał na inny temat.

Jedyny album The Common People jest jedną z trzech płyt zrealizowanych w 1969 roku przez Capitol Records, która stawiana jest w jednym szeregu obok wydanych wówczas albumów Gandalf i Food. W pierwszych trzech nagraniach panuje żałobny nastrój, ale także kilka następnych kompozycji pobrzmiewa nutą melancholii, przepełnione są smutkiem. Może być sporym i przygnębiającym zaskoczeniem dla tych, którzy po całym dniu pracy szukają ukojenia. The Common People to muzyka przygnębiająca, zwłaszcza wspomniane trzy pierwsze nagrania.

Doskonale zaaranżowane na zespół rockowy i sekcję instrumentów smyczkowych ballady zadziwiają zawartą w nich goryczą. Płytę otwiera refleksyjny 'Soon There’ll Be Thunder' z grającymi wysokie dźwięki smyczkami oraz łkającą gitarą w tle i lekko zachrypniętym, zbolałym głosem wokalisty.
Na podobnej zasadzie zbudowane są dwa kolejne utwory. 'I Have Been Alone' to przenikające się dźwięki dwóch gitar, z których jedna gra w delikatnie jazzowym stylu, natomiast zagrywki drugiej gitary przywodzą na myśl muzykę Jefferson Airplane. Całość ozdobiono partią instrumentów smyczkowych, natomiast, co jakiś czas, dość spokojna melodia zaburzana jest niepokojącym, zagranym w rytmie marsza motywem.
Z kolei 'Those Who Love' utrzymany w minorowej tonacji poprzednich nagrań, zagrany został w wolnym rytmie i ozdobiony wibrującą partią skrzypiec grającą jakby w oddali i nadającą piosence folkowy odcień. Muszę przyznać, że słuchanie tych trzech kompozycji to uczta dla zmysłów.

W dalszych utworach zespół pozwolił sobie już na większą swobodę i większe zróżnicowanie - dla przykładu niektóre nagrania zdradzały bardziej rockowe inklinacje The Common People. Nie chcę też przez to powiedzieć, że następne piosenki są słabsze. Świetnie wypadają zwłaszcza dwa nagrania. Dosyć prosty 'Go Every Way' to typowe dla tej płyty mocno wybijane akordy gitary, tutaj wzbogacone wysuniętym na plan pierwszy pianinem oraz sfuzzowaną gitarą. Takt całości natomiast nadaje puls gitary basowej oraz - jeśli się nie mylę - bęben basowy. Niezbyt to może wyszukane, ale mnie się podoba.
Jednak znacznie bardziej cenię sobie 'Take From You' - przepiękna melodia grana przez gitary i zharmonizowane głosy wspomagające śpiewającego pełnym smutku głosem wokalistę. Wszystko to wsparte znacznie żywszym rytmem niż inne nagrania tutaj zawarte.

Zupełnie odmienny charakter od reszty repertuaru posiadała humorystyczna piosenka 'They Don’t Even Go To The Funeral' nawiązująca do 'Yellow Submarine' The Beatles - czyli różnego rodzaju radosne zaśpiewy okraszone pogodnymi dźwiękami trąbki. Także tekst dotyczył kwartetu z Liverpoolu. Był to jednocześnie chyba najsłabszy moment płyty, a szkoda, bo tytuł nagrania obiecywał coś bardziej gorzkiego, coś w stylu któregoś z pierwszy trzech nagrań.

'Of The People By The People For The People From...' to płyta intrygująca i bez wątpienia zasługująca na odkrycie. W porównaniu do płyt Gandalf i Food może nieco skromniej wyprodukowana, ale posiadająca równie tajemniczy klimat.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

THE ATTACK

ABOUT TIME - DEFINITIVE MOD-POP COLLECTION 1967-1968



1. Any More Than I Do
2. Feel Like Flying (Making It)
3. Created By Clive (Radio Session Recording)
4. Try It
5. Go Your Way
6. Too Old
7. Colour Of My Mind
8. Lady Orange Peel
9. Sympathy For The Devil
10. Neville Thumbcatch
11. Strange House
12. Created By Clive
13. Mr Pinnodmy's Dilemma
14. Come On Up (Radio Session Recording)
15. Freedom For You
16. Hi-Ho Silver Lining
17. Magic In The Air (Watch With Mother)
18. Anything
19. We Don't Know


Jak sugeruje tytuł, jest to kompilacja. Kompilacja bardzo interesująca.
Grupie The Attack nigdy nie udało się nagrać płyty długogrającej, chociaż była bardzo blisko. Jest to kolejny przykład tego, jak wtedy funkcjonował przemysł muzyczny, który miał za nic raczkującą wówczas muzykę pop, albo raczej rodzącego się właśnie rocka. Nie od razu ten nowy muzyczny gatunek trafił na podatny grunt, droga była w tamtych czasach wyjątkowo wyboista, a składało się na to dużo czynników. Czasem oczywiście zawodził sam zespół, który najnormalniej w świecie nie miał siły przebicia. Muzycy, którzy nie wiedzieli ile pracy i wysiłku kosztuje próba odniesienia choćby najmniejszego sukcesu.
Również wytwórnie płytowe nie ułatwiały zadania. Jako że rządził rynek singlowy, młode zespoły musiały udowodnić wpierw swoją wartość komercyjną, aby móc kontynuować dalszą karierę i ewentualnie dostąpić zaszczytu nagrania płyty. Niestety w tamtej epoce to wszystko było bardzo trudne, dlatego mnóstwo świetnych wykonawców nigdy nie doczekała się LP. Dość powiedzieć że, niektórym nie udało się nagrać nawet jednego singla.
Były też liczne przypadki, kiedy to grupa miała na koncie kilka singli bez powodzenia i, niestety,  możliwość nagrania albumu przechodziła koło nosa.

Właśnie do tej ostatniej kategorii należy zespół The Attack.
Ta wyjątkowa i po prostu wspaniała formacja nagrała cztery single oraz materiał na płytę, który niestety jednak został przez wytwórnię odrzucony.

Jak to dobrze, że te wszystkie stare acetaty czy oryginalne taśmy (taśmy-matki) po tylu latach są jeszcze w na tyle dobrym stanie, że gorliwi pasjonaci wkładają tak wiele pracy w jak najlepsze ich odrestaurowanie i przeniesienie na nowy nośnik. Chwała im za to.

Natomiast co do zestawu tutaj zamieszczonego, to jest to właściwie cały dorobek The Attack na jednym CD.
Wszystkie single, materiał z niewydanej płyty o roboczym tytule 'Roman God Of War', dwa nagrania z sesji dla radia BBC oraz demo 'Sympathy For The Devil' z repertuaru The Rolling Stones.
Słowem - przekrój ukazujący moment, w którym ciężki, dynamiczny beat - określany potem jako freak-beat - przeistaczał się w muzykę bardziej eksperymentalną, a następnie w początkujący hard-rock.

Pierwsze dwa single nagrane z gitarzystą Davidem O'Listem zawierały - udany dynamiczny, gitarowy 'Try It', żywiołowy 'We Don't Know' przypominający dokonania Animals, oraz porywający 'Anymore Than I Do' o ostrymi gitarowym brzmieniu.
Wszystkie te piosenki zachwycają młodzieńczą werwą, polotem wykonawczym oraz pozbawioną kalkulacji zadziornością. Młodzi muzycy - lider i wokalista zespołu, Richard Shirman miał wówczas siedemnaście lat - zadziwiają przy tym profesjonalizmem i rzadko spotykaną precyzją wykonawczą.
Bardziej eksperymentalne oblicze zespołu reprezentowały takie nagrania jak 'Lady Orange Peel', czyli druga strona ostatniego singla 'Neville Thumbcatch'.

Gdy na przełomie 1967 i 1968 roku do zespołu dołączył John Du Cann grupa zawędrowała w stronę jeszcze cięższych rejonów i zaproponowała muzykę, jaka wówczas nie miała jeszcze precedensu.

Głównym kompozytorem takich piosenek jak 'Go Your Way', 'Too Old' oraz 'Strange House' był właśnie nowy gitarzysta. Okazało się, że John Du Cann potrafił stworzyć kompozycje zaskakujące niespotykaną wówczas intensywnością, zwiastujące narodziny hard-rocka.

Wystarczy posłuchać 'Strange House', który epatuje słuchacza ciężkim riffem gitary i tajemniczą, złowrogą aurą, przykuwa zaś uwagę szeptem Richarda Shirmana w refrenie. Z kolei bardziej zwarty 'Go Your Way' oparty został na prostej, powtarzanej w kółko heavy-rockowej zagrywce gitary.
Bardziej eksperymentalny odcień posiadał 'Mr Pinnodmy's Dilemma' w środkowej części zaburzony czymś na wzór deklamacji na nieco jarmarcznym tle. Natomiast zgrabnie spajał te wszystkie cechy transowy 'Feel Like Flying' z trylami gitary.

Wymienione nagrania oraz kilka innych zostało zarejestrowanych z myślą o wspomnianej płycie długogrającej. Niestety, wytwórnia Decca Records zrezygnowała z usług zespołu i właściwie na tym zakończyła się działalność tej pionierskiej grupy.

Jeszcze w tym samym roku Richard Shirman zarejestrował swoją wersję 'Sympathy For The Devil'. Niestety z braku porozumienia na płaszczyźnie czysto muzycznej z wytwórnią Elektra, kariera tego świetnego, nieprzejednanego w swej postawie wokalisty dobiegła końca.
Oczywiście muszę wspomnieć, że David O'List jeszcze w 1967 roku zasilił szeregi grupy The Nice kierowanej przez Keitha Emersona. Nagrał z tym zespołem tylko jeden album 'The Thoughts of Emerlist Davjack'. Kolejny niedoceniony gitarzysta, John Du Cann, najpierw utworzył zespół Andromeda, następnie dołączył do Atomic Rooster.

czwartek, 3 czerwca 2010

NUGGETS VOLUME 1

ORIGINAL ARTYFACTS FROM THE FIRST PSYCHEDELIC ERA 1965-1968




DISC 1

1. I Had Too Much To Dream (Last Night) - The Electric Prunes
2. Dirty Water - The Standells
3. Night Time - The Strangeloves
4. Lies - The Knickerbockers
5. Respect - The Vagrants
6. Public Execution - Mouse And The Traps
7. No Time Like The Right Time - The Blues Project
8. Oh Yeah - Shadows Of Knight
9. Pushin' Too Hard - The Seeds
10. Moulty - The Barbarians
11. Don't Look Back - The Remains
12. Invitation To Cry - The Magicians
13. Liar, Liar - The Castaways
14. You're Gonna Miss Me - 13th Floor Elevators
15. Psychotic Reaction - The Count Five
16. Hey Joe - The Leaves
17. Romeo And Juliet - Michael And The Messengers
18. Sugar And Spice - The Cryan' Shames
19. Baby Please Don't Go - The Amboy Dukes
20. Tobacco Road - Blues Magoos
21. Let's Talk About Girls - The Chocolate Watchband
22. Sit Down, I Think I Love You - The Mojo Men
23. Run, Run, Run - Third Rail
24. My World Fell Down - Sagittarius
25. Open My Eyes - Nazz
26. Farmer John - The Premiers
27. It's-A-Happening - Magic Mushrooms

DISC 2

1. Talk Talk - The Music Machine
2. Last Time Around - The Del-Vetts
3. Nobody But Me - The Human Beinz
4. Journey To Tyme - Kenny And The Kasuals
5. No Friend Of Mine - The Sparkles
6. Outside Chance - The Turtles
7. Action Woman - Litter
8. Spazz - The Elastik Band
9. Sweet Young Thing - The Chocolate Watchband
10. Incense And Peppermints - Strawberry Alarm Clock
11. I Ain't No Miracle Worker - The Brogues
12. Seven And Seven Is - Love
13. Time Won't Let Me - The Outsiders
14. Going All The Way - The Squires
15. I'm Gonna Make You Mine - Shadows Of Knight
16. Trip - Kim Fowley
17. Can't Seem To Make You Mine - The Seeds
18. Why Do I Cry - The Remains
19. Laugh, Laugh - The Beau Brummels
20. Little Black Egg - The Nightcrawlers
21. I Wonder - The Gants
22. I See The Light - The Five Americans
23. Who Do You Love - Woolies
24. Double Shot (Of My Baby's Love) - The Swingin' Medallions
25. Live - The Merry-Go-Round
26. Steppin' Out - Paul Revere And The Raiders
27. Diddy Wah Diddy - Captain Beefheart And His Magic Band
28. Strychnine - The Sonics
29. Little Girl - The Syndicate Of Sound
30. (We Ain't Got) Nothin' Yet - Blues Magoos
31. Shape Of Things To Come - Max Frost And The Troopers

DISC 3

1. Let It Out (Let It All Hang Out) - Hombres
2. Fight Fire - The Golliwogs
3. At The River's Edge - New Colony Six
4. Jack Of Diamonds - The Daily Flash
5. Follow Me - Lyme And Cybelle
6. It's Cold Outside - The Choir
7. Beg, Borrow And Steal - Rare Breed
8. She's About A Mover - The Sir Douglas Quintet
9. Little Bit O'Soul - Music Explosion
10. Put The Clock Back On The Wall - The E-Types
11. Falling Sugar - The Palace Guard
12. Run Run Run - The Gestures
13. I Need You - The Rationals
14. Knock, Knock - The Humane Society
15. Primitive - Groupies
16. Psycho - The Sonics
17. So What - The Lyrics
18. You Must Be A Witch - The Lollipop Shoppe
19. Question Of Temperature - The Balloon Farm
20. Maid Of Sugar-Maid Of Spice - Mouse And The Traps
21. You Ain't Tuff - The Uniques
22. Sometimes Good Guys Don't Wear White - The Standells
23. She's My Baby - The Mojo Men
24. Story Of My Life - Unrelated Segments
25. I'm Five Years Ahead Of My Time - The Third Bardo
26. Mirror Of My Mind - We The People
27. Bad Little Woman - Shadows Of Knight
28. Double Yellow Line - The Music Machine
29. Optical Sound - The Human Expression
30. Journey To The Center Of The Mind - The Amboy Dukes

DISC 4

1. Are You Gonna Be There (At The Love-In) - The Chocolate Watchband
2. Too Many People - The Leaves
3. (Would I Still Be) Her Big Man - The Brigands
4. Are You A Boy Or Are You A Girl - The Barbarians
5. Wooly Bully - Sam The Sham And The Pharaohs
6. I Want Candy - The Strangeloves
7. Louie Louie - The Kingsmen
8. One Track Mind - The Knickerbockers
9. Out Of Our Tree - The Wailers
10. I Think I'm Down - The Harbinger Complex
11. What Am I Going Do - The Dovers
12. Codine - The Charlatans
13. Johnny Was A Good Boy - The Mystery Trend
14. Stop-Get A Ticket - Clefs Of Lavender Hill
15. Complication - The Monks
16. Witch - The Sonics
17. Get Me To The World On Time - The Electric Prunes
18. Mr. Pharmacist - The Other Half
19. Open Up Your Door - Richard And The Young Lions
20. Just Like Me - Paul Revere And The Raiders
21. You Burn Me Up And Down - We The People
22. I Live In The Springtime - The Lemon Drops
23. Mindrocker - Fenwyck
24. Hold Me Now - The Rumors
25. Love's Gone Bad - The Underdogs
26. Why Pick On Me - The Standells
27. Bad Girl - Zakary Thaks
28. Blackout Of Gretely - The Gonn
29. Voices Green And Purple - Bees
30. Blues' Theme - Davie Allan And The Arrows


Realizując moje zamierzenie, że będę pisał przede wszystkim na temat psychodelicznego rocka, postanowiłem sięgnąć po działo wielkiego kalibru, czyli serię Nuggets.
Ogółem ukazały się aż trzy takie wielkie pudełka zawierające po cztery CD. Każda część zawiera grubą książkę opisującą wszystkich wykonawców, którzy znaleźli się w tym wyjątkowym zestawieniu. Prawdziwa potęga. Mój opis dotyczyć zaś będzie części pierwszej poświęconej wyłącznie amerykańskim dokonaniom z lat 1965-1968.

Amerykański rock bardzo się różnił od tego tworzonego w Wielkiej Brytanii. Zespoły ze Zjednoczonego Królestwa miały do muzyki podejście nieco intelektualne, awangardowe czy eksperymentalne. Muzyka rockowa była pretekstem do poszukiwań nowej formy wypowiedzi. Można wręcz odnieść wrażenie, że liczył się każdy dźwięk, wszystko było nieco szlachetniejsze, nie tyle wypolerowane, co opracowane w bogatszy sposób. Duże znaczenie w brytyjskim rocku psychodelicznym miały aranżacje oraz te wszystkie dźwiękowe niuanse.
Tymczasem w Stanach Zjednoczonych liczył się przede wszystkim autentyczny, bezpośredni przekaz. Amerykanie raczej sporadycznie sięgali po nowinki techniczne, do pewnego momentu nie stanowiły one punktu odniesienia dla tworzonej muzyki. Nie chcę też przez to powiedzieć, że ich muzyka była uboższa. Po prostu mniej zwracano uwagę na efekt kolorystyczny nagrań, bardziej natomiast opierano się na czystym brzmieniu instrumentów. Nie było w tym aż tak bardzo czuć produkcji studyjnej.
Wiadomo ponadto, że i dziedzictwo kulturowe odgrywa tutaj istotną rolę, jednak nie chcę się zapędzać w mętne wywody, bo tak naprawdę muzyka wszędzie jest taka sama - dobra lub zła.

To jest bardzo skomplikowany temat i trzeba by poświęcić mu osobne rozważania. Nie wykluczone jednak, że nieraz będę powracał do tej kwestii, ponieważ zauważyłem, że wciąż trwają spory o to, kto miał większy wpływ na rozwój muzyki popularnej - Brytyjczycy czy Amerykanie? Otóż moim zdaniem zdecydowanie Wielka Brytania.

Co do omawianej kompilacji - na czterech kompaktach zamieszczono prawie 120 nagrań wykonawców przeważnie dawno już zapomnianych, lub takich, którzy pamiętani są przez garstkę zapaleńców. Bardzo dużo umieszczonych tu zespołów nigdy nie nagrało nawet jednej płyty, całość zaś oscyluje pomiędzy muzyką garażową, dynamicznym rhythm and bluesem i wczesnym psychodelicznym rockiem. Muszę przyznać, że niemal wszystkie piosenki to strzał w dziesiątkę, wiele z nich to duże osiągnięcia i bez dwóch zdań należą do rockowego kanonu i nie znać tych dokonań to wstyd.

Aż można dostać zawrotu głowy od mnogości świetnych zespołów. Czego tu nie ma? Niegdyś popularny The Electric Prunes i ich znakomity przebój 'I Had Too Much To Dream (Last Night)'. Równie energetyczny 'Pushin' Too Hard' grupy The Seeds. Znalazło się miejsce dla aż trzech utworów mniej znanych zespołów Chocolate Watchband i The Sonics. Jest kierowany przez Teda Nugenta Amboy Dukes. Jest też porywający 'Don't Look Back' The Remains. Oczywiście nie mogło zabraknąć Count Five 'Psychotic Reaction' i 13th Floor Elevators 'You're Gonna Miss Me'. Po za tym jeszcze tak ważne zespoły jak Shadows Of Knight czy Litter. Natomiast piosenka grupy Blues Magoos '(We Ain't Got) Nothin' Yet' to oczywiście słynny motyw pożyczony później przez Deep Purple w 'Black Night'. Chociaż istnieją poważne przypuszczenia, że również Blues Magoos zaczerpnęli tę zagrywkę z innego źródła. Jest też ceniony Strawberry Alarm Clock i bardzo ostry jak na owe czasy 'You Must Be A Witch' The Lollipop Shoppe.

To i tak są dosyć znane i klasyczne grupy, bo właściwie cała reszta niekiedy nawet nie zaistniała w świadomości szerszego grona słuchaczy, a ich nagrań nie usłyszymy na płytach długogrających. Właśnie dlatego warto zapoznać się z tą wspaniale dobraną kompilacją. Po za tym, jak to jest zagrane - w większości przypadków na całego, bez taryfy ulgowej. Można odnieść wrażenie, że niektórzy wokaliści śpiewają tak, jakby od tego zależało ich życie, nie oszczędzając gardeł.

Dodam jeszcze, że od jakiegoś czasu panuje moda na wydawanie takich kompilacji ze starym, zapomnianym materiałem z lat sześćdziesiątych. Obecnie dostępnych na rynku płyt tego typu jest dosyć sporo, tak więc nie pozostaje nic innego jak uzbroić się w cierpliwość i starać się dotrzeć do tych rarytasów, bo warto. Chociaż uważam, że Nuggets już na zawsze pozostanie prekursorem w tej dziedzinie, bo dzięki tym płytom - oryginał ukazał się w 1972 roku jako podwójny winyl z zestawem powtórzonym na pierwszym kompakcie - świat zwrócił uwagę na tę starą, ale GENIALNĄ I PONADCZASOWĄ muzykę będącą archetypem i początkiem prawdziwego rocka.

P.S. Czerwiec jest okropny. Albo jest duszno. Albo szaro i pada. Jeśli tak będzie wyglądać całe lato, to raczej nie ma co liczyć na komfort psychiczny. Właśnie gdy piszę te słowa za oknem grzmi, a otoczenie nabrało niemal żółtego kolorytu.

piątek, 14 maja 2010

WIMPLE WINCH

TALES FROM THE SINKING SHIP (1964-1968)


Wimple Winch to kolejny przykład grupy, która nawet nie dotknęła popularności i dawno temu została zepchnięta na margines muzyki popularnej. Prawdziwy diament, który po latach zaczyna świecić coraz silniejszym blaskiem.

Okazuje się, że muzyka pochodzącego z Liverpoolu kwartetu bardzo dobrze zniosła próbę czasu i nawet najwcześniejsze beatowe dokonania, jeszcze jako Just Four Men - najpierw Four Just Men - są urzekające. Słychać, że młodzi muzycy mieli talent, że nie była to tylko kopia lub próba naśladownictwa grup z czołówki, ale że zespół dawał także bardzo wiele od siebie.
Te najstarsze piosenki - nie wiedzieć czemu nie wydane w epoce - zachwycają niewymuszonymi melodiami, brak tutaj banałów, w które często wpadały nawet popularniejsze grupy, jest w tych nagraniach coś szlachetnego, a wykonanie stoi na wysokim poziomie.
Trzeba też nadmienić, że wówczas grupie udało się podpisać kontrakt z wytwórnią EMI i nagrać dwa lub trzy single, niestety bez sukcesu.

Ale mnie korci, żeby przejść do kolejnego etapu działalności zespołu, gdy zmienił on nazwę na Wimple Winch.





1. Ad-Ventures (Theme For Friday Night)
2. Half Past Five
3. Aggravatin'
4. Colours
5. The Four Just Men Theme (Laura Norder)
6. Sorry Girl
7. Don't Come Any Closer (1964 Demo)
8. I Just Can't Make Up My Mind
9. Woman Needs A Man
10. I Still Care
11. Thinking About Your Love
12. Tomorrow
13. In The Shelter Of You Arms
14. Trains And Boats And Planes
15. What's Been Done
16. I Really Love You
17. Save My Soul
18. Everybody's Worried 'Bout Tomorrow
19. Rumble On Mersey Square South
20. Atmospheres
21. Typical British Workmanship
22. Bluebell Wood
23. Lollipop Minds
24. Marmalade Hair
25. Coloured Glass
26. Those Who Wait
27. Three Little Teddy Bears
28. Sagittarius
29. The Last Hooray


Rok 1966.
Muzyka popularna zaczęła ewaluować, zmieniać swe oblicze i odnowiony zespół z nową nazwą podjął wyzwanie. Podpisanie kontraktu z wytwórnią Fontana Records również otwierało nowe możliwości.
Na pierwszy ogień poszedł singiel zawierający jeszcze dosyć zachowawcze piosenki 'What’s Been Done - I Really Love You'. Obie kompozycje zdradzały wpływ beatowych reminiscencji z nieco cięższym nowym rockiem, czyli był to pomost pomiędzy beatem a rodzącą się wówczas muzyką o bardziej eksperymentalnym charakterze, zdradzającą większe ambicje.
Następny singiel to już było dzieło dużego kalibru. 'Save My Soul' wyprzedzał swój czas, jest tu wszystko, co powinna zawierać dobra rockowa piosenka. Wpadająca w ucho melodia, żar wykonawczy, pełne inwencji partie instrumentów. Zwrotka to sympatyczny, chwytliwy motyw z oszczędną partią gitary, ale już refren zaskakuje niespotykaną wówczas dynamiką i ekspresją wykonania. Trzeba dodać, że śpiewający gitarzysta Dee Christopholus operuje mocnym, wyrazistym głosem na granicy wrzasku, zaś każda linijka tekstu śpiewana jest z ogromnym ładunkiem emocji, momentami wręcz pasji.

Kolejne wiekopomne dzieło Wimple Winch z 1967 roku zostało początkowo błędnie wytłoczone. Otóż przez przypadek, na drugiej stronie kolejnego singla znalazła się omyłkowo piosenka 'Atmospheres'. Utrzymany w gniewnym tonie główny temat dla kontrastu łagodzony był zharmonizowanymi głosami śpiewającymi delikatnym falsetem.
Obie wymienione piosenki nawiązywały do osiągnięć The Rolling Stones - przesterowany riff gitary w stylu '(I Can't Get No) Satisfaction' - jednak więcej się w muzyce kwartetu działo, była bogatsza pod względem harmonii. Nawet gdy grupa grała hałaśliwie i ostro, nie traciła wyczucia do melodii.
Ponownie Dee Christopholus udowodnił jak świetnym był wokalistą, ekspresją i możliwościami bił na głowę wielu innych bardziej znanych śpiewaków.

Niestety, wytwórnia bardzo szybko wycofała singla i zastąpiła umieszczonego na drugiej stronie 'Atmospheres' mniej porywającą kompozycją 'Typical British Workmanship'.
Na całe szczęście jedno pozostało nie zmienione, mianowicie pierwsza strona singla, czyli znakomity 'Rumble On Mersey Square South'. Wimple Winch zerwał tu z formą zwykłej piosenki, nadając kompozycji zmienną formę, dobierając środki wyrazu pod względem dramaturgicznym. Muzyka w swoisty sposób współgrała z warstwą słowną i stanowiła komentarz do opisywanej historii - raz jest dynamicznie i ciężko, by za moment nastąpiło wyciszenie i spokój. Kompozycja zwiastowała narodziny heavy-rocka.
Trzeba pamiętać, że singel ukazał się w styczniu 1967 roku, czyli zanim The Beatles opublikowali piosenkę 'Strawberry Fields Forever', która, jak wiadomo, zbudowana został z wariacyjnego przetworzenia jednego tematu i wzbogacona przeróżnymi efektami oraz bogactwem aranżacji. Tak więc oba wymienione nagrania zwiastowały nowe podejście do komponowania, czyli wychodzenie poza jednostajność typowych piosenek młodzieżowych.
Wracając do Wimple Winch. Szczególną uwagę zwracają partie perkusji. Lawrence Arends (King) gra tutaj z wielką fantazją i ciężarem, przestrzennie i dynamicznie. Ponownie zachwyca sposób interpretacji wokalnej.
Słowem - jest to jeden z najważniejszych momentów muzyki rockowej lat sześćdziesiątych, jednak, jak wszystko inne, co zespół nagrał, wówczas niedocenione. Dzisiaj natomiast każdy z trzech singli wart jest blisko 500 funtów.

Kończąc.
Jaka szkoda, że w epoce wiele takich zespołów jak Wimple Winch nigdy nie wydało żadnej płyty długogrającej oraz nie odniosło znaczącego sukcesu komercyjnego. To dlatego dzisiaj ludziom się wydaje, że siódmym cudem świata był punk-rock. Dlatego większość ludzi nie wie, jak nowatorska była muzyka lat sześćdziesiątych, że tak naprawdę wszystko co powstało później było już tylko blednącym cieniem tamtego pionierskiego okresu.

wtorek, 6 kwietnia 2010

MONKS

BLACK MONK TIME (1966)



1. Monk Time
2. Shut Up
3. Boys Are Boys And Girls Are Choice
4. Higgle-Dy-Piggle-Dy
5. I Hate You
6. Oh, How To Do Now
7. Complication
8. We Do Wie Du
9. Drunken Maria
10. Love Came Tumblin' Down
11. Blast Off
12. That's My Girl


Skład


Gary Burger – Vocals, Guitar
Larry Clark – Organ
Roger Johnston – Drums
Eddie Shaw – Bass Guitar
Dave Day – Banjo


Tym razem napiszę o grupie Monks. Nie dlatego, że jestem zagorzałym wielbicielem ich muzyki, ale dlatego, że było to zjawisko wyjątkowo kuriozalne.
Grupę tworzyło czterech Marines, stacjonujących w Niemczech. Chcąc wyróżniać się pośród setek innych zespołów, wymyślili dla siebie nietypowy wizerunek. Otóż wygolili włosy na samym czubku głowy na wzór Mnichów, czyli tonsury, natomiast u szyi zawiesili sobie liny imitujące sznur od szubienicy. Dziwne.
Wydaje mi się, że nawet przy dzisiejszych standardach, taki pomysł jest zdecydowanie nietypowy.

Co do muzyki.
Nazwa zespołu w połączeniu z czarną okładką mogłaby sugerować jakieś wyjątkowo posępne nastroje. Tymczasem mamy do czynienia z klasycznym garagem. W dodatku, jak na mój gust, nieco już staromodnym. Faktem jest natomiast, że w warstwie literackiej Monks proponowali dosyć ostry atak na ówczesną sytuację społeczno-polityczną, ale to akurat ma najmniejsze znacznie.

Płyta, jak i sam zespół, ma liczne grono wielbicieli. Sam LP - oryginalnie wydany wyłącznie w Niemczech - jest popularny przede wszystkim ze względu na jego ogromną cenę. W stanie idealnym 'Black Monk Time' osiąga cenę około 1000 Euro.

Dlaczego ponownie postanowiłem trochę skrytykować ulubioną muzykę?
Ponieważ uważam, że czasem tak wypada. To nieprofesjonalne ciągle wyłącznie zachwalać. Tak całkiem poważnie - w drugiej połowie lat sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych powstawało mnóstwo zespołów, w tym natłoku wykonawców niektórzy, moim zdaniem, nie prezentowali jakiegoś szczególnie wyjątkowego poziomu. Na dodatek w tym okresie spora część grup brzmiała po prostu strasznie prymitywnie. Dlatego nie bardzo rozumiem te wszystkie bezkrytyczne zachwyty wobec wielu zapomnianych artystów.

W porównaniu do zamieszczonego poniżej The Misunderstood - Monks sprawiają wrażenie jakby zostali wygrzebani z odkrywkowej kopalni węgla brunatnego. Trudno się potem dziwić, że wielu ludzi słysząc coś takiego, krytykuje klasycznego rocka. Też bym raczej nie wpadł w euforię.
Proszę mi jednak wierzyć - to nie jest granie reprezentatywne dla tego okresu.

Nie wszystko złoto, co się świeci. W przypadku Monks - czarnym blaskiem.

piątek, 2 kwietnia 2010

MISUNDERSTOOD

BEFORE THE DREAM FADED (1965-1966)



Produced By Dick Leahy. Recorded 1966 In London At Fontana Studios And IBC

Colour Of Their Sound

1. Children Of The Sun
2. My Mind
3. Who Do You Love
4. I Unseen
5. Find The Hidden Door
6. I Can Take You To The Sun

1965 USA Recordings (Preserved From Acetate)

Blue Day In Riverside

1. I’m Not Talking
2. Who’s Been Talking?
3. I Need Your Love
4. You Don’t Have To Go
5. I Cried My Eyes Out
6. Like I Do


Ten amerykański zespół był wielkim odkryciem Johna Peela. Słynny prezenter radiowy sprowadził The Misunderstood do Anglii i pokierował ich krótkotrwałą karierą. Już na miejscu do grupy dołączył utalentowany gitarzysta Tony Hill, jednocześnie główny twórca repertuaru, który wypełnił połowę omawianej przeze mnie kompilacji.

Otóż to.
Opisywany zestaw podzielony został na dwie części. Pierwsze sześć nagrań zarejestrowane zostały w 1966 roku w Anglii. Natomiast pozostałe piosenki pochodzą jeszcze z 1965 roku, kiedy grupa egzystowała w Kalifornii.

Moją uwagę skoncentruję na tych nagraniach, które powstały w Anglii. To był czas Swingującego Londynu, w kulturze młodych ludzi następowały nieodwracalne przemiany obyczajowe. W tym momencie muzyka rockowa zaczęła zyskiwać ten kształt, który zdefiniował ten gatunek na późniejsze lata. Jednym z pierwszych rzeczywiście doskonałych pod względem artystycznym wyrazicieli był Misunderstood. Klasyczny beat i rhythm and blues w naturalny sposób przekształcił się w nieco mocniejszy i ostrzejszy freak-beat oraz garage. Ponieważ w tym samym czasie kształtował się również nurt rocka psychodelicznego, to te dwa kierunki zaczęły się przenikać.

W 1966 roku muzyka Misunderstood mogła wydawać się ekstremalna. Problem polegał jednak na tym, że z kilku zarejestrowanych przez zespół utworów wytwórnia Fontana wówczas wybrała tylko dwa, które wydała na singlu.

Na pierwszej stronie pojawił się nowatorski 'I Can Take You To The Sun'. Krótka, wielowątkowa piosenka składająca się trzech części. Pierwsza część nagrania jest atmosferyczna, niemal hard-rockowa, z głębokim głosem Ricka Browna i gitarą slide w roli głównej. Natomiast druga część kompozycji przeradza się w gitarową ścianę dźwięku, by w finale przejść w grane na gitarze klasycznej flamenco. Publiczność nie była chyba przygotowana na taką propozycję, dlatego singel przepadł na rynku.
Na drugiej stronie figurował 'Who Do You Love?'. Zagrana w bezkompromisowy sposób i bardzo dynamiczna interpretacja kompozycji Bo Diddleya.

Wkrótce po ukazaniu się singla dwóch muzyków grupy dostało powołanie do wojska, co oznaczało wyjazd na wojnę w Wietnamie oraz koniec zespołu.
Gdy trzy lata później wytwórnia Fontana wydała kolejnego singla 'Children Of The Sun - I Unseen' (oba nagrania pochodziły z tej samej sesji z 1966 roku) świat muzyki rockowej uległ diametralnej przemianie, zaś sam The Misunderstood działał już wtedy w zupełnie innym składzie.

W każdym razie 'Children Of The Sun' to chwytliwa i dynamiczna, zagrana z butą piosenka oparta na marszowym rytmie. Wielu uważa ten utwór za mocniejszy wariant 'Shapes Of Things' Yardbirds, możliwe, że tak jest. W 1969 roku grało się już jednak inaczej i takie dokonania nie miały prawa zainteresować kogokolwiek.
Na odwrocie umieszczono złowieszczy, zaśpiewany ponurym głosem 'I Unseen' ozdobiony dźwiękami harmonijki ustnej.

Pozostałe dwa nagrania w niczym nie ustępowały wyżej wymienionym. Trzeba jedno przyznać - grupie udało się  wytworzyć wyjątkowo mroczną atmosferę jak na 1966 rok. 'Find A Hidden Door' epatował wyjątkowo brutalną, agresywną aurą - ciekawe zastosowanie pauz w zwrotce, natomiast refren to nagłe przyśpieszenie i desperacki śpiew Ricka Browna. Wciąż podkreślam, ale powtórzę raz jeszcze - wtedy to było muzyczne ekstremum.

Szkoda, że grupa nie zarejestrowała wówczas więcej materiału, a to co wtedy powstało nie doczekało się publikacji choćby w formie EP. Tak więc w tej konfiguracji The Misunderstood nie dokonał już nic więcej i zespół, na skutek różnych niesprzyjających okoliczności, zakończył działalność i przeszedł niemal niezauważony.
Jakiś czas potem gitarzysta Glenn Campbell zebrał zupełnie nowy skład, gdzie sekcję rytmiczną stanowili Nic Potter i Guy Evans, czyli muzycy Van Der Graaf Generator. Wtedy też powstały takie udane nagrania jak 'Never Had A Girl Like You Before' czy 'Golden Glass'. Był to już jednak zupełnie inny rozdział w działalności grupy, bo i czasy się zmieniły.

poniedziałek, 22 marca 2010

LITTER

DISTORTIONS (1967)

Jeszcze kilka lat temu nie przepadałem za amerykańską odmianą rockowej muzyki, amerykańska scena muzyczna niemal nie istniała w mojej świadomości. Wprawdzie lubiłem duet Simon And Garfunkel, lubiłem grupy The Byrds czy Jefferson Airplane, ale już za The Doors nigdy specjalnie nie przepadałem, natomiast Bob Dylan był mi kompletnie obojętny. Zespoły jak Allman Brothers Band czy Grateful Dead wydawały mi się natomiast koszmarnie nudne.

Popełniłbym jednak niewybaczalny błąd gdybym zawczasu nie przyjrzał się bliżej muzyce do niedawna tak przeze mnie wzgardzonej. Okazało się, jak niewielkie mam o niej pojęcie. Poszukując zapomnianych płyt, coraz częściej przekonywałem się jak porywającą muzykę wykonywali kiedyś Amerykanie, jak wiele było tam interesujących grup, które czekają tylko aby odkrywać ich dorobek.





1. Action Woman
2. Whatcha Gonna Do About It
3. Codine
4. Somebody Help Me
5. Substitute
6. I'm So Glad
7. A Legal Matter
8. Rack My Mind
9. Soul-Searchin'
10. I'm A Man


Debiutancki LP - pochodzącej z Minneapolis grupy Litter - pod wiele mówiącym tytułem 'Distortions' skrywał taką dawkę młodzieńczej energii, że można by nią spokojnie obdzielić kilka płyt.

Przeważają tutaj przeróbki, natomiast dwie kompozycje oryginale 'Action Woman' oraz 'Soul Searchin' wyszły spod pióra producenta zespołu Warrena Kendricka. Rozpoczynający płytę chwytliwy 'Action Woman' zaskakuje i przytłacza ostrym gitarowym brzmieniem. Co tu dużo pisać? Tak powinien prezentować się prawdziwy rock.
Natomiast działo jeszcze większego kalibru zespół wytoczył na zakończenie. Znany z repertuaru Yardbirds i The Who 'I'm A Man' Bo Diddleya w wersji Amerykanów to była muzyczna kanonada. Znana wszystkim dynamiczna bluesowa piosenka w drugiej części przeradzała się w instrumentalny, gitarowy jazgot z różnymi sprzężeniami i efektami dźwiękowymi.

Pomiędzy tymi dwoma nagraniami można było znaleźć sporo doskonałych nagrań utrzymanych w poetyce rhythm and bluesa o bardziej chropowatym brzmieniu. Czego tylko dusza zapragnie.
Dwie przeróbki nagrań The Who. 'A Legal Matter' pochodzący z debiutanckiej płyty 'My Generation' oraz singlowy 'Substitute'. Spopularyzowany przez The Spencer Davis Group 'Somebody Help Me'. Pochodzący z repertuaru Yardbirds 'Rack My Mind'. Znany z pierwszej płyty grupy Cream 'I'm So Glad' autorstwa Skipa Jamesa oraz 'Whatcha Gonna Do About It' Small Faces. Znalazło się także miejsce dla świetnej interpretacji klasycznego 'Codine'.

Nawet jeśli nowe wersje popularnych piosenek nie odbiegały jakoś specjalnie od pierwowzorów, to na pewno ujmy im nie przynosiły, wprost przeciwnie, słucha się ich wybornie, a to dlatego, że przez cały czas wyczuwalny jest prawdziwy entuzjazm, z jakim grają muzycy Litter. Jednak najistotniejszy jest fakt, że grupa prezentowała rzetelny poziom wykonawczy. Młodym muzykom nie brakowało polotu.

Muszę jeszcze wspomnieć o kapitalnych bonusach dodanych do pięknie przygotowanego wznowienia CD. Czasem te praktyki z dodawaniem rzadkich lub nigdy niepublikowanych nagrań mają sens. Chociaż niekiedy mam wrażenie, że dodawane są na siłę, ale na pewno nie w tym przypadku.
Litter nagrali jeszcze dwie płyty. '100$ Fine' mam zamiar opisać jak najszybciej to możliwe, gdyż w mojej opinii jest jeszcze lepszy niż debiut. Natomiast ostatniego w niewielkiej dyskografii zespołu 'Emerge' nie miałem jeszcze sposobności usłyszeć. Mam jednak nadzieję, że uda mi się nadrobić tę zaległość.

Aha, tak przy okazji. Oryginalny LP 'Distortions' wydała malutka wytwórnia Warick i dzisiaj jest koszmarnie drogi. Za idealny egzemplarz trzeba zapłacić co najmniej astronomiczne 1500 dolarów.

Jestem wielkim wielbicielem 'Distortions'.

TWENTIETH CENTURY ZOO

THUNDER ON A CLEAR DAY 1968

Nie jestem entuzjastą dodawania do wydań kompaktowych dużej ilości bonusowych nagrań. Jeszcze pół biedy, gdy wydawnictwo traktuje przeróżne rarytasy jedynie jako uzupełnienie podstawowej płyty, czyli umieszczając takowe na końcu głównego albumu. Natomiast jeśli jakiś pomysłowy jegomość wykombinuje, aby wszelkie dodatki wszczepiać w ustaloną dawno temu tkankę płyty, to jest to już dla mnie całkowita dewastacja dzieła i takich CD unikam niczym ognia.

Dlatego aż sam się sobie dziwię, że jednym z wyjątków - właściwie chyba to jedynym - jest kompaktowe wznowienie płyty amerykańskiej grupy Twentieth Century Zoo 'Thunder On A Clear Day'. Wytwórnia Sundazed Music zaproponowała bowiem, aby bonusy umieścić przed i po materiale podstawowym, czyli cztery nagrania z singli na początku i pięć utworów na końcu.

Jakimś dziwnym trafem w ogóle mi to nie przeszkadza. Powiem więcej - wręcz już sobie nie wyobrażam innego początku płyty niż rewelacyjny 'You Don't Remember' rozpoczynający się ostro sprzężoną i przesterowaną gitarą. Po za tym jest to znakomity przykład, jak powinna brzmieć garażowa piosenka podana w ewidentnie psychodelicznej otoczce. 'You Don't Remember' to wzorzec muzyki tego typu - ostro, z pasją oraz zadziornie i przede wszystkim do bólu melodyjnie.
Warto dodać, że na CD piosenka występuje dwukrotnie, oprócz wersji singlowej, także w zmienionej i trochę łagodniejszej aranżacji umieszczonej na płycie długogrającej, za to z uwypuklonymi brzmieniami organów Hammonda. Wiele razy pisałem już na temat mojego stosunku do organów Hammonda, więc chyba nie ma sensu się powtarzać, że bardzo cenię rozpływające się dźwięki tego instrumentu.

Muszę też nadmienić, że tak jak w przypadku kilku dalszych kompozycji Twentieth Century Zoo, tak i tutaj wyczuwalne jest zauroczenie grupy twórczością zespołów The Doors, czy The Rolling Stones.
Kolejnym dodatkiem był folkowy 'Clean Old Man'. Autentycznie piękna, pełna zadumy akustyczna kompozycja wzbogacona partami sekcji instrumentów smyczkowych, jakże odmienna od reszty repertuaru.

Dwa następne nagrania to już gitarowy dynamit. We wstępie 'Love In Your Face' pojawia się niespodziewany, potężny, niemal dewastacyjny gitarowy akord, który doskonale zwiastuje z czym przyjdzie się zmierzyć słuchaczom. Jaka szkoda, że tak krótkie były te singlowe utwory. Tak samo jak w przypadku 'You Don't Remember' również 'Love In Your Face' w zmienionej wersji pojawił się na 'Thunder On A Clear Day', tylko tym razem poprzedzony naturalistycznym efektem tłuczonego szkła w miejsce gitary elektrycznej. Natomiast 'Tossin' And Turnin' to pod względem melodycznym właściwie rhythm and blues, ale ciężej zagrany i z dużym ładunkiem energii.




 

Bonus

1. You Don't Remember (Singel Version)
2. Clean Old Man
3. Love In Your Face (Singel Version)
4. Tossin' And Turnin'

Thunder On A Clear Day

1. Quiet Before The Storm
2. Rainbow
3. Bullfrog
4. Love In Your Face
5. You Don't Remember
6. It's All In My Head
7. Blues With A Feeling

Bonus

1. Only Thing That's Wrong
2. Stallion Of Fate
3. Country
4. Hall Of The Mountain King
5. Enchanted Park


Pierwszy utwór na LP rozpoczyna 'Quiet Before The Storm'. Za wstęp posłużył tutaj efekt puszczonej w przeciwnym kierunku taśmy. Ten, stopniowo nabierający dynamiki, utwór czarował natchnionym, momentami nieco mistycznym nastrojem tworzonym za sprawą wiodących prym delikatnych partii organów Hammonda oraz cudownych, krystalicznych dźwięków gitary elektrycznej, które na moment stają się hałaśliwe, wręcz jazgotliwe, po czym wszystko powraca do pierwotnego stanu wyciszenia. Ta piosenka to majstersztyk.

Za to 'Rainbow' był powrotem na mocniejszą ścieżkę, czyli mnóstwo świetnych gitarowych partii i zdecydowany, mocny rytm. Doskonała kompozycja.
Z kolei w 'Bullfrog' grupa ukazuje swoje inne oblicze, poznajemy kwintet nie tylko jako miłośników ostrzejszych brzmień, ale przede wszystkim jako pasjonatów improwizacji. Otrzymujemy tutaj kilka minut mocno osadzonego w bluesowej tradycji grania.

Te tendencje jeszcze wyraźniej słyszalne są w dwóch ostatnich na LP kompozycjach - 'It's All In My Head' i przede wszystkim w klasycznym bluesie 'Blues With A Feeling'.
Pierwsze nagranie przykuwa uwagę dzięki niemiłosiernie wręcz przesterowanej gitarze. Natomiast nieśpiesznie zgrany i najdłuższy na płycie 'Blues With A Feeling' był rodzajem hołdu dla mistrzów tego gatunku. Zagrany z okazjonalnym udziałem harmonijki ustnej utwór naładowany był po brzegi improwizacjami gitary, organów Hammonda, a nawet pianina. Nie było tutaj nic z charakterystycznego rockowego zgiełku wcześniejszych piosenek, w zamian prawie każda sekunda przesiąknięta była klimatem bliższym tradycyjnie pojmowanego bluesa. Niby nie ma tutaj nic nowego, jakiegoś elementu zaskoczenia, jednak słucha się tego wybornie. Dodatkowo świetnie wypada niezwykle emocjonalna wokalna interpretacja, czasem na granicy krzyku.
Prawdopodobnie piosenka zainspirowana została przez posiadającą podobny charakter kompozycję 'Blues Deluxe' z debiutanckiej płyty Jeffa Becka 'Truth'.

W kilku miejscach zespół wzbogacił swoją muzykę efektami dźwiękowymi. Na przykład - odgłosami przejeżdżającego pociągu, wspomnianego już tłuczonego szkła oraz zniekształconych pokrzykiwań czy wyciem syreny wozu policyjnego. Miały one jednak znaczenie marginalne i stanowiły ornament, pojawiając się we wstępie czy w zakończeniu paru nagrań.

Należy także przyjrzeć się pięciu ostatnim fragmentom CD. Aż trzy z nich były do tej pory niepublikowane. Interesująco wypada wersja 'In The Hall Of The Mountain King' Edvarda Griega. W formie introdukcji formacja zaproponowała tutaj krótki monolog wypowiadany posępnym, lekko zniekształconym głosem.
Kapitalny jest także, ostatni na kompakcie, schizofreniczny 'Enchanted Park'. Początek przywodzi na myśl melodię graną przez pozytywkę lub katarynkę. Nagle ta senna aura zostaje zaburzona przez wejście typowej dla kwintetu chropowatej, rockowej piosenki, aby za moment zespół znowu zmienił nastrój poprzez wprowadzenie krótkiego, tworzącego nerwową atmosferę motywu wzbogaconego maniakalnym śmiechem.



Przyznaję - było trochę zapomnianych zespołów ze Stanów Zjednoczonych - na dobrą sprawę również i z innych stron świata - których czasem ciężko dzisiaj słuchać z tej prostej przyczyny, że brakło dobrych kompozycji, lub zawodził warsztat wykonawczy, a i brzmienie się już zestarzało. Ten problem nie dotyczy Twentieth Century Zoo. To jest wysoki poziom tak samych muzyków, jak i od strony produkcji, nie ma tu żadnego bezproduktywnego rzężenia. Niewiele tej formacji brakowało do lubianych przeze mnie The Chocolate Watchband.

Jeszcze jedno - proszę spojrzeć na muzyków tworzących zespół, czy oni wyglądali na kogoś, kto grał muzykę tak zadziorną? Wprost przeciwnie. Natomiast dzisiejsze zespoły składają się z osobników, którzy i owszem, wyglądają jakby pożarli własnych rodziców, natomiast muzykę tworzą adresowaną chyba do przedszkolaków.
Taka ironia.

Aha. Przypomniałem sobie.
Kompaktem, którego mogę słuchać z wielką przyjemnością pomimo ogromnej ilości bonusów, przewyższającej liczbą zawartość głównego albumu, to Octopus 'Restless Night'. W tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z wstawieniem dwóch nieznanych nagrań w oryginalny materiał funkcjonujący na płycie analogowej.
To chyba wszystko.


niedziela, 21 marca 2010

13TH FLOOR ELEVATORS

PSYCHEDELIC SOUNDS OF 13TH FLOOR ELEVATORS (1966)




1. You're Gonna Miss Me
2. Roller Coaster
3. Splash 1 (Now I'm Home)
4. Reverberation (Doubt)
5. Don't Fall Down
6. Fire Engine
7. Thru The Rhythm
8. You Don't Know (How Young You Are)
9. Kingdom Of Heaven
10. Monkey Island
11. Tried To Hide


'You gotta open up your mind
And let everything come through'

Rok 1966 zwiastował zjawiska nowe, niekoniecznie dobre.
Środki halucynogenne, rodząca się wówczas kontrkultura, czy raczej antykultura, ruchy młodzieżowej kontestacji, a więc podważanie wszelkich obyczajów i zasad, to wszystko znalazło swój wyraz w tworzonej wówczas muzyce młodzieżowej. Nowe, radykalne podejście do tworzenia wzmocniło nie tylko wyraz muzyki, ale wpłynęło także na jej odbiór. Był to także początek prawdziwie rockowych dokonań. Muzyka pop poczęła ewaluować.

Wyrazem tego były narodziny gatunku określanego mianem psychodelicznego rocka.
Ponoć debiut 13th Floor Elevators był pierwszym albumem z muzyką popularną zawierającym słowo 'PSYCHODELICZNY' w nazwie, plus przykuwająca uwagę intrygująca okładka i enigmatyczna nazwa grupy - wszystko stawało się jasne, dla muzyki młodych zaczęły się nowe czasy.
Na tylnej stronie koperty umieszczono przypisy do poszczególnych piosenek, z których wynika, że teksty łączą się w całość, ukazując różnice pokoleniowe oraz będące zachętą do nadania życiu nowych wartości.

Kompozycje umieszczone na LP nie są może zbyt zróżnicowane, mogą nawet sprawiać wrażenie prymitywnych i monotonnych, ale to dlatego, że takie to były czasy, że zespoły wchodziły do studia - częstokroć nie najlepiej wyposażonego - i nagrywały materiał na płytę w kilka godzin, na żywo, bez zbędnych ozdobników, a czasem nawet bez poprawek.

Na dodatek grupa 13th Floor Elevators postanowiła wzbogacić brzmienie swojej muzyki dźwiękami specyficznego instrumentu zwanego electric jug - niestety, nie wiem jaki jest polski odpowiednik tej nazwy. W rezultacie we wszystkich nagraniach słychać - początkowo sprawiające dziwne wrażenie - rytmiczne dudnienie. Może to irytować, chociaż ja już przywykłem i nawet polubiłem ten patent. Biorąc pod uwagę charakter muzyki, ma to swój urok.
Było nie było, grupa tworzyła swoją muzykę pod wpływem LSD i do przeżyć narkotycznych zapewne ta muzyka miała się odwoływać, więc te chropowate, krótkie piosenki, odznaczające się skrajną prostotą rytmów, dużą dynamiką wykonania, taki nastrój miały przywoływać i wprawiać w hipnotyczne uczucie.

Nie będę się tym razem rozpisywał na temat zawartości płyty, wskażę tylko utwory, które zrobiły na mnie największe wrażenie.
Przebojowy, przesiąknięty butną aurą, najpopularniejszy na płycie 'You're Gonna Miss Me' to przebojowy rockowy fragment zagrany z werwą i zaśpiewany z pasją przez Roky Ericksona. Zadziorny głos lidera zespołu to znak rozpoznawczy 13th Floor Elevators.
Następnie intrygujący, porywający 'Roller Coaster' zaśpiewany z desperacją w głosie. Nie chcę się silić na znawstwo, ale wydaje mi się, że główny motyw tego nagrania pobrzmiewa nieco orientalną nutą, co tylko dodaje kompozycji niesamowitości.
Potem wskazałbym na hałaśliwy 'Fire Engine'. Ciekawa energetyczna piosenka okraszona jakimiś dziwacznymi pojękiwaniami imitującymi dźwięk syreny wozu strażackiego.
Na koniec zaś monumentalny i dostojny 'Kingdom Of Heaven', najbardziej tajemniczy, niemal mistyczny utwór na tym albumie. Trzeba przy tym wyraźnie zaznaczyć, że jest to płyta zdecydowanie gitarowa, w każdym z wymienionych nagrań rola tego instrumentu nadaje inny charakter poszczególnym kompozycjom, buduje ich klimat, ponieważ zaś nie ma tutaj żadnych produkcyjnych sztuczek, wszystko spoczywa w rękach obydwu gitarzystów, którzy, dysponując ograniczonymi umiejętnościami, musieli wykazać się zręcznością i wyobraźnią.

Przykuwa uwagę buntownicza otoczka 'Psychedelic Sounds Of 13th Floor Elevators', muszę przyznać, że nie wyczuwam tu udawania, pozerstwa.
Brzmienie jest tak naturalne, że dzisiaj nawet jeśli ktoś bardzo by się starał, raczej nie zdołałby takiego uzyskać, chyba że udałoby się wygrzebać skądś tak stary sprzęt nagraniowy - co zresztą czasami praktykują nowe zespoły pragnące uzyskać klimat starych płyt.
Jest w tym stwierdzeniu coś z ironii, proszę nie myśleć, że zupełnie oderwałem się od dnia dzisiejszego.

Na początku wspomniałem, że debiut 13th Floor Elevators był ponoć pierwszym tytułem z przymiotnikiem 'PSYCHODELICZNY' w tytule. Otóż nie jest to do końca pewna informacja, ponieważ w tym samym czasie ukazały się dwa inne LP z tym magicznym słówkiem w tytułach płyt. 'Psychedelic Lollipop' grupy Blues Magoos oraz 'Psychedelic Moods' zespołu The Deep. Kto był pierwszy? Trudno odpowiedzieć.
Jedno jest pewne - 'Psychedelic Sounds Of 13th Floor Elevators' to jedna z najważniejszych amerykańskich rockowych płyt.

'After you trip life opens up
You start doing what you want to do'

sobota, 13 marca 2010

DEVIANTS (1969)




1. Billy The Monster
2. Broken Biscuits
3. First Line (Seven The Row)
4. The People Suite
5. Rambling B(l)ack Transit Blues
6. Death Of A Dream Machine
7. Playtime
8. Black George Does It With His Tongue
9. The Junior Narco Rangers
10. Lets Drink To The People
11. Metamorphis Explosion


Skład


Mick Farren – Lead Vocals And Production
Paul Rudolph – Guitar, Vocals And Mouth Music
Duncan Sanderson – Bass And Vocals
Russell Hunter – Percussion, Vocals And Stereo Panning


Wprawdzie okładkę dodałem 13 marca, ale wpis powstał dopiero dzisiaj, czyli 3 dni później.
To wszystko przez moje niezorganizowanie. Marcowa pogoda nie służy mobilizacji, wszystko się kotłuje, raz jest słonecznie, przyroda budzi się do życia, innym razem robi się szaro i ponuro, a niespodziewanie w niedzielę zima postanowiła pożegnać nas mocnym akcentem w postaci potężnej dawki śniegu. Miejmy jednak nadzieję, że to ostatnie podrygi zimy oraz preludium dla upragnionej wiosny. Dla mnie najpiękniejszej pory roku.
Zgodnie z powiedzeniem - w marcu jak w garncu.

Za to trzecia i ostatnia płyta Deviants nie jest aż tak zmienna jak marcowa pogoda. To przede wszystkim ciężkie, gitarowe utwory. Grupa zakończyła swoją działalność płytą bardziej jednolitą i mniej chaotyczną niż dwa poprzednie tytuły. Muzyka nadal przesiąknięta jest duchem anarchii, tylko że nie jest on już tak wyczuwalny, nie jest wyłożony kawa na ławę.

Spójność tej płyty, to nie wada.
Tak więc za buntowniczego ducha muzyki odpowiedzialny był lider grupy Mick Farren, natomiast nowy gitarzysta Paul Rudolph skierował zespół w bardziej heavy-rockowe rejony - nieobce Deviants, bo obecne chociażby na debiutanckiej płycie 'Ptooff'.





Zaczyna się od przebojowego 'Billy The Monster', który w drugiej marszowej części, dzięki wprowadzeniu potężnie brzmiących organów, nabiera monumentalnego i dostojnego wyrazu. Instrumentalny 'Broken Biscuits' to jedna z moich ulubionych kompozycji Deviants, na początku podbijana ostrymi gitarowymi wejściami, przeistacza się w improwizowany fragment z doskonałą partią gitary w roli głównej. Stąd już bardzo blisko do punk-rocka, a nawet do metalu. Przy czym trzeba jasno stwierdzić, że wówczas taka muzyka było właściwie na porządku dziennym.
Gdyby dzisiaj tak ładnie szarpano struny.

Zwiewny główny temat 'First Line (Seven The Row)' kojarzy mi się z dokonaniami...U2. Irlandczycy wprawdzie robili jeszcze wtedy do nocnika, ale to tylko ukazuje jak muzyka rockowa w pewnym momencie zaczęła zjadać własny ogon. Zdaję sobie sprawę, że dla większości i tak nie ma to żadnego znaczenia, nam wydaje się, że wciąż powstają rzeczy oryginalne.
Dla odmiany 'The People Suite' to standardowy bluesowy motyw okraszony skandującym głosem brzmiącym jak przez megafon.

Ponownie pojawia się motyw marszowy w początkowo bluesowym, ciężkim 'Rambling B(l)ack Transit Blues'. Znowu także prym wiodła sfuzzowana gitara Paula Rudolpha. W końcówce pojawiła się humorystyczna przyśpiewka a capella.

Żeby się nie rozpisywać bez sensu, dodam tylko, że album jest mocno osadzony w bluesowej tradycji, jednak miłośnicy starych ciężkich brzmień powinni być zadowoleni.
Chociaż to wcale nie jest łatwo wpadające w ucho dokonanie - zwłaszcza dla nienawykłych do tak radykalnego, bezkompromisowego podejścia do muzyki słuchaczy, w dodatku okraszone ekscentrycznymi wyskokami typowymi dla stylu Deviants. Wystarczy posłuchać 'Black George Does It With His Tongue' oraz 'The Junior Narco Rangers'. Także utrzymany w stylu country, pastiszowy 'Lets Drink To The People' może być sporym zaskoczeniem.

Jednak są to wyjątki, ponieważ, jak wspomniałem na początku, dominują tutaj konkretne,  zdecydowanie mocne dźwięki. Tak więc, ozdobiona kontrowersyjną, prowokacyjną okładką płyta jest dziełem udany.

środa, 3 lutego 2010

CHOCOLATE WATCHBAND

NO WAY OUT (1967)




1. Let’s Talk About Girls
2. Midnight Hour
3. Come On
4. Dark Side Of The Mushroom
5. Hot Dusty Road
6. Are You Gonna Be There (At The Love-In)
7. Gone And Passes By
8. No Way Out
9. Expo 2000
10. Gossamer Wings


Ktoś może mnie zapytać - dlaczego o omawianych przez mnie płytach piszę prawie wyłącznie w samych superlatywach. Odpowiedź będzie prosta - dlatego, bo to mój blog. Staram się, w miarę możliwości, zamieszczać tutaj płyty, które bardzo lubię lub zrobiły na mnie mniejsze lub większe wrażenie.
Uważam, że nie ma sensu dodawać tygodniowo po pięćdziesiąt tytułów z kilkuzdaniowymi opisami dla ozdoby. To nie byłoby uczciwe, chociaż może wyglądałoby efektownie, ale przecież blogów działających na takich zasadach jest multum.
Po za tym lubię sobie podywagować, czasem coś uwznioślić, wyolbrzymić. Czasem też sprowadzić na ziemię. Jednak do wszystkiego potrzebuję odrobiny czasu i natchnienia, nie chcę pisać na odczepnego. Właśnie dlatego wciąż nie dokończyłem opisów płyt Fairport Convention 'What We Did On Our Holidays' oraz Blossom Toes 'We Are Ever So Clean', czy High Tide, a wielu innych opisów nawet nie zacząłem.

Wiadomo, muzyka to jest beczka bez dna. Zarówno stara jaki i nowa muzyka to temat tak obszerny, że chyba żaden śmiertelnik nie jest w stanie zapoznać się ze wszystkim dokonaniami na muzycznym polu. To tyle tytułem wstępu.

Chocolate Watchband to jedna z najlepszych grup amerykańskiego podziemia. Co ciekawe, wcale nie był to tak do końca oryginalny zespół. Na pierwszej płycie słychać fascynację dorobkiem The Rolling Stones. Nawet znalazła się tutaj przeróbka 'Come On' Chucka Berry'ego niemal identyczna z interpretacją brytyjskiego kwintetu.

Chociaż to nie nagrania nawiązujące do stylu The Rolling Stones są tutaj esencją. Mnie najmocniej zapadły w pamięć trzy eksperymentalne i przesycone tajemniczą aurą utwory.
Najeżony różnego rodzaju efektami dźwiękowymi, dynamiczny 'Expo 2000' można określić jako amerykański odpowiednik 'Tomorrow Never Knows'.
Natomiast opisujący doznania narkotyczne 'Gossamer Wings' to powolna, niemal rozpływająca się piosenka ze zniekształconym głosem i nawiedzoną kodą.
Oba nagrania zachwycają świeżością, młodzieńczą energią i śmiałością w stosowaniu możliwości technicznych, jakie oferowało ówczesne studio nagrań. Chociaż zdaję sobie sprawę, że w Polsce większości ludzi takie dźwięki kością w gardle stają.

Trzecie nagranie to 'Dark Side Of The Mushroom'. Jeszcze jeden instrumentalny, przesiąknięty niepokojącą atmosferą utwór. Proszę posłuchać tego motywu granego na gitarze i snujących się w tle organów. Muzyczne arcydzieło.

Ponad to na płycie znalazły się utwory tak różne jak chociażby zagrana z pasją, żywiołowa interpretacja 'In The Midnight Hour' Wilsona Picketta i Steve Croppera, we wstępie i w zakończeniu ozdobiona niemal kościelnymi dźwiękami organów Hammonda. Oczywiście w wykonaniu Chocolate Watchband soulowy klasyk zyskał bardziej porywczy, rockowy charakter.
'Let’s Talk About Girls' i 'Are You Gonna Be There (At The Love-In)' prezentowały bardziej surowe oblicze zespołu. Były to pełne młodzieńczej buty, gitarowe utwory. To właśnie tego typu piosenki określa się od wielu już lat jako muzyka garażowa.

W kompozycji 'Gone And Passes By' grupa wprowadziła dźwięki sitaru, łącząc w ten sposób osadzony w bluesie utwór - w aranżacji ważną rolę odgrywała harmonijka ustna - z elementami muzyki orientalnej. Była to niejako zapowiedź kierunku obranego przez formację na kolejnej płycie długogrającej zatytułowanej 'Inner Mystique'.

Na koniec jeszcze chciałbym zwrócić uwagę na oryginalną, utrzymaną w stylu Op-Art okładkę. Dwa lata później ten nurt w sztuce wizualnej spopularyzowany zostanie za sprawą filmu animowanego 'Yellow Submarine' w reżyserii George'a Dunninga.

sobota, 26 grudnia 2009

ULTIMATE SPINACH 1968 (USA)



1. Ego Trip
2. Sacrifice Of The Moon (In Four Parts)
3. Plastic Raincoats/Hung Up Minds
4. (Ballad Of) The Hip Death Goddess
5. Your Head Is Reeling
6. Dove In Hawk's Clothing
7. Baroque #1
8. Funny Freak Parade
9. Pamela


Jedna z bardziej udanych, intrygujących płyt z Ameryki. Zespół zaproponował repertuar o niemal narkotycznym charakterze, posiadający awangardowy posmak.

Płyta ukazała się w 1968 roku i momentami może przywodzić na myśl dwie pierwsze płyty The Doors, a także wydany nieco wcześniej debiutancki LP Pink Floyd 'Piper At The Gates Of Dawn'.
Przykładem '(Ballad Of) The Hip Death Goddess' ozdobiony we wstępie i finale żeńskim nieco hipnotycznym, jakby nawiedzonym głosem. W środkowej części nagranie przeradza się w długą improwizację opartą na jednostajnym rytmie obudowanym różnego rodzaju dźwiękami i dysonansową partią gitary.

Album zachwyca swoją różnorodnością.
Nagranie 'Sacrifice Of The Moon (In Four Parts)' mimo, że bardzo krótkie składa się - co oczywiście sugeruje już tytuł - z czterech kontrastowych części. Pierwsza i ostatnia to typowe piosenki pop, dwie środkowe klimatem przywodzą na myśl folk, w pierwszym z tych fragmentów pojawia się nawet partia fujarki. Całość zaś zdradza wpływ osiągnięć wykonawców z Zachodniego Wybrzeża.

Warto zapoznać się z tym dokonaniem. Nie jest pozbawione pewnych naiwności, ale z drugiej strony, to także stanowi o uroku tej muzyki. Wszystkie nagrania są przebojowe. Produkcja jest naprawdę doskonała, muzyka brzmi klarownie, a przy tym oddaje klimat występu na żywo.
Życzyłbym sobie słuchać takich płyt jak najwięcej.

wtorek, 1 grudnia 2009

IT'S ALL MEAT 1970 (CANADA)




1. You Don't Notice The Time You Waste
2. Make Some Use Of Your Friends
3. Crying Into The Deep Lake
4. Roll My Own
5. Self Confessed Lover
6. If Only
7. You Brought Me Back To My Senses
8. Sunday Love


Skład


Wayne Roworth - Guitar
Norm White - Guitar
Rick Aston - Bass
Jed MacKay - Organ, Piano
Rick McKim - Drums


Nagrania takie jak rozciągnięty w czasie odrealniony 'Crying Into The Deep Lake' podsuwają mi wiele obrazów, działają na moją wyobraźnię. Dobrze, gdy muzyka kojarzy się z wieloma rzeczami. Dla mnie to zawsze ogromna zaleta, przy czym nie mam bynajmniej na myśli muzyki z tak zwanym przesłaniem, muzyka, to przede wszystkim dźwięk, a nie słowo.
Gdy słyszę coś na temat przesłania w muzyce, to od razu wiem, że albo ludzie coś wymyślają kompletnie od rzeczy albo wykonawca będzie przynudzał.

Wracając do tematu. Bardzo trudno stworzyć utwór oparty na prostej melodii, oparty na prostym powtarzającym się motywie, tak by nie nużył. Tak by kompozycja nie stała się banalna. Kanadyjska grupa It's All Meat wyszła z tego zadania obronną ręką.

'Crying Into The Deep Lake' to synteza stylów The Doors i Pink Floyd - zwłaszcza w finale słychać nawiązanie do końcowej części 'A Saucerful Of Secrets' - podana w niezwykle onirycznej otoczce. Utwór zbudowany jest wokół powtarzanego w kółko organowego motywu. Zagrana w powolnym tempie kompozycja ma w sobie coś hipnotyzującego, tajemniczego.

Drugi tak rozbudowany, jednocześnie skrajnie odmienny utwór na płycie to 'Sunday Love'. Główny temat to subtelna, romantyczna ballada zaśpiewana delikatnym, rozmarzonym głosem. Ten piękny temat niespodziewanie zostaje przerwany ostrą, zadziorną melodią, która po krótkiej chwili milknie, zaś w jej miejsce pojawia się motyw pobrzmiewający orientalnymi wpływami - grany najpierw powoli i cicho, stopniowo nabiera jednak wigoru aż do hałaśliwej kulminacji.

Pozostałe nagrania, to już muzyka z nieco innej bajki i posiadały odmienny charakter.
W krótszych utworach słychać wpływ The Rolling Stones i The Doors. Rytm, prowadzenie melodii, ale też artykulacja wokalna - to wszystko przywodzi na myśl brytyjski kwintet. Natomiast brzmienie organów, to już dziedzictwo The Doors. Już w pierwszym nagraniu 'You Don't Notice The Time You Waste' mamy charakterystyczną dla Micka Jaggera wokalną manierę.
W kolejnym utworze, gdzie dominuje ostra gitara, słychać echa piosenek w rodzaju 'Get Off Of My Cloud' czy '19th Nervous Breakdown' plus ten nieco mistyczny nastrój typowy dla wczesnych płyt The Doors.
Ale czy to wada? Zdecydowanie nie w tym przypadku, bo It's All Meat mieli zmysł do doskonałych, wpadających w ucho melodii, w dodatku wszystko potrafili ubrać we własne szaty. Mamy tutaj więc ostre, dzikie brzmienia zdominowane przez dźwięki organów i niesamowicie, że się tak wyrażę, tnącą gitarę. Wokalista w gruncie rzeczy śpiewa bez chwili wytchnienia, jak choćby w 'Roll My Own' czy 'You Brought Me Back To My Senses'. Wszystko to, czego nie zdołali nagrać na swoich płytach The Rolling Stones i The Doors znajdziemy właśnie tutaj.

Nawiązywanie, czy powielanie to jedno, a twórcze naśladownictwo to drugie. Jak się okazuje, może to dawać świetne rezultaty. W mojej ocenie muzyka zawarta na tej fenomenalnej płycie to wzorzec rocka psychodelicznego i można żałować, że grupa nagrała tylko jeden album.

Z tego co się orientuję płytę wydano wyłącznie w Kanadzie na klasycznej czerwonej nalepce Columbia 360 i obecnie jest potwornie rzadka, co rzecz jasna ma swoje odbicie w cenie oscylującej w granicach 1000 dolarów. Dlaczego zawsze tak się dzieje, że świetne płyty muszą w oryginalnych tłoczeniach kosztować taki majątek?

Obiecałem sobie, że nie będę się rozpisywał tylko streszczał. Natomiast notki biograficzne i ciekawostki związane z opisywanymi przeze mnie zespołami na pewno można znaleźć gdzieś w internecie.

wtorek, 14 kwietnia 2009

THE WHO

WHO SELL OUT 1967




1. Armenia City In The Sky
2. Heinz Baked Beans
3. Mary Anne With The Shaky Hand
4. Odorono
5. Tattoo
6. Our Love Was
7. I Can See For Miles
8. I Can't Reach You
9. Medac
10. Relax
11. Silas Stingy
12. Sunrise
13. Rael


Skład -

Roger Daltrey – Lead Vocals, Backing Vocals, Percussion
Pete Townshend – Guitar, Lead Vocals, Keyboards, Pennywhistle, Banjo, Backing vocals
John Entwistle – Bass, Lead Vocals, Horns, Backing Vocals
Keith Moon – Drums, Lead vocals, Backing Vocals, Percussion


Do 'Who Sell Out' mam bardzo osobisty stosunek. Ten album obok płyt 'Tommy', 'Live At Leeds' oraz 'Who's Next' nie tylko był dla mnie punktem zwrotnym w postrzeganiu muzyki, ale także towarzyszył mi w chwili dla mnie szczególnej, gdy przeżywałem problem sercowy. Mało który twórca muzyki popularnej lepiej potrafił zobrazować, czy może raczej przełożyć na dźwięki, odczucia młodych ludzi, niż Pete Townshend. Wówczas wszystkie te nowe dla mnie doznania muzyczne podnosiły mnie na duchu, dodając otuchy i odrobinę pewności siebie. Teraz się z tego śmieję, ale wtedy był to problem najważniejszy na świecie.
Jest to trywialne, lecz dla mnie był to bardzo ważny okres życia. Okres, który minął bezpowrotnie i chociaż zakończył się porażką i nie należał do najprzyjemniejszych, to jednak pozostanie w mym sercu na całe życie.

Żeby jednak nie przynudzać.
'Who Sell Out' stanowił duży krok naprzód w stosunku do poprzednich dwóch płyt. Jeszcze bardziej niż na 'A Quick One' kwartet urozmaicił repertuar oraz nadał swojej muzyce szlachetniejszy rys.

Pierwszej stronie LP kwartet nadał formę audycji radiowej, w której piosenki przeplatane są radiowymi anonsami. Jako autor słów, komentujących wielobarwną muzykę, utrzymanych w tonie lekkim, czasem wręcz humorystycznym, gitarzysta pochylał się nad trudnym okresem dojrzewania, młodzieńczymi frustracjami, miłosnymi uniesieniami i rozczarowaniami.

Album zachwyca bogactwem pomysłów oraz ciekawych rozwiązań.
'Mary Anne With The Shaky Hand' w warstwie muzycznej nawiązuje do muzyki latynoskiej. Z kolei - utrzymany w sennej atmosferze - 'Tattoo' przykuwa uwagę arpeggiami gitary akustycznej i elektrycznej. Rockowy 'Odorono' to prosty, chwytliwy fragment, jednak nawet w tak niewyszukanych kompozycjach muzycy potrafili czarować interesującymi melodiami.

Najważniejszym nagraniem na płycie wydaje się 'I Can See For Miles', piosenka wykonana z niespotykaną intensywnością - zespół wprowadził tutaj, grające równolegle odmienne linie melodyczne, dwie gitary elektryczne o prowokacyjnym ostrym, hałaśliwym, chwilami niemal transowym brzmieniu, obudowane ciężkimi tonami gitary basowej.
Co ciekawe, utwór, wydany na singlu promującym 'Who Sell Out', odniósł w rodzinnej Wielkiej Brytanii umiarkowany sukces.

Przeciwwagę dla wymienionych piosenek stanowiły liryczne, urzekające kompozycje takie jak 'Our Love Was' i 'I Can't Reach You' - w tej drugiej wiodącym instrumentem był fortepian - oraz zagrany wyłącznie z towarzyszeniem gitary akustycznej, refleksyjny 'Sunrise'.

Album zaś kończył wielowątkowy 'Rael', jedna z moich najbardziej lubianych kompozycji w dorobku kwartetu. Co ciekawe - pod koniec pojawiają się akordy, które po istotnej zmianie aranżacji zostaną wykorzystane na płycie 'Tommy'. Ważną rolę w kompozycji odgrywały oniryczne, rozpływające się dźwięki organów Hammonda. Ten instrument pojawia się także w dwóch innych nagraniach - dynamicznym 'Relax' i pogodnym 'Silas Stingy'.

Przeróżne efekty studyjne w największym stopniu grupa wykorzystała w piosence 'Armenia City In The Sky' stworzonej przez Johna Keene'a, któremu niedługo później Pete Townshend pomógł podczas tworzenia grupy Thunderclap Newman oraz został producentem jedynego albumu tej formacji.

W chwili wydania album nie odniósł oczekiwanego sukcesu. Sytuacja The Who znalazła się w punkcie krytycznym i gdyby nie kolejna płyta, która odmieniła losy zespołu, nie wiadomo czy kwartet zakończyłby działalność.
W każdym razie album pojawił się na rynku - tradycyjnie dla tamtych czasów - w wersji MONO i STEREO i obie wersje różniły się nieco między sobą. Rzuca się w oczy zupełnie inne krótkie solo gitary w 'Our Love Was'. W wersji STEREO jest bardziej nastrojowe, natchnione, podczas gdy w wersji MONO zdecydowanie rockowe.
Oczywiście to pierwsza różnica z brzegu, ponieważ jest ich znaczniej więcej.

Wznowiona w 1995 roku wersja CD zawierała aż dziesięć wspaniałych bonusów, z których spokojnie można by stworzyć kolejny album długogrający. Najnowsza edycja ukazała się w serii Deluxe Edition w roku 2009 i na dwóch kompaktach zawiera oba miksy oryginalnego LP oraz, oprócz wcześniejszych dodatków, całą masę kolejnych rarytasów ze skarbnicy The Who.