Pokazywanie postów oznaczonych etykietą art-rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą art-rock. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 kwietnia 2011

SPRING 1971

W ciągu ostatniego miesiąca napisałem chyba tylko dwa hasła. Czar i The Pretty Things.
Nadeszła wiosna, więc po przerwie powrócę opisem płyty zespołu, którego nazwa jak ulał pasuje do obecnej pory roku, w chwili, gdy piszę te słowa za oknem zrobiło się słonecznie. Zauważam jedną ważną rzecz - gdy układam sobie recenzje w myślach, wydaje mi się, że wymyśliłem coś ciekawego, interesującego. Niestety, gdy zasiadam do klawiatury komputera, nijak nie potrafię poskładać myśli i odtworzyć tego wszystkie, co wcześniej zrodziło się w mojej głowie. Taka udręka.

Co do płyty.
Jest to album, na którym wykorzystano bogate, często wręcz orkiestrowe brzmienie melotronu. W tym czasie był to instrument niezwykle popularny, rozsławiony dzięki płytom The Moody Blues, King Crimson czy Genesis. Tutaj muzyka dosłownie płynie na brzmieniu melotronu, jest niczym delikatny powiew wiosennego wiatru, jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi.

Melotron wiedzie tutaj prym i nadaje ton muzyce. Ważna jest również mocna, wyrazista perkusja. Nie mniejsze znaczenie posiada gitara elektryczna, czasem będąca podstawą aranżacji, czasem zaś subtelnie uzupełniająca muzyczne tło. Całość natomiast komentuje - na przemian delikatny, innym razem silny i zdecydowany - nieco nosowy głos wokalisty.
To wszystko razem tworzy czarujące, subtelne melodie o pastelowej kolorystyce.





1. The Prisoner (Eight By Ten)
2. Grail
3. Boats
4. Shipwrecked Soldier
5. Golden Fleece
6. Inside Out
7. Song To Absent Friends (The Island)
8. Gazing


Skład


Pat Moran - Vocal
Ray Martinez - Guitar
Kips Brown - Keyboards (Mellotron. Hammond Organ, Piano)
Pick Withers - Drums
Adrian Maloney - Bass





Rozkładana na trzy części okładka autorstwa Marcusa Keefa doskonale oddaje klimat muzyki zawartej na płycie Spring.
Zwłoki na pierwszym planie, krew sącząca się do strumyka, po drugiej stronie sam zespół. Widać uśmiech na twarzy jednego z muzyków. Sielski obrazek. To wszystko razem jakieś takie nierzeczywiste, przykryte dziwną mgiełką tajemnicy, jaką skrywa w sobie otaczająca człowieka natura. Można wręcz odnieść wrażenie jakby zwłoki policjanta roztapiając się, spływały do strumyka razem ze śniegiem topionym przez promienie słońca zwiastujące nadejście wiosny.
Taki pomysł - niby prosty, a jednak mający w sobie coś surrealistycznego - mógł zrodzić się tylko w głowie Marcusa Keefa, twórcy nielicznej, acz istotnej części projektów zdobiących klasyczne rockowe płyty.

Wracając do tematu.
Ilustracja na okładce dobrze oddaje klimat takich nagrań jak rozpoczynający płytę, refleksyjny 'The Prisoner (Eight By Ten)'. Wysokie dźwięki melotronu tworzą ową dziwną aurę. W drugim nagraniu pałeczkę przejmuje gitara elektryczna, przykuwa zaś uwagę podniosły refren.

W 'Shipwrecked Soldier' główny temat to rockowa piosenka z ostrą gitarą oraz wysuniętą na plan pierwszy perkusją, zaś we fragmentach instrumentalnych niemal wojskowy marsz z fanfarowymi partiami grającego w wysokich rejestrach melotronu.
Podobne rozwiązania aranżacyjne wprowadzono w następnym na płycie 'Golden Fleece'. Od delikatnych tonów tworzących strukturę kompozycji poprzez niemal fanfarowe brzmienia. W środkowej części pojawia się impresja grana na melotronie podparta delikatnymi dźwiękami gitary akustycznej. Znalazło się także miejsce na solowe popisy grane na organach Hammonda oraz na gitarze elektrycznej.

W świetnym, zdecydowanie rockowym i bardzo dynamicznym 'Inside Out' w formie dygresji wprowadzono krótki temat oparty na eterycznych dźwiękach cymbałków. W finale natomiast zespół zaproponował kapitalny motyw z organami Hammonda w roli głównej.

'Song To Absent Friends (The Island)' to przepiękna ballada zaśpiewana jedynie z akompaniamentem fortepianu.

Finałowy 'Gazing' to majestatyczny wstęp z melotronem o orkiestrowym brzmieniu, który swobodnie przechodzi w delikatną zwrotkę zaśpiewaną z towarzyszeniem gitary akustycznej i perkusji. Ten spokój mącą wejścia potężnego brzmienia melotronu w refrenie, w tle natomiast słychać oszczędne akordy organów Hammonda. W interludium otrzymujemy zaś solo gitary elektrycznej.
Warto zwrócić uwagę na ostatni, wydłużony dźwięk melotronu wieńczący 'Gazing'. Niemal identyczny pomysł wprowadziła w tym samym czasie grupa Genesis w kompozycji 'The Fountain Of Salmacis' na swojej trzeciej płycie 'Nursery Cryme'. Jedyna różnica polega na tym, że w utworze Genesis ten dźwięk jest bardziej narastający, czyli tak zwane crescendo.
Kto od kogo zapożyczył? Czy też zwykły zbieg okoliczności?

Pierwotnie LP ukazał się zarówno w Wielkiej Brytanii jak i w Niemczech wydany przez krótkotrwały oddział firmy RCA - Neon. Producentem płyty był Gus Dudgeon, wieloletni współpracownik i realizator nagrań na wczesnych płytach Eltona Johna. Natomiast perkusista Pick Withers po kilku latach muzycznej tułaczki zasilił szeregi Dire Straits, nagrywając z tym popularnym zespołem cztery pierwsze płyty.

wtorek, 4 stycznia 2011

CZAR 1970

Ocenianie opisywanych zespołów przez pryzmat osiągnięć innych wykonawców posiada niestety sporo wad. Chociaż wiem, że sam dosyć często padam ofiarą owej maniery przy recenzowaniu płyt zamieszczanych na tym blogu, to jednak staram się tego unikać jak ognia.

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że porównywanie odbiera artyście jego oryginalność. Drugą zaś, świadomość, że przecież nie każdy czytający recenzję musi znać grupy, do których autor przyrównuje opisywaną formację. Wtedy takie zestawienie muzyki danego zespołu z dokonaniami innych grup kompletnie traci sens, gdyż czytelnikom nic to nie mówi.
Następna sprawa, to wątpliwa trafność takowych porównań. Ktoś może stwierdzić, że muzyka omawianego wykonawcy wcale nie jest podobna do muzyki zespołu lub solisty, do którego się odnosimy.





1. Tread Softly On My Dreams
2. Cecelia
3. Follow Me
4. Dawning Of A New Day
5. Beyond The Moon
6. Today
7. A Day In September


Skład


Del Gough - Drums
Bob Hodges - Keyboards, Vocals
Paul Kendrick - Bass Guitar, Vocals
Mick Ware - Guitar, Vocals


Dlaczego jednak o tym wspominam?
Ponieważ muzyka grupy Czar nieodparcie nasuwa - podejrzewam, że nie tylko mnie - skojarzenia z dokonaniami takich tuzów gatunku jak King Crimson i The Moody Blues. Tylko, według mnie, jedyny album tego całkowicie zapomnianego kwartetu jest na znacznie niższym poziomie, co wcale nie jest takie oczywiste, ponieważ zdarzały się genialne wyjątki, kiedy to epigoni osiągali poziom równy lub nawet wyższy od swoich artystycznych wzorców.

Niestety, nie tym razem.
Brzmienie płyty Czar jest po prostu strasznie toporne. Może i same kompozycje nie są najgorsze, trudno odmówić im pewnego uroku, jednak pomimo starań muzyków, wszystkie nagrania odznaczają się wyjątkowo przyciężkim wykonaniem. Braknie im finezji, lekkości. Nie wiem, czy to wina zespołu, czy może producenta płyty. Na plus można wskazać, że najpewniej przez przypadek udało się wykreować ciekawy, zdehumanizowany klimat całości.
Drażni mnie natomiast maniera wokalisty, który sprawia wrażenie jakby przechodził mutację głosu. Nie wiem, czy jest to efekt jakiegoś zabiegu studyjnego, czy też on po prostu tak śpiewa.

Co do samego meritum.
Pierwsza kompozycja na płycie 'Tread Softly On My Dreams' bez wątpienia odwołuje się do tradycji '21st Century Schizoid Man' dla niepoznaki okraszonej potężnym brzmieniem melotronu zamiast dziką partią saksofonu. Wystarczy jednak posłuchać zwrotki, aby dostrzec podobieństwo z nagraniem King Crimson - mam na myśli charakterystyczne pauzy.
W środkowej części następuje krótka zmiana muzycznej narracji, jakby żywcem wzięta z improwizowanej, instrumentalnej sekwencji wspomnianego nagrania słynnego zespołu. Jako rodzaj spoiwa wprowadzono romantyczny, nastrojowy refren.

Zdecydowanie ciekawsza i - na swój pokrętny sposób - intrygująca była dynamiczna, hałaśliwa 'Cecelia' z ekstatycznym wstępem - kapitalne organy Hammonda - oraz powolną melodią ponownie opracowaną z użyciem melotronu. Godna uwagi jest długa instrumentalna część z doskonałymi partiami gitary elektrycznej oraz klawesynu.

Ciekawie prezentuje się przebojowy 'Follow Me'.
Krótka, chwytliwa piosenka ponownie odznaczająca się względnie ostrym brzmieniem, prostym rytmem i chóralnym, pogodnym refrenem. Jedynie co nie jest mnie w stanie przekonać, to śpiew, który skutecznie psuje wszystkie nagrania zawarte na tej płycie.

Niestety dobre wrażenie po poprzednich nagraniach psują kompozycje takie jak nijaki i za długi 'Dawning Of A New Day' czy 'Beyond The Moon'. Drugi z tych utworów był w warstwie rytmicznej i melodycznej czymś na kształt walca i został zwieńczony monotonną grupową partią wokalną będącą czymś na wzór kołysanki.

Na koniec Czar zaproponowali chyba najlepszy w zestawie 'A Day In September'. W przeważającej części instrumentalny, ozdobiony sporą ilością swobodnych, oszczędnych improwizacji, utwór w warstwie rytmicznej miał w sobie coś z marszu. Moją uwagę przykuwają wyrastające z bluesa zagrywki gitary elektrycznej. Ucztą dla uszu są zaś te wszystkie potężne akordy wygrywane na organach Hammonda. Zespół osiągnął w tym nagraniu szczyt swoich możliwości. Niepotrzebnie tylko we wstępie i w zakończeniu wprowadzono zupełnie chaotyczny zespołowy śpiew. W formie kody pojawiła się katarynkowa melodyjka rodem z wesołego miasteczka.

Nie jest to płyta zła, nie jest to płyta dobra. Po prostu jest i tyle. Aż tyle. Trzeba wziąć pod uwagę, że bardzo rzadkie oryginalne egzemplarze LP wydanego przez Fontana Records wyłącznie w Wielkiej Brytanii osiągają cenę od 1000 do 1200 funtów. Moim zdaniem jest to dokonanie wybitnie kolekcjonerskie, ponieważ pod względem muzycznym nie jest to satysfakcjonujące osiągnięcie.

Zastanawiam się, po co pisałem na temat płyty, która nie wzbudza we mnie w pełni pozytywnych odczuć. Ale stwierdzam na koniec, że raz na jakiś czas trzeba napisać coś bardziej krytycznego. Nie można wciąż wychwalać pod niebiosa. Wypadało na nieszczęsny zespół Czar.

poniedziałek, 29 marca 2010

GENESIS

TRESPASS (1970)




1. Looking For Someone
2. White Mountain
3. Visions Of Angels
1. Stagnation
2. Dusk
3. The Knife


Skład


Peter Gabriel – Vocals, Flute, Oboe, Accordion, Bass Drum, Percussion.
Anthony Phillips – Acoustic Guitar, Electric Guitar, Dulcimer, Percussion, Backing Vocals
Mike Rutherford – Bass, Classical Guitar, Cello, Backing Vocals
Tony Banks – Organ, Piano, Mellotron, Guitar, Backing Vocals
John Mayhew – Drums, Percussion, Backing Vocals


Moim zdaniem jest to najlepszy album w bogatej dyskografii Genesis.
Uważam, że później tylko na 'Foxtrot' i przede wszystkim na 'A Trick Of The Tail' zespół stworzył równie spójny i przemyślany materiał. Natomiast płyty takie jak 'Nursery Cryme', 'Selling England By The Pound', podwójny 'Lamb Lies Down On Broadway' oraz 'Wind And Wuthering' mimo, że równie wspaniałe, były jednak momentami nierówne. Obok doskonałych kompozycji pojawiały się fragmenty nieco słabsze, mniej porywające, ustępujące poziomem reszcie repertuaru.

Na 'Trespass' nie ma takich wypełniaczy, czy momentów na niższym poziomie, to płyta przemyślana od pierwszej do ostatniej sekundy. Zespół wykonał koronkową robotę utykając kompozycje z wyjątkowo delikatnych nitek.
Bardzo ważną cechą 'Trespass' jest nastrój tej płyty - wszystkie umieszczone tutaj utwory przepełnione są smutkiem, ale jest to smutek urzekający, tworzony przez cudowne, pastelowe dźwięki organów Hammonda, krystaliczne dźwięki przenikających się gitar dwunastostrunowych oraz wysublimowanej gitary elektrycznej i oszczędnej sekcji rytmicznej. Całość zaś wzbogacono o brzmienia takich instrumentów jak cymbały, akordeon oraz flet poprzeczny.

Muzyka o wyraźnie folkowym odcieniu, podana w elegijnej oprawie - słychać też pewien wpływ Procol Harum czy The Nice - zachwyca wspaniałymi melodiami.
Proszę posłuchać 'Looking For Someone'. Zbolały głos Petera Gabriela na tle subtelnych akordów granych przez organy Hammonda. Po krótkiej introdukcji dołącza reszta zespołu, w finale zaś pojawia się stylizacja - przynajmniej mnie się tak kojarzy - na rosyjską muzykę ludową wsparta zdecydowanie rockowym podkładem.
Właśnie to jest cecha szczególna tego albumu - różne linie melodyczne, a jak wspaniale się uzupełniają tworząc urzekającą całość.

 


Najbardziej wielowątkowym nagraniem na płycie okazał się 'Stagnation', który chyba w najdobitniejszy sposób obrazował aspiracje grupy - budowanie kompozycji w oparciu o akustyczne i elektryczne brzmienia oraz składanie ich z kontrastowych epizodów.
Najbardziej zachwyca moment, w którym dialog prowadzą dwie gitary dwunastostrunowe, jest to wyjątkowej urody fragment.

Prostsze formalnie i pełne rockowej werwy nagrania to bez wątpienia 'White Mountain' oraz wyjątkowo ostry i mroczny 'The Knife'. Natomiast folkowy 'Dusk' został zagrany bez udziału perkusji. Nad 'Visions Of Angels' unosi się duch epoki Baroku, charakterystyczny zresztą dla niemal całej płyty - przykuwa uwagę temat grany na fortepianie plus niemal kościelny chór w refrenie.

Trzeba też nadmienić, że w chwili ukazania się album sprzedawał się bardzo słabo.
Obecnie często zarzuca się 'Trespass', że to jeszcze nie w pełni wypracowany styl Genesis, że produkcja jest słaba, że perkusista nijaki, a także kompozycje sztucznie poskładane w dłuższe formy.
Co za bzdura.
Warto również zapoznać się z trzema nagraniami, które zespół zarejestrował na potrzeby radia BBC w lutym 1970 roku, na kilka miesięcy przed wydaniem omawianej płyty długogrającej, pierwszej nagranej dla ambitnej wytwórni Charisma Records. Niestety owe trzy akustyczne kompozycje - 'Shepherd', 'Pacidy' i 'Let Us Now Make Love' - nie ukazały się w epoce, a na ich oficjalną premierę trzeba było czekać aż do 1998 roku, kiedy to został wydany box 'Genesis Archive 1967–1975'.

Mam do 'Trespass' ogromny sentyment. Nigdy nie zapomnę, gdy kupiłem ten album na kasecie magnetofonowej w 1998 roku. Rany, jakby to było wczoraj, a jednocześnie tak dawno.

środa, 24 lutego 2010

CARAVAN

IF I COULD DO IT ALL OVER AGAIN I'D DO IT ALL OVER YOU (1970)

Znowu piszę na wyrywki. Ale co zrobić.
Przynajmniej staram się spisać to, co mi w danym momencie do głowy przyjdzie.

Drugi album grupy Caravan to zbiór dźwięków jakie były bardzo reprezentatywne dla 1970 roku - oczywiście mocno osadzone w końcowym okresie minionej dekady. Można przyjąć również, że 'If I Could Do It All Over Again I'd Do It All Over You' to swoisty pomost pomiędzy wczesnym rockiem progresywnym a mającym już niebawem nadejść art rockiem - oczywiście, jeśli przyjmiemy, że owe terminy odnoszą się do dwóch różnych odmian ambitnej rockowej muzyki.

Czyli, jak już wspomniałem, muzyka, na płycie wciąż tkwiła w psychodelicznej epoce, a z drugiej strony miała w sobie eteryczny, nieco baśniowy wdzięk charakterystyczny dla dokonań zespołów uznawanych za art rockowe.

Szczęśliwie na płycie Caravan nie ma grama syntetycznych dźwięków. A jak wiadomo już wkrótce większość zespołów dostało wręcz obłędu na punkcie syntezatorów. Nie żebym był przeciwnikiem - ale moim zdaniem nie każdy wykonawca umiał twórczo wykorzystać możliwości jakie dawał taki instrument. Dlatego częstokroć generowane przy pomocy syntezatorów piskliwe dźwięki irytowały (i wciąż irytują) moje uszy.
Uważam również, że poniekąd przyczyniły się do strywializowania rockowych kanonów.

Zdaniem bardziej obeznanych, album ten, to nie tylko szczytowe osiągnięcie Caravan, ale także jedno z najwspanialszych dokonań zarówno w historii Sceny Canterbury, jak i rocka progresywnego w ogóle.
Bez cienia wątpliwości podpisuję się pod tym poglądem obiema rękoma, chociaż jest to trudne, bo jestem wyłącznie praworęczny i obydwiema kończynami na raz pisać nie potrafię.




1. If I Could Do It All Over Again I'd Do It All Over You
2. And I Wish I Were Stoned - Don't Worry
3. As I Feel I Die
4. With An Ear To The Ground You Can Make It - Martinian - Only Cox - Reprise
5. Hello Hello
6. Asforteri
7. Can't Be Long Now - Francoise - For Richard - Warlock
8. Limits


Skład


Pye Hastings – Guitar, Vocals
Dave Sinclair – Organ, Piano
Richard Sinclair – Bass Guitar, Vocals
Richard Coughlan – Drums

With

Jimmy Hastings – Flute, Saxophone


Ale dosyć tych dyrdymał, bo ktoś gotów pomyśleć, że próbuję wykpić tę wspaniałą płytę, co byłoby nieprawdą.
Już okładka doskonale oddaje nastrój muzyki zawartej na 'If I Could Do It All Over Again I'd Do It All Over You'. Zieleń liści na pierwszym planie, w oddali czterej muzycy Caravan. Niemal sielski obrazek, ale jakby nierzeczywisty. I taka też jest ta płyta. Niczym podróż przez las, gdzie przez gałęzie drzew przebijają promienie letniego słońca. Gdzie wszystko może się przytrafić. Gdzie panuje jakaś dziwna atmosfera niczym z marzeń sennych. Ale wędrowiec wie, że nic złego przytrafić się tutaj nie może. Umysł się wycisza i nasycany jest niezwykłymi doznaniami.

Muzyka na płycie to przede wszystkim dźwięki instrumentów klawiszowych, za pomocą których Dave Sinclair czaruje nas w każdym nagraniu, budując niecodzienną atmosferę tej płyty. Raz jest bardzo spokojnie i delikatnie, eterycznie, by za chwilę muzyka nabrała wigoru i dynamiki.
Ponieważ większość kompozycji jest dosyć rozbudowana, to i miejsca na wytwarzanie odpowiedniego klimatu jest bardzo dużo. Zespół w bezbłędny sposób wykorzystał tę możliwość.

Utwór tytułowy to krótka, dosyć prosta skoczna piosenka. Ale już tutaj zespół wprowadza nastrój tego, co nas czeka w kolejnych nagraniach - wystarczy posłuchać partii organów Hammonda w środkowej części.

Natomiast utwór 'And I Wish I Were Stoned' zachwyca wręcz kalejdoskopowym bogactwem pojawiających się tutaj wątków. Otwierający całość motyw, to cudowna utrzymana w rytmie walczyka piosenka zaśpiewana na przemian przez Panów Richarda Sinclaira i Pye Hastingsa. Cóż za wpadający w ucho refren. Potem te wspaniałe partie instrumentalne. Przede wszystkim zniewalające swoim pięknem solo gitary. Jedno z najpiękniejszych jakie słyszałem. Potem chwila wyciszenia. I na koniec podniosła, ekstatyczna koda.
To jest wręcz jak bukiet prawdziwych emocji.

Kolejne dwa nagrania rozwijały myśl muzyczną 'And I Wish I Were Stoned'.
W wyjątkowo dynamicznym 'As I Feel I Die' początek jest bardzo spokojny, niemal psychodeliczny. Niespodziewanie muzyka nabiera rozpędu i właściwie do końca utworu mamy świetny popis Dave Sinclaira grającego na przesterowanych organach na tle nie odpuszczającej nawet na moment sekcji rytmicznej. Rewelacja. Najważniejsze jest to, że czy wolno czy szybko, muzyka nawet przez chwilę nie traci swego subtelnego kolorytu.

Potem znowu następuje wyciszenie i tak zaczyna się przepiękny wielowątkowy 'With An Ear To The Ground You Can Make It'. Najpierw wyłania się sympatyczny skoczny motyw, który lekko przechodzi w nieco marszowy rytm. Nagle zaś pojawia się, kolejna już, emocjonująca partia organów Hammonda. Kulminacją jest ponowne wyciszenie.
Przez meandry tych wszystkich dźwiękowych labiryntów prowadzi nas kojący śpiew Pye Hastingsa i cudownie w finale zharmonizowane wielogłosowe partie wokalne. Nieziemskie wrażenie.

Kolejne nagranie okazywało się zwykłą - a raczej krótką - piosenką (obok tytułowego fragmentu). Mimo to w żaden sposób nie zaburzało konstrukcji całości.
Funkcję wprowadzenia do 'Can't Be Long Now' pełnił bardzo krótki 'Asforteri' czyli miarowe uderzanie w bęben basowy i Pye Hastings oraz Richard Sinclair śpiewający jakby w dysharmonii.
Wspomniany 'Can't Be Long Now' zaczynał się niepokojąco, tajemniczo. Znowu był to kontrast pomiędzy wyciszoną, spowitą jakąś dziwną aurą introdukcją, a długą, improwizowaną częścią instrumentalną. Plus porywające partie saksofonu oraz piękne melodie, ogromne emocje i pełne uczucia wykonanie - to wszystko jest zaklęte w tej muzyce.
Nie ma co opisywać, tylko trzeba posłuchać.

Mam wrażenie, że upraszczam moimi opisami muzykę tak wspaniałą. Ale kocham pastelową atmosferę tej płyty. Te kompozycje jawią się niczym obrazy malowane dźwiękiem.

Dodam jeszcze, że pierwsze brytyjskie tłoczenie płyty posiadało numer katalogowy SKL 5052. Nieco późniejszy nakład posiadał już numer katalogowy SKL-R 5052. Drobna różnica, ale dla kolekcjonerów chyba jednak dosyć istotna.

wtorek, 18 sierpnia 2009

EARTH AND FIRE 1970




1. Wild And Exciting
2. Twilight Dreamer
3. Ruby Is The One
4. You Know The Way
5. Vivid Shady Land
6. 21th Century Show
7. Seasons
8. Love Quiver
9. What's Your Name

Skład

Jerney Kaagman - Lead Vocals
Chris Koerts - Guitar
Gerard Koerts - Guitar, Keyboards
Hans Ziech - Bass Guitar
Cees Kalis - Drums


Holenderski zespół Earth And Fire na przestrzeni 12 lat nagrał osiem płyt, ale tak na prawdę dla rockowego ucha liczą się tylko dwa-trzy pierwsze, mające większe ambicje, tytuły.

Debiut to majestatyczne, nieco pretensjonalne dokonanie o lekko baśniowym zabarwieniu, dominującymi instrumentami były organy Hammonda i gitara. Grupa posiadała łatwość w komponowaniu chwytliwych, ale niegłupich melodii, zaś blasku dodawał im kobiecy głos Jerney Kaagman. Muszę przyznać, że czasem owe kobiece wokale okazywały się ciekawsze i bardziej na miejscu niż męskie. Okazuje się, że na przełomie tamtych lat bardzo dużo pań brało na siebie obowiązki wokalne, że ten okres w muzyce nie należał wyłącznie do mężczyzn.

Przy okazji - czym różni się art-rock od rocka progresywnego? Jedni uważają, że niczym, że oba terminy odnoszą się do tego samego rodzaju muzyki. Inni natomiast twierdzą, że różnice są i to dość wyraźne.
Muszę przyznać, że sam nie bardzo wiem o co w tym wszystkim chodzi. Mogę jedynie zgadywać.
Progresywny rock jest chyba w większym stopniu syntezą różnych odmian muzyki, nieco bardziej opiera się na psychodelicznym dziedzictwie. Natomiast art rock jest chyba delikatniejszy, spowity baśniową aurą.
Oczywiście to tylko moje domysły. Lecz jeśli tak jest, to płyta Earth And Fire doskonale spaja oba nurty.

Muzyki wypełniającej ten album słucha mi się naprawdę wybornie. Z jednej strony potężne brzmienie, z drugiej zaś trochę uśmiechu, wyraźnej radości z wspólnego, młodzieńczego grania.

Mam uczucie - być może mylne - że obecnie grupom grającym taką muzykę trochę brakuje dystansu, ale przede wszystkim polotu wykonawczego. Wszyscy chcą być poważni na siłę, efekt natomiast jest raczej zabawny i nudny. Nie raz o tym wspominałem i za pewne jeszcze nie raz wspomnę.

Wracając do Earth And Fire. Ciekawym pomysłem jest grupowe odśpiewywanie refrenów, niemal skandowanie. Głos wokalistki przypomina barwą Mariske Veres z pochodzącej także z Holandii grupy Shocking Blue.

Przykuwającą uwagę, pomysłową okładkę brytyjskiej wersji LP zaprojektował Roger Dean. Dla odmiany holenderska edycja płyty posiadała kopertę zrobioną na wzór pudełka zapałek.