niedziela, 27 marca 2011

JEFF BECK

TRUTH (1968)

Pierwszy solowy album Jeffa Becka, byłego gitarzysty The Yardbirds, uchodzi za dzieło nie tylko bardzo istotne w jego dorobku, ale także za przełomowe dla muzyki rockowej.
Trzeba przyznać, że artysta miał niezłe wyczucie co do doboru współpracowników. Na wokalistę wybrał nieznanego wówczas Roda Stewarta. Basistą został zaś Ronnie Wood. Obydwaj mieli już za sobą wprawdzie doświadczenie sceniczne i nagraniowe, jednak dopiero współpraca z popularnym gitarzystą była dla nich właściwym początkiem czekającej tuż za rogiem kariery. Skład uzupełniał perkusista Micky Waller, który doświadczenie zdobywał współpracując z takimi artystami jak Long John Baldry, Brian Auger czy John Mayall.

Tak więc przygotowany w tej konfiguracji album 'Truth' uważa się dzisiaj za jedno z pierwszych dokonań zwiastujących estetykę hard rocka oraz za w pełni ukształtowaną wypowiedź na niwie muzyki rockowej. Niemal każda zawarta tutaj piosenka rozsadzana była od środka pełnymi inwencji partami gitary lidera kwartetu oraz miażdżącą wręcz sekcją rytmiczną. Trzeba sobie także jasno powiedzieć - to jest muzyka zespołowa, gdzie każdy ma możliwość zabłysnąć.





1. Shapes Of Things
2. Let Me Love You
3. Morning Dew
4. You Shook Me
5. Ol' Man River
6. Greensleeves
7. Rock My Plimsoul
8. Beck's Bolero
9. Blues Deluxe
10. I Ain't Superstitious


Skład


Jeff Beck — Guitars
Rod Stewart — Vocals
Ronnie Wood — Bass Guitars
Micky Waller — Drums


Większość z kompozycji za podstawę miała oczywiście bluesową lub w mniejszym stopniu folkową klasykę, żeby wymienić 'Morning Dew' grany niemal przez wszystkich ówczesnych wykonawców. Ponad to zespół zaprezentował ciężką interpretację 'You Shook Me' oraz nie mniej udaną - rewelacyjna sekcja rytmiczna - wersję 'I Ain't Superstitious' - oba utwory pochodzące oczywiście z repertuaru Willie Dixona.
Drugie z tych nagrań zachwyca instrumentalnym finałem, w którym Jeff Beck prezentuje całą paletę brzmień uzyskanych z pomocą efektu wah-wah. Swoje umiejętności prezentuje także doskonały Micky Waller - perkusista o wyraźnie jazzowych inklinacjach.

Kompozycje własne, rzecz jasna, również nawiązywały do estetyki bluesa, wykonywane były wszakże w sposób zdecydowanie rockowy. Warto tutaj wymienić pochodzący z repertuaru The Yardbirds 'Shapes Of Things' - tutaj w wersji znacznie żywszej względem oryginału i o zdecydowanie hard-rockowej intensywności. Piosenka zostaje zaburzona przez nagłe przyśpieszenie w instrumentalnej, środkowej części. Nie mniejsze wrażenie robi podpisany przez Jeffa Becka i Roda Stewarta 'Let Me Love You' - tutaj mamy do czynienia z czymś na wzór dialogu między wokalistą i gitarzystą.

Spokojniejszy charakter nosiła stara pieśń 'Ol' Man River' skomponowana przez Jerome Kerna - autorem słów był Oscar Hammerstein - do musicalu 'Show Boat' pochodzącego z 1927 roku. W wersji The Jeff Beck Group ozdobiona dźwiękami timpani oraz organów Hammonda, na których grał późniejszy basista Led Zeppelin - John Paul Jones. Ogromne wrażenie robił przejmujący, ekspresyjny śpiew Roda Stewarta.
'Greensleeves' to instrumentalna, zagrana na gitarze klasycznej kompozycja pochodząca z XVI wieku, skomponowana ponoć przez Henryka VIII.




Najbardziej znanym, wręcz epkowym fragmentem 'Truth' pozostanie chyba jednak instrumentalna, w środkowej części hałaśliwa i nabierająca hard-rockowego zgiełku, trawestacja 'Boléro' Maurica Ravela, 'Beck's Bolero'.
Co ciekawe - autorem kompozycji był Jimmy Page, który zagrał tutaj na gitarze rytmicznej. Ponad to w nagraniu udział wzięli - John Paul Jones na gitarze basowej oraz Keith Moon na perkusji. Na pianinie zagrał zaś Nicky Hopkins.
Tak po prawdzie, to te wszystkie partie pianina są jak dla mnie najmniej potrzebnym elementem płyty. Czasami wręcz sprawiają wrażenie upchniętych tutaj na siłę.
Warto wspomnieć, że w 1974 roku fragment 'Beck's Bolero' zacytowała grupa Budgie w nagraniu 'Living On Your Own' pochodzącym z płyty 'In For The Kill'.

Wielu może zapewne pomyśleć, że słaba to płyta, na której swoje umiejętności wokalne prezentuje Rod Stewart, kojarzący się przecież z zupełnie innym ciężarem gatunkowym muzyki popularnej. Jak wiadomo, po rozstaniu z The Jeff Beck Group, słynny szkocki wokalista przez kolejne lata swojej kariery będzie konsekwentnie dążył do jak największych sukcesów komercyjnych, częstokroć na porażająco niskim poziomie. Proszę mi jednak zaufać - w 1968 roku był to inny człowiek. Po za tym wtedy obowiązywały zupełnie odmienne standardy.


piątek, 11 marca 2011

THE KINKS

SOMETHING ELSE BY THE KINKS (1967)



1. David Watts
2. Death Of A Clown
3. Two Sisters
4. No Return
5. Harry Rag
6. Tin Soldier Man
7. Situation Vacant
8. Love Me Till The Sun Shines
9. Lazy Old Sun
10. Afternoon Tea
11. Funny Face
12. End Of The Season
13. Waterloo Sunset

poniedziałek, 7 marca 2011

THE STORY OF BEAT CLUB 1965-1972

Co tu dużo pisać.
Wydany na DWUDZIESTU CZTERECH dyskach DVD Beat Club to wydawnictwo absolutnie sensacyjne. Tak powinny wyglądać wydawnictwa DVD. Prawie CZTERY TYSIĄCE minut programu telewizyjnego emitowanego w Niemczech w latach 1965-1972.

Autorzy zadbali o to, aby przenieść na DVD nie tylko nagrania wykonywane przez ogromną rzeszę wykonawców, ale także, aby po prostu zachować wszystkie odcinki w całości. Tak więc jest tutaj nie tylko muzyka, ale wszystko to, co się wówczas w tych rewelacyjnych programach pojawiało. Wywiady. Reklamy. Zapowiedzi poszczególnych artystów prezentowane przez prowadzących program. Nawet krótkie przerywniki dokumentalne. Słowem, tak jak to było nadawane w telewizji. Cudowna sprawa.




Taki Beat Club to przewodnik po historii muzyki rockowej lepszy niż jakakolwiek encyklopedia. Można zaobserwować jak na przestrzeni tych kilku lat zmieniała się muzyka popularna. Jak zmieniało się podejście nie tylko do grania, ale także do prezentacji muzyki na żywo. Mamy więc tutaj wczesne beatowe piosenki. Sporo zdecydowanie popowych wykonawców i przede wszystkim mnóstwo prawdziwie rockowego grania. Od delikatnie psychodelicznej muzyki, poprzez progresywnego rocka, a na brzmieniach heavy-rockowych skończywszy. Jest także blues i blues-rock. Jest jazz-rock. Jest folk oraz soul.

Mnie szczególnie ucieszył półgodzinny program, w którym grupa The Who promuje swoją najnowszą płytę 'Tommy' wykonując kilka wybranych fragmentów ze swojego dzieła. Natomiast pomiędzy zagranymi z playbacku piosenkami można obejrzeć i posłuchać wywiadu z Petem Townshendem.
Po za tym cieszy oko i ucho mnóstwo zespołów nie tylko znanych i popularnych, ale także tych już niestety zapomnianych, jak choćby wspaniały Steamhammer.
Czy trzeba czegoś więcej?




Oczywiście większa część znajdujących się tutaj nagrań zarejestrowana została na żywo w studiu telewizyjnym. Czasem przy udziale publiczności.

Okazuje się, że w tamtych czasach powstawało znacznie więcej programów muzycznych niż to ma miejsce obecnie. Beat Club to niestety tylko wierzchołek góry lodowej. Jak wiele omija człowieka, można się przekonać zaglądając na portal YouTube. Istny raj na ziemi.

Tradycyjnie, na sam koniec muszę też wytknąć wady omawianego przeze mnie wydawnictwa. Chyba inaczej nie byłbym sobą.
Otóż okazuje się, że nie jest to kompletny zestaw programu. Z niewiadomych dla mnie przyczyn pominięto chociażby fenomenalną wersję 'Darkness' zespołu Van Der Graaf Generator z roku 1970. Ale za to jest pełna wersja 'Whatever Would Robert Have Said' z tego samego występu. Nie ma także 'How The Gypsy Was Born' niemieckiej grupy Frumpy. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Tak się jednak nieszczęśliwie składa, że tego nagrania Frumpy wyjątkowo mi brakuje. Widać z tego, że nie można mieć wszystkiego.
Za pięknie by było.
Zapewne brak kilku innych nagrań, ale najbardziej rzuca się w oczy nieobecność tych dłuższych występów, takich jak chociażby półgodzinny występ Procol Harum z 1971 roku w składzie z gitarzystą Davem Ballem.
To tylko przykłady pierwszy z brzegu. Czy może się czepiam?


środa, 2 marca 2011

RICHARD MORTON JACK

ENDLESS TRIP

Kolejna pozycja ze stajni Richarda Mortona Jacka i jego współpracowników. Tym razem penetrująca klasycznego rocka ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. Tak jak w przypadku 'Galactic Ramble' znalazło się tutaj ponad TRZY TYSIĄCE recenzji płyt z lat 1965-1974. Także w tym przewodniku obok wykonawców bardzo popularnych znajduje się ogromna rzesza artystów kompletnie dzisiaj zapomnianych.

To jest prawdziwa cegła, zawierająca blisko osiemset stron. Oczywiście nie mogło zabraknąć przedruków dawnych recenzji poszczególnych dokonań, które znalazły się w książce. Całość natomiast ozdobiono tymi wspaniałymi czarno-białymi wycinkami starych reklam prasowych oraz zdjęciami artystów.
Coś przepięknego.




Nie byłbym jednak sobą, gdybym trochę nie popsioczył.
Chociaż współczesne recenzje czyta się z zainteresowaniem, to ponownie odnoszę wrażenie, że wiele z nich napisanych zostało na kolanie.
Rozumiem, że ze względu na ograniczoną objętość papieru i przepastną wręcz ilość haseł, trzeba się streszczać, ale czasem aż zęby zgrzytają, gdy czyta się te banalne stwierdzenia na temat muzyki. Można pomyśleć, że właściwie w tamtych czasach wszyscy grali na jedną nutę. Tak wynika z ogromnej liczby recenzji, było nie było pisanych przez kilku fachowców i zarazem pasjonatów klasycznego rocka.
Według mnie jest to największy mankament obydwu przewodników.

Natomiast dużą poprawę widać w dyskografiach zwłaszcza tych wykonawców, którzy odnieśli sukces i ich dorobek jest obszerniejszy i obejmuje kilka lub nawet kilkanaście tytułów w obrębie wybranego przez twórców encyklopedii przedziału czasowego. W przypadku 'Galactic Ramble' z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów niektórzy wykonawcy nie zostali potraktowani całościowo i recenzenci opisali jedynie dwie lub trzy płyty z okresu, na którym się skoncentrowali, mimo że dana formacja stworzyła ich trochę więcej.
Za przykład niech posłuży Genesis, którym zrecenzowano jedynie trzy pierwsze albumy. Albo identycznie potraktowany Wishbone Ash.

Tym razem całość potraktowano z większym pietyzmem i na ten przykład opis dorobku Grateful Dead wykracza poza ramy czasowe 'Endless Trip'.

Oczywiście niektóre grupy mieszane są z błotem, inne zaś wynoszone na piedestał. Muzyka niektórych wykonawców jest bagatelizowana, inni zaś doczekali się peanów pochwalnych na swoją część. Ponownie zalatuje to brakiem profesjonalizmu i skłania do przemyśleń nad trafnością tych recenzji oraz czy są one dobre lub złe, ale z drugiej strony jako drogowskaz do poszukiwań nieznanej rockowej spuścizny ten przewodnik jest wręcz nieodzowny i nieoceniony.
Nic lepszego nie powstało.

sobota, 26 lutego 2011

RICHARD MORTON JACK

GALACTIC RAMBLE

Głównym twórcą 'Galactic Ramble' jest Richard Morton Jack, właściciel wytwórni Sunbeam Records specjalizującej się w reedycjach rzadkich i zapomnianych płyt z kręgu szeroko pojętego starego rocka.

To jest literatura, która w Polsce nie ma właściwie racji bytu. Najpewniej niewiele osób byłoby takim wydawnictwem zainteresowanych, dlatego też nie ma co liczyć na tłumaczenia tego typu przewodników na nasz język, ani tym bardziej na krajowe wydawnictwa poświęcone klasycznej muzyce rockowej. Wyjątkiem 'Brytyjski Rock w latach 1961-1979 - przewodnik płytowy (A-F)' Jacka Leśniewskiego, który to przewodnik ukazał się prawie sześć lat temu i był dużym zaskoczeniem dla tych wszystkich, którzy niemal przestali wierzyć, że może się w tym temacie jeszcze coś sensownego wydarzyć.




Oczywiście ktoś może powiedzieć, że przecież pojawiają się ciekawe opracowania podejmujące temat rodzimej muzyki popularnej, więc chyba nie jest źle. Można nabyć w naszych księgarniach różnego rodzaju biografie lub monografie kilku popularnych zagranicznych wykonawców. Więc po co te moje lamentowanie?

Ano dlatego, że na naszym rynku wydawniczym wszystko kręci się wokół tematów od dawna już opisanych na milion sposobów, od dawna już wyczerpanych. Tymczasem 'Galactic Ramble' prezentuje na pięciuset pięćdziesięciu stronach recenzje TRZECH TYSIĘCY płyt nagranych w latach 1963-1975 w Wielkiej Brytanii, czyli kolebce muzyki popularnej i co bardzo istotne - większość z opisanych tutaj wykonawców to artyści od dawna już zapomniani, a których dorobek - bardzo często jedno płytowy - to dzisiaj absolutna klasyka muzyki rockowej.

Autorzy przewodnika obok własnych opisów poszczególnych płyt, zamieścili mnóstwo przedruków recenzji pochodzących z epoki, czyli z chwili kiedy dany album ukazał się na rynku. Całość ozdobiono genialnymi czarno-białymi wycinkami oryginalnych reklam płytowych pochodzącymi z ówczesnych pism muzycznych, co nadaje książce nadzwyczajnego klimatu.

Jaka szkoda, że u nas nie powstają takie wspaniałości.

Można oczywiście polemizować z niektórymi recenzjami napisanymi przez twórców tego opasłego tomu. Niektóre z tych opinii są mocno krzywdzące czy wręcz irytujące. Ale trzeba wziąć poprawkę na to, że książkę pisali tacy sami zapaleńcy, jak ci, do których w gruncie rzeczy encyklopedia była adresowana. Tak więc opinie są raczej subiektywne, co z jednej strony jest uczciwe, a z drugiej strony zdecydowanie nieprofesjonalne, ponieważ według mnie, tego typu wydawnictwa powinny być jak najbardziej obiektywne.
Pod tym względem muszę przyznać, że niedoścignionym wzorcem jest mocno już wypłowiała 'Rock Encyklopedia' Wiesława Weissa z 1991 roku, w której autor opisuje wszystko bezstronnie, nigdy nie poddając własnym odczuciom czy opiniom.

Tymczasem właśnie to stanowi o słabości 'Galactic Ramble' ponieważ wiele haseł czyta się z lekkim zażenowaniem. Biorąc pod uwagę, że przewodnik pisało kilku recenzentów, to jednak może razić prostota wypowiedzi i brak profesjonalizmu w sferze pisania na temat samej muzyki.
Wszystko to są zwroty i terminologie bardzo typowe dla opisywania rockowych dokonań. Momentami zalatuje koszmarnym banałem. Myślę też, że dlatego muzyki rockowej wciąż nie traktuje się całkiem poważnie, ponieważ nikt nie potrafi o niej całkiem poważnie i merytorycznie poprawnie pisać, racząc czytelników jedynie wyświechtanymi komunałami.

Ale nie zmienia to faktu, że dzięki książce Richarda Mortona Jacka można odkryć wiele wspaniałych zespołów z istnienia których wcześniej człowiek nawet nie zdawał sobie sprawy. To jest w tym wszystkim najważniejsze.

piątek, 25 lutego 2011

EYES

THE ARRIVAL OF THE EYES (1965-1967)




THE EYES

1. When The Night Falls
2. I'm Rowed Out
3. The Immediate Pleasure
4. My Degeneration
5. Man With Money
6. You're Too Much
7. Please Don't Cry
8. Good Day Sunshine
9. My Degeneration (Alternate Take)
10. Man With Money (Alternate Take)
11. When The Night Falls (Demo Version 1)
12. I'm Rowed Out (Demo Version)
13. The Immediate Pleasure (Demo Version)
14. Radio London
15. Shakin' All Over (Demo Version)
16. When The Night Falls (Demo Version 2)

THE PUPILS

1. I Wanna Be Your Man
2. Not Fade Away
3. If You Need Me
4. 19th Nervous Breakdown
5. As Tears Go By
6. (I Can't Get No) Satisfaction
7. Route 66
8. The Last Time
9. Play With Fire
10. Get Off Of My Cloud
11. Little Red Rooster
12. It's All Over Now


Grupa The Eyes jest klinicznym przykładem, jak można bez skrupułów i łapczywie korzystać z cudzych patentów brzmieniowych i melodycznych, a jednocześnie tworzyć muzykę porywającą, której słucha się naprawdę dobrze. Uczciwie trzeba powiedzieć, że zespół nie wysilał się, aby stworzyć coś własnego, oryginalnego. Autorskie kompozycje były kalkami dokonań popularnych w tym czasie wykonawców. Bez wątpienia The Eyes najwięcej zawdzięczali The Who i The Rolling Stones. Rzecz jasna, na nic nie zdały się te wzorce ponieważ albo wytwórnia nie umiała grupy wypromować, albo publiczność wyczuła fałszerstwo i zespół przepadł na rynku.

Piszę to wszystko niby cynicznie, ale tak po prawdzie to bardzo mi się ta muzyka podoba.

Taki 'When The Night Falls' to porywający utwór zainspirowany przez 'Anyway Anyhow Anywhere' grupy The Who - szczególnie zaś dysonansowe interludium z tej kompozycji zdominowane przez różnego rodzaju sprzężenia oraz przesterowane dźwięki gitary. The Eyes dodatkowo ozdobili nagranie brzmieniem harmonijki ustnej.

'I'm Rowed Out' to niemal wierna kopia 'I Can't Explain' tylko może nieco cięższa. Natomiast 'The Immediate Pleasure' czerpał z tradycji takich nagrań jak 'A Legal Matter' czy 'The Kids Are Alright'. Z kolei w 'My Degeneration' nawiązania są oczywiste i nawet pod koniec wokalista jąka się tak, jak to robił Roger Daltrey w ponadczasowym 'My Generation'.

Kwintet nagrał także, wykonywaną również przez The Who, piosenkę z repertuaru The Everly Brothers 'Man With Money'. Wersja wspaniała, ale nie tak znowu odległa od interpretacji słynnego kwartetu.

Warto też przypomnieć, że na ostatnim singlu formacja umieściła narzuconą przez wytwórnię piosenkę 'Good Day Sunshine' The Beatles, zanim jeszcze została ona wydana przez czwórkę z Liverpoolu na płycie 'Revolver' w skrajnie innej wersji.

Mimo tych wszystkich zapożyczeń muzyki The Eyes słucha się wybornie i broni się ona doskonale po tych wszystkich latach. Było nie było 'When The Night Falls' to już właściwie swoista klasyka muzyki rockowej.
Po za tym biorąc pod uwagę, jak wiele popularnych grup, kopiowało pomysły innych wykonawców i uchodziło im to płazem, to jednak trzeba na niewielki dorobek zespołu spojrzeć łagodniej oraz przez pryzmat czasów, w których przyszło im nagrywać. Dzisiaj powielanie od dawna utartych schematów, czy sprawdzonych pomysłów, jest wręcz cnotą.

Jak wspomniałem na początku, grupie nie udało się zainteresować swoją muzyką publiczności, więc wytwórnia Philips Records zaproponowała muzykom nagranie płyty pod nazwą Pupils zawierającej wyłącznie piosenki The Rolling Stones.
Album zatytułowany 'Tribute To The Rolling Stones' wypełniły niemal wierne przeróbki nagrań sławnego kwintetu z lat 1963-1966. Wyjątek stanowiła zupełnie inaczej zaaranżowana, zdecydowanie rockowa interpretacja 'As Tears Go By' - piosenki napisanej dla Marianne Faithfull - oryginalnie będąca łzawą balladą zaaranżowaną na gitarę akustyczną oraz instrumenty smyczkowe. W wersji The Eyes natomiast zwracało uwagę przesterowane brzmienie gitary elektrycznej.

Wszystkie piosenki zostały nagrane profesjonalnie i wykonane z ogromną pasją, ale z oczywistych względów, w większości przypadków, zabrakło tu elementu zaskoczenia. Na plus należy przytoczyć, że niektóre kompozycje zabrzmiały znacznie potężniej niż w wykonaniu The Rolling Stones. Tak więc ten ozdobiony uroczą, choć niezbyt wyszukaną okładką LP był ostatnim dokonaniem The Eyes.

Reasumując - zespół pozostawił po sobie cztery single. Zawierającą cztery nagrania z dwóch pierwszych singli EP 'The Arrival Of The Eyes' oraz wspomniany LP. Jak się nad tym głębiej zastanowić, to nie jest to taki zły wynik, zwłaszcza biorąc pod uwagę ówczesne standardy.

niedziela, 13 lutego 2011

ANDROMEDA 1969

Według mnie Andromeda nie była - co sugeruje wiele źródeł - kontynuacją grupy The Attack. Jedyne co łączy obie formacje to osoba gitarzysty Johna DuCanna. Natomiast sam The Attack istniał jeszcze przez moment po odejściu tegoż muzyka i utworzeniu Five Day Week Straw People, czyli grupy odpowiedzialnej za nagranie jednego LP na zlecenie. To właśnie ten zespół można uznać za właściwy początek tria Andromeda.

Niestety, także Andromeda pozostawiła po sobie ten jedyny album, który w mojej opinii stanowi  jeden z synonimów muzycznego podziemia. Całość mimo, że zdecydowanie heavy-rockowa, przepełniona jest trudnym do opisania ulotnym czarem, nastrojem tajemnicy.
Ale po kolei.




1. Too Old
2. The Day Of The Change
3. Now The Sun Shines
4. Turns To Dust
Discovery
Sanctuary
Determination

5. Return To Sanity
Breakdown
Hope
Conclusion

6. The Reason
7. I Can Stop The Sun
8. When To Stop
The Traveller
Turning Point
Journey's End


Skład


John DuCann - Guitar, Lead Vocals
Mick Hawksworth - Bass Guitar, Vocals
Ian McLane - Drums


Album rozpoczyna krótka parafraza pierwszych taktów bluesowej klasyki 'Train Kept A Rollin', po czym rozpoczyna się dynamiczna introdukcja zwiastująca to, z czym przyjdzie się zmierzyć słuchaczom. Po chwili jednak następuje nagłe zwolnienie tempa i otrzymujemy dość powolny, ciężki 'Too Old' pochodzący jeszcze z czasów The Attack.

Właśnie taka jest cała płyta. Poskładana - może czasem trochę na siłę - z różnych, nie zawsze przystających do siebie elementów, które jednak trio umiejętnie połączyło w intrygującą całość. Prawdopodobnie z tego powodu trzy kompozycje zostały podzielone na trzy części, z których każda miała indywidualny tytuł. Już wkrótce ten zwyczaj w muzyce rockowej stanie się normą.

Charakterystyczną cechą płyty jest to, że w wielu miejscach Andromeda posługuje się cytatami lub nawiązaniami do osiągnięć innych artystów, ich źródło stanowią tak różnorodne wpływy jak choćby 'Mars' Gustava Holsta wykorzystany we wstępie do 'Return To Sanity' czy zagrana na gitarze klasycznej w stylu flamenco finałowa część 'When To Stop' zainspirowana ponoć przez 'Concierto De Aranjuez' Joaquina Rodrigo.

Wracając jednak do tematu.
Do moich ulubionych nagrań na płycie należy 'Turns To Dust'. Podstawowa część to oparta na ciężkim riffie i bardzo mocnej sekcji rytmicznej chwytliwa piosenka ozdobiona dobiegającymi jakby z oddali chórami, które nadają kompozycji posępny, natchniony klimat.
Natomiast w formie dygresji grupa zaproponowała instrumentalne interludium być może  zainspirowane utworem 'Albatross' grupy Fleetwood Mac, w którym przykuwały uwagę charakterystyczne harmonie gitary elektrycznej.
Finałowy fragment niepotrzebnie powiela motyw z 'Communication Breakdown' Led Zeppelin. Nie rozumiem dlaczego gitarzysta tej klasy co John DuCann uciekał się do takich marnych sztuczek. W końcu już w czasach The Attack potrafił tworzyć rzeczy ciężkie i oparte na pomysłowych riffach. Tylko, że tamten zespół i ich muzyka nie zostały w porę dostrzeżone.

Innym wspaniałym utworem, który przykuł moją uwagę jest zamykający płytę, także wielowątkowy 'When To Stop'. Początek stanowią monumentalne akordy gitary na tle dynamicznej sekcji rytmicznej, to wszystko zaś wzbogacono chóralnym śpiewem. Ta introdukcja spełniała funkcję refrenu w pierwszej części kompozycji. We wstępie pojawia się również zagrywka zaczerpnięta z nagrania 'Strange House' wspomnianego już kilka razy The Attack.
Pierwsza część utworu to nieco bluesowy fragment poprzetykany wspomnianymi potężniejszymi interludiami. Następnie pojawia się krótka gitarowa improwizacja, która przechodzi w ostrą, hałaśliwą, nad wyraz intensywną kulminację.
Finał zaś - jak już wspomniałem - to partia gitary akustycznej w stylu flamenco. Oprócz nawiązań do kompozycji hiszpańskiego kompozytora pojawia się tutaj także motyw ze 'Still I'm Sad' zespołu The Yardbirds. Zwraca uwagę subtelna gra gitary basowej oraz kotłów perkusji.

Wspaniały, do bólu melancholijny fragment będący doskonałym zwieńczeniem tej nadzwyczajnej płyty.

Główny twórca repertuaru na płycie, gitarzysta John DuCann, jak wiadomo, przeszedł wkrótce potem do grupy Atomic Rooster. Basista Mick Hawksworth najpierw przyłączył się do zespołu Fuzzy Duck, zaś w późniejszych latach parał się współpracą z Alvinem Lee w jego formacji Ten Years Later. Nie wiem natomiast jak potoczyły się dalsze losy autentycznie fantastycznego perkusisty Iana McLane.