piątek, 14 maja 2010

WIMPLE WINCH

TALES FROM THE SINKING SHIP (1964-1968)


Wimple Winch to kolejny przykład grupy, która nawet nie dotknęła popularności i dawno temu została zepchnięta na margines muzyki popularnej. Prawdziwy diament, który po latach zaczyna świecić coraz silniejszym blaskiem.

Okazuje się, że muzyka pochodzącego z Liverpoolu kwartetu bardzo dobrze zniosła próbę czasu i nawet najwcześniejsze beatowe dokonania, jeszcze jako Just Four Men - najpierw Four Just Men - są urzekające. Słychać, że młodzi muzycy mieli talent, że nie była to tylko kopia lub próba naśladownictwa grup z czołówki, ale że zespół dawał także bardzo wiele od siebie.
Te najstarsze piosenki - nie wiedzieć czemu nie wydane w epoce - zachwycają niewymuszonymi melodiami, brak tutaj banałów, w które często wpadały nawet popularniejsze grupy, jest w tych nagraniach coś szlachetnego, a wykonanie stoi na wysokim poziomie.
Trzeba też nadmienić, że wówczas grupie udało się podpisać kontrakt z wytwórnią EMI i nagrać dwa lub trzy single, niestety bez sukcesu.

Ale mnie korci, żeby przejść do kolejnego etapu działalności zespołu, gdy zmienił on nazwę na Wimple Winch.





1. Ad-Ventures (Theme For Friday Night)
2. Half Past Five
3. Aggravatin'
4. Colours
5. The Four Just Men Theme (Laura Norder)
6. Sorry Girl
7. Don't Come Any Closer (1964 Demo)
8. I Just Can't Make Up My Mind
9. Woman Needs A Man
10. I Still Care
11. Thinking About Your Love
12. Tomorrow
13. In The Shelter Of You Arms
14. Trains And Boats And Planes
15. What's Been Done
16. I Really Love You
17. Save My Soul
18. Everybody's Worried 'Bout Tomorrow
19. Rumble On Mersey Square South
20. Atmospheres
21. Typical British Workmanship
22. Bluebell Wood
23. Lollipop Minds
24. Marmalade Hair
25. Coloured Glass
26. Those Who Wait
27. Three Little Teddy Bears
28. Sagittarius
29. The Last Hooray


Rok 1966.
Muzyka popularna zaczęła ewaluować, zmieniać swe oblicze i odnowiony zespół z nową nazwą podjął wyzwanie. Podpisanie kontraktu z wytwórnią Fontana Records również otwierało nowe możliwości.
Na pierwszy ogień poszedł singiel zawierający jeszcze dosyć zachowawcze piosenki 'What’s Been Done - I Really Love You'. Obie kompozycje zdradzały wpływ beatowych reminiscencji z nieco cięższym nowym rockiem, czyli był to pomost pomiędzy beatem a rodzącą się wówczas muzyką o bardziej eksperymentalnym charakterze, zdradzającą większe ambicje.
Następny singiel to już było dzieło dużego kalibru. 'Save My Soul' wyprzedzał swój czas, jest tu wszystko, co powinna zawierać dobra rockowa piosenka. Wpadająca w ucho melodia, żar wykonawczy, pełne inwencji partie instrumentów. Zwrotka to sympatyczny, chwytliwy motyw z oszczędną partią gitary, ale już refren zaskakuje niespotykaną wówczas dynamiką i ekspresją wykonania. Trzeba dodać, że śpiewający gitarzysta Dee Christopholus operuje mocnym, wyrazistym głosem na granicy wrzasku, zaś każda linijka tekstu śpiewana jest z ogromnym ładunkiem emocji, momentami wręcz pasji.

Kolejne wiekopomne dzieło Wimple Winch z 1967 roku zostało początkowo błędnie wytłoczone. Otóż przez przypadek, na drugiej stronie kolejnego singla znalazła się omyłkowo piosenka 'Atmospheres'. Utrzymany w gniewnym tonie główny temat dla kontrastu łagodzony był zharmonizowanymi głosami śpiewającymi delikatnym falsetem.
Obie wymienione piosenki nawiązywały do osiągnięć The Rolling Stones - przesterowany riff gitary w stylu '(I Can't Get No) Satisfaction' - jednak więcej się w muzyce kwartetu działo, była bogatsza pod względem harmonii. Nawet gdy grupa grała hałaśliwie i ostro, nie traciła wyczucia do melodii.
Ponownie Dee Christopholus udowodnił jak świetnym był wokalistą, ekspresją i możliwościami bił na głowę wielu innych bardziej znanych śpiewaków.

Niestety, wytwórnia bardzo szybko wycofała singla i zastąpiła umieszczonego na drugiej stronie 'Atmospheres' mniej porywającą kompozycją 'Typical British Workmanship'.
Na całe szczęście jedno pozostało nie zmienione, mianowicie pierwsza strona singla, czyli znakomity 'Rumble On Mersey Square South'. Wimple Winch zerwał tu z formą zwykłej piosenki, nadając kompozycji zmienną formę, dobierając środki wyrazu pod względem dramaturgicznym. Muzyka w swoisty sposób współgrała z warstwą słowną i stanowiła komentarz do opisywanej historii - raz jest dynamicznie i ciężko, by za moment nastąpiło wyciszenie i spokój. Kompozycja zwiastowała narodziny heavy-rocka.
Trzeba pamiętać, że singel ukazał się w styczniu 1967 roku, czyli zanim The Beatles opublikowali piosenkę 'Strawberry Fields Forever', która, jak wiadomo, zbudowana został z wariacyjnego przetworzenia jednego tematu i wzbogacona przeróżnymi efektami oraz bogactwem aranżacji. Tak więc oba wymienione nagrania zwiastowały nowe podejście do komponowania, czyli wychodzenie poza jednostajność typowych piosenek młodzieżowych.
Wracając do Wimple Winch. Szczególną uwagę zwracają partie perkusji. Lawrence Arends (King) gra tutaj z wielką fantazją i ciężarem, przestrzennie i dynamicznie. Ponownie zachwyca sposób interpretacji wokalnej.
Słowem - jest to jeden z najważniejszych momentów muzyki rockowej lat sześćdziesiątych, jednak, jak wszystko inne, co zespół nagrał, wówczas niedocenione. Dzisiaj natomiast każdy z trzech singli wart jest blisko 500 funtów.

Kończąc.
Jaka szkoda, że w epoce wiele takich zespołów jak Wimple Winch nigdy nie wydało żadnej płyty długogrającej oraz nie odniosło znaczącego sukcesu komercyjnego. To dlatego dzisiaj ludziom się wydaje, że siódmym cudem świata był punk-rock. Dlatego większość ludzi nie wie, jak nowatorska była muzyka lat sześćdziesiątych, że tak naprawdę wszystko co powstało później było już tylko blednącym cieniem tamtego pionierskiego okresu.

NAZZ (1968)

To wspaniałe dokonanie, to dowód na to, że delikatna muzyka pop i dynamiczny gitarowy rock mogą ze sobą współgrać i co ważniejsze, stworzyć zupełnie nową jakość. Finezyjną, nie prostacką czy kiczowatą. Porażający młodzieńczą energią i niezwykłym liryzmem debiut Nazz zachwyca mnie dojrzałością oraz nieziemskimi wręcz melodiami, które rzeczywiście zapadają w pamięć.





1. Open My Eyes
2. Back Of Your Mind
3. See What You Can Be
4. Hello It's Me
5. Wildwood Blues
6. If That's The Way You Feel
7. When I Get My Plane
8. Lemming Song
9. Crowded
10. She's Goin' Down


To właśnie tutaj można znaleźć klasyczny 'Open My Eyes'. Wstęp do tego nagrania grupa zapożyczyła oczywiście z 'I Can't Explain' The Who, ale potem to już było własne granie. Czyli wzorcowe zestawienie bardzo ambitnej popowej piosenki z psychodelicznym rockiem. Całość została pięknie ozdobiona doskonałym, porywającym solem gitary oraz delikatną kompresją. Żeby dzisiaj powstawały takie piosenki.


C.D.N.

środa, 12 maja 2010

UNITED STATES OF AMERICA (1968)

Dawno nic nie pisałem, więc po miesiącu przerwy czas nadrobić zaległości i trochę wziąć się do pracy.

Najpierw napiszę o grupie United States Of America.
Pod tą niezbyt oryginalną nazwą kryła się grupa całkiem oryginalna. Jak mogłem tak nie docenić tej płyty? Znam ten album od dłuższego czasu, podobał mi się od momentu, gdy usłyszałem tę muzykę po raz pierwszy, ale nigdy nie zaabsorbowała moich zmysłów do tego stopnia co omawiany wcześniej LP Fifty Foot Hose. Dopiero teraz odkryłem całe spektrum barw i dźwięków tej płyty.





1. The American Metaphysical Circus
2. Hard Coming Love
3. Cloud Song
4. The Garden Of Earthly Delights
5. I Won't Leave My Wooden Wife For You, Sugar
6. Where Is Yesterday
7. Coming Down
8. Love Song For The Dead Ché
9. Stranded In Time
10. The American Way Of Love
a. Metaphor For An Older Man
b. California Good Time Music
c. Love Is All


Ciekawe, że w tym samym roku w Ameryce powstały tytuły tak bardzo do siebie podobne, stylistycznie niemal pokrewne sobie. Chodzi o kolażowy charakter muzyki wykonywanej przez oba zespoły - w przypadku United States Of America odgrywający nawet ważniejszą rolę, bardziej uwypuklony i właściwie decydujący o charakterze całości. Innym istotnym elementem są efekty dźwiękowe, które wtedy w muzyce popularnej były pewnym novum.

W 1968 rok album być może stanowił produkcyjną ekwilibrystykę. Jednocześnie całość nawet na moment nie traci naturalnego, żywego brzmienia.

Niektóre nagrania zostały ze sobą połączone i płynnie przechodzą jedno w drugie. Czego tu nie ma. Generowane elektronicznie dźwięki, eksperymenty z oscylatorami i przetwornikami dźwięków. Wciąż jednak były to zwykłe, krótkie piosenki, ale nieszablonowo zaaranżowane i nie nużące ani przez moment. Kompozycje opracowano ze smakiem oraz sporą dozą nieco anarchistycznego humoru.

Swoistego kolorytu dodawało wprowadzenie skrzypiec - grający na nich Gordon Marron serwował słuchaczom całą gamę dźwięków, od delikatnych kantylen aż po zgrzytliwe partie atonalne. Trzeba też powiedzieć, że pomimo posmaku muzycznej awangardy i nagromadzenia środków wyrazu, mamy do czynienia z muzyką rockową, a więc nie mogło zabraknąć też instrumentalnych improwizacji.

Kolażowy charakter mają - otwierający płytę powolny, najeżony po same brzegi elektronicznymi ozdobnikami 'The American Metaphysical Circus' oraz kończący całość, składający się z trzech części 'The American Way Of Love'. W tym ostatnim nagraniu pojawiają się także motywy z zamieszczonych na płycie nagrań.
Może się wydawać, że muzyka tak pomyślana jest jednorodna, ale moim zdaniem na płycie dzieje się bardzo wiele. Każda kompozycja jest inna i każda jest udana.

Głównym twórcą tego repertuaru był Joseph Byrd, zaś z taką muzyką wyjątkowo dobrze współgrał głos Dorothy Moskowitz, jakby staroświecki i właściwie uroczy, ale z wyczuwalną nutką sarkazmu i dekadencji, bo i teksty śpiewane przez wokalistkę były atakiem na amerykański styl życia.





Skład


Joseph Byrd – Electronic Music, Electric Harpsichord, Organ, Calliope, Piano
Dorothy Moskowitz – Lead Vocals
Gordon Marron – Electric Violin, Ring Modulator
Rand Forbes – Electric Bass
Craig Woodson – Electric Drums, Percussion


Swoim zwyczajem opiszę tylko te kompozycje, które najbardziej przypadły mi do gustu, co zwłaszcza w tym przypadku może nastręczać sporo trudności.
'The Garden Of Earthly Delights' pełen elektronicznych efektów i z ciekawą linią basu posiadał wszelkie cechy przeboju. Przy okazji - czy ktoś zwrócił uwagę, że piosenka niemal do złudzenia przypomina nieco zniekształcony 'Somebody To Love' Jefferson Airplane? Chyba, że już mam jakieś halucynacje i obie piosenki w żaden sposób nie są do siebie podobne.

Zwariowany 'Coming Down' zaaranżowano między innymi na skrzypce, przesterowaną gitarę basową oraz klarnet plus potężnie brzmiącą perkusję. Nie mogło również zabraknąć różnego rodzaju zniekształceń.
Utwór przechodził w przepiękny, liryczny 'Love Song For The Dead Ché' z cudowną kantylenową partią skrzypiec w roli głównej oraz zwiewnym, romantycznym śpiewem wokalistki. Warto wspomnieć, że zarówno 'Coming Down' oraz 'Love Song For The Dead Ché' nagrała wkrótce potem brytyjska grupa Locomotive na ich jedynej płycie 'We Are Everything You See'.
'I Won't Leave My Wooden Wife For You, Sugar' to z kolei humorystyczna stylizacja na jazz nowoorleański z początków wieku.

Uważam ten album za udany, tylko moja wiedza jest tak nikła, że mojego uznania nie potrafię przełożyć na rzeczowe opisy. Wadę stanowią komunistyczne sympatie muzyków, co jednak może odbierać przyjemność słuchania.
Album przeszedł niemal niezauważony. Grupa nic więcej nie nagrała, zaś lider United States Of America utworzył kolejny efemeryczny zespół pod nazwą Joe Byrd And The Field Hippies odpowiedzialny za płytę 'The American Metaphysical Circus'. Jeszcze nie miałem przyjemności wysłuchać tego legendarnego LP.


sobota, 17 kwietnia 2010

BEZ TYTUŁU

Ostatnie dni upływają pod znakiem tragedii narodowej. Dużo łez. Dużo smutku. I oczywiście dużo emocji - nie zawsze mających wydźwięk żałoby po ofiarach katastrofy lotniczej. Jaka szkoda, że nawet w tak przykrych okolicznościach pojawiają się różnego rodzaju przepychanki i animozje. Rzecz jasna media też dolewają oliwy do ognia. Inaczej być nie może. Nie będę się wypowiadał na ten temat na forum publicznym. Mam swoje poglądy, ale te zachowam wyłącznie dla siebie.

Ogarnęła mnie chwilowa inercja. Także ze względu na aurę. Niby jest słonecznie, ale jednocześnie strasznie sennie. Nijak. Chyba wiosna wtargnęła zbyt intensywnie w moje życie. Dlatego w tym tygodniu nic nie dopisałem. Nie dodałem chociażby nowej okładki płyty. Nic.
Ale to się zmieni.

Dzisiejszy dzień upłynął mi na długim spacerze. Było przepięknie. Tłumy ludzi. Młodszych i starszych. Życie tętniło. Wszystko już obudziło się z zimowego letargu. Jest pięknie. Aż przyjemnie było obserwować. I mimo, że nie przepadam za takim hałasem i ruchem, to akurat są dni kiedy mam ochotę w tym uczestniczyć i tylko żałuję, że nie mogę być w kilku miejscach jednocześnie.

Dzisiaj - bez wątpienia - był taki dzień.

wtorek, 6 kwietnia 2010

MONKS

BLACK MONK TIME (1966)



1. Monk Time
2. Shut Up
3. Boys Are Boys And Girls Are Choice
4. Higgle-Dy-Piggle-Dy
5. I Hate You
6. Oh, How To Do Now
7. Complication
8. We Do Wie Du
9. Drunken Maria
10. Love Came Tumblin' Down
11. Blast Off
12. That's My Girl


Skład


Gary Burger – Vocals, Guitar
Larry Clark – Organ
Roger Johnston – Drums
Eddie Shaw – Bass Guitar
Dave Day – Banjo


Tym razem napiszę o grupie Monks. Nie dlatego, że jestem zagorzałym wielbicielem ich muzyki, ale dlatego, że było to zjawisko wyjątkowo kuriozalne.
Grupę tworzyło czterech Marines, stacjonujących w Niemczech. Chcąc wyróżniać się pośród setek innych zespołów, wymyślili dla siebie nietypowy wizerunek. Otóż wygolili włosy na samym czubku głowy na wzór Mnichów, czyli tonsury, natomiast u szyi zawiesili sobie liny imitujące sznur od szubienicy. Dziwne.
Wydaje mi się, że nawet przy dzisiejszych standardach, taki pomysł jest zdecydowanie nietypowy.

Co do muzyki.
Nazwa zespołu w połączeniu z czarną okładką mogłaby sugerować jakieś wyjątkowo posępne nastroje. Tymczasem mamy do czynienia z klasycznym garagem. W dodatku, jak na mój gust, nieco już staromodnym. Faktem jest natomiast, że w warstwie literackiej Monks proponowali dosyć ostry atak na ówczesną sytuację społeczno-polityczną, ale to akurat ma najmniejsze znacznie.

Płyta, jak i sam zespół, ma liczne grono wielbicieli. Sam LP - oryginalnie wydany wyłącznie w Niemczech - jest popularny przede wszystkim ze względu na jego ogromną cenę. W stanie idealnym 'Black Monk Time' osiąga cenę około 1000 Euro.

Dlaczego ponownie postanowiłem trochę skrytykować ulubioną muzykę?
Ponieważ uważam, że czasem tak wypada. To nieprofesjonalne ciągle wyłącznie zachwalać. Tak całkiem poważnie - w drugiej połowie lat sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych powstawało mnóstwo zespołów, w tym natłoku wykonawców niektórzy, moim zdaniem, nie prezentowali jakiegoś szczególnie wyjątkowego poziomu. Na dodatek w tym okresie spora część grup brzmiała po prostu strasznie prymitywnie. Dlatego nie bardzo rozumiem te wszystkie bezkrytyczne zachwyty wobec wielu zapomnianych artystów.

W porównaniu do zamieszczonego poniżej The Misunderstood - Monks sprawiają wrażenie jakby zostali wygrzebani z odkrywkowej kopalni węgla brunatnego. Trudno się potem dziwić, że wielu ludzi słysząc coś takiego, krytykuje klasycznego rocka. Też bym raczej nie wpadł w euforię.
Proszę mi jednak wierzyć - to nie jest granie reprezentatywne dla tego okresu.

Nie wszystko złoto, co się świeci. W przypadku Monks - czarnym blaskiem.

piątek, 2 kwietnia 2010

MISUNDERSTOOD

BEFORE THE DREAM FADED (1965-1966)



Produced By Dick Leahy. Recorded 1966 In London At Fontana Studios And IBC

Colour Of Their Sound

1. Children Of The Sun
2. My Mind
3. Who Do You Love
4. I Unseen
5. Find The Hidden Door
6. I Can Take You To The Sun

1965 USA Recordings (Preserved From Acetate)

Blue Day In Riverside

1. I’m Not Talking
2. Who’s Been Talking?
3. I Need Your Love
4. You Don’t Have To Go
5. I Cried My Eyes Out
6. Like I Do


Ten amerykański zespół był wielkim odkryciem Johna Peela. Słynny prezenter radiowy sprowadził The Misunderstood do Anglii i pokierował ich krótkotrwałą karierą. Już na miejscu do grupy dołączył utalentowany gitarzysta Tony Hill, jednocześnie główny twórca repertuaru, który wypełnił połowę omawianej przeze mnie kompilacji.

Otóż to.
Opisywany zestaw podzielony został na dwie części. Pierwsze sześć nagrań zarejestrowane zostały w 1966 roku w Anglii. Natomiast pozostałe piosenki pochodzą jeszcze z 1965 roku, kiedy grupa egzystowała w Kalifornii.

Moją uwagę skoncentruję na tych nagraniach, które powstały w Anglii. To był czas Swingującego Londynu, w kulturze młodych ludzi następowały nieodwracalne przemiany obyczajowe. W tym momencie muzyka rockowa zaczęła zyskiwać ten kształt, który zdefiniował ten gatunek na późniejsze lata. Jednym z pierwszych rzeczywiście doskonałych pod względem artystycznym wyrazicieli był Misunderstood. Klasyczny beat i rhythm and blues w naturalny sposób przekształcił się w nieco mocniejszy i ostrzejszy freak-beat oraz garage. Ponieważ w tym samym czasie kształtował się również nurt rocka psychodelicznego, to te dwa kierunki zaczęły się przenikać.

W 1966 roku muzyka Misunderstood mogła wydawać się ekstremalna. Problem polegał jednak na tym, że z kilku zarejestrowanych przez zespół utworów wytwórnia Fontana wówczas wybrała tylko dwa, które wydała na singlu.

Na pierwszej stronie pojawił się nowatorski 'I Can Take You To The Sun'. Krótka, wielowątkowa piosenka składająca się trzech części. Pierwsza część nagrania jest atmosferyczna, niemal hard-rockowa, z głębokim głosem Ricka Browna i gitarą slide w roli głównej. Natomiast druga część kompozycji przeradza się w gitarową ścianę dźwięku, by w finale przejść w grane na gitarze klasycznej flamenco. Publiczność nie była chyba przygotowana na taką propozycję, dlatego singel przepadł na rynku.
Na drugiej stronie figurował 'Who Do You Love?'. Zagrana w bezkompromisowy sposób i bardzo dynamiczna interpretacja kompozycji Bo Diddleya.

Wkrótce po ukazaniu się singla dwóch muzyków grupy dostało powołanie do wojska, co oznaczało wyjazd na wojnę w Wietnamie oraz koniec zespołu.
Gdy trzy lata później wytwórnia Fontana wydała kolejnego singla 'Children Of The Sun - I Unseen' (oba nagrania pochodziły z tej samej sesji z 1966 roku) świat muzyki rockowej uległ diametralnej przemianie, zaś sam The Misunderstood działał już wtedy w zupełnie innym składzie.

W każdym razie 'Children Of The Sun' to chwytliwa i dynamiczna, zagrana z butą piosenka oparta na marszowym rytmie. Wielu uważa ten utwór za mocniejszy wariant 'Shapes Of Things' Yardbirds, możliwe, że tak jest. W 1969 roku grało się już jednak inaczej i takie dokonania nie miały prawa zainteresować kogokolwiek.
Na odwrocie umieszczono złowieszczy, zaśpiewany ponurym głosem 'I Unseen' ozdobiony dźwiękami harmonijki ustnej.

Pozostałe dwa nagrania w niczym nie ustępowały wyżej wymienionym. Trzeba jedno przyznać - grupie udało się  wytworzyć wyjątkowo mroczną atmosferę jak na 1966 rok. 'Find A Hidden Door' epatował wyjątkowo brutalną, agresywną aurą - ciekawe zastosowanie pauz w zwrotce, natomiast refren to nagłe przyśpieszenie i desperacki śpiew Ricka Browna. Wciąż podkreślam, ale powtórzę raz jeszcze - wtedy to było muzyczne ekstremum.

Szkoda, że grupa nie zarejestrowała wówczas więcej materiału, a to co wtedy powstało nie doczekało się publikacji choćby w formie EP. Tak więc w tej konfiguracji The Misunderstood nie dokonał już nic więcej i zespół, na skutek różnych niesprzyjających okoliczności, zakończył działalność i przeszedł niemal niezauważony.
Jakiś czas potem gitarzysta Glenn Campbell zebrał zupełnie nowy skład, gdzie sekcję rytmiczną stanowili Nic Potter i Guy Evans, czyli muzycy Van Der Graaf Generator. Wtedy też powstały takie udane nagrania jak 'Never Had A Girl Like You Before' czy 'Golden Glass'. Był to już jednak zupełnie inny rozdział w działalności grupy, bo i czasy się zmieniły.

ATOMIC ROOSTER (1970)




1. Friday The 13th
2. And So To Bed
3. Broken Wings
4. Before Tomorrow
5. Banstead
6. S.L.Y.
7. Winter
8. Decline And Fall


Skład


Vincent Crane: Hammond Organ, Piano, Backing Vocals
Carl Palmer: Drums, Percussion
Nick Graham: Bass Guitar, Vocals, Flute


Zastanawia mnie, czy w wytwórni Sanctuary Records mieli problemy ze słuchem? Jak można było tak niechlujnie przygotować reedycję debiutanckiej płyty Atomic Rooster? Nie chodzi mi ani o zawartość czy oprawę graficzną. To nie budzi najmniejszych zastrzeżeń. Moja irytacja wynika z fatalnej wręcz jakości dźwięku. Coś strasznego. Jedyne, co sprawia, że wytrzymuję do końca kompaktu to doskonała muzyka, tej nie jest w stanie popsuć nawet metaliczne, puste brzmienie CD.

Dlaczego postanowiłem napisać o pierwszej płycie? Z dwóch powodów - ponieważ bardzo mi się podoba powolny, mocny rytm nagrań tutaj zawartych oraz dlatego, że wyjątkowo lubię dwie kompozycje 'Friday The 13th' i 'Winter'.

Jest to dzieło nieco odmienne od 'Death Walks Behind You', na co być może wpływ mieli dwaj muzycy ówczesnego składu Atomic Rooster - Nick Graham oraz Carl Palmer, którzy grając z rockową werwą, zdradzali częstokroć jazzowe inklinacje. Na kolejnej płycie, gdy na ich miejsca zostali zatrudnieni John Du Cann oraz Paul Hammond, elementy jazzu zostały nieco stonowane, posiadały mniejsze znaczenie. Na tym pierwszym albumie także organy Hammonda lidera grupy miały bardziej jazzowy koloryt.
Oczywiście muzyka nosi wyraźne elementy heavy-rockowego gatunku, chociażby za sprawą motorycznych rytmów oraz intensywnych partii Vincenta Crane'a na organach Hammonda, jednak, nawet pomimo tego, niektóre nagrania pobrzmiewają nutą refleksji, czy wręcz smutku. Atomic Rooster nie zamyka się w obrębie jednego stylu. Zespół wprowadza do aranżacji także brzmienie instrumentów dętych czy fletu poprzecznego.

Słychać również, że LP był kierunkowskazem dla późniejszych poczynań Emerson Lake And Palmer, głównie w okresie debiutu, czy Nicholasa Greenwooda na jego jedynym albumie 'Cold Cuts'.

Co do Emerson Lake And Palmer. Nasuwają się skojarzenia w instrumentalnych organowo-perkusyjnych dialogach, które zostaną niemal powtórzone lub rozwinięte w utworach takich jak 'The Barbarian' czy 'Knife-Edge'. Proszę posłuchać choćby instrumentalnego 'Before Tomorrow'.
Inny przykład to kompozycja 'Winter'. Piękna, melodyjna piosenka uatrakcyjniona długą jazzową improwizacją na fortepian, flet poprzeczny i kotły. Mnie to nasuwa skojarzenia z 'Take A Pebble'.
Proszę jednak nie traktować tych moich przyrównań jako zarzut wysunięty przeciw Emerson Lake And Palmer. Nie. Chciałem jedynie ukazać, jak twórczym muzykiem był Vincent Crane.

Natomiast aranżacje instrumentów dętych w bardzo podobnej formie słychać na 'Cold Cuts'. Chociaż w tym przypadku i Vincent Crane i Nicholas Greenwood mogli czerpać z doświadczeń zebranych w czasach ich występów w Crazy World Of Arthur Brown.
Rzecz jasna są to moje spostrzeżenia, niekoniecznie zgodne ze stanem faktycznym. Dodam jeszcze, że głos Nicka Grahama barwą przypomina mi głos jego następcy w zespole Johna Du Canna.

Kariera Atomic Rooster z różnym skutkiem trwała do połowy dekady. Potem jeszcze dwukrotnie grupa wznawiała działalność.
W 1989 roku Vincent Crane odebrał sobie życie.